Spełnione marzenie o lepszym kapitalizmie [POLACY INSPIRUJĄ]

Mateusz Perowicz | 31-03-2018 16:59:31 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Spełnione marzenie o lepszym kapitalizmie [POLACY INSPIRUJĄ]
materiały historyczne

Czy istnieje trzecia droga pomiędzy duszącą konkurencję, socjalistyczną własnością państwową a wyzyskiem serwowanym pracownikom przez krwiopijczych kapitalistów? Mało kto wie, że twierdzącej i praktycznej odpowiedzi na to pytanie na początku XX wieku udzielił Polak, chemik i przedsiębiorca Marian Wieleżyński. Zbudował innowacyjną firmę, w której upodmiotowił swoich pracowników czyniąc ich… współwłaścicielami przedsiębiorstwa. Budując ją współpracował z przyszłym prezydentem Polski, a sukcesem modelu akcjonariatu pracowniczego zainspirował m.in. Piusa XI i Charlesa de Gaulle’a.  

Marian Wieleżyński urodził się 17 lutego 1878 roku w Zastawnej koło Czerniowiec. Był synem Waleriana Wieleżyńskiego i Natalii Knapp. Ojciec zginął w katastrofie kolejowej w 1882 roku. Wtedy matka przeniosła się do rodzinnego domu w Ołomuńcu na Morawach. Tutaj Marian rozpoczął edukację. Jego zainteresowanie nauką zwróciło uwagę miejscowego rabina, popowstaniowego emigranta z okolic Nieświeża. Pozwolił chłopcu korzystać ze swojej biblioteki. To w niej chłopiec znalazł encyklikę „Rerum Novarum” i poznał zręby chrześcijańskiego spojrzenia na socjalizm i kapitalizm.

Co więcej, to dzięki wizytom w domu rabina Marian przeszedł proces polonizacji – w jego domu rodzinnym rozmawiano bowiem po niemiecku. Rabin zapoznał go z dziełami literatury polskiej oraz nauczył biegle mówić i pisać po polsku.

Po śmierci dziadka wraz z matką przeniósł się z powrotem do Czerniowiec, gdzie w 1896 roku skończył gimnazjum. Rok później rozpoczął kształcenie na Politechnice Lwowskiej. Zapisał się na Wydział Chemii. Jego brat Aleksander uczęszczał na Wydział Dróg i Mostów. Mury lwowskiej uczelni nie okazały się jednak dla braci gościnne. Szybko zostali wydaleni za działalność polityczną. Kontynuowali naukę na uniwersytecie w Wiedniu, który Marian ukończył z wyróżnieniem w 1901 roku.

Okres studiów we Lwowie był krótki, lecz niezwykle owocny. Wtedy doszło do incydentu, który przyczynił się do przyszłego rozwoju koncepcji akcjonariatu pracowniczego. Podczas wizytacji cukrowni gotowej do rozpoczęcia działalności jej zarządca, hrabia Branicki, został omyłkowo potrącony przez jednego z pracowników. Pogrążony w furii hrabia odwdzięczył się kopniakiem i wydał robotnikowi nakaz natychmiastowego opuszczenia zakładu. „Dla mnie dążeniem każdego człowieka powinna być praca na własnym. Jeśli robotnik rolny może marzyć o zdobyciu własnego kawałka ziemi i o gospodarowaniu wedle swojego upodobania, robotnik fabryczny nie może o tym marzyć, aby posiadać na własność cuda nowoczesnej techniki, natomiast może i powinien myśleć o tym, aby stać się współwłaścicielem przedsiębiorstwa, w którym pracuje. Kiedy po studiach zacznę swoją pracę w wybranym zawodzie, postanowiłem robić, co potrafię, aby zmienić stosunek pracy do kapitału, czyli zasadniczych czynników produkcji – dziś walczących – na świadome współdziałanie” – taką refleksją miał wówczas podzielić się z bliskimi chemik.

