Witajcie w świecie bez hegemona

Czesław Domarecki | 21-11-2016 13:57:49 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Witajcie w świecie bez hegemona
www.flickr.com/photos/djc/

Data 11/9 może stać się dla historii XXI wieku nawet bardziej znaczącą od 9/11. Wieszczy ona bowiem koniec przejściowego porządku jednobiegunowego dominującego od niemal trzech dekad na rzecz multilokalnej struktury świata. Prawdopodobne wycofanie się Stanów Zjednoczonych pod wodzą Donalda Trumpa z roli światowego hegemona oznaczać będzie kres nie tylko jedynego obecnie istniejącego imperium, ale i wielkiej narracji neoliberalizmu.

Użyte tu pojęcia „imperium” i „neoliberalizm” domagają się wyjaśnienia, wpierw jednak przyjrzyjmy się światowi multilokalnemu. Jest to światowy porządek polityczny, w którym po pierwsze brak hegemona – państwa, które każdą część świata uznaje za żywotną strefę swoich interesów. Takim państwem niewątpliwie jest USA, wcześniej był to także Związek Radziecki, a także – przez niemal półtora stulecia, aż do kryzysu sueskiego – Imperium Brytyjskie. Po drugie jest to świat, w którym żadne z mocarstw regionalnych nie dąży usilnie do zajęcia pozycji hegemonicznej. Po trzecie wreszcie – w świecie multilokalnym istnieje co najmniej kilka jeśli nie dosłownie mocarstw regionalnych, to pewnych „ośrodków grawitacyjnych”. Doskonałym przykładem jest świat muzułmański, gdzie o pozycję lokalnych mocarstw walczą Arabia Saudyjska, Turcja, Iran oraz – w mniejszym obecnie stopniu – Egipt. Pomijam tu Indonezję i Pakistan jako zbyt oddzielone geograficznie.

Wielka Ameryka i nowy izolacjonizm

Pierwszym warunkiem koniecznym do nastania porządku multilokalnego jest utrata przez USA pozycji państwa dążącego do globalnej dominacji politycznej i gospodarczej. Póki Stany Zjednoczone walczą o jej utrzymanie (a niewątpliwie czyniły to za kadencji Obamy, czego dowodami są choćby dążenie do podpisania TTIP, zaangażowanie na Bliskim Wschodzie i zwiększone zainteresowanie obszarem Morza Południowochińskiego; słynny pivot, którego główną autorką była Hillary Clinton), póty nie będzie mowy o świecie multilokalnym. Wyróżnia to Stany Zjednoczone na tle innych mocarstw, które o status hegemona będą dopiero walczyć w przyszłości, o ile nie zostaną osłabione przez problemy wewnętrzne (Chiny) lub które ten status utraciły w przeszłości i nie będą już miały możliwości ubiegania się o tę pozycję (Rosja). Postulowane przez Trumpa izolacjonizm i protekcjonizm gospodarczy są zwiastunami dobrowolnej rezygnacji Stanów Zjednoczonych ze statusu jedynego mocarstwa globalnego.

Zwycięstwo kandydata republikanów w wyborach prezydenckich ma znaczenie szczególne. Potwierdza ono fakt, że to nie poszczególne państwa zachodnie zmagają się z niezależnymi od siebie problemami wewnętrznymi, lecz Zachód jako całość pogrążony jest w głębokim kryzysie. Warto wspomnieć w tym miejscu, że zwycięstwo Hillary Clinton nie uratowałoby neoliberalnego Zachodu, a jedynie przedłużyłoby jego agonię. Clinton, podobnie jak Trump, była bowiem jedną z najbardziej znienawidzonych kandydatek na urząd prezydenta w całej historii USA i cztery lata po jej zwycięstwie zostałby wybrany inny kandydat antyestablishmentowy. Elektorat demokratów popierał Clinton niechętnie, a entuzjazm jego młodszej części był nakierowany na senatora Berniego Sandersa, socjalistę według standardów panujących za oceanem. Fakt, że w symulacjach wyborczych Sanders bez trudu pokonywał Trumpa wiele mówi o ewolucji tożsamości politycznej Amerykanów. Z kolei sama kandydatura Donalda Trumpa, nie mówiąc nawet o jego zwycięstwie, przeorała Partię Republikańską, już wcześniej przeżywającą lokalne trzęsienia ziemi (choćby wzrost znaczenia Tea Party, który można postrzegać jako zapowiedź nadchodzących zmian w tożsamości amerykańskich konserwatystów).

