Peryferyjność to szansa, nie przeszkoda [ROZMOWA]

Andrzej Szczerski, Piotr Kaszczyszyn | 04-06-2018 16:50:39 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Peryferyjność to szansa, nie przeszkoda [ROZMOWA]
youtube.com

Dotychczas podchodziliśmy do nowoczesności, jak do jeża. Prawica traktowało ją niczym ciało obce, narzucane nam przemocą i stanowiące zagrożenie dla tradycyjnej polskości. Lewica sięgała po zewnętrzne wzorce i hierarchie, praktykując przeciwskuteczny model modernizacji imitacyjnej. Tymczasem opowieść o polskiej, podmiotowej i samodzielnej nowoczesności wciąż pozostaje niezagospodarowana. W perspektywie drugiego stulecia niepodległości musimy to zmienić. O poszukiwaniu nowej wyobraźni narodowej z prof. Andrzejem Szczerskim, historykiem sztuki i byłym wicedyrektorem Muzeum Narodowego w Krakowie rozmawia Piotr Kaszczyszyn.

„Polska, jaką znam, i w jakiej żyłem od urodzenia, to Polska zerwanej ciągłości. Powstała jako twór nowy, budowany świadomie w opozycji do wszystkiego, czym była przez wieki”- tak brzmią zdania otwierające Esej o duszy polskiej prof. Ryszarda Legutki. Czy narracja „zerwanej ciągłości” to rzeczywiście jedyna dostępna nam opowieść o tożsamości współczesnego Polaka?

Zgadzam się z tą tezą o tyle, że twórcy  Polski Ludowej faktycznie mieli ambicję dokonania takiego „państwowego restartu”, lecz ostatecznie ponieśli porażkę. Także dzięki aktywności takich osób jak prof. Ryszard Legutko i opozycyjnych środowisk intelektualnych, które świadomie ciągłość z narodową przeszłością i jej tradycjami budowały. Według mnie na tym właśnie polega największe zwycięstwo nad komunizmem- na zachowaniu ciągłości „duszy polskiej”, a nie tylko na wycofaniu z Polski radzieckich czołgów.

Czytając Pańską książkę pt. Cztery nowoczesności. Teksty o sztuce i architekturze polskiej wybrzmiewa z niej wyraźnie teza stojącą w kontrze do historiozoficznego pesymizmu prof. Legutki. Pana zdaniem polska opowieść o nowoczesności pozwala zbudować ciągłość i symbolicznie „zszyć” ze sobą II RP, PRL i Polskę nam współczesną. Nie sposób nie zauważyć, że taka propozycja patrzenia na XX wiek i koleje losów „polskiej duszy” nie znajduje oparcia w działaniach obozu „dobrej zmiany”. Wręcz przeciwnie- wygrywa opowieść prof. Legutki, a polityka historyczna polega na tworzeniu alternatywnej „III RP leśno-partyzanckiej”, która swoje korzenie umieszcza w walce żołnierzy wyklętych.

Nie ma wątpliwości, że w wielu dziedzinach życia dokonały się radykalne zmiany i ciągłość została zerwana. Etniczna różnorodność I i II RP to już historia; wraz z dynamiczną urbanizacją i przekształceniami na polskiej wsi po II wojnie światowej zasadniczym przemianom uległa geografia społeczna naszego kraju; zniknął świat dworów i rezydencji szlacheckich, zatarły się dawne podziały i dystynkcje towarzyskie.

Jeżeli jednak szukać tego, co łączy różne epoki w dziejach Polski odpowiedzią może być, wciąż nie w pełni opisana, historia polskiej nowoczesności. To paradoks, ponieważ w świadomości zbiorowej Polaków nowoczesność często kojarzona jest z czymś obcym lub drugorzędnym. Dla większości prawicy jest jak ciało obce,  i oznacza narzucane nam z zewnątrz wzorce modernizacyjne, które kłócą się z tym, co tradycyjnie polskie.

Ten sposób myślenia wykształcił się na dobre w II połowie XIX wieku, kiedy rozwój kraju dokonywał się w imię interesów krajów zaborczych, ale wzmocniła go także imitacyjna modernizacja z początków III RP. Równie błędny stosunek do nowoczesności mają ci, którzy twierdzą, że Polacy nigdy nie potrafili wypracować jej oryginalnych wzorców. W tej sytuacji jedyne, co można zrobić, to ich zmodernizować na siłę, według sprawdzonych recept ze świata, nawet jeżeli nie mają z polską specyfiką nic wspólnego.

Tymczasem, jak podkreślam, nowoczesność to integralna część polskiej tożsamości. Należy docenić jej odrębną historię i charakter, służące budowie polskiej podmiotowości we współczesnym świecie, w każdej dziedzinie życia: od kultury po kwestie gospodarcze i polityczne. Musimy w tej historii poczuć się u siebie.

