Emancypacja i epidemia. O „120 uderzeniach serca” [RECENZJA]

Mateusz Wojda | 02-06-2018 13:00:31 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Emancypacja i epidemia. O „120 uderzeniach serca” [RECENZJA]
materiały promocyjne

Nagradzany i budzący zachwyty film 120 uderzeń serca to kolejny wycinek z historii walk o emancypację. W opowieści o początku lat 90. widać ciągłość z rewolucją obyczajowa końca lat 60. Wracają stare hasła i utożsamienie wolności z pełną seksualną swobodą. Zmieniła się forma protestów i akcji, ale też pojawiła się śmiertelna przeszkoda w realizacji libertyńskich postulatów. Opowieść wpisuje się doskonale w logikę kulturalnej rewolucji Nowej Lewicy, gdzie mniejszości seksualne stają się po prostu nowym proletariatem. Niestety, twórcy filmu bardziej chcieli oddać hołd swojej młodości i dołożyć cegiełkę do mitu walczącego ruchu gejowskiego, niż zrobić film naprawdę wysokiej próby. Wór ze statuetkami tego nie zakryje.

Epidemia w blasku fleszy

Epidemia AIDS to temat już niemodny. „To jest takie z lat 80.”, kto się tym interesuje? Nie słyszymy już mediach, że jakiś celebryta zaraził się HIV. Tymczasem na początku lat 90. problem był żywy i zajmował istotne miejsce wśród zarówno polityczno-społecznych, jak i popkulturowych tematów. Robin Campillo w filmie 120 uderzeń serca usiłował przypomnieć okres, w którym problemy wokół HIV/AIDS – a co za tym idzie również mniejszości seksualnych – były chętnie podejmowane w środkach masowego przekazu.

Na przełomie lat 80. i 90. mieliśmy bowiem do czynienia z, jakkolwiek dziwnie to brzmi, arcymedialną chorobą. Stało się tak zapewne dlatego, że zapadali na nią ludzie znani na całym świecie: muzycy (Freddie Mercury, Liberace), intelektualiści (Allan Bloom, Michel Foucault), sportowcy (Arthur Ashe) czy aktorzy (Rock Hudson, Anthony Perkins).

„Medialność” wiązała się z faktem, że nie była to choroba „przeciętnego człowieka”. Nie dość, że dotykała –  wydawałoby się – wyłącznie osoby powszechnie znane, to na dodatek AIDS zyskał łatkę „gejowskiej choroby” ze względu na nadreprezentację zachorowalności wśród mniejszości seksualnych. Trzeba było wielu lat i głośnych spraw – na przykład wybitnego koszykarza Magica Johnsona czy 13-letniego Ryana White’a, zakażonego wirusem przy transfuzji krwi – by owe piętno złagodzić, choć do dziś jest ono w jakimś wymiarze obecne.

Awangarda mniejszości seksualnych

Film opowiada historię działaczy paryskiego oddziału organizacji ACT UP (AIDS Coalition to Unleash Power) założonej przez amerykańskiego reżysera i działacza LGBT Larry’ego Kramera w 1987 r. w Bostonie. Zajmowała się ona walką z epidemią poprzez edukację seksualną. Działo się to nierzadko na granicy prawa: przez wchodzenie do szkół w trakcie lekcji i namawianie do stosowania antykoncepcji, ale też choćby przez naciskanie firm farmaceutycznych w sprawie testowanych leków, które miały opóźniać rozwój i postęp wirusa HIV.

Aktywistów widzimy jako grupę bardzo zmotywowaną i zdeterminowaną do działania. Nie sposób się im dziwić: wszak są jedną nogą w grobie i chcą ją za wszelką cenę z niego wyciągnąć. Desperacja prowadzi ich do radykalizmu, którego przejawem są choćby próba zdobycia wyników badań nowego leku siłą, oblewanie wszystkiego i wszystkich fałszywą krwią (w domyśle chodzi o pokazanie, że te osoby mają krew na rękach) czy jeszcze ostrzejsze formy zwrócenia na siebie uwagi, które będzie miał okazję poznać widz filmu. Ich emocjonalne działania spotykają się z oporem i niezrozumieniem. Aktywiści nie szczędzą gorzkich słów wobec osób, których interesów rzekomo bronią (ileż razy wspominają o „zombiakach”!).