Idea wcielona w życie

W 1901 roku Marian rozpoczął pracę w rafinerii Galicja w Drohobyczu, gdzie opracował metodę pozyskiwania białej parafiny. Nie podobało mu się zachowanie dyrektora, więc zwolnił się i rozpoczął własną działalność. Jego pierwszym przedsięwzięciem była Stacja Doświadczalna – laboratorium funkcjonujące w Drohobyczu, w którym badano różne odmiany ropy pochodzące z Zagłębia Borysławskiego oraz jej pochodne. W tym czasie Wieleżyński wykazał niespotykane w tamtych czasach zainteresowanie  ochroną środowiska. Ówczesne sposoby wydobycia ropy przyczyniały się bowiem znacząco do jego degradacji. Wyodrębniający się gaz utylizowano poprzez spalanie go w tzw. pochodniach.

Potencjału gazu ziemnego nie dostrzegał właściwie nikt poza Wieleżyńskim. Określał on proceder spalania gazu mianem zbrodni zarzucając nafciarzom marnotrawienie cennego surowca. Nie słuchano go nawet wówczas, gdy prezentował butelkę z przeźroczystym płynem powstałym ze skraplania cięższych frakcji tzw. „mokrego gazu ziemnego”. Była to osławiona później gazolina.

Koncepcja Wieleżyńskiego zaczęła zyskiwać zwolenników. Zwłaszcza od 1907 roku, kiedy doszło do pożaru najbardziej produktywnego odwiertu ropy w Borysławiu zainicjowanego przez jedną z pochodni gazowych tak krytykowanych przez Wieleżyńskiego.

Pomimo początkowego sceptycyzmu, lokalne władze zezwoliły na budowę pierwszego w Borysławiu gazociągu przeznaczonego do użytku publicznego. Miało to miejsce 20 maja 1912 roku. Powstała wtedy firma Zakład Gazu Ziemnego, Inż. Marian Wieleżyński sp. z o.o. Projekt zakładał budowę dwóch segmentów gazociągu: pierwszego o długości 700 metrów i drugiego liczącego 14 kilometrów. Łączył on źródła gazu z rafinerią w Drohobyczu. Przesyłany tą drogą gaz miał służyć do ogrzewania kotłów maszyn parowych. Inwestycja przeprowadzona została niezwykle sprawnie i fachowo. Duży wkład w sukces miał wspólnik Wieleżyńskiego, Władysław Szaynok. Obaj zostali zaproszeni do Stanów Zjednoczonych przez amerykańską firmę dostarczającą kompresory, która doceniła talent obu przedsiębiorców. Za oceanem mogli zapoznać się z tamtejszym przemysłem naftowym.

W 1914 roku pracę rozpoczyna pierwsza w Europie fabryka gazoliny. Dwa lata później do życia powołano nową spółkę, już pod nazwą Gazolina, która buduje kolejną fabrykę. To wówczas Wieleżyński zaczął budować swoje przedsiębiorstwa w oparciu o  ideę współwłasności pracowniczej. Pierwszymi nabywcami udziałów Gazoliny zostali Julian i Ludwik Ginda oraz Jan Błaż.

W tym czasie jedną ze swych spółek wspólnicy przenoszą pod adres ul. Sapiehy 3 we Lwowie. W budynku znajdowała się również naukowo-badawcza spółka Metan powołana przez przyszłego prezydenta Rzeczypospolitej Ignacego Mościckiego. Spotkania i debaty trzech wybitnych naukowców nosiły nazwę „Kuźni Nowych Myśli”. Opracowano na nich między innymi koncepcję rozdzielenia emulsji olejowych i wytwarzania propanu-butanu, którego produkcję uruchomiła Gazolina jako pierwsza na świecie.

Spółka inna niż wszystkie

W 1920 roku z połączenia dwóch rozwijanych dotąd przez Wieleżyńskiego przedsiębiorstw powstaje ostatecznie Spółka Akcyjna Gazolina, w której organach zasiadają m.in. Wieleżyński, Szaynok i Mościcki. W roku powstania spółka wyprodukowała 3 524 000 metrów sześciennych gazu, 1 520 ton ropy i 593 ton gazoliny. Wówczas utworzono też pierwszy statut Gazoliny, który określał zasady akcjonariatu pracowniczego. Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy zatwierdziło go ostatecznie 22 lutego 1922 roku.