Nie ma też sensu przeciwstawianie nowoczesności wspomnianej przez Pana historii „leśno-partyzanckiej”. Żołnierze Wyklęci walczyli o niepodległą Polskę, która potrafi zachować podmiotowość w nowoczesnym świecie. Pamiętali kraj przed 1939 rokiem, który realizował śmiałe projekty modernizacyjne, związane przede wszystkim z działaniami Eugeniusza Kwiatkowskiego.

Historia polskiej nowoczesności pozwala nam także odnaleźć elementy kulturowej ciągłości w czasach PRL-u, np. kontynuację osiągnięć architektury modernistycznej z lat 30. po odwilży z 1956 roku. W PRL rozwijała się, mimo ekonomicznych trudności, także modernizacyjna myśl techniczna i nieprzypadkowo żałowaliśmy, że tyle gałęzi przemysłu rozbudowanych w PRL upadło w III RP. To był także kapitał nowoczesności, który został bezmyślnie roztrwoniony.

Nie możemy dać się przekonać, że komuniści zwyciężyli i zabrali nam 45 lat. Nie wymazujmy historii PRL, ale piszmy ją tak, aby odnaleźć w niej przynajmniej elementy kontynuacji procesów modernizacyjnych, zapoczątkowanych jeszcze w 1918 roku.

Być może kluczem jest interpretacja Polski Ludowej w kategoriach nowego Królestwa Polskiego, czasów „radzieckiego zaboru”. Wówczas nie wylewamy dziecka z kąpielą – potępiamy geopolityczną podległość, ale możemy czerpać z osiągnięć modernizacyjnych konkretnych Polaków, czy nawet państwowych instytucji.

Jak najbardziej się z Panem zgadzam. Polskę Ludową możemy potraktować dwojako: jako niesuwerenny kraj, rządzony przez podległych ZSRR funkcjonariuszy, ale też historię tych, którzy w skrajnie niekorzystnych warunkach starali się pracować na rzecz Polski jako wartości przekraczającej realia bieżącego zniewolenia. W badaniach socjologów podkreśla się na przykład, że istotna część inteligencji technicznej, dzieci komunistycznej reformy, wywodzące się ze wsi i małych miast, którzy teoretycznie zawdzięczali PRL-owi edukację i tzw. awans społeczny, szybko obróciła się przeciwko władzy i stanowiła kluczowe wsparcie dla antykomunistycznej opozycji.

Czyli nie zgodziłby się Pan na wyburzenie Pałacu Kultury i Nauki?

Wręcz przeciwnie. O ile należy zachować udane realizacje architektoniczne z czasów PRL, należące do historii modernizmu i kontynuujące osiągnięcia II RP, Pałacu Kultury, który do tej historii nie należy, nie warto bronić. Nawet nie tyle ze względu na to, że jest symbolem podległości PRL wobec ZSRR, ale dlatego że nie ma żadnego związku z historią Warszawy i nie wpisuje się w rozwój modernistycznej architektury w stolicy. Jest jej zaprzeczeniem, a poza tym niszczy urbanistykę centrum miasta i nic dziwnego, że do dziś nie udało się zagospodarować terenów wokół niego. Pamiętam jak przed laty protestowałem, kiedy wpisywano Pałac do rejestru zabytków. Chcę też wyraźnie podkreślić, że wyburzenie Pałacu nie oznacza wymazania fragmentu historii architektury warszawskiej. Miasto posiada socrealistyczne dzielnice zbudowane w latach 50., które znakomicie funkcjonują, a nawet są znakiem rozpoznawczym stolicy, jak Muranów czy MDM.  

W zamian odbudowujemy przedwojenne kwartały kamienic?

To kwestia do dyskusji z architektami, urbanistami oraz instytucjami i organizacjami odpowiadającymi za rozwój miast. Mogę sobie wyobrazić, że odtwarzane są tylko pierzeje Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich, ale wewnątrz zostawiamy neutralną przestrzeń publiczną dla mieszkańców Warszawy, na przykład duży park.

Wolałem się dopytać, gdyż w moim przekonaniu takie marzenia to jednocześnie idealizacja II RP i zabawa w rekonstrukcję historyczną. Nie mówiąc już o tym, że w praktyce deweloperzy zamieniliby to miejsce w luksusowe osiedle dla snobistycznej elity.

Nie chodzi tu o powrót do przeszłości i odtwarzanie stanu sprzed 70 lat. Współczesna dynamika i kształt Warszawy są już całkowicie odmienne od tych z lat 30. Ma Pan rację, że prosta rekonstrukcja stanu sprzed II wojny światowej byłaby trudna, dlatego mówię, aby zaproponować coś nowego, odpowiadając na współczesne tendencje w urbanistyce, podkreślające wartość przestrzeni wspólnych i przyrody w mieście.   