Oglądając 120 uderzeń serca poznajemy działalność ACT UP od wewnątrz: wchodzimy za kulisy organizacji kolejnych akcji i happeningów. Scenarzyści filmu, Campillo oraz Philippe Mangeot, byli na początku lat 90. aktywistami ACT UP. Możemy więc uznać, że obraz chociaż częściowo odzwierciedla ich własne doświadczenia.

Niestety, nadmiernie skupienie się na kulisach działalności tego środowiska sprawia, że wygląda bardziej na przesadnie rozgadany klub dyskusyjny, którego członkowie od czasu do czasu obleją kogoś rozwodnionym klejem do tapet.

Jak na film o nieustraszonych, zdesperowanych aktywistach, samych akcji jest za mało. Gdy się ostatecznie pojawiają – są nazbyt przegadane. Rozumiem paradokumentalną stylistykę –mamy czuć się, jakbyśmy byli wraz z nimi – lecz niepostrzeżenie pojawia się bariera obojętności. Brakuje suspensu, poczucia zagrożenia. Nawet, jeśli obecna jest atmosfera niespodziewane śmierci – wszak bohaterowie filmu żyją „na granicy” i nieustająco odczuwają lęk – to nie udziela się ona widzowi.

Pełnokrwisty romans

Spośród wszystkich działaczy ACT UP-u, Campillo skupia się na romansie dwóch: Nathana (Arnaud Valois) i Seana (Nahuel Perez Biscayart). Sean jest nosicielem wirusa HIV, który zaraził się nim w wieku dziewiętnastu lat od nauczyciela w liceum. Mieszka z mamą tolerancyjną wobec jego orientacji i stylu życia. Jego zdrowie w trakcie filmu pogarsza się, z minuty na minutę staje się coraz słabszy i coraz bardziej zdesperowany. Opiekuje się nim Nathan – jeden z nielicznych przedstawionych widzowi działaczy, o których wspomniano, iż nie są zarażeni wirusem. To relacja między nimi jest drugą osią fabularną, która wraz z rozwojem fabuły odsuwa zbiorowego bohatera na rzecz jednostek.

Campillo bardzo sprawnie i interesująco przedstawił ten wątek – być może dlatego, że jak wspomniał w jednym z wywiadów wątek ubierania zwłok swojego chłopaka ma dla niego charakter autobiograficzny.

Stąd też zapewne Nathan i Sean są zdecydowanie najlepiej nakreślonymi bohaterami filmu. Relacja między nimi jest krwista, pełna napięcia, wiarygodna w każdym calu. Pozostałe postaci są traktowane po macoszemu, jakby były pretekstem do tego, by pojawił się któryś z nich. Wraz z uwypukleniem romansu Nathana i Seana kolektyw blaknie. Grupa traci początkową pozycję zbiorowego głównego bohatera, zostaje sprowadzony do roli tła.

Emancypacyjna rewolucja u bram

O czym jest ta opowieść, poza romansem i zbiorem urywków z życia aktywistów? Wydaje się, że przede wszystkim to jednak wycinek z historii walk o emancypację. Widać to w haśle krzyczanym przez uczestników Gay Pride: „Chcemy leczenia dla fanów dupczenia!”. Kryje się w nim nie tylko postulat większych postępów w walce z AIDS, lecz przede wszystkim postulat pełnej swobody seksualnej.

Widać ciągłość między wydarzeniami z początku lat 90. a rewolucją obyczajowa końca lat 60. Wracają stare hasła i utożsamienie wolności z pełną swobodą w doborze i liczbie seksualnych partnetów. Zmieniła się forma protestów i akcji, ale też pojawiła się śmiertelna przeszkoda w realizacji libertyński postulatów.

Co ciekawe, Campillo wpisuje się nie tylko w logikę rewolucji Nowej Lewicy, lecz w tradycję rewolucji w ogóle. Nie przypadkiem wspomniana jest rewolucja lutowa 1848 roku, która obaliła dynastię orleańską i ustanowiła ustrój republikański. Był to początek europejskiej Wiosny Ludów wstrząsającej istniejącym porządkiem politycznym i społecznym. U Campillo aktywiści również wydają się zaczątkiem rewolucji na miarę Wiosny Ludów – tylko że takiej o charakterze obyczajowym, emancypacyjnym, libertyńskim. Mniejszości seksualne stają się w tej optyce nowym proletariatem. Pełnią rolę, którą Marks i Engels wyznaczyli pierwotnie klasie robotniczej: mają „ruszyć z posad bryłę świata”.

