Eugenika dla konserwatystów?

Błażej Skrzypulec | 20-02-2018 18:41:59 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Eugenika dla konserwatystów?
www.flickr.com/photos/quatar/

Słowo „eugenika” budzi raczej jednoznaczne skojarzenia. Tymczasem jej współczesne wcielenie wyklucza stosowanie przymusu państwowego i tylko przygodnie związane jest z kwestią aborcji. Liberalna eugenika rządzi się dwoma podstawowymi zasadami: indywidualizmem oraz pluralizmem wartości. To na rodzicach, nie urzędnikach spoczywa ciężar decyzji. Co z tą nową eugeniką powinien zrobić konserwatysta? Rzecz bowiem nie jest wcale taka prosta i oczywista.

Na fali sporów dotyczących nowelizacji ustawy o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, do polskiej debaty publicznej powrócił temat eugeniki. W szczególności zwolennicy projektu „Stop Aborcji” zabraniającego przerywania ciąży z powodu dużego prawdopodobieństwa ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu przedstawiają to ograniczenie jako zakaz „aborcji eugenicznej”. Z punktu widzenia politycznej pragmatyki jest to niewątpliwie skuteczny zabieg, jako że eugenika powszechnie kojarzy się z opresyjnymi działaniami państwa, które na bazie ideologicznych i pseudonaukowych przesłanek sterylizuje się bądź wręcz zabija ludzi posiadających jakieś niepożądane cechy.

Taki sposób myślenia o eugenice utrudnia jednak zauważanie, że to, co proponują współcześni mainstreamowi zwolennicy eugeniki z definicji wyklucza przymus ze strony państwa oraz jest tylko przygodnie związane z problematyką aborcji. Dwiema podstawowymi zasadami współczesnej „liberalnej eugeniki” jest bowiem indywidualizm oraz pluralizm wartości. Wedle tych zasad o modyfikacji cech potomstwa nie decyduje odgórny nakaz państwa, lecz sami rodzice, którzy ponadto mają dużą swobodę w wybieraniu pożądanych cech ze względu na własny system wartości. Co więcej, modyfikacje dokonywane w ramach liberalnej eugeniki nie muszą wiązać się z przerywaniem ciąży, gdyż mogą polegać na modyfikowaniu rozwijającego się płodu lub na manipulowaniu komórkami rozrodczymi jeszcze przed ich połączeniem.

Z powyższych powodów rozważania dotyczące liberalnej eugeniki pozwalają oddzielić pytanie o etyczność zabiegów eugenicznych od, zazwyczaj splecionych z nim, pytań o etyczność państwowego przymusu oraz przerywania ciąży. W związku z tym liberalna eugenika stanowi wyzwanie dla konserwatystów zmuszając do rozważenia czy jest coś z natury nieetycznego w samej eugenice.   

Jak zostało już wyżej zasugerowane, przez eugenikę będę rozumiał zabiegi pozwalające na modyfikację cech potomstwa przed jego narodzeniem, co może polegać zarówno na likwidowaniu pewnych cech niepożądanych, jak i aplikowaniu tych wysoko cenionych. Dalej rozważę cztery argumenty, które często pojawiają się w dyskusjach o liberalnej eugenice, pod kątem tego czy mogą one służyć za podstawę do moralnej krytyki praktyk eugenicznych, nawet jeśli nie łączą się one z przymusem lub przerywaniem ciąży.

Po pierwsze, liberalna eugenika może być zła ponieważ uniemożliwia narodzenie się pewnym osobom. Po drugie, niepokojący może być fakt, że usuwa ona z populacji określone cechy. Po trzecie, jej problematyczny status wynikać ma z modyfikacji relacji pomiędzy rodzicami a dziećmi. Wreszcie, po czwarte, zło liberalnej eugeniki może być w pierwszym rzędzie związane ze zmianą relacji do już narodzonych osób, które posiadają cechy uznawane za niepożądane. Będę argumentował, że ten czwarty powód stanowi najmocniejszą podstawę dla krytyki liberalnej eugeniki.