Czy Trump wybił się na nastrojach antyimigranckich? Owszem, jednak nie były to nastroje rasistowskie czy nacjonalistyczne, a przynajmniej nie w głównej części. Wydaje się, że dużo istotniejsze okazały się stosunki klasowe.

Wielka Ameryka z przeszłości, do której odwoływał się miliarder, nie była Ameryką WASP-ów, lecz Ameryką zindustrializowaną, Ameryką, w której pracownik fizyczny był w stanie pozwolić sobie na dom, samochód i utrzymanie rodziny. Wymienić tu można trzy z wielu przesłanek przemawiających za tą tezą. Po pierwsze, na Trumpa głosował wyższy niż przewidywano odsetek kobiet. Nawet gdyby Amerykanki były nacjonalistkami i rasistkami, nie przesłoniłoby im to licznych seksistowskich wypowiedzi kandydata Republikanów. Jednak mężowie tych kobiet są zwalniani z pracy, ich dzieci są obciążone kredytami studenckimi, zaś one same muszą pracować na dwie zmiany. Po drugie, Donald Trump zdobył niemal 30% głosów Latynosów, reprezentujących najczęściej klasy niższe. Skoro przedstawicieli tych dwóch grup społecznych oddających swoje głosy na Trumpa nie zniechęciły jego seksistowskie i rasistowskie docinki, a ich nacjonalizm również można poddać w wątpliwość (czym w ogóle miałby być nacjonalizm w kraju imigrantów?), to zaważyć musiały stosunki i świadomość klasowa. Czemu zatem nie oddali oni swych głosów na Clinton, również poruszającej kwestie nierówności społecznych i pogarszającej się sytuacji materialnej Amerykanów?

Przyglądając się statystykom demograficznym można dostrzec, że Hillary Clinton wygrała wśród najbiedniejszych, a Donald Trump wśród najbogatszych, jednak różnice pomiędzy ich rezultatami wśród tych dwóch grup są minimalne. Jednak gros głosów oddanych na republikanina pochodzi z terenów wiejskich bądź zdominowanych przez tradycyjny przemysł, zaś na demokratkę – z miast i silnie zglobalizowanych ośrodków nowych technologii. Również wśród najbogatszych Trump gromadził przede wszystkim poparcie magnatów przemysłowych, zaś Clinton młodych miliarderów z Doliny Krzemowej. Donald Trump odwoływał się do przedstawicieli starych gałęzi gospodarki, tak pracowników, jak i właścicieli i zdołał sobie tą retoryką zaskarbić przychylność również części kobiet i Latynosów – części wystarczającej, by zapewnić sobie zwycięstwo.

Trzecią przesłanką wskazującą na nieistotność rasizmu i nacjonalizmu w wybiciu się Trumpa na nastrojach antyimigranckich jest zaskakująco duża liczba „shy voters”, obywateli głosujących na Trumpa mimo odmiennych deklaracji w sondażach. Osoba oddająca głos z pobudek tożsamościowych nie wstydzi się go, przeciwnie, jest z tego faktu dumna. Co innego jednak zawstydza: jest to bieda, poczucie porażki i nieporadności. Trump postulujący protekcjonizm gospodarczy i reindustrializację, obiecujący relokację miejsc pracy z powrotem do USA okazał się bardziej wiarygodny od Hillary Clinton z jej miękką retoryką zbliżoną nie tylko do retoryki Obamy, ale i (częściowo) George'a Busha oraz Billa Clintona. Clinton, mimo swych prosocjalnych haseł, była obietnicą kontynuacji. Republikanin zaś obiecywał pozbycie się z kraju nielegalnych imigrantów, jedenastomilionowej, czarnorynkowej, godzącej się na niższe stawki konkurencji dla Amerykanów płacących podatki, a także niższy napływ tych legalnych. Słynny mur był tu raczej metaforą niż obietnicą wyborczą, nawet jeśli ta metafora zostanie ucieleśniona.

Trzy generacje powojennych liberałów

Hillary Clinton jest uosobieniem skostniałego systemu liberalnego dominującego nie tylko w USA, ale i w Europie; systemu, którego ideologiczne podwaliny sięgają okresu powojennego, a którego obecną fazę określam mianem neoliberalizmu. System ten powstał w odpowiedzi na trzy czynniki zagrażające w świadomości ówczesnych polityków Zachodowi, a przede wszystkim Europie. Pierwszym z nich była potęga ZSRR nie ukrywającego swych dążeń do światowej dominacji oraz wywrócenia ówczesnego systemu gospodarczego.

