Nowak: Polski rolnik produkuje, inni zarabiają

Piotr Nowak, Piotr Kaszczyszyn | 05-12-2016 18:06:42 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Nowak: Polski rolnik produkuje, inni zarabiają
www.flickr.com/photos/centralniak/

- Leszek Balcerowicz doprowadził do tego, że w latach 1991-1992 nie opłacało się w Polsce produkować żywności

- Każde cywilizowane państwo świata wspiera własne rolnictwo

- 80-90% rynku spożywczego w Polsce jest kontrolowane przez kapitał zachodni

- Dzisiaj rolnictwo stanowi główne źródło zarobku tylko dla 18% mieszkańców polskiej wsi

- Nowa wiejska tożsamość organizuje się wokół konkretnych historycznych osób czy bohaterów pochodzących z danej wsi, wokół bitwy, zabytków, czy pomników przyrody

- Od 2002 roku liczba mieszkańców wsi rośnie kosztem populacji miejskiej

O zmieniającym się gospodarczym i społecznym obliczu polskiej wsi po ’89 roku z dr. hab. Piotrem Nowakiem, socjologiem wsi i rolnictwa rozmawia Piotr Kaszczyszyn.

1989 i 2004. Transformacja ustrojowa i wejście Polski do Unii Europejskiej. Czy można się pokusić o wskazanie tych dwóch dat jako najważniejszych i w jakimś stopniu przełomowych dla polskiej wsi i rolnictwa w III RP?

Lata 1989-2004 można określić za prof. Gerlachem jako lata „opresyjnej wolności”. Czas transformacji ustrojowej to zabójczy okres dla polskiego rolnictwa. Decyzja o uwolnieniu cen i zniesieniu praktycznie wszystkich ceł, dająca się jakoś uzasadnić na płaszczyźnie politycznej, z punktu widzenia wsi była dramatyczna w skutkach. Proszę sobie wyobrazić, iż w latach 1991-1992 ceny skupu żywności były tak niskie, że rolnicy dokładali do interesu. Doprowadziliśmy do sytuacji, w której w Polsce nie opłacało się z ekonomicznego punktu widzenia produkować żywności. Dlaczego tak się stało?

Lata 80. to do dziś obraz pustych sklepowych półek i mięsa na kartki. Po roku ’89 rządzący, pragnąc pośrednio przekonać ludzi do kapitalizmu, chcieli pokazać, że teraz będzie już inaczej. Otworzyliśmy więc całkowicie nasz rynek na żywność z UE. Tylko że zapomnieliśmy przy okazji, że jest to żywność subsydiowana z pieniędzy unijnych – te dopłaty były wówczas na poziomie blisko 50%. Nic więc dziwnego, że produkty z Zachodu okazały się „bezkonkurencyjne” w starciu z produktami polskich rolników. Zapełniliśmy więc nasze lodówki kosztem polskiej wsi. Do tego doszła inflacja, problemy ze wprowadzaną wówczas reformą walutową, a chłopi wyszli strajkować na ulice. Wkrótce, w konsekwencji tej szokowej terapii, powstał ruch Samoobrona.

Żadne rozwinięte państwo na świecie nie poddaje sektora żywności żywiołowi rynku. Każdy cywilizowany kraj w mniejszym bądź większym stopniu dotuje produkcję żywności. Istnieją trzy podstawowe powody, dla których nie może być ona podporządkowana mechanizmom wolnorynkowej konkurencji. Po pierwsze, przyczyny polityczne: racja stanu, bezpieczeństwo żywnościowe etc. Po drugie, powody ekonomiczne. Już Friedman i Stiglitz zwracali uwagę na ułomność rynku w odniesieniu do rolnictwa, podobnie zresztą jak Marks i Kautsky. W pierwszej kolejności chodzi o ograniczone i skończone zasoby ziemi, w związku z czym ten segment gospodarki jest szczególnie mocno narażony na monopolizację. Tak się już zresztą dzieje choćby w USA, gdzie ok. 60% obrotu żywnością zostało już poddane monopolizacji. Problematyczne są także koszty produkcji, wciąż silnie uzależnione, bez względu na to z jak mocno zmechanizowanymi przedsiębiorstwami mamy do czynienia, od kaprysów natury. Ekonomiści są zgodni, że produkcja żywności jest bardziej ryzykowna niż gra na giełdzie. Stąd wynika konieczność państwowych interwencji, łagodzących te niekorzystne warunki. Po trzecie, przyczyny społeczne. Produkcja żywności i wieś to źródła tradycji i lokalnej odrębności. Brzmi to może banalnie, ale jako socjolog nie lekceważę tożsamościowej roli rolnictwa jako przestrzeni budującej odmienną kulturę wobec wzorców globalnych, obecnych głównie w dużych miastach. Wystarczy sobie odpowiedzieć z jakim miejscem kojarzymy rosół, schabowego i ziemniaki popijane ciepłym kompotem.

