Uszczelnić dziurawe sito

Piotr Wójcik | 09-01-2017 09:04:51 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Uszczelnić dziurawe sito
www.flickr.com/photos/piviso/31026470805/in/photolist-PgGLPP-PdwD8f-PgGLfx

Po rezygnacji z wprowadzenia jednolitego podatku dochodowego rysuje się konieczność reformy przynajmniej składek na ubezpieczenie społeczne. Bo z tak dużą liczbą możliwości unikania ich płacenia składek nawet najlepszy prywatny ubezpieczyciel musiałby splajtować.

Mamy w Polsce co najmniej kilku etatowych chłopców do bicia – łatwych obiektów  rytualnej krytyki, działających w obszarach, których niedomaganie Polacy odczuwają na co dzień, więc znalezienie „miażdżących argumentów” przeciw nim wymaga tyle wysiłku i bohaterstwa, co obśmianie na przerwie nieśmiałego klasowego outsidera. Ale przekonanie się, że to nie do końca wina rzeczonego „chłopca” wymaga tylko nieco więcej wysiłku. Sztandarowym przykładem jest NFZ – oczywiście za kolejki do specjalistów i bliżej nieokreśloną „niegospodarność”. Jednak koszty administracyjne NFZ wynoszą ok. 1% jego wydatków na opiekę zdrowotną, co jest wynikiem bez mała rewelacyjnym. A polskie wydatki publiczne na służbę zdrowia w stosunku do PKB są jedne z najniższych na świecie, więc w gruncie rzeczy to i tak cud, że działa ona tak, jak działa.

Innym przykładem jest ZUS – oczywiście też oskarżany o marnotrawstwo, choć jest to instytucja tak oszczędna, że wielu jego pracowników powinno jak najszybciej otrzymać pomoc z lokalnego MOPS-u. W tym przypadku oczywiście na pierwszy plan wysuwa się słynny „deficyt ZUS”,  czyli byt, który nie istnieje. Budżet Zakładu spina się doskonale, m.in. dlatego, że jego wyśmiewani przez wielu Polaków pracownicy otrzymują pensje na granicy godności. Deficyt istnieje w FUS – czyli w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, z którego ZUS jedynie wypłaca środki i nie ma prawie żadnego wpływu na ilość znajdujących się tam pieniędzy. Jego rola jest  jedynie taka, że prowadzi egzekucję administracyjną w zakresie zaległych składek. Natomiast na ilość wpływów do FUS oddziałuje ustawodawca, który określa wysokość składek dla poszczególnych rodzajów działalności, oraz sami Polacy, którzy decydują, czy rzetelnie płacić składki, czy jednak ich unikać, co jest w naszym kraju procederem masowym.

System zabezpieczenia społecznego, podstawa cywilizowanego społeczeństwa, jest skuteczny wtedy, gdy jest rzeczywiście powszechny. Jak każde ubezpieczenie, zabezpieczenie społeczne jest oparte o zasadę, że korzysta z niego tylko część ubezpieczonych. To nic dziwnego – na tej samej zasadzie działa ubezpieczenie w każdym prywatnym ubezpieczycielu. Konieczność wypłaty świadczeń większości ubezpieczonych doprowadziłaby na skraj bankructwa każdą, nawet najbardziej prężną korporację z branży. Czego przykładem są nie tak dawne problemy amerykańskiego giganta AIG. Dlatego każdy ubezpieczyciel dba o to, by baza składkowiczów była maksymalnie szeroka, dzięki czemu siłą rzeczy relacja beneficjentów do wpłacających spada, a więc spada też ryzyko niewypłacalności.

Polski system zabezpieczenia społecznego od wielu lat się „nie dopina”. Nie oznacza to, że grozi mu niewypłacalność, gdyż wypłaty z niego gwarantuje państwo. Oznacza to tyle, że składek brakuje na bieżące wypłaty, więc deficyt musi być wyrównywany przez dopłatę z budżetu państwa (czyli z podatków).