Przekonanie o ciągłości, czy też ewolucyjnej kontynuacji pomiędzy II RP, PRL i III RP to jedna strona medalu. Jego rewersem jest opowieść o „innej nowoczesności”, o której pisze Pan w Czterech nowoczesnościach…, gdzie Polska nie jest meblem do przesuwania, lecz samodzielnym podmiotem zmiany. Gdyby miał Pan wskazać dwa kluczowe pozytywne przykłady polskiej podmiotowości…

… to zacząłbym od budowy Gdyni. To przemyślany projekt modernizacyjny, który opierał się na czterech filarach. Po pierwsze, wymiar gospodarczy- ekonomicznie to po prostu się opłacało, Gdynia w okresie międzywojennym była największym pod względem ilości przeładowywanego towaru portem morskim na Bałtyku. Wokół niej rozwijały się jednocześnie inne gałęzie gospodarki, a wraz z nimi powstawały nowe miejsca pracy. Po drugie, wymiar cywilizacyjny. Za budową Gdyni szła symboliczna reorientacja kraju, przesunięcie punktu ciężkości II RP na północ i stworzenie wizji „Polski morskiej”, otwartej na świat. Gdynia miała uwolnić Polskę od położenia tylko na osi Wschód-Zachód, „między Niemcami a Rosją”, która kojarzyła się z zaborami i podległością wobec silniejszych sąsiadów. Po trzecie, zarysowana już płaszczyzna geopolityczna, o czym dzisiaj mało się już pamięta. Gdynię projektowano jako port nie tylko dla Polski, lecz także dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Polski port miał stać się „oknem na świat” dla całego regionu, w pierwszej kolejności dla takich państw, jak Czechosłowacja czy Węgry. Kwestia czwarta- wymiar kulturowy. W bardzo krótkim czasie udało się stworzyć nowe miasto uporządkowane urbanistycznie, z wartościową architekturą modernistyczną, z własną tożsamością, odróżniającą Gdynian do dzisiaj, choćby w opozycji do starego Gdańska.

Drugi przykład w zupełnie innej skali, to kultura mieszkania, którą opracowano w latach 30., przede wszystkim w ramach działalności spółdzielni „Ład” i projektantów reprezentujących modernizm organiczny. Połączono w niej elementy awangardowego funkcjonalizmu i  naturalnych materiałów, jak drewno czy tkanina, osiągając znakomite rezultaty, ale dziś kojarzone są one z analogicznym projektami, jakie pojawiły się wtedy w Skandynawii, których symbolem jest Ikea. Historycy wzornictwa nie mają wątpliwości, że gdyby nie wojna, to Polska miała realne perspektywy na stworzenie rozbudowanego przemysłu meblarskiego na skalę równą państwom skandynawskim.

Puszczając wodze fantazji, można powiedzieć, że dzisiaj- w obliczu mieszkaniowego głodu Polaków i rządowego programu Mieszkanie Plus- nadarza się okazja na nawiązanie do starych, niezrealizowanych ambicji.

Jak najbardziej, zwłaszcza że współcześnie działają już wyspecjalizowani polscy producenci mebli, którzy mogliby przyjąć takie zlecenia. Polscy projektanci tworzyli wzorcowe modele modernistycznych mebli już w II RP, w PRL i potrafią tego dokonać także i dziś. Program Mieszkanie Plus mogłoby w ten sposób zyskać dodatkowy wymiar kulturotwórczy.   

W tym miejscu pojawia się- dzisiaj już raczej zapomniana i raczej marginalizowana- tradycja polskiej przedwojennej spółdzielczości, sygnowana takimi nazwiskami jak Toeplitz, Tołwiński, czy Mielcarski.

Tradycja spółdzielczości ma swoje korzenie jeszcze w czasach zaborów i też świadczy o tym, że Polacy nie bali się nowoczesności. Wiele takich spółdzielni wspierało projekty modernizacyjne, zwłaszcza w II RP, i warto przypomnieć, że na przykład nowe dzielnice czy kamienice powstawały wtedy zarówno dzięki państwu, jak i właśnie organizacjom obywatelskim. To był wspólny wysiłek na rzecz modernizacji.

Jak więc wchodzić do tej nowoczesności? W pracy Cztery nowoczesności… wskazuje Pan na dwie zasadnicze drogi. Pierwsza polega na aspiracji- patrzymy na kryteria wypracowane poza nami i staramy się sprostać zewnętrznym wymaganiom, co grozi nam przyjęciem postawy uczniaka, dyscyplinowanego za błędy i niedoskonałości. Drugie rozwiązanie zakłada grę o pełną stawkę- to my od teraz będziemy wyznaczać obowiązujące powszechnie standardy i hierarchie. Czy istnieje jeszcze jakaś „trzecia droga” czy Polska skazana jest na wieczne lawirowanie pomiędzy tymi dwoma skrajnościami?