Niestety w latach 90. Leszek Balcerowicz zapomniał o tych trzech powodach, a w konsekwencji doszło do znacznego zubożenia polskiej wsi.

Z czym więc wchodziliśmy do Unii Europejskiej kilkanaście lat po szokowej terapii autorstwa szefa FOR-u?

Ze wskaźnikiem PSE, określającym poziom państwowego wsparcia dla rolnictwa, oscylującym wokół 5-8%, przy średniej dla krajów UE na poziomie 44%. Objęcie polskiej wsi Wspólną Polityką Rolną oznaczało dla niej przejście, mówiąc obrazowo, z okresu dzikiego XIX-wiecznego kapitalizmu do prawdziwego raju finansowej stabilizacji. Lata 2004- 2020 to dla polskich rolników czas żniw, prawdziwej modernizacji ich gospodarstw, zwiększania efektywności produkcji, podnoszenia jakości oferowanych produktów.

Tym procesom towarzyszy zjawisko „znikającego środka”, które sprawia, że gospodarstwa rolnicze zaczynają funkcjonować na dwóch biegunach. Z jednej strony wielkie gospodarstwa, które z upływem czasu stają się jeszcze większe, kumulując coraz więcej ziemi w swoich rękach. Z drugiej gospodarstwa małe, występujące głównie w statystykach, a w praktyce często opierające się na dzierżawie tych kilku hektarów, którymi dysponują. Co nie zmienia faktu, że gospodarstwa wciąż istnieją, moim zdaniem z powodu sentymentalnie powodowanego przekonania wśród Polaków, że ziemia jest dobrą lokatą kapitału.

Dzisiaj próbujemy budować nowoczesne rolnictwo bez odpowiedniego kapitału. Pieniądze z Brukseli nie wystarczą. Dodatkowo mamy do czynienia ze zjawiskiem kumulacji środków unijnych w rękach tych nielicznych, najnowocześniejszych gospodarstw. Bogaci stają się coraz bogatsi na zasadzie: mam jeden Johna Deere, to kupię sobie drugi. Kapitał nie rozchodzi się po polskiej wsi równomiernie, gdyż dopłaty unijne premiują tych z doświadczeniem i środkami finansowymi: bez wkładu własnego pozyskiwanie środków z Brukseli to zadanie niezwykle trudne. Nie oznacza to oczywiście, że deprecjonuję tych najbogatszych, oni uzyskują to swoją ciężką pracą. Co nie zmienia faktu, że struktura polskiego rolnictwa zmienia się i zmierza w stronę coraz silniejszej koncentracji i polaryzacji, gdzie gospodarstwom średniej wielkości jest coraz trudniej znaleźć dla siebie miejsce.  

Nasze rolnictwo jest słabe, a moim zdaniem w nadchodzących latach będzie coraz mocniej marginalizowane. Coraz więcej ziemi wyłączanych jest z przeznaczenia rolniczego, zmniejsza się areał wykorzystywanej ziemi uprawnej, a wydajność produkcji z hektara nie rośnie proporcjonalnie. W konsekwencji polskie rolnictwo będzie produkowało coraz mniej, i coraz mniej ludzi będzie się z rolnictwa utrzymywać.