Jedną z głównych przyczyn kłopotów polskiego Funduszu Ubezpieczeń Społecznych jest wielość furtek umożliwiających albo uniknięcie składek, albo ich drastyczne obniżenie – do poziomu zupełnie nieadekwatnego do zarobków. To w oczywisty sposób powoduje ograniczenie bazy składkowiczów oraz zmniejszenie liczby środków wpływających do FUS.

Jednym z podstawowych działań reformujących polski system zabezpieczeń powinna więc być likwidacja tych furtek, tak by wszyscy obywatele obciążeni byli jego utrzymaniem solidarnie i proporcjonalnie w równym stopniu. 

Ci, którym na sercu leży dobro polskiego systemu zabezpieczenia społecznego, mieli przez chwilę nadzieję, że ta sytuacja się zmieni. Przygotowywany projekt jednolitej progresywnej daniny, która obciążyłaby wszystkie rodzaje dochodów osobistych w tym samym stopniu, zlikwidowałaby zjawisko „arbitrażu” – czyli wybierania sobie formy aktywności zawodowej nie pod względem charakteru działalności, tylko pod względem wysokości obciążeń. Niestety pod wpływem lobbingu reprezentantów wyższej klasy średniej, która z arbitrażu korzysta bardzo chętnie, rząd zdecydował się zrezygnować z projektu. Rysuje się więc potrzeba reformy danin publicznych przynajmniej w zakresie składek na ubezpieczenie społeczne – tak, by zlikwidować różnice w obciążeniach między różnymi rodzajami działalności.

Najbardziej rażące jest oczywiście oskładkowanie umów o dzieło – a raczej jego brak.

Twórcy i reprezentanci wolnych zawodów pracujący na tego typu umowach nie płacą w ogóle składek na ubezpieczenie społeczne, co jest zupełnie niezrozumiałe. Tym bardziej, że wielu z nich korzysta jeszcze z bardzo preferencyjnego rozliczania kosztów uzyskania przychodu, na poziomie 50% przychodu z umowy. Co więcej, istnienie tak preferencyjnej formy aktywności skłania do podpisywania tego rodzaju umów z nisko wynagradzanymi pracownikami, których charakter pracy w żaden sposób nie odpowiada tego rodzaju umowie –trudno uznać ochronę budynku za dzieło. A więc generuje nie tylko patologie, ale też działania prowadzące do łamania przepisów. Oczywiście umowa o dzieło, czyli umowa na stworzenie konkretnego i ściśle określonego tworu, musi istnieć, jednak nie ma powodu, by przychód z niej nie był oskładkowany.

Podobne uwagi dotyczą umów zlecenie. One są oskładkowane, jednak pracując na kilku takich umowach, obowiązek oskładkowania dotyczy tylko pierwszych, aż do przekroczenia poziomu płacy minimalnej. Od kolejnych powyżej tego poziomu płaci się jedynie składkę zdrowotną. W sytuacji podpisania dwóch umów, pierwszej na 2000 zł, a drugiej na kilka razy więcej, ta druga jest niemal nie obciążona składkami – co również jest popularnym sposobem obniżania swoich danin publicznych. Oskładkowanie wszystkich umów jednego zleceniobiorcy w ten sam sposób zlikwidowałoby tę furtkę.

Prawdopodobnie największe wpływy do ZUS przyniosłaby jednak reforma oskładkowania osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą.

Obecnie płacą one ryczałt w wysokości ok. 1100 zł miesięcznie, niezależnie od osiąganego dochodu. Dla drobnych przedsiębiorców, z 2-3 tysiącami dochodu, jest to więc bardzo poważne obciążenie, tymczasem dla osób zarabiających kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie te składki są absurdalnie niskie. Z tego powodu przechodzenie na działalność gospodarczą jest najpopularniejszym wśród zamożnych Polaków sposobem ograniczania swoich danin publicznych – i to drastycznego ograniczania. Powiązanie składek przedsiębiorców z dochodem, wraz ze zmniejszeniem minimum do ok. 400 zł (dla tych, którzy wykazują stratę) z jednej strony byłoby ogromną ulgą dla najmniej dochodowych firm, a z drugiej – przyniosłoby znaczne wpływy do FUS ze strony zamożnych osób prowadzących działalność.

