Podmiotowa konkurencja, a nie jednostronne „partnerstwo” [POLEMIKA]

Adam Zych | 19-02-2018 20:05:46 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Podmiotowa konkurencja, a nie jednostronne „partnerstwo” [POLEMIKA]
www.flickr.com/photos/56218409@N03/

Powinniśmy nauczyć się z tym żyć: w stosunkach Polski z Niemcami nie ma dziś, ani symetrii, ani partnerstwa. Paradoksalnie, uświadomienie sobie tego faktu jest pierwszym krokiem na drodze do tego, aby w przyszłości to partnerstwo było możliwe. Powodzenie tego projektu zależy przede wszystkim od tego czy zdołamy zreformować kraj, unowocześnić polską gospodarkę i czy uda nam się poprawić demograficzne statystyki. Nikt –  ani Berlin, ani Waszyngton – nam w tym nie pomoże. Droga do tego wiedzie przez asertywną politykę międzynarodową, podmiotowość w relacjach z Niemcami i UE oraz świadomy kurs na konkurencję z największymi gospodarkami Europy.

Rekonstrukcja rządu, mająca miejsce przed miesiącem, na nowo rozgrzała publicystyczną debatę odnośnie partnerstwa Polski z Niemcami. Zdecydowane wypowiedzi na tematy niemieckie „przed-rekonstrukcyjnych” ministrów spowodowały silne oziębienie na linii Warszawa-Berlin. Wybór nowych ministrów obudził dyskusję, w jakim kierunku pójdzie polska polityka międzynarodowa.

Marcin Kędzierski w artykule „Śpieszmy się kochać Niemców” zastanawia się nad dalszą polityką Polski wobec EU i Niemiec. Można z niego wywnioskować, że do partnerstwa między Polską a Niemcami miałoby skłaniać kilka czynników. Po pierwsze, mamy wysoką wymianę handlową. Po drugie, niemieckie firmy uzależniły się przez ostatnie ćwierćwiecze od polskich poddostawców. Po trzecie, możliwy jest efekt synergii między niemieckim kapitałem a polskimi pracownikami wysokich kwalifikacji. Po czwarte, według Kędzierskiego forsowany przez Polskę projekt Trójmorza nie może zaistnieć bez Niemiec. Po piąte wreszcie autor przekonuje, że tak naprawdę w sensie geopolitycznym i geoekonomicznym Polska nie ma dla swojego zachodniego sąsiada żadnej alternatywy.

Swoim artykułem rozpętał istną lawinę polemik. Polemiści roztrząsają teorie Trójmorza, Międzymorza i Mitteleuropy. Wszyscy zgadzają się, że partnerstwo owszem, ale każdy chciałby bronić naszych interesów. W tekstach tych brakuje jednak zasadniczych refleksji: na czym polega partnerstwo? Czy dzisiaj możemy mówić o partnerstwie między Polską, a Niemcami? Co oznaczałoby dla Polski, gdyby się okazało, że takiego partnerstwa nie ma?

Gospodarka, głupcze!

Analizując sytuację Niemiec często zapominamy o jednym: w tym kraju polityka jest w ogromnym stopniu podporządkowana gospodarce. Wystarczy przypomnieć, że kultura otwartości (Willkomenskultur), w wyniku której nastąpił kryzys migracyjny, została wylansowana na potrzeby niemieckiego przemysłu. Dla Niemiec gospodarka jest właściwie całą geopolityką. Ani armia, ani demografia nie pozwalają traktować Niemiec jako czołowego światowego gracza, podczas gdy potencjał ekonomiczny – ciągle tak.

Niemcy są czwartą gospodarką świata. Ich największą dumą jest jej przemysł i jego eksportowy sukces. Wirtschafswunder, powojenny cud gospodarczy, jest obok sukcesów piłkarzy głównym powodem wysokiej samooceny prawie każdego posiadacza niemieckiego paszportu. Przeciętny Niemiec doskonale wie, jak bardzo rodzime produkty są cenione na całym świecie, od Pekinu po Santiago de Chile. Niemcy w światowym rankingu państw o nadwyżce w handlu zagranicznym zajmują mocne drugie miejsce, po potężnych Chinach. W 2016 roku osiągnęli rekordowe 249 miliardów euro nadwyżki eksportu nad importem.