Czy byłoby złe, gdyby zamiast nas urodził się ktoś inny?

Nawet jeśli liberalna eugenika nie wiąże się z przerywaniem ciąży, to może sprawiać, że pewne osoby się nie urodzą. Rozważmy sytuację, w której za sprawą jakiegoś medycznego zabiegu można wyeliminować te komórki rozrodcze, których połączenie spowodowałoby wytworzenie się niepożądanej cechy X. Jeśli zgodzimy się z dobrze zakorzenionym we współczesnej filozofii stanowiskiem, wedle którego powstanie z takich a nie innych komórek rozrodczych jest koniecznej cechą każdego człowieka, to eliminacja komórek prowadzących do wytworzenia cechy X sprawia, że pewni konkretni ludzie nigdy nie powstaną.

Można mieć jednak poważne wątpliwości czy jest cokolwiek złego w tym, że jacyś ludzie się nie urodzą. Każdy z nas istnieje, ponieważ jakiś czas temu połączyły się pewne komórki rozrodcze. Jednakże, to że połączyły się „nasze” komórki zależało od wielu przypadkowych czynników i w nieco innych okolicznościach zamiast nas powstałby jeden z naszych nieistniejących, choć możliwych, braci bądź sióstr. Nie widać jednak, co miałoby być złego w tym, że te osoby się nie urodziły, a przez analogię nie byłoby także nic złego w tym, gdyby zamiast nas narodziło się nasze potencjalne rodzeństwo.

Co więcej, powszechnie akceptujemy pewne skromne praktyki eugeniczne, które wiążą się z tym, że jacyś ludzie się nie urodzą. Wyobraźmy sobie przypadek, w którym lekarz informuje parę ludzi, że powinni przez kilka miesięcy powstrzymać się od starania o dziecko, gdyż dopiero po tym czasie ustanie działanie leku zwiększającego ryzyko wad płodu. Rada lekarza nie wydaje się być kontrowersyjna, a potrzeba jej przestrzegania jest zupełnie zgodna z etycznym zdrowym rozsądkiem. Jednakże zastosowanie się do niej wiąże się z tym, że pewne komórki rozrodcze „przepadną”, a więc w efekcie jacyś ludzie się nie urodzą.

Ponadto, wśród zwolenników stanowisk natalistycznych, zgodnie z którymi posiadanie potomstwa jest czymś dobrym, a może nawet stanowi moralny obowiązek, praktycznie nieobecne są postulaty maksymalizacji liczby dzieci, tak aby nie dopuścić do niepowstania jakichś potencjalnych osób. Zresztą z uwagi na biologiczne uwarunkowania homo sapiens, aby zrealizować taki skrajny postulat trzeba, by uczynić z płodzenia jedyne zajęcie. Również najpoważniejsze argumenty przeciwko dopuszczalności aborcji opierają się na założeniu, że rozwijający się zarodek jest przynajmniej czymś, co zmierza do życia właściwego dla ludzi. Jednakże takie argumenty nie mają zastosowania do komórek rozrodczych, w których w ogóle nie rozpoczęły się jeszcze procesy prowadzące do powstania ludzkiego organizmu. Wydaje się więc, że jeśli w liberalnej eugenice jest coś złego, to owo zło nie polega na tym, że praktyki eugeniczne nie dopuszczają do urodzenia się pewnych ludzi.

Czy byłoby złe, gdyby nikt nie miał niebieskich oczu?