Drugim był faszyzm. Każdy słyszał o Mussolinim czy marszałku Pétainie, jednak mało kto dziś pamięta, że utrzymujący związki z III Rzeszą i zafascynowany Niemcami Hitlera Charles Lindbergh był rozważany przez republikańskich izolacjonistów jako kandydat na prezydenta już po wybuchu II wojny światowej, zaś brytyjski król Edward VIII znany był ze swych profaszystowskich sympatii i dopiero jego abdykacja w 1936 r. położyła kres nadziejom Brytyjskiej Unii Faszystów na dojście do władzy. Groźba wojny rozpętanej z pobudek nacjonalistycznych była zatem wciąż żywa, jeśli nie w Europie, to przynajmniej w głowach europejskich polityków.

Trzecie zagrożenie wynikało z dwóch poprzednich – było nim rozdrobnienie Europy zrujnowanej przez wojnę. Jeden był sposób na stawienie czoła Związkowi Radzieckiemu, jeden też był sposób na odpędzenie groźby kolejnego światowego lub co najmniej kontynentalnego konfliktu – zjednoczenie polityczne oraz niespotykany wcześniej w historii wzrost powiązań o charakterze gospodarczym. Już dwa lata po wojnie w Paryżu utworzono Komitet Koordynacyjny Ruchów Międzynarodowych na Rzecz Jedności Europejskiej, niedługo potem zaś powołane do życia zostały zaś wpierw EWWiS, potem EWG i EURATOM. Obawiających się faszyzmu ojców założycieli wspólnot europejskich oraz Trumana, Eisenhowera i Kennedy'ego, antykomunistycznych prezydentów USA, można uznać za najistotniejszych polityków pierwszej generacji współczesnych liberałów – ludzi uważających wolność i demokrację nie tylko za środki do osiągnięcia celu, ale i za wartości same w sobie.

O ile pierwsza generacja polityków liberalnych może zostać uznana za walczącą o przetrwanie, o tyle drugą, reprezentowaną przede wszystkim przez Ronalda Reagana, Margaret Thatcher i – pod pewnymi zastrzeżeniami – Jana Pawła II, można określić jako walczącą o zwycięstwo. W latach 80. Europa była już zjednoczona, zaś groźba faszyzmu zażegnana. Pozostał wyłącznie Związek Radziecki, chwiejący się gigant, który wyrzekł się już ideałów marksizmu, a jego pragnienie dominacji nad światem zmieniło się w pragnienie przetrwania i zachowania dotychczasowych wpływów. Walka ta została wygrana, a Zachód ogarnęło niebezpodstawne uczucie, że oto na placu boju pozostała już tylko jedna wielka narracja – narracja liberalnej demokracji. Uczucie to osiągnęło swoje apogeum w słynnym eseju Francisa Fukuyamy.

Mimo że rzeczywistość szybko zweryfikowała wizję amerykańskiego intelektualisty, politycy zachodni wciąż zachowywali się tak, jakby liberalna demokracja nadal miała przed sobą perspektywę tryumfu, być może nieco odroczoną, lecz niezmiennie pewną. Przejawiało się to przede wszystkim w polityce George'a W. Busha, której oficjalnym celem, oprócz walki z globalnym dżihadem, było ustanowienie demokracji na Bliskim Wschodzie, ale i w kolejnych „resetach” stosunków z Rosją czy opowieściach o „niezachodnich demokracjach” w Indiach, Brazylii czy Indonezji.

Kluczem do zrozumienia świadomości trzeciej, postzimnowojennej generacji polityków liberalnych jest uświadomienie sobie, że o liberalnej demokracji myśleli nie jako o jedynej moralnej opcji (jak poprzednie generacje liberałów), ale jako o jedynej możliwej opcji.

Wielu z nich nie porzuciło tego paradygmatu. Ów stan ducha uważam za kluczowy dla tego, co nazywam neoliberalizmem.