Jednocześnie głównym problemem polskiego rolnictwa jest niski kapitał społeczny. Na naszej wsi brakuje spółdzielni, kooperatyw, grup producenckich, na których mocno opiera się rolnictwo europejskie. Na Zachodzie rolnicy są członkami kilku różnych spółdzielni jednocześnie, a te spółdzielnie nie boją się wchodzić i przejmować inne rynki. Przykładem może być Sokołów, który znajduje się dzisiaj w rękach duńskich producentów wieprzowiny. Na tym polu nasi rolnicy mają jeszcze wiele do nadrobienia.

Mocno problematyczny jest również fakt, że jesteśmy pozbawieni praktycznie przemysłu spożywczego i handlu. W konsekwencji jesteśmy usytuowani na samym początku łańcucha produkcji, skazani na mniejszy zysk i zdani na kaprysy dalszych ogniw tego łańcucha. Symboliczny w tym kontekście jest sektor wieprzowiny, stanowiącej podstawę mięsnej diety Polaków, gdzie większość tego mięsa importujemy. Również same statystyki dotyczące eksportu wprowadzają nas w błąd. Na pierwszy rzut oka, owszem, nasze rolnictwo eksportuje, ale większość zysków przejmują zagraniczni handlowcy czy przetwórcy funkcjonujący na naszym rynku, nie polscy producenci żywności.

Czy w jakiejś branży kontrolujemy ten łańcuch?

W żadnej. Zgodnie z badaniami prof. Piotra Chechelskiego z Instytutu Ekonomiki i Gospodarki Żywnościowej, zajmującego się globalizacją i rynkiem żywnościowym, 80-90% rynku spożywczego w Polsce jest kontrolowane przez kapitał zachodni.

W rolnictwie narodowość ma znaczenie. Każdy rolnik nam to powie. Przykład: wejście na rynek niemiecki. Nie ma oczywiście formalnych obostrzeń, bo być nie może, ale proszę spróbować otrzymać miejscowy certyfikat jakości, niezbędny do sprzedaży swoich produktów. To prawdziwa droga przez biurokratyczną mękę. Patriotyzm gospodarczy w rolnictwie i wynikająca z tego praktyka preferowania rodzimych produktów to rzecz powszechna.

W jakich branżach polskie rolnictwo radzi sobie najlepiej?

Przodujemy np. w eksporcie jabłek.

Nie wiem tylko czy to rzeczywiście powód do dumy.

Średnio. Sprzedaż jabłek to niezbyt dochodowa działalność. Dodatkowo nie stanowi ona źródła dobrobytu dla zbyt dużej części społeczeństwa. Problematyczne jest również późniejsze przetwórstwo. Maspex nie jest w stanie ściągnąć do siebie wszystkich polskich jabłek, poziom ich konsumpcji w naszym kraju zasadniczo spada, a na półkach sklepowych w Lidlu czy Carrefourze muszą one dodatkowo konkurować z owocami z innych krajów.

Coś więcej?

Produkcja mleka – tutaj jesteśmy europejskimi liderami. Do Polski przyjeżdżają producenci z Holandii, żeby podglądać nasze obory, prawdopodobnie najnowocześniejsze na kontynencie. Naszą główną siłą jest jakość trzody oraz wydajność produkcji. W ostatnim czasie pewną zmienną, która częściowo negatywnie może zmienić sytuację jest uwolnienie kwot mlecznych, ale na razie jest za wcześnie na wyrokowanie.

Do tego dochodzi tradycyjnie branża drobiu, w której od wielu lat jesteśmy liderami na skalę europejską, czy produkcja warzyw, na czele z jednymi z najbardziej rozbudowanych w Europie systemów szklarniowych z pomidorami. Ponadto bardziej niszowe gałęzie, gdzie koszty pracy, u nas niższe, stanowią istotny element kosztów produkcji – chodzi o maliny czy porzeczki.

W ostatnich latach można było usłyszeć wiele głosów nawołujących do walki z gospodarką opartą na niskich kosztach pracy. Wychodzi na to, że rolnictwo nie jest wolne od bolączek innych sektorów polskiej gospodarki.

Kluczem jest wiązanie naszych rolników z innymi ogniwami tego łańcucha żywnościowego: magazynowaniem, transportem, przetwórstwem, sprzedażą. Dzisiaj formalno-biurokratyczne obostrzenia są tak duże, że rolnicy zwyczajnie nie mają wiedzy, doświadczenia ani czasu, żeby móc zacząć na własną rękę sprzedawać swoje produkty. Polski rolnik produkuje, inni zarabiają.