W 1926 roku niemal 70% pracowników było już udziałowcami firmy, w której pracowali. Rok później firma prosperowała na tyle dobrze, że była w stanie wypłacać sześciokrotność płacy minimalnej!

Wieleżyński zaproponował współwłaścicielom Gazoliny zainwestowanie nadwyżek w rozwój firmy, na co przystali dobrowolnie. Dzięki temu znalazły się fundusze na odkrycie i eksploatację złóż gazowych w Daszawie.

Statut dzielił pracowników na stałych – czyli takich, którzy współtworzyli akcjonariat – oraz prowizorycznych, czyli pracowników najemnych. Zarabiali oni mniej niż współwłaściciele przedsiębiorstwa. Do wejścia w akcjonariat zachęcał cykliczny przydział określonej ilości nowo emitowanych akcji po cenach preferencyjnych. Przydział ten obejmował oba rodzaje pracowników, a jego wielkość była proporcjonalna do zarobków. Warunkiem zostania pracownikiem stałym był obowiązek zakupienia raz w roku imiennych i niezbywalnych akcji Gazoliny za jednomiesięczną pensję. Każdy pracownik stały miał prawo nabyć dowolną ilość takich akcji, co czyniono chętnie, ponieważ były one uprzywilejowane i posiadały pięciokrotną siłę głosu.

Zysk z posiadanych akcji wypłacany był w postaci dywidend. W latach 1925-1930 dochodziły one do 20% zainwestowanego kapitału. Akcje, choć imienne, nie mogły być przechowywane indywidualne. Składowano je we wspólnym depozycie, którym opiekował się Syndykat Pracowniczy spółki, czyli związek zawodowy. Głos na corocznym Walnym Zgromadzeniu akcjonariuszy również był wspólny. Pracownicy wybierali swego przedstawiciela, który reprezentował ich interes. Siła połączonych, uprzywilejowanych akcji sprawiła, że pracownicy szybko zaczęli odgrywać decydującą rolę podczas głosowań.

Współwłaściciele zamiast niewolników

Fundament akcjonariatu pracowniczego stanowił system odpraw. Przedsiębiorstwo wypłacało pracownikom stałym równowartość zainwestowanego w spółkę kapitału, a akcje firmy nadal pozostawały w ich rękach. Dyplomowany pracownik stały mógł skorzystać z odprawy po pięciu przepracowanych latach, pracownik niedyplomowany musiał spędzić w Gazolinie dziesięć lat.

Doskonale podsumował to przyjaciel rodziny Bronisław Wojciechowski: „Utrzymanie związku przyczynowego pomiędzy zabezpieczeniem pracownikowi bytu, również po opuszczeniu przedsiębiorstwa, a posiadaniem przez niego akcji, stało się podstawą całej organizacji Spółki. Jeżeli bowiem z jednej strony firma wzięła na swoje barki ciężar rosnących z roku na rok odpraw, to z drugiej – zapewniła sobie oddanych pracowników zainteresowanych w rozwoju i powodzeniu firmy i gorliwą pracą odpłacających za stworzenie takiego środowiska produkcji, w którym nie czuli się niewolnikami, lecz świadomymi swych praw współwłaścicielami”.

W 1924 roku kapitał zakładowy Gazoliny wyceniano na 1 500 000 złotych. Podzielono go na 75 000 akcji o nominale 20 zł. 53 000 stanowiły akcje imienne, a 22 000 – akcje na okaziciela. Siedem lat później kapitał zakładowy wynosił 3 600 000 złotych, z czego 1 659 300 zł (46% kapitału!) należało do pracowników.