Nawet jeśli problemem liberalnej eugeniki nie jest to, że przeciwdziała narodzeniu się pewnych konkretnych osób, to etycznie podejrzany może być fakt, że w wyniku praktyk eugenicznych przestaną rodzić się osoby posiadające pewną cechę X. Można w związku z tym żywić obawę czy, pomijając przypadki cech które prowadzą jedynie do śmierci i cierpienia, takie eliminacje nie zubożają ludzkości. W końcu, nawet jeśli pewna cecha obecnie nie cieszy się uznaniem, to nie można z góry przesądzić, że nie okaże się wartościowa w innych okolicznościach. Ponadto za wartość można uznawać samą różnorodność społeczności ludzkiej. W praktyce okazuje się zresztą, że nawet z cechami powszechnie postrzeganymi jako ograniczenia związane może być pewne dobro. Przykładowo szeroko dyskutowane są przypadki, w których rodzice niesłyszących dzieci odmawiają wszczepiania implantów ślimakowych, gdyż uniemożliwiłoby to ich potomstwu uczestnictwo w unikalnej kulturze, jaką wytworzyli ludzie pozbawiani słuchu.

Ponadto wydaje się, że liberalna eugenika nie ma żadnych wewnętrznych narzędzi, aby zapobiegać zanikaniu pewnych cech. Chociaż jej zwolennicy wiele mówią o wolności wyboru i pluralizmie wartości, to nawet dochowanie wierności tym postulatom nie gwarantuje, że pewne cechy nie zostaną wyeliminowane z populacji na skutek praktyk eugenicznych. Może się przecież zdarzyć, że za sprawą mody, uprzedzeń czy presji środowiska indywidualne wybory ludzi okażą się na tyle podobne, że pewna cecha w praktyce zacznie zanikać.

Jednakże z drugiej strony można argumentować, że liberalna eugenika nie wprowadza tu żadnej jakościowej różnicy w stosunku do i tak powszechnie stosowanych praktyk. W końcu ludzie przez swoje indywidualne działania dotyczące wyboru partnerów seksualnych czy też modelu wychowywania dzieci wpływają na dystrybucję różnorakich cech w populacji, a w pewnych okolicznościach, jeśli zaczną podejmować podobne decyzje, mogą doprowadzić do wyeliminowania niektórych z nich. Jest możliwe, że suma takich indywidualnych wyborów da rezultat, który ocenialibyśmy jako negatywny. Jednak pomimo takiego ryzyka nie mamy wrażenia, aby uzasadnione było skrupulatne kontrolowanie preferencji jednostek pod względem ich wpływu na rozkład cech w populacji. 

Oczywiście rozwój związanej z liberalną eugeniką techniki sprawiłby, że zakres możliwych do eliminacji cech zwiększyłby się, a zarazem skróciłby się czas potrzebny do ich zaniknięcia. Jest to jednak ilościowa różnica, która może stanowić uzasadnienie dla objęcia zabiegów eugenicznych różnorakimi ograniczeniami prawnymi, tak aby zminimalizować prawdopodobieństwo negatywnych skutków. Nie stanowi to jednak podstawy dla uznania samej liberalnej eugeniki jako czegoś niemoralnego.

Czy byłoby złe, gdyby rodzice wybierali kolor włosów swoich dzieci?

Być może jednak zło liberalnej eugeniki nie polega na tym, że pewne cechy będą zanikać, lecz raczej na tym, że praktyki eugeniczne pozwalają na wybór tych cech.

Upowszechnienie się liberalnej eugeniki może poważnie zmodyfikować relację, jaka zachodzi pomiędzy rodzicami i dziećmi. Zamiast być czymś niespodziewanym, co rodzice mogą przyjąć, dziecko staje się raczej rezultatem realizacji pewnego projektu. Zdaniem autorów takich jak Jürgen Habermas, osoba będąca wynikiem praktyk eugenicznych ma znacząco ograniczone możliwości wyboru własnego sposobu życia.