Imperializm ciepłej wody

Neoliberalizm jest wielką narracją. Pewne zdziwienie może budzić fakt, że rozwinęła się ona w dobie lyotardowskiego upadku wielkich narracji, jednak zdziwienie to powinno być pozorne. Neoliberalizm, postulując równość i tolerancję wielu paradygmatów, sam ustanawia dla nich ramy, zarówno w kwestiach ekonomicznych, politycznych, jak i etycznych. Doskonałym przykładem jest reakcja Stanów Zjednoczonych na penalizację stosunków homoseksualnych w Ugandzie w roku 2014: Barack Obama ostrzegł Yoweriego Museveniego, prezydenta Ugandy, że wprowadzane przez niego zmiany w prawie mogą spowodować zmniejszenie pomocy finansowej dla Kampali. Kilka miesięcy później pod naciskiem Zachodu Uganda zrezygnowała z planowanych zmian.

Neoliberalizm jest ponadto projektem imperialnym, jeżeli rozumieć imperializm w opozycji do nacjonalizmu – jako doktrynę postulującą budowę wspólnoty nie w oparciu o naród, nieważne czy rozumiany biologicznie, czy kulturowo, lecz o pewną ideę.

Akces do zachodniej wspólnoty neoliberalnej zgłasza się nie przez zadeklarowanie przywiązania do danego kraju czy wspólnoty, nie przez pochodzenie, lecz przez akceptację pewnego zestawu ideałów moralnych, politycznych czy ekonomicznych, a nawet przez przyjęcie określonych tez dotyczących rzeczywistości jako takiej. Są to między innymi uznanie gospodarki rynkowej za pożądany model organizacji stosunków ekonomicznych, negatywne zdefiniowanie wolności czy nawet akceptacja tezy o istotnym wpływie człowieka na globalne ocieplenie. Za intelektualistów pochodzących spoza zachodniego kręgu kulturowego, którzy weszli we wspólnotę neoliberalną przez akceptację owych ideałów można uznać na przykład Ayaan Hirsi Ali czy Salmana Rushdiego.

Tak rozumiany liberalizm był od II wojny światowej podporą imperialnej świadomości Stanów Zjednoczonych, wpierw interpretowany przez polityków wcześniejszych generacji, a obecnie przez neoliberalny establishment.

Powodów, dla których Unia Europejska, również zdominowana przez imperialną świadomość neoliberalną, nie aspirowała do pozycji hegemona, należy szukać w jej rozdrobnieniu i próbie pogodzenia różnych, często sprzecznych interesów państw członkowskich, które to interesy, choć często niewysławiane, wciąż były obecne w tle politycznej codzienności. Nie przeszkadzało to jednak Unii w próbach narzucenia swojego sposobu myślenia innym podmiotom międzynarodowym, choć próby te najczęściej ograniczały się do kolejnych interpelacji w kwestii przestrzegania praw człowieka czy przyjmowaniu dysydentów z państw niezachodnich.

Tryumfalizm i przeświadczenie o nieuniknionym sukcesie obecnego systemu zbiegają się jednocześnie z rosnącą biernością polityków neoliberalnych. Nie jest to szczególnie zaskakujące. Skoro ma nastąpić liberalno-demokratyczny koniec historii i żadna inna narracja nie jest w stanie zwyciężyć obecnej, to nie trzeba, a wręcz nie należy tworzyć ambitnych programów reform, prowadzić dyskusji etycznych czy teologicznych na tematy fundamentalne, a już na pewno rewidować podstaw obowiązującego systemu. Co za tym idzie – jedyne akceptowalne działania polityczne to te o charakterze lokalnym i cząstkowym, zarządzanie sprawami bieżącymi oraz drobnymi kryzysami, czyli „polityka ciepłej wody w kranie”.

Kryzys obnażony

Starsze pokolenie żyje w tym systemie od dekad, młodsze nie zna innego. Ideałami liberalnej demokracji nie opłacą jednak studiów czy kredytu hipotecznego. Same nierówności społeczne być może nie wywołałyby nawet tak potężnego kryzysu, ale gdy weźmie się pod uwagę stale malejącą możliwość awansu, a nawet malejącą możliwość reprodukcji statusu społecznego przez dzieci rodziców należących do danej klasy (zwłaszcza w USA), okaże się, że Zachód staje w obliczu głębokiego kryzysu o podłożu gospodarczym. Kryzys ten, widoczny od 2008 roku, nie może się zatem zakończyć powrotem do „business as usual”, gdyż ciężar stosunków klasowych objawił się z większą mocą niż kiedykolwiek po zakończeniu II wojny światowej. Sytuację tę klasy niższe rozpoznały nie tylko przez uświadomienie sobie własnej kondycji, lecz także przez wieloletnią obserwację klas wyższych, zarówno tych dominujących w świecie polityki, jak i gospodarki.