Dalszy rozwój akcjonariatu zahamowała II wojna światowa. Planowano zwiększenie kapitału zakładowego do 5 000 000 i emisję 14 000 akcji, które miały trafić do pracowników. Dzięki temu zyskaliby oni 65% kapitału zakładowego.

Żydzi, masoni i polski kapitał

Największy kryzys Gazoliny nastąpił w latach 1924-1925 podczas budowy gazociągu do Drohobycza. Kłopoty wynikać miały z oddania Wieleżyńskiego sprawie polskiej. Zawsze krytykował on ludzi będących na usługach obcego kapitału, którzy szkodzili jego zdaniem polskim interesom. Tego typu intrygi doprowadziły do upadku Towarzystwa Naftowego powołanego przez Ignacego Łukasiewicza i Stanisława Szczepanowskiego. Z tego też powodu Wieleżyński odmówił – wyjaśniając, „że nie może służyć pod rozkazami ludzi sobie nie znanych, którzy kierują sprawami polskiego przemysłu spoza kraju i wyłącznie we własnym interesie” – wstąpienia do masonerii, co później miało się na nim mścić, gdy decyzje dotyczące jego działalności zależały od zaangażowanego w lożę Wielkiego Wschodu naczelnika Wydziału Nafty w Ministerstwie Przemysłu i Handlu.

Syn Mariana podkreślał, że sojuszników w budowaniu polskiej podmiotowości gospodarczej ojciec upatrywał  wśród polskich Żydów. „Poważał wielu z tych ludzi jako prawdziwych autochtonów ziem polskich, będących elementem pozytywnym w walce z agentami obcego kapitału o gospodarczą niezależność politycznie niepodległego kraju” – wspominał Leszek. 

W trudniejszym okresie rozwoju spółki pracownicy otrzymywali jedynie symboliczne wynagrodzenie. Dzięki własności pracowniczej w przedsiębiorstwie panowało jednak poczucie solidarności.

Wszyscy jednakowo odczuwali skutki gorszych wyników finansowych i wszyscy mieli nadzieję na późniejsze zyski, które rychło nadeszły. Gazociąg mógł  zostać ukończony dzięki ingerencji dyrektora Banku Przemysłowego we Lwowie, wywodzącego się ze środowisk niepodległościowych Żyda Leona Weinfelda.

Po wyjściu na prostą rozpoczęły się kolejne inwestycje. 1928 rok okazał się przełomowy. Rozpoczęto wtedy (po raz pierwszy na świecie) produkcję „gazolu” zwanego dziś jako propan-butan. Eksportowano go do Belgii, Syrii i Palestyny. W  1929 roku Gazolina zaczęła budowę najdłuższego, mierzącego 82 kilometry gazociągu łączącego złoża Daszawy ze Lwowem, co odbiło się szerokim echem na organizowanych we Lwowie Targach Wschodnich. W 1930 roku rusza Centralna Fabryka Gazoliny o wydajności 50 cystern miesięcznie.

W 1934 roku stary znajomy, a wówczas prezydent powierzył Wieleżyńskiemu specjalne zadanie. Państwo polskie przejęło od Niemiec 25% udziałów przedsiębiorstwa „Wspólnota Interesów” zatrudniającego 30 tysięcy pracowników. Aby przejąć kontrolę nad spółką postanowiono wdrożyć system funkcjonujący w Gazolinie. Po konsultacjach wysłano na Śląsk Leszka Wieleżyńskiego, syna Mariana. Przygotowany przez niego raport złożono Mościckiemu w 1934 roku, zaś „Wspólnotę Interesów” przejęto w roku 1936.

Dobry model na trudne czasy

Zaangażowanie pracowników-udziałowców w swoją firmę okazywało się nie do przecenienia w wielu momentach próby, które spotykały przedsiębiorstwa. W 1918 roku, gdy Wieleżyński jako polski komisarz rządowy został internowany przez Ukraińców  i osadzony w obozie o Kołomyi, nie musiał się obawiać o los Gazoliny. Zostawił na miejscu 45 współwłaścicieli, którzy zadbali o funkcjonowanie przedsiębiorstwa. Gdy powrócił z internowania przedsiębiorstwo działało bez zarzutu.