Szukając odpowiedzi na to pytanie warto zacząć od końca i zastanowić się co w Polsce ma być celem tego modernizacyjnego wysiłku? Jak sądzę odpowiedzią jest kwestia niepodległości. Tylko nowoczesna Polska może zapewnić sobie niepodległość, a więc posiadać narzędzia służące podmiotowemu rozwojowi i swobodę wyboru, jak się nimi posługiwać. Nie oznacza to odcięcia od kontaktów ze światem zewnętrznym- nie ma czegoś takiego jak „nowoczesność w jednym kraju”, a autarkia to ślepa uliczka. Niepodległości nie buduje się jednak przez imitację, dlatego nie obawiam się gry o pełną stawkę. Nie oznacza to, że ustalamy globalne standardy i hierarchie, ale budujemy oryginalny i nieprzeciętny model nowoczesności, który nam służy.  

W Polsce pokutuje fałszywe myślenie, że istnieje tylko jeden wzór modernizacyjny , który można przyjąć w całości lub odrzucić i zostać ciemnogrodem. To nieprawda, historia pokazuje, że funkcjonuje wiele takich wzorów, wynikających z miejscowych tradycji i kulturowych uwarunkowań. 

Dwa przykłady. Jak dziś już wyraźnie widać w naszym kraju nie sprawdzają się oligarchiczne modele modernizacji oparte o wąską grupę elit podporządkowujących sobie resztę społeczeństwa. Po drugie, Polska nie może liczyć na rodzimy wielki kapitał prywatny, którego nie ma i to państwo musi wspierać polskich przedsiębiorców i rozwój gospodarczy, a nie dokonywać samolikwidacji w imię wolnego rynku.   

W zakończeniu pracy dr. Adama Leszczyńskiego pt. Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943-1980 znajdziemy może i prostą, ale moim zdaniem niezwykle trafną i inspirująca metaforę stołu z narzędziami. Leszczyński używa jej w kontekście gospodarczo-społecznym, wskazując, że istotą różnych projektów modernizacyjnych było stworzenie autorskiej, odpowiedniej dla każdego konkretnego państwa kombinacji tych narzędzi: od reformy rolnej, przez planowanie gospodarcze, po industrializację. Nie silimy się więc na oryginalność i osobność tam, gdzie to niepotrzebne. Bierzemy dostępne powszechnie narzędzia modernizacyjne, często wymyślone gdzie indziej, ale tworzymy z nich własny projekt nowoczesności, skrojony na naszą miarę. Mam wrażenie, że „trzecia droga” Pana profesora idzie analogicznymi tropami.

Jako historyk sztuki odwołam się do przykładu z mojej dziedziny nauki. Chorwacki badacz sztuki w Dalmacji, Ljubo Karaman stworzył w latach 60. XX wieku ważne rozróżnienie na prowincje i peryferie. Prowincje to te części świata, które z własnej woli naśladują centrum, ponieważ są przekonane o własnej cywilizacyjnej słabości, a imitacja wydaje im się najskuteczniejszym rozwiązaniem, aby przetrwać. Z kolei peryferia to takie miejsca, które czerpią inspiracje z wielu centrów, a proces ten prowadzi do- jak pisał Karaman- intensyfikacji kultury i co za tym idzie tworzenia oryginalnych dzieł. W konsekwencji peryferia zyskują tak wielki potencjał twórczy, że mogą przekształcać się w odrębne centra. Tak działo się w najlepszych latach polskiej historii. Chrześcijaństwa nie wymyślili Polanie, ale z czasem Rzeczpospolita stała się kluczowym partnerem papiestwa na Wschodzie i jednym z centrów zachodniego chrześcijaństwa, odpowiedzialnego na przykład za chrystianizację Litwy.

Peryferyjność to szansa na czerpanie inspiracji od innych, ale przede wszystkim umiejętność twórczego ich wykorzystania, którą możemy wykorzystać dla skutecznej modernizacji państwa i przesunięcia z peryferii do centrum. Takie wyzwanie staje także przed Polską dzisiaj i w tej sprawie nie może być żadnych kompromisów, żadnych połowicznych rozwiązań. Inaczej zmarnujemy wyjątkowy, historyczny moment, jaki daje nam stabilne, geopolityczne otoczenie, którego nie mieliśmy od wieków.

Z pańskiej autorskiej wystawy #dziedzictwo, którą mogliśmy oglądać w zeszłym roku w Muzeum Narodowym w Krakowie wyłania się jednoznaczna wizja polskości jako projektu wieloetnicznego i wielojęzykowego. Czy w dzisiejszej Polsce ta wizja ma jeszcze szansę na coś więcej niż tylko funkcję historycznego przypominania, jak to „kiedyś było barwnie”?

Ta wizja polskości pokazuje, skąd brał się peryferyjny potencjał dawnej Polski. Wynikał on nie z imitowania Zachodu, ale właśnie z różnorodności kulturowej, talentów i pracy tych wszystkich wieloetnicznych, wielojęzykowych i wieloreligijnych mieszkańców żyjących nad Wisłą, Niemnem i Dnieprem, utożsamiających się z Rzeczpospolitą i uznających się za jej obywateli.