Campillo nie przypadkiem wraca do młodzieńczych czasów: zawsze milej wspominać siebie pięknym, młodym, w euforystycznej ekstazie, wypalającego się w imię idei i rzucającego wyzwanie władzy. Takich właśnie pokazał wszystkich aktywistów ACT UP-u. Może mają jakieś wady, może głośno wrzasną, pokłócą się, ale to w imię sprawy, jaką jest wyleczenie siebie, ale też – w ich mniemaniu – stosunków społecznych.

Wszak ACT UP nie tylko walczy z firmami farmaceutycznymi o szerszy dostęp do leków, ale i zwalcza homofobię. Nie mają skrupułów nazwać homofobem Jeana Baudrillarda, czołowego francuskiego postmodernisty i pupila lewicowego salonu. Tu zresztą pojawia się ciekawy, częściowy rozdźwięk pokoleniowy między „dwiema lewicami”. Co dla starych wiarusów jest czymś neutralnym i normalnym, dla młodej gwardii staje się uderzeniem w tożsamość i dobre imię.  

***

Po zakończeniu seansu zrozumiałem pasję, jaka ogarnęła francuskie środowisko filmowe oraz deszcz Cezarów, jaki spadł na film. Wymowa wpisuje się w kod kulturowy Francji. Jest pochwałą wolnej miłości, młodzieńczej witalności i rewolucyjnego aktywizmu – to wszystko jest dla francuskiego widza więcej niż zrozumiałe.

Niestety, film nie dorasta do pięt innym dziełom podejmującym podobną tematykę, jak choćby Filadefii Jonathana Demme’a czy znakomitym Aniołom w Ameryce Mike’a Nicholsa. Jest zbyt łopatologiczny w przekazie. Z nadmierną dezynwolturą pokazuje bohaterów jako bojowników o słuszną sprawę. Nie zaszkodziłoby filmowi odrobina złożoności i skomplikowania.

Campillo jednak bardziej chciał oddać hołd swojej młodości i wykreować mit ruchu gejowskiego, niż zrobić film wysokiej jakości. Wór ze statuetkami nie zakryje faktu, iż 120 uderzeń serca na aż tak entuzjastyczne recenzje nie zasłużył.

Podziel się artykułem:

Mateusz Wojda
Student socjologii w ramach Kolegium MISH Uniwersytetu Warszawskiego. Interesuje się historią idei, historią społeczną i teorią społeczną.

Napisaliśmy już 2212 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Ciągle musimy uczyć się odróżniać zmiany, które wynikają z nieuchronnych procesów, i te, które są częściowo sterowalne i mogą być modyfikowane według naszych wartości czy wyobrażeń.

Zybertowicz: Jeśli udało się objąć kontrolą broń masowego rażenia, to dlaczego nie zrobić tego ze sztuczną inteligencją?

Zybertowicz: Jeśli udało się objąć kontrolą broń masowego rażenia, to dlaczego nie zrobić tego ze sztuczną inteligencją?

Krzysztof Mazur

Protestujący pod hasłami samorządności i autonomii uczelni, bronią tak naprawdę wszechwładzy uniwersyteckich koterii.

To w ogóle nie o to chodzi. Wokół medialnej awantury o Konstytucję dla Nauki

To w ogóle nie o to chodzi. Wokół medialnej awantury o Konstytucję dla Nauki

Marcin Kędzierski

Wysokie zarobki w wielkim mieście to mit. Jest wielu, którzy na wysokie zarobki się nie załapują.

Biznes nie musi być zlokalizowany w wielkim mieście [ROZMOWA]

Biznes nie musi być zlokalizowany w wielkim mieście [ROZMOWA]

Krzysztof Nędzyński
Następny artykuł:

Mery Spolsky: Niech muzyka będzie prawdziwa! [ROZMOWA]

Mery Spolsky: Niech muzyka będzie prawdziwa! [ROZMOWA]