Wymiana handlowa Polski z Niemcami wyniosła w 2016 roku według Głównego Urzędu Statystycznego prawie 93 miliardy euro, z czego eksport do Niemiec wyniósł nieco ponad 50 miliardów, a import 42 miliardy. Polska zanotowała zatem według danych polskiego urzędu statystycznego bardzo dużą nadwyżkę w handlu zagranicznym z naszym zachodnim sąsiadem.

Jeżeli te same dane odczytamy w Federalnym Urzędzie Statystycznym Destatis okazuje się, że Niemcy wyeksportowały w 2016 roku do Polski towary o wartości 54,5 miliardy euro, a zaimportowały warte 46,5 miliarda! Różnica między państwowymi urzędami statystycznymi wynika z innego klasyfikowania handlu w przypadku transakcji wewnątrz jednej korporacji, która posiada siedzibę w Niemczech i swoje oddziały w Polsce. Doprowadza to do dosyć kuriozalnej sytuacji, że obydwa kraje mogą ogłaszać sukces w postaci nadwyżki w bilansie handlu zagranicznego między sobą.

W tym miejscu należy się zastanowić, dlaczego wysoka wymiana handlowa miałaby być determinantą partnerstwa. Czy raczej o partnerstwie nie stanowi jakość tej wymiany? Czy struktura handlu przynosi korzyści obydwu krajom?

Aby zobrazować te aspekty spójrzmy na przykład Chin i Stanów Zjednoczonych. Wymiana handlowa między nimi wyniosła w 2017 roku 578 miliardów dolarów, z czego 117 miliardów wyniósł eksport z USA do Chin, zaś 461 - wartość towarów zaimportowanych z Kraju Środka. To największy na świecie deficyt w wymianie handlowej. Nie trzeba być wielkim geopolitologiem, aby wiedzieć, jakie dzisiaj są rzeczywiste stosunki między tymi dwoma najpotężniejszymi krajami na świecie. Struktura wymiany handlowej jest jednym z pól dzisiejszego konfliktu między nimi.

Struktura eksportu pozostawia wiele do życzenia

Dzisiejsza struktura handlu między Polską a Niemcami pozostawia wiele do życzenia. Około 35% całego eksportu na zachód od Odry stanowią urządzenia mechaniczne i elektryczne (czyli np. części samochodowe, ale i gotowe samochody). Nasza eksportowa duma, marka Solaris, eksportuje do Niemiec rocznie autobusy o wartości około 60 milionów euro (to autorski szacunek: z 1,85 miliarda przychodu ze sprzedaży 1397 pojazdów w 2017 roku Solaris do Niemiec sprzedał ich 200).

Zatem w naszym eksporcie udział tej polskiej marki wyniósł około 0,1%. Niestety zdecydowana większość eksportu to komponenty i części dla niemieckich producentów, którzy u siebie nadają ostateczną i najbardziej pożądaną wartość dodaną tym produktom w postaci całej sfery usług okołoproduktowych i marketingowych.

Przypomnijmy w tym miejscu, że gros eksportu stanowi sprzedaż spółek ze 100% kapitałem niemieckim. Firmy naszego zachodniego sąsiada zainwestowały w Polsce w ciągu ostatnich 25 lat około 30 miliardów euro i zatrudniają w samym przemyśle motoryzacyjnym około 20 tysięcy ludzi.