Dzieje się tak, ponieważ cechy otrzymane w wyniku praktyk eugenicznych znajdują się poza jej kontrolą, a jednocześnie osoba ma świadomość, że jest efektem czyjegoś planowania. Ta sytuacja ma być inna od tej, do jakiej prowadzą typowe zabiegi „projektowania” dzieci poprzez próby wpajania im pewnych cech charakteru lub rozwijania określonych zainteresowań. W przypadku takiego „projektowania” dziecko jest traktowane podmiotowo, gdyż może świadomie odnieść się do planów rodziców i w wolny sposób je przyjąć bądź próbować się im przeciwstawić.

Jednakże inni autorzy zauważają, ze podział zaproponowany przez Habermasa jest nieostry. W końcu nie jest tak, że biologicznie cechy ukształtowane przed naszym urodzeniem całkowicie nas determinują. Na dalszych etapach rozwoju możemy się do nich różnorodnie odnieść, a także, jak w przypadku dyspozycji osobowościowych, starać się je modyfikować. Z drugiej strony, nie jest też tak, że w obliczu typowych praktyk rodzicielskich dziecko funkcjonuje jako racjonalny, wolny podmiot. Sposób funkcjonowania rodziny, zwłaszcza na wczesnym etapie rozwoju dziecka, może wytwarzać dyspozycje do zachowań, nad którymi w późniejszych etapach życia jednostka ma ograniczoną kontrolę.

Wobec tego można przypuszczać, że ponownie liberalna eugenika wprowadza jedynie ilościową różnicę w stosunku do dotychczasowych praktyk poszerzając zakres sposobów, w jaki rodzice mogą „projektować” cechy swoich dzieci. Z pewnością stanowi to podstawę dla nakładania prawnych ograniczeń na praktyki eugeniczne w celu przeciwdziałania ich negatywnym skutkom, jednak nie stanowi uzasadnienia dla etycznego odrzucenia liberalnej eugeniki jako takiej.

Czy byłoby złe, gdybyśmy uznawali, że czyjeś narodzenie się było błędem?

Nawet w przypadku upowszechnienia się technologicznie zaawansowanych praktyk eugenicznych jest prawdopodobne, że wciąż rodzili by się ludzie posiadający cechy uznawane za niepożądane. W szczególności działoby się tak w przypadku liberalnej eugeniki, na gruncie której powstawanie takich ludzi wiązałoby się nie tylko z niedoskonałością stosowanych procedur, lecz także ze zmieniającymi się modami czy grupowymi różnicami co do oceny wartości różnych cech. Być może właśnie w tej możliwości kryje się etyczna problematyczność liberalnej eugeniki, której upowszechnienie zmieniałoby nasz stosunek do już urodzonych ludzi posiadających niepożądane cechy.

Zazwyczaj jest tak, że jeśli oceniamy czyjąś cechę negatywnie, to negatywnie oceniamy również przyczynę, za sprawą której taka cecha powstała. W efekcie negatywnie oceniamy m.in. choroby, defekty rozwojowe, błędy w socjalizacji prowadzące do wad charakteru i patologicznych cech osobowości. Upowszechnienie się liberalnej eugeniki modyfikowałoby tę sytuację. Jest tak ponieważ wówczas negatywnie ocenianą przyczyną istnienia niepożądanej cechy byłaby sama decyzja o powołaniu do życia osoby, która tę cechę posiada.

Powszechną społeczną potrzebą, o znaczeniu porównywanym nieraz do podstawowych potrzeb biologicznych, jest potrzeba uznania ze strony innych. W tym kontekście liberalna eugenika dostarcza środków umożliwiających radykalną odmowę społecznego uznania, opierającą się nie tylko na odmowie uznania tego, jaki ktoś jest, lecz dotyczącej tego, że ktoś w ogóle istnieje.

Do tej pory taki sposób odmawiania społecznego uznania był głównie domeną doktryn rasistowskich, które za niepożądane uważały cechy ściśle związane z samym faktem posiadania takich a nie innych przodków. W związku z tym negatywne wartościowanie takich cech łatwo wiązało się z deprecjacją samego istnienia posiadających je osób.