Inni zarabiają, ale jednocześnie polski rolnik wydaje się całkiem mocno uprzywilejowany podatkowo.

Podobnie jak rolnicy we wszystkich cywilizowanych krajach – to wsparcie państwowe, o którym mówiłem wcześniej, obejmuje również różne instrumenty podatkowe. W Polsce jest do przede wszystkim brak klasycznego podatku dochodowego, zamiast niego występuje relatywnie niski podatek rolny. Ponadto mamy do czynienia z płaconą kwartalnie, w wysokości 350 zł, składką na ubezpieczenia społeczne. Ale w Niemczech jest to na przykład podatek katastralny dla rolników, którego podstawa nie była podnoszona od lat 60. Co kraj, to sposób.

Dlatego byłbym ostrożny z jednostronną likwidacją tych narzędzi wsparcia – jeśli już, to wprowadźmy jednolite standardy na terenie całej Unii Europejskiej, inaczej nasze rolnictwo tylko straci. Jednocześnie trzeba przyjrzeć się dokładniej beneficjentom tych podatkowych preferencji – niektórzy wielcy producenci żywności nie mają już za wiele wspólnego z rolnikami, dlatego uważam, że powinni płacić normalne podatki jak inni przedsiębiorcy.

Dzisiaj dyskutując o rolnictwie, nie można nie nawiązać do umowy TTIP. Polskie rolnictwo dostanie po kieszeniach jeśli Donald Trump nie zdecyduje się wycofać z tej koncepcji?

Najprawdopodobniej stracimy. Europejskie rolnictwo jest mniej konkurencyjne od wielkich amerykańskich, transnarodowych korporacji. Powodów jest wiele, ja chciałbym zwrócić uwagę na jeden z nich: zjawisko tzw. land grabbingu. Chodzi o sytuację, w której amerykańskie koncerny „wynajmują” żyzne ziemie uprawne w krajach o sprzyjającym klimacie. Przede wszystkim chodzi tutaj o Afrykę, na czele z Madagaskarem oraz Bliski Wschód, gdzie na pierwszy plan wysuwa się Katar. W dobie globalizacji koszty transportu stanowią nieznaczny składnik kosztów produkcji, a dysponowanie takimi glebami już tę konkurencyjną przewagę zapewnia.  

Czy w praktyce wejście umowy TTIP w życie oznaczałoby w rolnictwie głównie obniżenie wyśrubowanych unijnych norm jakości, tak aby amerykańskie produkty mogły wejść na nasze rynki?

Obniżenie jakości to oczywiście istotna zmienna, ale większe znaczenie moim zdaniem przyniosłaby możliwość przejmowania i monopolizowania dużych części tego łańcucha żywnościowego, o którym dyskutowaliśmy wcześniej, przez amerykańskie korporacje, którym, ze względu na ich wielkość i kapitał jakim już dysponują, przychodziłoby to stosunkowo łatwo.

Dotychczas rozmawialiśmy o wymiarze gospodarczym polskiej wsi po ’89 roku. Czy transformacji ekonomicznej towarzyszą także zmiany natury społecznej?

Z tej perspektywy kluczowe są dwa czynniki. Po pierwsze, polska wieś się dezagraryzuje, coraz mocniej upodabniając się do miasta. Po drugie, nowe oblicze wsi zaczynają nadawać ludzie przybywający do niej z miasta.

Jeszcze w latach 80. jadąc na wieś i rozmawiając z jej mieszkańcami praktycznie każdy, poza księdzem, nauczycielem i lekarzem, na pytania o źródła zarobku, wskazywał na otaczające jego dom pola. Dzisiaj niedawne badania CBOS-u wskazują, iż gospodarowanie stanowi głównie źródło dochodu dla 18% mieszkańców wsi. To jest prawdziwa transformacja, która dokonała się na przestrzeni ledwie trzech dekad.