Przemysł meblarski, stanowiący ponad 8% eksportu do Niemiec, to kolejny ciekawy przykład naszej współpracy. Polskie firmy sprzedają  rokrocznie meble za około 4 miliardy euro. Zajmujemy zatem drugie miejsce na niemieckiej liście importerów w tej branży (za Chinami) i wyprzedzamy wartość mebli rodzimej, niemieckiej produkcji. Zdawałoby się, że słynący z produkcji aut, maszyn oraz urządzeń AGD Niemcy powinni nie być szczególnie zainteresowani rynkiem, który jest mniej kapitałochłonny niż inne branże przemysłowe i który raczej nie stanowi przewodniej siły ich potęgi gospodarczej. Tym bardziej dziwi jak bardzo niemiecki przemysł meblowy bronił się i wciąż broni przed „najazdem” polskich firm! Axel Schramm, prezes VDM (Verband der Deutschen Möbelindustrie – Związek Niemieckiego Przemysłu Meblarskiego) od lat krytykuje politykę subwencji UE dla polskich firm, co bardzo chętnie jest komentowane przez mainstreamowe media. Analizując przekaz mediów takich jak jak telewizja ARD czy dziennik Die Welt widać, jak bardzo pejoratywnie oceniany jest „zwrot na wschód” w zakupach mebli, na którym cierpią niemieckie firmy oraz ulubione włoskie marki. Przygody, jakie w Niemczech przechodzili choćby producenci okien – łącznie z dyskryminacją na wystawach i targach – mogą służyć za jeszcze dobitniejsze anegdoty…

Podsumowując: to, w czym Marcin Kędzierski widzi powód do dalszego zacieśniania współpracy, wywołuje w Niemczech dokładnie odwrotne reakcje.

Niemiecki biznes chętnie przyjmie kolejne miliardy euro obrotu z Polską w postaci zamontowanych podzespołów. Bardzo alergicznie reaguje jednak, gdy polskie firmy wchodzą do Niemiec z gotowymi produktami „made in Poland”. Pamiętajmy zaś, że rozwój Polski dokona się tylko w taki sposób – poprzez dodanie do produktów wytwarzanych w Polsce wartości wynikających z wysokojakościowych usług i sprawnego marketingu.

Pisanie o uzależnieniu między niemieckimi koncernami z globalnymi markami i polskimi kooperantami pomija rynkowe reguły gry. Żadna strona w mikroekonomicznym układzie nie chce być od swojego kontrahenta uzależniona. To abecadło biznesu. Polscy kooperanci są w tym systemie stroną zdecydowanie słabszą. Uzależnienie faktycznie ma miejsce, ale jest w praktyce jednostronne – to my jesteśmy uzależnieni od niemieckiego rynku zbytu. Niemiecki koncerny nie współpracują tylko z kooperantami w Polsce. Mają alternatywne źródła dostaw w innych krajach, jak choćby w przypadku automotive-u w Hiszpanii, Chinach czy Indiach. Wiele polskich firm oczywiście jest dzisiaj ze względu na jakość, cenę oraz logistykę najlepszym wyborem, ale cały czas są jako dostawcy pod presją możliwej konkurencji.

Gdzie Kraków, gdzie Brno, gdzie Monachium

W pełni się zgadzam z szefem CA KJ, że lokowanie przez Niemców w Polsce centrów badawczo-rozwojowych jest utopijne. W świadomości Niemców nie jesteśmy w żaden sposób wyjątkowi w naszych osiągnięciach informatycznych. Przeciętny niemiecki przedsiębiorca nie ma pojęcia o tym, że Polacy uważają, że w Krakowie jest druga „dolina krzemowa”. Sprawdziłem, ile tekstów pojawiło się w niemieckich mediach w przeciągu trzech ostatnich lat na temat szczególnego statusu Polski w sektorze IT. Poza informacjami o sukcesie „Wiedźmina” i wystawieniu się Polski na targach Gamescom w Kolonii nie znalazłem wiele. Za to znacznie więcej wzmianek znalazłem o Czechach, które na kurs outsourcingu usług oraz rozwoju branży IT weszły wcześniej niż Polska (np. o elektromobilności w Czechach mówi się już od co najmniej 2010 roku)