Druga próba odbyła się w 1920 roku. W Zagłębiu Borysławskim narastał wtedy konflikt pomiędzy Izbą Pracodawców, a pracownikami. Sytuacja była tak napięta, że związek zawodowy ogłosił strajk generalny. Pierwsi pracownicy-udziałowcy Gazoliny, Julian Ginda i Jan Błaż, należeli również do związku zawodowego. Udali się na rozmowy do kierownictwa regionalnego związku, gdzie tłumaczyli, iż nie muszą strajkować, ponieważ zarabiają więcej, niż związkowcy domagają się w swych postulatach.

„Jeśli prawdziwie po polsku myślący i dla Polski pracujący pracodawcy w spółce Gazolina mogą od lat płacić stawki wyższe niż ludzie na służbie zagranicznej lub ich naśladowcy w Izbie Pracodawców, to nie jest prawdą, że tego nie można w ogóle zrobić, tylko, że trzeba chcieć” – przekonywali swoich przełożonych w związku.

 Po takiej reprymendzie kierownictwu związku nie pozostało nic innego, jak zwolnić pracowników Gazoliny z półrocznego strajku.

Najcięższa próba nastąpiła jesienią 1929 roku, tuż po zakończeniu IX Targów Wschodnich. Wtedy konsorcjum austriacko-niemieckie próbowało wykupić akcje imienne Gazoliny za astronomiczną kwotę 60 000 000 złotych. W rękach pracowników znajdowało się wówczas nominalnie 1 350 000 zł, a cały kapitał zakładowy wynosił 3 000 000 zł. Trzech największych udziałowców zaproszono na spotkanie by omówić złożoną im ofertę. Byli to: Julian Ginda (320 akcji o wartości 32 000 zł, sprzedaż za 1 260 000 zł), Jan Błaż (240 akcji o wartości nominalnej 24 000 zł, sprzedaż za 1 059 000 zł) oraz Marek Marosz (173 akcji o wartości nominalnej  17 300 zł, sprzedaż za 778 000 zł).

Wieleżyński przedstawił współwłaścicielom ofertę i zapytał co sądzą o zaistniałej sytuacji. Głos jako pierwszy zabrał Morosz: „Nie wiem, co powiedzą pan Ginda i pan Błaż, ja twierdzę, że jeśli tym panom z Wiednia warto, to nam też. Ja nie sprzedaję!”. Błaż i Ginda przyznali koledze rację i odmówili sprzedaży akcji.

Człowiek który zainspirował papieża

Ideą akcjonariatu pracowniczego w formie którą testowano w Gazolinie zainteresował się jeszcze jako nuncjusz apostolski w Polsce kardynał Achille Ratti.

Kilka lat później już jako papież Pius XI zapraszał Wieleżyńskiego do Watykanu, by tam polski przemysłowiec przedstawił zasady, jakimi kierowały się jego przedsiębiorstwa. W 1931 roku powstaje zaś encyklika „Quadragesimo anno”, która wprowadza własność pracowniczą do katolickiej nauki społecznej.

„Obecne warunki gospodarcze usilnie polecają złagodzenie, o ile można, umowy pracy przez umowę spółkową. Różne podjęto już w tej sprawie próby ku wielkiej korzyści i pracobiorców i właścicieli kapitału. W ten sposób robotnicy i urzędnicy stają się współwłaścicielami lub współrządcami, albo w jaki bądź sposób uczestniczą w zyskach” – czytamy w niej.  

Encykliką inspirował się choćby baskijski ksiądz Jose Maria Arizmendarietta, który w latach 50. stworzył w Mandragoie zakład przemysłowy oparty o akcjonariat pracowniczy. W 1988 roku liczył on ponad 40 000 pracowników, a obecnie zatrudnia około 3 000 000 osób. Ideę Piusa XI kontynuowali Jan XXIII w encyklice „Mater et Magistra” i Jan Paweł II w „Laborem Exercens”. 