W przypadku świata polityki nie do przeoczenia jest fakt, że od wielu lat „grupą trzymającą władzę” są absolwenci Ivy League w USA, Eton w Wielkiej Brytanii czy École Nationale d'Administration we Francji.

Z kolei brak mobilności społecznej w sferze ekonomicznej uwidoczniło choćby badanie włoskich ekonomistów. Pokazało ono, że większość najbogatszych rodzin florenckich z XV wieku zachowało swój status socjoekonomiczny do dziś. Stoi to w sprzeczności z dominującym dotychczas przekonaniem, że status ów, i wysoki, i niski, zanika w ciągu kilku pokoleń. Niezależnie od rzeczywistej możliwości zachowania bogactwa w rodzinie przez sześć stuleci, w społeczeństwach zachodnich coraz silniejsze jest przekonanie, że majątek zdobywa się przede wszystkim przez dziedziczenie, w mniejszym zaś stopniu przez indywidualne talenty, a już na pewno nie przez ciężką pracę. Czarę goryczy przepełnia polityka obrotowych drzwi między światami polityki i biznesu, będąca de facto zalegalizowaną formą korupcji, a widoczna przede wszystkim w USA. 

Kryzys systemu neoliberalnego osiągnął apogeum.

Paternalizm rządzących i ich przekonanie o własnej nieomylności, poczucie mas, że ich interesy przestały być reprezentowane w jakimkolwiek stopniu lata temu na rzecz obcych im idei irrelewantnych dla ich sytuacji ekonomicznej, malejąca mobilność społeczna, rosnąca niepewność zatrudnienia znana pod nazwą prekaryzacji, dezindustrializacja, a nade wszystko przeświadczenie starych klas rządzących o bezalternatywności obecnego układu – wszystko to wieszczy rychły jego koniec. Wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych nie jest przyczyną tego załamania, lecz jedynie istotnym, być może najistotniejszym, jego symptomem.

Nowa prawica, nowa lewica, nowy świat

W USA następuje głębokie przeobrażenie tamtejszego porządku politycznego. „Alternatywna prawica”, izolacjonistyczna i protekcjonistyczna mimo zwycięstwa swego kandydata w wyborach jest ruchem jeszcze niewykształconym, ale już teraz można stwierdzić, że jej oczy będą zwrócone na samą Amerykę, nie na świat. Przesyt młodych liberałów dominacją establishmentu Partii Demokratycznej wyraża się w gigantycznym jak na Stany Zjednoczone odsetku głosów oddanych na kandydatkę spoza dwóch głównych partii – Jill Stein, startującą na urząd prezydenta USA z ramienia Partii Zielonych, która zdobyła 15% głosów w grupie wiekowej 18-29 lat. Również w jej programie polityka zagraniczna znajduje się na dalekim planie i choć amerykańscy Zieloni raczej nie staną się istotną siłą polityczną w dającej się przewidzieć przyszłości, ich idee będą przenikać do głównego nurtu. Nie widać dziś w USA żadnej młodej czy ożywczej siły, która byłaby zainteresowana utrzymaniem hegemonicznej pozycji Stanów.

Kryzys ten nawiedzający również Unię Europejską nie jest u swych podstaw naznaczony nacjonalizmem. Antyimigranckie partie północno-zachodniej Europy swą siłę czerpią nie z poczucia upokorzenia przez obcych, lecz przez butny establishment, a głównymi składowymi ich programu są nie rasizm i nacjonalizm, lecz coś, co można nazwać lokalizmem, a co przeciwstawimy globalizmowi. Ugrupowania te wciąż rosną w siłę: UKIP w Zjednoczonym Królestwie skutecznie doprowadziło do Brexitu, w Holandii PVV Geerta Wildersa zyskuje około 20% poparcia w kolejnych sondażach, przewodnicząca Frontu Narodowego Marine Le Pen prawdopodobnie wejdzie do drugiej tury wyborów prezydenckich we Francji. Wyjątkiem są tu Niemcy zdominowane od półtorej dekady przez niezwykle popularną Angelę Merkel, jednak od początku kryzysu imigracyjnego poparcie dla CDU wciąż spada, a spadek ten koreluje z nieustannym wzrostem poparcia dla eurosceptycznej i antyimigranckiej Alternatywy dla Niemiec. Od kilku miesięcy regularnie dostaje ona w sondażach powyżej dziesięciu procent głosów i może stać się języczkiem u wagi w wyborach w 2017 roku.