Z tymi statystykami związany jest koniec agrocentrycznego modelu życia na wsi, gdzie wspólny rytm egzystencji był czymś na porządku dziennym. Praca na polu, sprzedaż produktów, niedzielna msza, spotkania towarzyskie – te wszystkie cykliczne, niemal rytualne czynności budowały podobieństwo życia wszystkich mieszkańców wsi. Dzisiaj ten model już zanika, a życie wsi się dezintegruje czy też fragmentaryzuje.

Przykład – religijność. Z jednej strony poziom praktyk religijnych na wsi wciąż jest wyższy niż w mieście, ale z drugiej – w niedziele do kościoła chodzą głównie rolnicy, nie zaś ci nierolniczy mieszkańcy wsi. Religijność też się prywatyzuje, zanika jej rola wspólnototwórcza. Ksiądz może i wciąż poświęci nową świetlicę zbudowaną za unijne pieniądze, ale wokół przydrożnych kapliczek nie gromadzą się już modlący w trakcie „majówek”. Dawne praktyki wytykania tych, którzy do kościoła chodzą tylko na Wielkanoc i cała symboliczna stygmatyzacja o podłożu religijnym już zanikła.

Oczywiście są też symptomy transformacyjne nie zanikające, na przykład popularność dożynek i związana z tym kultura festynowa występująca na wsi.

W kontekście zmierzchu agrocentryzmu wymownym znakiem jest odsetek samobójstw: od końca lat 80. na wsi jest on wyższy niż w mieście. Co ciekawe, pięć razy częściej ofiarami są mężczyźni. Stanowi to przykład anomii społecznej, gdyż najczęstszym powodem tych samobójstw była niezdolność do pełnienia tradycyjnej roli ojca-głowy rodziny, właściciela gospodarstwa, odpowiedzialnego za zapewnienie bytu rodzinie. Wobec zachodzących zmian mężczyźni nie byli w stanie znaleźć sobie nowego miejsca i roli.  

Na miejsce dawnego cyklu regulowanego przez ziemię i przyrodę wchodzą stowarzyszenia zakładane przez nowe wiejskie elity, już nie księdza czy nauczyciela, ale często ludzi, którzy z różnych powodów (sentymentalny powrót do rodzinnej wsi, chęć ucieczki z miasta po jakiś traumatycznych przeżyciach) przeprowadzili się na wieś. Oczywiście w pierwszej kolejności chodzi tutaj o wsie leżące relatywnie blisko większych miast. Zakładanie takich stowarzyszeń wspierają unijne środki z programu LEADER przeznaczane na potrzeby lokalnych liderów w ramach programu rozwoju obszarów wiejskich. Niestety często te nowe elity alienują się, działając tylko we własnym interesie. Oczywiście też nie wszystkie niedawne mieszczuchy chcą się aktywizować. Część z nich zamyka się w czterech ścianach domu i ogrodu, nie integrując się i nie angażując w życie wspólnoty.

Tymczasem stary świat chłopskich wartości, dziś powiedzielibyśmy postmaterialnych, skupionych wokół szacunku do ziemi, jej płodów, pracowitości nie mierzonej finansowo rozumianą efektywnością, stopniowo zanika. Tak jak młode pokolenie jest w stanie dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości, tak ci starsi niekoniecznie potrafią poradzić sobie z unijnymi wnioskami o dotacje czy obsługą komputera. Nieraz popadają przez to w wykluczenie społeczne czy cyfrowe. 

Zanika etos ziemi, a co z przywiązaniem do żywności?

Pewne poczucie wyjątkowości produkcji żywności pozostało. I to bez względu na to, że pojawiły się bardziej nowoczesne narzędzia i maszyny służące do jej produkcji. Pewna sfera swoistego sacrum wciąż jest obecna. Dotyczy ona nie tylko rolników, ale także mieszkańców wsi zajmujących się agroturystyką, której towarzyszy położenie nacisku na produkcję ekologiczną.

Swój renesans przeżywają także koła gospodyń wiejskich, nieraz inicjowane przez żony, których mężowie pracują w miejskiej korporacji, ale rodzina przeprowadziła się na wieś. Na szczęście nie wszyscy nowi mieszkańcy wsi, którzy trafili do niej z miasta tworzą wsobne organizacje dla własnego pożytku, o czym mówiłem wcześniej.