Brutalna rzeczywistość wskazuje zatem, że Polska nie jest niestety postrzegana jako perspektywiczny partner w tym obszarze. Przypomnijmy też, że Niemcy już dwa lata temu zdały sobie sprawę ze swoich wewnętrznych niedociągnięć na polu informatyzacji, co spowodowało wyniesienie hasła Digitalisierung Deutschland na pierwsze miejsce agendy rządowej („Digitale Strategie 2025”) przez ówczesnego ministra gospodarki Sigmara Gabriela. Na „digitalizację” Niemiec rząd federalny planuje przeznaczyć przez kolejne 10 lat 100 miliardów euro! W tym kontekście wręcz irracjonalnie brzmi prośba o podzielenie się przez Niemców z nami swoim know-how…

Uczmy się od bardziej doświadczonych

Musimy zrozumieć, że postawa naszego zachodniego sąsiada jest wynikiem jego finansowych możliwości oraz stawiania na to, co najkorzystniejsze dla własnych obywateli. Niemcy chroniąc swoją gospodarkę otaczają opieką to, co stanowi o ich państwowej sile i narodowym dobrobycie.

W ten sam sposób, w jaki dzisiaj są traktowane w Niemczech polskie firmy w latach 70. traktowane były przedsiębiorstwa francuskie, w latach 80. – japońskie, a w latach 90. – koreańskie. Każdy obcy podmiot, aby odnieść w Niemczech sukces musi się zderzyć z precyzyjnymi regulacjami i siłą niemieckiej administracji. Na własnej skórze odczuli to całkiem niedawno nawet tacy globalni potentaci jak francuska grupa Auchan czy amerykański Amazon.

Osobiście zazdroszczę Niemcom niewiarygodnej spoistości w obronie narodowej gospodarki. Emanuje ona od rządu federalnego, przez władze lokalne, media, biznes aż po „Schmidtów i Müllerów”.

Celowo podałem przykłady branż, w których polskim firmom pomimo trudności udało się odnieść na niemieckim rynku sukcesy. Stało się to dlatego, że ich właściciele i menedżerowie zrozumieli, że twarda gra w Niemczech jest regułą. Tylko uświadomienie sobie swojej roli konkurenta oraz mocne przekonanie o wartości własnych produktów pozwoli na tamtejszym rynku odnieść sukces. Kluczowe jest zachowanie pewności siebie w niesprzyjającym otoczeniu. Niemiecki rynek jest jednym z najtrudniejszych w Europie i wejście na niego udaje się tylko najbardziej zdeterminowanym.

Rewolucja zaczyna się w głowach

Co do tego, że partnerstwo między Polską a Niemcami jest jak najbardziej pożądane nikt chyba nie ma wątpliwości. Aby jednak realne partnerstwo zaistniało, to każda ze stron musi traktować się nawzajem na równi (jest to wręcz definicja ze słownika PWN). Dzisiaj nie ma o tym mowy w kontaktach Polski z Niemcami. Nie tyle nawet ze względu na różnice w potencjale gospodarczym, ale przez zły model stosunków, jaki wypracowały z Niemcami polskie rządy, biznes i elity intelektualne przez pierwsze 25 lat wolności. Z góry założyliśmy naszą klientelistyczną i słabszą pozycję. To, co w Niemczech było możliwe, u nas od razu budziło strach przed reakcją naszego dużego sąsiada.

Czy my w jakikolwiek sposób blokowaliśmy ekspansję niemieckich firm w Polsce, tak jak to było w Niemczech? Czy polscy politycy wypowiadali się na temat ustaw Bundestagu, nawet jeśli niektóre z nich były kontrowersyjne (jak np. zeszłoroczna ustawa o Wymuszaniu Porządku w Internecie – „Netzwerkdurchsetzungsgesetz”), tak jak ich niemieccy koledzy o ustawie o sądownictwie?