Czy możemy do takiej „jedności w wielości” dzisiaj powrócić? Owszem, ale w innych realiach. Nie chodzi o to, aby na siłę szukać w dzisiejszej monoetnicznej Polsce różnic, na przykład takich, że oto w Wielkopolsce mówimy pyry, a gdzie indziej ziemniaki.

Polską różnorodność można dziś znaleźć poza granicami kraju, na przykład zwracając uwagę na osiągnięcia Polaków żyjących od pokoleń w diasporze. Ich doświadczenie pomaga w budowaniu polskości otwartej na kontakty z każdym zakątkiem świata i świetnie odnajdującej się wobec innych kultur, bez utraty swojej specyfiki. Polonia to naturalne przedłużenie Polski w świecie. Powinniśmy więc wykorzystywać jej wpływy, osiągnięcia i znaczenie dla naszych wspólnych interesów. Pamiętajmy też o obcokrajowcach, absolwentach polskich uczelni, których można spotkać na eksponowanych stanowiskach w wielu miejscach na świecie. To dla nas także wielka szansa.  

To pytanie nabiera szczególnego znaczenia w kontekście „pełzającej rewolucji”, która zaczęła się w Polsce gdzieś w roku 2015 i wszystko wskazuje, że w kolejnych latach będzie się tylko nasilać. Mam na myśli rosnącą emigrację z Ukrainy, setki tysięcy Ukraińców studiujących i pracujących w Polsce. Teraz jeszcze przede wszystkim sezonowo, ale za niedługo spora część z nich, jeśli nie wyjedzie dalej na Zachód, to zostanie u nas na stałe. W tych okolicznościach czeka nas zasadnicza weryfikacja obowiązującego od czasu Jałty monoetnicznego modelu polskości, narzuconego nam przez geopolityczne wyroki historii.

Kulturowa integracja Ukraińców nie jest przesadnie trudnym zadaniem i wynika z bliskości obu narodów, nawet na poziomie języka. Kluczowe znaczenie dla integracji Ukraińców mają kwestie socjalne, które łączą się z sukcesem polskiej modernizacji. Jeśli kraj jest na tyle rozwinięty, że potrafi  zapewnić wszystkim obywatelom, w tym nowym przybyszom, równe oraz stabilne warunki do życia i pracy, to wówczas znikają potencjalne punkty zapalne. Nie ma ryzyka, że imigranci zaczną walczyć o swoje prawa, równy dostęp do świadczeń społecznych, doprowadzając do wzajemnych animozji.

Już teraz kilkadziesiąt tysięcy ukraińskich dzieci jest beneficjentami programu Rodzina 500 Plus. Czy Pana zdaniem poza zapewnieniem tego minimum bezpieczeństwa socjalnego polskie państwo będzie musiało zrealizować jeszcze jakieś inne działania, aby włączyć Ukraińców w życie narodowe?

Przykładem mogą być relatywnie najbardziej udane w Europie procesy integracyjne w Wielkiej Brytanii. Pakistańczycy, Hindusi czy Irańczycy na co dzień żyją we własnych środowiskach, ale znają także język angielski, szanują brytyjski porządek prawny i są lojalni wobec nowej ojczyzny. O to minimum lojalności i znajomość języka polskiego trzeba zadbać, ale przecież Ukraińcy w domu będą mówić po ukraińsku, z pewnością zaczną też powstawać cerkwie, przede wszystkim grekokatolickie.  

Ale w drugim pokoleniu Ukraińcy będą już bliżej polskości, choćby za pośrednictwem polskojęzycznej szkoły.

Polaków i Ukraińców łączy coś więcej niż kwestie bieżącej ekonomicznej emigracji- tradycyjna, choć zapomniana dziś wspólnota kulturowa. Jak pisał przed laty słynny geograf Eugeniusz Romer, granice w Europie nie wynikają tylko z prostych podziałów wyznaczanych przez naturę, ale także są efektem procesów cywilizacyjnych, toczących się na określonym terytorium. Idąc krok dalej, Romer stwierdził, że taką geograficzną i kulturową jednością są ziemie dawnej Rzeczypospolitej i prędzej czy później muszą się one ponownie połączyć, bo to dla nich naturalny stan. Nie chodzi tu oczywiście o odbudowę jednolitego państwa, ale przekonanie, że narody I Rzeczypospolitej stanowią niepodzielną całość.

Z tego względu nie możemy myśleć o Ukraińcach w Polsce jako zjawisku przejściowym, spowodowanym tylko wojną w Donbasie i kwestiami ekonomicznymi. Podobnie, jak polskie fascynacje Ukrainą tłumaczyć wyimaginowanymi tęsknotami kolonialnymi. To po prostu odradzanie się historycznej wspólnoty kulturowej.

Wspólnoty kulturowej, która pozwoli stworzyć naród państwowy, nie etniczny.