Jeżeli lokalizm (rozumiany jako poczucie, że nasze problemy są „tu”, a nie „tam”, że to „my”, a nie „oni” lepiej się nimi zajmiemy i że właściwie to nie jesteśmy zainteresowani kłopotami innych) uznamy za najistotniejszy element obecnych nurtów antyestablishmentowych, to dostrzeżemy, że charakteryzuje on też lewicowe partie południowej Europy od Portugalii, przez Hiszpanię aż po Grecję. „Ich świat zaczyna upadać, nasz dopiero powstaje” – stwierdził bliski współpracownik Marine Le Pen. Zarówno antyimigranccy eurosceptycy z północnej Europy, jak i coraz radykalniejsze partie lewicowe z południa wypowiedziały wojnę neoliberalizmowi, lecz z obecnej perspektywy nie widzimy jeszcze wizji przyszłości żadnego z tych dwóch nurtów. Z całej teorii o upadku wielkich narracji neoliberalizmowi ostał się chyba tylko brak pozytywnej historiozofii i brak ten jest charakterystyczny także dla młodej europejskiej prawicy i lewicy. Nieobecność historiozofii jest tu niemal tożsama z brakiem wielkiej strategii i wizji, dlatego tak trudno rozprawiać o przyszłości Europy w dobie końca obecnego systemu. Jego upadek wydaje się jednak nieunikniony, a jeśli liberalna demokracja, odżywiona porażką pobudzającą jej moce twórcze, powróci, to przeobrażona i niepodobna do współczesnej.

Izolujące się Stany Zjednoczone i pogrążona w walce starego z nowym Europa pozostaną istotnymi centrami współczesnego świata, lecz Zachód nie będzie już w stanie nadać tonu sporom o prawa człowieka czy przyszłość naszej planety. Nie znaczy to, że inne centra zajmą jego pozycję.

Chiny są odizolowane od Pacyfiku przez pas nieprzyjaznych im państw, Rosja pozostaje ksobna, a jej nacjonalizm jest istotną przeszkodą w próbach odbudowania dawnej pozycji. Świat muzułmański jest zbyt ubogi i zatopiony w spirali przemocy, by stanąć do walki o przywództwo na świecie, pogrążone w kryzysach wewnętrznych Brazylia i Indie nie mają aspiracji wykraczających poza utrzymanie statusu mocarstwa regionalnego. Pozostaje jedynie pytanie czy świat multilokalny okaże się w dłuższej perspektywie tworem stabilnym, czy też sytuacja ta zaowocuje nową erą globalnych konfliktów.

Podziel się artykułem:

Czesław Domarecki
Student filozofii i matematyki UJ. Pozanaukowo zainteresowany geopolityką, transhumanizmem i literaturą science-fiction.

Napisaliśmy już 1954 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Doceniamy Pańskie zaangażowanie w promocję innowacyjnej gospodarki i pokładamy nadzieję w Panu, jako przyjacielu młodej polskiej społeczności przedsiębiorców startupowych.

List startupowców do Prezydenta. „Konsekwencje trybu procedowania reform są dla nas dotkliwe”

List startupowców do Prezydenta. „Konsekwencje trybu procedowania reform są dla nas dotkliwe”

Przedsiębiorcy i  liderzy ekosystemu startupów

Sprawdziliśmy, czy proponowane i realizowane przez Prawo i Sprawiedliwość reformy w wymiarze sprawiedliwości znajdują swoje odzwierciedlenie w programach i materiałach wyborczych partii sprzed wyborów.

Czy PiS w wymiarze sprawiedliwości realizuje wolę suwerena? Sprawdzamy wyborcze obietnice

Czy PiS w wymiarze sprawiedliwości realizuje wolę suwerena? Sprawdzamy wyborcze obietnice

Mateusz Mroczek

Sądownictwo ma swoje problemy. Największym z nich jest nie widmo postkomunizmu, ale jego nadmierna biurokratyzacja.

Spóźniona wojna z postkomunizmem

Spóźniona wojna z postkomunizmem

Piotr Kaszczyszyn
Następny artykuł:

Dlaczego wierzymy w (inny) uniwersytet?

Dlaczego wierzymy w (inny) uniwersytet?