W tym miejscy warto też zauważyć, że wszystkie składające się na polemikę teksty – od Kędzierskiego, przez Traczyka i Radziejewskiego aż po Behrendta – mówią w jednym aspekcie to samo: „jesteśmy od Niemców uzależnieni”. Jeżeli tak mówią i myślą elity, to co ma myśleć nasz przeciętny rodak? Jeżdżący niemieckimi samochodami, piorący w Boschach i kibicujący Bayernowi? Dopóki w naszych głowach nie dokona się rewolucja odrzucająca takie schematy myślowe nigdy nie staniemy się niezależni od Niemiec. Czyli nie będą spełnione warunki konieczne dla uzyskania i utrzymania politycznej i ekonomicznej podmiotowości, która jest warunkiem koniecznym dla partnerstwa z prawdziwego zdarzenia.

Powinniśmy nauczyć się z tym żyć: w stosunkach Polski z Niemcami nie ma dziś ani symetrii, ani partnerstwa. Paradoksalnie uświadomienie sobie tego jest pierwszym krokiem na drodze do tego, aby w przyszłości partnerstwo było możliwe.

Zasady polsko-niemieckiego partnerstwa

Jak zatem powinny wyglądać dzisiaj stosunki polsko-niemieckie?

Po pierwsze, asertywność. Przede wszystkim polskie elity powinny uzbroić się w asertywność w stosunku do swoich niemieckich kontrpartnerów. Takie podejście nie jest zarezerwowane tylko dla przedstawicieli światowych potęg takich jak USA czy Francja. W taki sposób potrafią się zachowywać przedstawiciele krajów dużo mniejszych i słabszych od Niemiec: Szwecja, Holandia czy Szwajcaria. Owszem, te kraje mają jeden wspólny mianownik – są zamożne i to pozwala im na większy poziom pewności siebie. Taki jest jednak klucz do partnerstwa: pewność siebie, która zaczyna się w głowach elit i przenika na całe społeczeństwo. Jej wynikiem powinna być umiejętność zachowania asertywnej postawy w tematach trudnych, takich jak choćby reparacje.

Po drugie, konkurencja. Jesteśmy skazani na bycie konkurentem Niemiec i musimy to sobie uświadomić. To, do czego dzisiaj dąży premier Morawiecki zaburzy w niedalekiej przyszłości komplementarność gospodarek Polski i Niemiec. Polscy przedsiębiorcy chcą budować marki, które będą istnieć na niemieckim rynku oraz które będą konkurować z niemieckimi markami na rynkach światowych.

Nie zgadzam się z tymi, którzy mówią, że niemiecki biznes odczuje korzyści dzięki temu, że w Polsce dokonają się strukturalne reformy. Zreformowana, bardziej sterowna i bardziej podmiotowa Polska  przestanie być tanią montownią, tanim centrum outsourcingowym oraz nisko-kosztowym celem inwestycyjnym. Niemców bardziej to martwi, niż cieszy.

Oczywiście, w długim okresie są możliwe korzyści dla części niemieckich przedsiębiorstw, które stawiają na know-how pracowników i inwestycje wysokich technologii, jak i dla niemieckich eksporterów dóbr konsumpcyjnych i maszyn. Wyższa siła nabywcza polskiej gospodarki i popyt inwestycyjny to też szansa dla nich. Bardzo trudno przewidzieć jednak, na ile wzrost konkurencyjności Polski będzie istotny dla całej niemieckiej gospodarki. Pewne jest, że niemiecki biznes napawa to niepokojem. Ci, którzy piszą, że niemiecki przemysł cieszy się, że w Polsce rosną płace i asertywność poddostawców, prawdopodobnie nigdy nie rozmawiali z niemieckimi menedżerami. Sygnalizują oni niepokój, a poniekąd szykują się już na to „co dalej”, gdy Polska będzie już „za droga”. Trudno nie postrzegać tak zbliżenia niemiecko-ukraińskiego.

Budowanie konkurencyjno-partnerskiej pozycji Polski w relacjach z Niemcami będzie procesem długotrwałym. Mówimy prawdopodobnie o minimum 30 latach wychodzenia z cienia Niemiec. Jeżeli częściowe osamotnienie jest jedyną strategią, którą mamy by reformować kraj, to tak powinno się stać.  „Częściowe osamotnienie”, bo przecież pozostajemy członkami Unii Europejskiej i NATO i musimy robić wszystko, by tak pozostało.