To prawda, że w tej sytuacji kwestie etniczne są drugorzędne, a państwo powinno zapewnić warunki do funkcjonowania takiej wspólnoty.   

Jednocześnie jednak w wystawie #dziedzictwo można było znaleźć tropy sugerujące, że Pańska wizja polskości wykracza poza koncepcję kulturową. W zamian pojawia się polskość jako wybór, gdzie samodzielnie decydujemy się stać Polakami nie z powodu wspólnoty krwi, ziemi, czy nawet kultury, lecz dlatego, że polskość jest dla nas atrakcyjnym projektem na życie. Taka wizja pachnie antropologicznym postmodernizmem, gdzie tożsamość jest czymś samodzielnie wypracowanym, nie narzuconym.

Postmodernizm zakłada stałą predyspozycję do ciągłego żonglowania tożsamościami, często bez patrzenia na konwencje takich zmian. Na wystawie, owszem, pokazywałem polskość jako wybór, lecz wybór podejmowany tylko raz, wybór definitywny, którego konsekwencje zostają z nami już na całe życie, a od wybranej tożsamości nie ma odwrotu.

Nie odwoływałem się pojęć z zakresu postmodernizmu, ale do przykładów z historii, choćby Krakowa w czasach rozbiorów. W okresie autonomii galicyjskiej wielu Austriaków, którzy trafili pod Wawel nawet w pierwszym pokoleniu uznawało się za Polaków. Wybitny prezydent Krakowa, Józef Dietl, którego ojcem był austriacki urzędnik, w młodości nawet źle mówił po polsku; Jan Matejko urodził się w rodzinie czesko-niemiecko-polskiej.  

Tak wybierana polskość jest dowodem na atrakcyjność i wartość polskiego dziedzictwa. Zresztą takie wybory zdarzają się i dziś, chociażby wśród studiujących w Krakowie zagranicznych studentów.

Skoro porozmawialiśmy już o tym, kim powinien być Polak przyszłości, to warto zastanowić się także na jakim terytorium ma mieszkać. Geografia wyobrażeniowa stanowiła bowiem jedną z czterech części wystawy #dziedzictwo. Mapa Polski sarmackiej z 1530 roku, która otwierała wystawę jako jeden z pierwszych jej eksponatów czy mapa Polski pojałtańskiej z roku 1945- która z nich jest istotniejsza dla dyskusji na temat współczesnej polskości?

Wydaje mi się, że jeszcze inna, namalowana przez Włodzimierza Pawlaka w 1988 roku, która znalazła się w dalszej części wystawy i pokazywała jednocześnie wszystkie historyczne granice Polski i Rzeczypospolitej. Punktem wyjścia do dyskusji o współczesności musi być Polska pojałtańska, bo to są realia, w których żyjemy. Pamiętajmy jednak, że jest ona dalece niewystarczająca. Każdy z nas ma swoją własną mapę polskości, wynikającą z osobistych historii i obejmującą na przykład USA, gdzie mieszka nasza rodzina, albo ziemie wschodnie II RP skąd nasi dziadkowie musieli wyjechać w 1945 roku. Sprawę komplikuje jeszcze nasza obecność w Unii Europejskiej i wielu Polaków mieszkających jednocześnie w kraju i zagranicą. Dlatego mapa Pawlaka jest tak inspirująca, ponieważ pokazuje, że jesteśmy dziedzicami kilku różnych, nakładających się na siebie map.

Wybór jednej z tych map ma moim zdaniem istotne konsekwencje w perspektywie czegoś, co można by nazwać podmiotowością społeczną. Wybór mapy sarmackiej to zwrot na Wschód, skierowanie wzroku na piękny, utracony świat. Jednocześnie jednak to decyzja o wyjściu poza historię, porzucenie gry o nowoczesność, co doskonale pokazał Andrzej Wajda w nostalgicznych, uwodzących widza Pannach z Wilka. Tymczasem wybór mapy po Jałcie to owszem, wzięcie na siebie bagażu komunistycznego, co brutalnie przedstawił w Róży Wojciech Smarzowski, ale jednocześnie kryje się w tym wciąż nieodkryty i niezagospodarowany potencjał opowieści o polskiej nowoczesności po II wojnie światowej na Ziemiach Odzyskanych. Opowieści o budowie nowego, polskiego świata na pozostałościach świata starego, głównie niemieckiego.

Tyle, że mapa polskiej nowoczesności to także ten nostalgiczny, sarmacki Wschód utracony po 1945 roku. Przypomnijmy nowoczesny Lwów z jego modernistyczną architekturą, teatrem,  słynnymi matematykami na czele ze Stefanem Banachem. To w tym mieście prowadzono pierwsze w Polsce eksperymenty z nadawaniem sygnału telewizyjnego, działało tu najważniejsze w kraju środowisko fotografów z Witoldem Romerem na czele, prowadzące nowatorskie eksperymenty z technikami fotograficznymi. Dla historii sztuki polskiej istotne znaczenie ma lwowska awangarda, przede wszystkim grupa „Artes” z Markiem Włodarskim i Margit Sielską. Eksponowane miejsce na mapie nowoczesnej sztuki polskiej zajmowało Wilno, także dzięki fotografikom jak Jan Bułhak, czy miejscowemu środowisku literackiemu. To we wschodnich Karpatach powstawały nowoczesne uzdrowiska, w Drohobyczu i Borysławiu mieliśmy rozwinięty przemysł naftowy.