Oczywiście wszystkie wymienione wyżej formy aktywności zawodowej powinny istnieć. Są różne typy zajęć, mające różne charakterystyki (stałe i okazjonalne, w zakładzie lub w domu itd.) i ludzie je wykonujący powinni mieć dedykowane dla nich formy zatrudnienia. Jednak istnieje konieczność, aby różniły się one formą właśnie, a nie wysokością obciążeń.  Ich wybór natomiast powinien być podyktowany charakterem aktywności,  nie zaś tym, na której jakie daniny się płaci. Podstawą polskiej umowy społecznej powinno być obciążenie wszystkich rodzajów dochodów osobistych w ten sam sposób – łącznie np. z dochodami kapitałowymi, również nieoskładkowanymi. Każdy dochód osobisty powinien być rozliczany z Urzędem Skarbowym i ZUS według tych samych zasad, bo nie ma powodu, by ktoś płacił składki w wysokości ok. 30% dochodu, a ktoś inny tylko 2%.

Faktem jest, że w Polsce, przy generalnie niskich podatkach, stosunkowo wysoko obciążone są umowy o pracę. Tak więc ruch powinien być w dwie strony – zrównanie wszystkich umów w zakresie obciążeń powinno być okazją nie tylko do podwyższenia składek dla preferencyjnych form zatrudnienia, ale też do wyraźnego obniżenia ich dla etatowców. Szczególnie po stronie składek płaconych przez pracodawcę, które są niejako ukryte, co prowadzi do wielu nieporozumień (pracownik „nie widzi” całego kosztu swojego zatrudnienia).

Obecnie całość kosztów pracy przy wynagrodzeniu rzędu 3000 zł brutto wynosi ponad 3600 zł. Likwidacja składki rentowej, na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych płaconych przez pracodawcę, zmniejszyłaby ogólny koszt pracy w tym przypadku o niecałe 300 zł. Z drugiej strony należałoby zrezygnować z górnej granicy rocznej podstawy wymiaru składki – obecnie każda osoba, której oskładkowany zarobek przekroczy 30-krotność średniej krajowej (ok. 120 tys. zł), przestaje płacić składki (poza zdrowotną). Przez co najlepiej zarabiający pracownicy w Polsce płacą proporcjonalnie znacznie niższe składki od pozostałej większości zatrudnionych.

Wyżej zarysowane działania wszystkie razem  prawdopodobnie nie tylko zwiększyłyby wpływy do FUS, ale też poprawiłyby atrakcyjność umów o pracę, co prowadziłoby do ustabilizowania polskiego rynku pracy. Oczywiście jeśli w tym czasie nie pojawiłyby się nowe sposoby omijania ZUS-u szerokim łukiem.

Podziel się artykułem:

Piotr Wójcik
Stały współpracownik jagielloński24. Współpracownik kwartalnika Nowy Obywatel, Fundacji Kaleckiego oraz publicysta ekonomiczny.

Napisaliśmy już 1805 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Do rozwiązania trawiących polski sektor pozarządowy bolączek nie wystarczy utworzenie kolejnej instytucji centralnej.

Więcej państwa nie zawsze znaczy lepiej

Więcej państwa nie zawsze znaczy lepiej

Filip Pazderski

Przestańmy wypatrywać oświeceniowego Księcia, który zreformuje za nas państwo.

Kędzierski: Strategia to nie magiczna różdżka

Kędzierski: Strategia to nie magiczna różdżka

Piotr Kaszczyszyn

Władze II RP zrealizowały plan zbrojnego powiększenia swego terytorium, utrzymując jednocześnie, że nie wysyłały w ten region żadnych wojsk. Brzmi współcześnie.

Nie zawsze byliśmy ofiarami

Nie zawsze byliśmy ofiarami

Mateusz Perowicz
Następny artykuł:

Biedrzycki: Sam Mickiewicz nie zrobi z nas dobrych Polaków

Biedrzycki: Sam Mickiewicz nie zrobi z nas dobrych Polaków