A co z tożsamością tych, którzy na wsi pozostali, a znajdują się w tych 72% mieszkańców, którzy nie czerpią już dochodów z rolnictwa?

Pola może są już nieuprawiane, lecz wciąż pozostała wiejska przestrzeń i przywiązanie do miejsca, swojej prywatnej ojczyzny. Tutaj prym wiodą często lokalni nauczyciele organizujący ludzi wokół konkretnych historycznych osób czy bohaterów pochodzących z danej wsi, wokół bitwy, zabytków, czy pomników przyrody.

W ostatnim czasie w debacie publicznej wieś pojawia się często, jeśli nie najczęściej w kontekście tych, którzy z niej wyjeżdżają, czyli tzw. słoików. Czy rzeczywiście mamy do czynienia ze stopniowym wyludnianiem się wsi?

Publicystyka rządzi się swoimi prawami i nie zawsze jest chętna zerkać do statystyk. Wyludniają się i starzeją – owszem, ale wsie, nazwijmy, je peryferyjne, oddalone od większych ośrodków miejskich, pozbawione infrastruktury społeczno-kulturalnej. Tymczasem od 2002 r. rośnie liczba mieszkańców wsi kosztem liczby mieszkańców miast. Chodzi jednak o wsie znajdujące się relatywnie blisko i dobrze skomunikowane z większymi miastami. Tworzą się więc swoiste przedmieścia czy wiejskie sypialnie, zmieniając specyfikę wsi, o czym mówiliśmy wcześniej.

Czy wobec przedstawionej specyfiki zmian gospodarczo-społecznych na polskiej wsi można pokusić się o stwierdzenie, że dzisiaj nasza wieś, dotychczas przedstawiana raczej w kontekście przedmiotu działań modernizacyjnych, staje się realną alternatywą wobec życia miejskiego? Czy wieś może pozbyć się już swoich kompleksów?

Do pewnego stopnia tak. To, co jeszcze pozostaje do nadrobienia to głównie infrastruktura społeczno-kulturalna. Swój rachunek win ma też polskie państwo, zwijające się z prowincji, likwidujące pocztę czy komisariaty policji. Negatywny wpływ na wieś miała też choćby reforma edukacyjna z 1999 roku. W jej wyniku na wsiach zostały podstawówki, ale gimnazja trafiły już do stolic gmin czy powiatów. Gimbus dzieci zawozi i odwozi, ale po obowiązkowych lekcjach. Na zajęcia dodatkowe nie ma już miejsca.

Wieś nadgania, największe ośrodki miejskie uciekają jeszcze szybciej. I tak to się będzie toczyć.

Materiał powstał ze środków programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Promocja literatury i czytelnictwa”.

Podziel się artykułem:

Piotr Nowak
Socjolog obszarów wiejskich i rolnictwa. Adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Piotr Kaszczyszyn
Zastępca redaktora naczelnego Jagielloński24. Redaktor czasopisma Pressje. Członek Klubu Jagiellońskiego.

Napisaliśmy już 1896 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Błędem założycielskim strefy euro było pozbawienie państw członkowskich własnych walut. Tego błędu nie daje się w żaden dostępny sposób zrekompensować.

Kawalec: Z euro nie dogonimy Zachodu [1. część wywiadu]

Kawalec: Z euro nie dogonimy Zachodu [1. część wywiadu]

Piotr Trudnowski

Po 1989 roku i „końcu historii” wydawało się, że „patriotyzm krwi” nie będzie już potrzebny. Geopolityka zweryfikowała te idealistyczne założenia.

Rewolucja Macierewicza. Za państwo trzeba czasami umrzeć

Rewolucja Macierewicza. Za państwo trzeba czasami umrzeć

Piotr Kaszczyszyn

Tadeusz Tański był inżynierem światowego formatu. Jego projektu samochodu składanego jednym kluczem prawdopodobnie nikt później nie powtórzył.

Tadeusz Tański. Zapomniany geniusz motoryzacji

Tadeusz Tański. Zapomniany geniusz motoryzacji

Tomasz Turejko
Następny artykuł:

Awangarda ze szczyptą tradycji

Awangarda ze szczyptą tradycji