Trudno więc bez zastrzeżeń zaakceptować zarysowaną w pytaniu dychotomię. Tym bardziej, że paradoksalnie przesunięcie na Zachód po Jałcie spowodowało, że znaleźliśmy się ostatecznie… na Wschodzie i po raz pierwszy w historii całe polskie terytorium było kontrolowane przez Rosję.

Nie jestem zresztą przekonany i nie znam badań potwierdzających tezę, że państwo powstałe po Jałcie w ostatecznym rozrachunku byłoby bardziej nowoczesne niż II RP, gdyby dać jej więcej czasu niż 20 lat niepodległości. Tym bardziej, że musiały minąć lata i kosztowało nas to wiele wysiłku, aby odbudować zniszczenia wojenne i w pełni włączyć „Ziemie Odzyskane” w historię państwa polskiego. Nie zapominajmy, że aż do 1970 roku i traktatu z Niemcami kwestia granic pozostawała de iure otwarta. Warto zastanowić się też, ile niemieckich zakładów przemysłowych i innych dóbr zostało wywiezionych do ZSRR, a więc, jaką w rzeczywistości schedę przejęliśmy.

Krytyczny wobec Wschodu był także patron polskiej nowoczesności w II RP, Eugeniusz Kwiatkowski. Mocno punktując model gospodarczy I RP, postulował jednoznacznie zwrot z kresowego Wschodu na morską Północ, za czym miała iść wizja Polski przemysłowej, obejmując także ziemie centralne z Centralnym Okręgiem Przemysłowym.

Z ekonomicznego punktu widzenia Kwiatkowski miał oczywiście rację, ale z perspektywy historii kultury kresowy Wschód miał dla polskości kluczowe znaczenie. Nie chodzi o poszukiwanie nowoczesności na wsiach białoruskich, ale oddanie ziemiom wschodnim odpowiedniej dla nich wartości.   

Pomysły majstrowania przy polskiej geografii wyobrażeniowej wracają także współcześnie. W ostatnim czasie najmocniej wybrzmiewa to w projekcie Trójmorza i reorientacji Polski z linii Wschód-Zachód, naszego geopolitycznego przekleństwa ostatnich 300 lat, na perspektywę Północ-Południe.

Osobiście jestem przekonany, że projekt Trójmorza to narzędzie, które pozwoli Polsce przesunąć się z pozycji peryferii do centrum. Trójmorska reorientacja to szansa na nową geografię Europy, która podkreśla podmiotowość państw regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Nie jest to tylko teoria- próby budowania takiej geografii mieliśmy już w przeszłości, czego przykładem może być wspomniana już wizja Gdyni jako koncepcja portu otwartego dla krajów leżących na południe od Polski. 

W tym miejscu pojawia się jednak wątpliwość natury praktycznej. Czy przy obecnych uwarunkowaniach polityczno-gospodarczych, np. stopniu powiązań ekonomicznych państw naszego regionu i samej Polski z Niemcami, taki projekt ma podstawy do realizacji? Czy nie jest czasem tak, że właściwszym rozwiązaniem niż samo Trójmorze jest powrót i redefinicja wizji Mitteleuropy, tak aby dzisiaj nie była ona projektem miękkiej kolonizacji, lecz szansą na partnerski układ, który umożliwi nam przesunięcie się w łańcuchu wartości we współpracy z państwem centrum?

Obawiam się, że taka wizja w praktyce oznacza konserwację status quo. Niemcy przecież już tutaj są, już korzystają z rynków Europy Środkowo-Wschodniej, już zarabiają na współpracy z nami i jest to układ asymetryczny. Polska bogaci się w sposób zaledwie koncesjonowany, nie dokonał się u nas skok cywilizacyjny, nie widzimy, aby to w naszym kraju powstawały nowe technologie, albo firmy o globalnym znaczeniu.   

Trójmorze pozwala na wzmocnienie siły Europy Środkowo-Wschodniej i dopiero z tej uprzywilejowanej pozycji porozumiewanie się z Niemcami, z którymi przecież musimy współpracować, ale nie jako podporządkowana im prowincja. A to właśnie zakładał projekt  Mitteleuropy, czyli stworzenia dla Niemiec przestrzeni do pokojowej ekspansji na wschód od ich granic.

Czy w perspektywie stulecia niepodległości jest jakieś konkretne przedsięwzięcie, które z tej okazji należałoby zrealizować, bądź konkretna instytucja, jaką powinno się zbudować?