W tym czasie rząd powinien nieprzerwanie wspierać asertywność i pewność siebie Polaków w kontaktach z narodami Europy Zachodniej. Zainwestujmy jeszcze mocniej na wymianę młodzieży i studentów. Najmłodsze pokolenie nie ma już takich kompleksów, jakiego nabyli dzisiejsi czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie wyjeżdżający w latach 90. na stypendia, choć (nawet wśród elit) częściej do pracy. Zacznijmy otwierać fundacje i instytuty za granicą, które będą realnie (choć powolnie) zwiększały zrozumienie dla polskiej perspektywy. Wzorce mamy: są nimi przecież niemieckie fundacje polityczne działające również w Polsce. Dziś wolimy raczej mocne hasła – tak trudne do promocji czy obrony w dzisiejszym świecie, co ostatnio uświadomiła nam nowelizacja ustawy o IPN – niż rozpisaną na lata pracę instytucjonalną, która efekty przynieść może po dekadach.

Czas podmiotowej konkurencji

Podmiotowa konkurencja jest jedyną drogą, aby uzyskać status partnerski z innymi ważnymi graczami w Europie. Polska w drodze do tego etapu musi cały czas udowadniać, że traktujemy nasze żądania równouprawnienia na serio. Nie może to być chwilowy, dwuletni wyskok emancypacyjny, który skończy się podwinięciem ogona i uznaniem przewodniej roli Berlina. Nie bardzo rozumiem tych, którzy mówią: „uznajmy niemiecką hegemonię, ale na partnerskich zasadach”. To z definicji niemożliwe.

Rządzący Polską powinni już zakończyć dwuletnie retoryczne działania reakcyjne wobec Niemiec. Były one pewnie naturalną konsekwencją paradygmatu służalczości obecnego w polskiej polityce do 2015 roku, ale nie retoryka jest kluczem do podmiotowości. Podmiotowa konkurencja nie oznacza zerwania współpracy. Pozwala jednak rozwijać kraj bez złudzeń o nieistniejącym partnerstwie. Partnerstwo siłą rzeczy obecne musi być w języku dyplomacji, ale mówiąc o nim nie możemy pozostawiać wątpliwości, że z drogi ku podmiotowości, rozwoju i konkurencyjności zawrócić nie zamierzamy. Czy to się komuś podoba, czy nie.

Podziel się artykułem:

Adam Zych
Absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie oraz Fachhochschule Kiel. Od 16 lat związany z biznesem.

Napisaliśmy już 2198 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Wszystkie idee zachodnie były wówczas przez nas bezkrytycznie przyjmowane, bo przyszły do nas z innego, lepszego świata. Stanowiły oczywistą przeciwwagę dla socjalizmu, więc musiały być dobre.

Giza-Poleszczuk: Jako socjologowie straciliśmy zdolność prawdziwej analizy [ROZMOWA]

Giza-Poleszczuk: Jako socjologowie straciliśmy zdolność prawdziwej analizy [ROZMOWA]

Krzysztof Mazur

Już dwa lata temu Federacja Farmaceutyczna Wenezueli szacowała, że niedostępnych jest 85% podstawowych medykamentów.

Upadły socjalistyczny raj. Wenezuela przed wyborami

Upadły socjalistyczny raj. Wenezuela przed wyborami

Andrzej Kohut

Na samym placu Republiki w centrum Erywania zebrało się około 250 000 osób, czyli ok. 8,5 procent wszystkich mieszkańców Armenii.

Niespodziewana rewolucja, oczekiwana zmiana. Nowe otwarcie w Armenii?

Niespodziewana rewolucja, oczekiwana zmiana. Nowe otwarcie w Armenii?

Michalina Bojanowska
Następny artykuł:

Logika sumienia. W stronę normalizacji debaty o Polakach i Żydach

Logika sumienia. W stronę normalizacji debaty o Polakach i Żydach