Liberalna eugenika potencjalnie rozszerza ten sposób odmowy uznania na praktycznie wszystkie cechy, jeśli tylko o ich zaistnieniu można zadecydować jeszcze przez początkiem rozwoju osobniczego. W przeciwieństwie do argumentów rozważanych wcześniej, ten etyczny problem nie wiąże się jedynie z tym, że liberalna eugenika może mieć w pewnych warunkach negatywne konsekwencje, przez co należy nałożyć na nią odpowiednie ograniczenia. Możliwość decydowania o cechach osób jeszcze przed ich narodzeniem należy do samej istoty liberalnej eugeniki. Co więcej, praktyczne stosowanie praktyk eugenicznych w celu modyfikacji cech zakłada, że pewne cechy są oceniane jako niepożądane. W konsekwencji, o ile tylko niektóre praktyki eugeniczne mogą doprowadzić do niekorzystnego rozkładu cech w populacji lub popsucia relacji pomiędzy rodzicami a potomstwem, to każda forma liberalnej eugeniki będzie w taki czy inny sposób poszerzać zakres cech, za które można komuś odmówić społecznego uznania w najbardziej fundamentalny sposób. W rezultacie wydaje się, że ta linia argumentacji może pozwalać na najmocniejszą etyczną krytykę liberalnej eugeniki.

 ***

Podsumowując, sam fakt, że w wyniku zabiegów eugenicznych nie narodzą się pewni konkretni ludzie, nie daje jeszcze podstaw do etycznej krytyki liberalnej eugeniki. Ponadto, choć liberalna eugeniki może pociągnąć za sobą negatywne konsekwencje wynikające z tego, że praktyki eugeniczne zmieniają rozkład cech w populacji oraz modyfikują więź pomiędzy rodzicami a potomstwem, to nie wydaje się, aby te wymagały czegoś więcej niż odpowiedniej kontroli dostępnych praktyk eugenicznych. Najpoważniejszy etyczny problem związany z liberalną eugeniką dotyczy raczej relacji wobec ludzi, którzy już się narodzili. Upowszechnienie się liberalnej eugeniki sprawia, że potencjalnie każda cecha może stanowić podstawę do radykalnej odmowy społecznego uznania.

Podziel się artykułem:

Błażej Skrzypulec
Doktor nauk filozoficznych, adiunkt w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Członek redakcji czasopisma "Pressje".

Napisaliśmy już 2212 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Ciągle musimy uczyć się odróżniać zmiany, które wynikają z nieuchronnych procesów, i te, które są częściowo sterowalne i mogą być modyfikowane według naszych wartości czy wyobrażeń.

Zybertowicz: Jeśli udało się objąć kontrolą broń masowego rażenia, to dlaczego nie zrobić tego ze sztuczną inteligencją?

Zybertowicz: Jeśli udało się objąć kontrolą broń masowego rażenia, to dlaczego nie zrobić tego ze sztuczną inteligencją?

Krzysztof Mazur

Protestujący pod hasłami samorządności i autonomii uczelni, bronią tak naprawdę wszechwładzy uniwersyteckich koterii.

To w ogóle nie o to chodzi. Wokół medialnej awantury o Konstytucję dla Nauki

To w ogóle nie o to chodzi. Wokół medialnej awantury o Konstytucję dla Nauki

Marcin Kędzierski

Wysokie zarobki w wielkim mieście to mit. Jest wielu, którzy na wysokie zarobki się nie załapują.

Biznes nie musi być zlokalizowany w wielkim mieście [ROZMOWA]

Biznes nie musi być zlokalizowany w wielkim mieście [ROZMOWA]

Krzysztof Nędzyński
Następny artykuł:

Nie chodzi o same podwyżki. Czego nas uczy protest rezydentów

Nie chodzi o same podwyżki. Czego nas uczy protest rezydentów