W perspektywie krótkoterminowej potrzebne są programy socjalne, takie jak Rodzina 500 Plus i Mieszkanie Plus, oraz znaczące inwestycje  infrastrukturalne, jak Centralny Port Komunikacyjny. Natomiast w dłuższej perspektywie powinniśmy myśleć o rozwoju istniejących i budowaniu nowych, stabilnych i działających na światową skalę instytucji, które edukować będą nową intelektualną elitę, ekspertów i kadry odpowiedzialne za modernizację kraju. Mogą to być zarówno instytuty badawcze, jak i nowe muzea czy centra techniki. Równolegle musimy rozwijać te gałęzie przemysłu, które gwarantują nam udział w kolejnej technologicznej rewolucji. W pierwszej kolejności warto skoncentrować się na kwestiach energetycznych i wysokich technologiach, ale jako historyk sztuki upomnę się także o wsparcie dla instytucji odpowiedzialnych za kształt przestrzeni publicznej i architekturę.

Jako Klub Jagielloński postulowaliśmy stworzenie Muzeum Cywilizacji w Łodzi. Placówki, która stanowiłaby uzupełnienie z zakresu polityki historycznej i tożsamości współczesnego Polaka dla Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju. W expose Mateusz Morawiecki starał się wyprowadzać modernizację gospodarczą z wspomnianej wcześniej „III RP leśno-partyzanckiej” i dziedzictwa Solidarności Walczącej. My chcieliśmy zaproponować raczej spuściznę takich osób jak Ludwik Hirszfeld, Jan Czochralski, czy Ignacy Łukasiewicz.

Nie ma sprzeczności między upamiętnianiem podziemia antykomunistycznego i postaci z kanonu polskiej nowoczesności. Wspólnie, w odmiennych realiach starali się służyć Polsce i nie chodzi o to, aby tych pierwszych zastępować teraz tymi drugimi. Zgadzam się jednak z Panem, że należy wyraźniej mówić dziś o osiągnięciach polskiej modernizacji czy postaciach odpowiedzialnych za najważniejsze osiągnięcia XX-wiecznej nowoczesności w świecie, które związane są z Polską.

Ta zmiana mogłaby być efektem obchodów stulecia odzyskania niepodległości. Powinniśmy pokazać, że te sto lat wykorzystaliśmy nie tylko po to, aby potwierdzić naszą polityczną suwerenność, ale także aby wziąć udział w procesach modernizacyjnych i w tworzeniu historii XX-wiecznej nowoczesności. Jeżeli potrafimy dostrzec ten wymiar polskości, jestem pewien, że stanie się on kluczową wartością dla współczesnej Polski i potwierdzi nasze przygotowanie do przeprowadzenia cywilizacyjnych zmian, dzięki którym możemy znaleźć się wśród najbardziej rozwiniętych państw świata, w jego centrum.   

Rozmowa pochodzi z podwójnej, 51-52 teki czasopisma Klubu Jagiellońskiego „Pressje”. Zachęcamy do zakupu numeru przez stronę internetową pisma lub za pośrednictwem serwisu Allegro.

Podziel się artykułem:

Andrzej Szczerski
Historyk sztuki, adiunkt w Instytucie Historii Sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Były wicedyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie.
Piotr Kaszczyszyn
Zastępca redaktora naczelnego Jagielloński24. Redaktor czasopisma Pressje. Członek Klubu Jagiellońskiego.

Napisaliśmy już 2212 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Ciągle musimy uczyć się odróżniać zmiany, które wynikają z nieuchronnych procesów, i te, które są częściowo sterowalne i mogą być modyfikowane według naszych wartości czy wyobrażeń.

Zybertowicz: Jeśli udało się objąć kontrolą broń masowego rażenia, to dlaczego nie zrobić tego ze sztuczną inteligencją?

Zybertowicz: Jeśli udało się objąć kontrolą broń masowego rażenia, to dlaczego nie zrobić tego ze sztuczną inteligencją?

Krzysztof Mazur

Protestujący pod hasłami samorządności i autonomii uczelni, bronią tak naprawdę wszechwładzy uniwersyteckich koterii.

To w ogóle nie o to chodzi. Wokół medialnej awantury o Konstytucję dla Nauki

To w ogóle nie o to chodzi. Wokół medialnej awantury o Konstytucję dla Nauki

Marcin Kędzierski

Wysokie zarobki w wielkim mieście to mit. Jest wielu, którzy na wysokie zarobki się nie załapują.

Biznes nie musi być zlokalizowany w wielkim mieście [ROZMOWA]

Biznes nie musi być zlokalizowany w wielkim mieście [ROZMOWA]

Krzysztof Nędzyński
Następny artykuł:

Emancypacja i epidemia. O „120 uderzeniach serca” [RECENZJA]

Emancypacja i epidemia. O „120 uderzeniach serca” [RECENZJA]