Koncepcja własności pracowniczej pośrednio za sprawą Gazoliny szerokim echem odbiła się we Francji. Stało się tak wskutek II wojny światowej, która pogrzebała potencjał przedsiębiorstwa kierowanego przez Wieleżyńskiego. Po wkroczeniu Sowietów zakłady natychmiastowo upaństwowiono i przemieniono w UKR-gaz. Jednak wartości i cnoty przyświecające  Marianowi Wielżyńskiemu rozpowszechniały się dzięki świadectwu jego synów, Leszka i Ignacego.

Obaj wstąpili do wojska, by stawić czoła najeźdźcom, a po klęsce wojny obronnej znaleźli się w Anglii. W 1942 roku Ignacy przechodził szkolenie cichociemnych w towarzystwie Francuzów, z którymi chętnie dzielił się opowieściami o zakładzie ojca. Jednym ze słuchaczy był bliski współpracownik generała de Gaulle'a, który nie omieszkał przekazać zasłyszanych wieści dowódcy francuskich wojsk. De Gaulle miał zachwycić się systemem Gazoliny i zapragnął szczegółowych notatek na jej temat. Zadania podjął się Leszek Wielżyński i przygotował dla generała szczegółowy raport. Francuski przywódca okazał się gorącym zwolennikiem akcjonariatu pracowniczego. Podczas całej swej kariery nakłaniał do rozpowszechniania go. Dzięki temu Francja stała się europejską kolebką własności pracowniczej. Dzisiaj Francuzi wiodą prym w Europejskiej Federacji Pracowników Akcjonariuszy.

***

Marian Wieleżyński zmarł we Lwowie 12 kwietnia 1945 roku. W dzisiejszej Polsce poważnie traktowany akcjonariat pracowniczy wciąż budzi zdziwienie lub kojarzy się z utopią. Pracownik miałby posiadać część zakładu na własność? Niby po co pracodawca miałby się dzielić dorobkiem z obcymi? Po co pracownik miałby inwestować w cudzy biznes? Tymczasem do doświadczeń Wieleżyńskiego warto sięgać choćby wówczas, gdy coraz częściej niepokoi nas brak wzajemnego szacunku pomiędzy pracownikiem i pracodawcą.

Autor posiłkował się pracą Jana Koziara pt. „Gazolina S.A. Pierwsza polska spółka pracownicza” oraz wspomnieniami Leszka Wieleżyńskiego o ojcu pt. „Wspólna praca, wspólny plon. życie i dzieło mądrego człowieka”.

Podziel się artykułem:

Mateusz Perowicz
Członek warszawskiej redakcji Jagielloński24. Koordynator Akademii Nowoczesnego Patriotyzmu w województwie Mazowieckim. Członek zespołu pracującego nad rozwojem aplikacji Pola. Zabierz ją na zakupy.

Napisaliśmy już 2174 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Matyja jako remedium na intelektualną gnuśność republikanizmu i elitaryzmu proponuje... republikanizm i elitaryzm, choć trochę inaczej rozumiany.

Przyczajony republikanin, ukryty elitarysta

Przyczajony republikanin, ukryty elitarysta

Konstanty Pilawa

Prosta regulacja, wprost uprawniająca samorząd do skierowania środków na dowozy uczniów do organizacji transportu regularnego, będzie dużym krokiem ku likwidacji transportowych „białych plam”.

6 pomysłów na walkę z wykluczeniem transportowym

6 pomysłów na walkę z wykluczeniem transportowym

Bartosz  Jakubowski

O śmierci żydowskich bojowników z warszawskiego getta Woliński mówił tak: „Bolałem nad śmiercią każdego z tych ludzi. Takich szanownych. Takich bohaterskich. Takich polskich”.

Lewa strona odpowiada: Henryk Woliński

Lewa strona odpowiada: Henryk Woliński

Bartosz Wójcik
Następny artykuł:

Śpiworek, smród i śmierć

Śpiworek, smród i śmierć