Plemiona po amerykańsku. Jak Trump przywrócił godność „radykalnym średniakom”?

Paweł Topór | 06-01-2018 13:58:40 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Plemiona po amerykańsku. Jak Trump przywrócił godność „radykalnym średniakom”?
Rafał Gawlikowski

Plemienne podziały zaczynają przenikać do życia rodzinnego, wpływając już nie tylko na wybory polityczne, ale i też codzienne. Eskalacja konfliktu między dwiema partiami zaczyna degenerować instytucje. Tam, gdzie jedni widzą godne wyplenienia przywary, inni dostrzegają powody do dumy. Pogardzana przez establishment część społeczeństwa daje zwycięstwo tym, którzy mówili im: „możecie być z dumni z tego, jacy jesteście”. Choć znamy to wszystko z własnego podwórka, to warto przyjrzeć się jak wszystkie te problemy wyglądają za oceanem.

Od lat słyszymy w Polsce, że jesteśmy podzieleni na dwa narody, plemiona, wspólnoty, a spór pomiędzy Prawem i Sprawiedliwością a Platformą Obywatelską degeneruje debatę publiczną. Podobne przesłanki były motywacją dla Alrie Russel Hochschild, amerykańskiej socjolog z Kalifornii, która postanowiła podjąć się badań nad podobnymi podziałami występującymi w Stanach Zjednoczonych.

Jej najnowsza książka Obcy we własnym kraju. Gniew i żal amerykańskiej prawicy, wydana w Polsce nakładem wydawnictwa Krytyki Politycznej, jest próbą zrozumienia pogłębiających siępodziałów politycznych oraz radykalizacji poglądów w ramach jednej z części tego sporu, czyli obywateli utożsamiających się z pewnym kanonem poglądów „republikańskich”. W dużym skrócie jest to połączenie liberalizmu ekonomicznego i niechęci do rządu federalnego oraz pewnej dawki konserwatyzmu społecznego.

W tym celu Hochschild wybrała się do Luizjany: stanu, który jest powszechnie uważany za ostoję amerykańskiego konserwatyzmu w jego radykalnej formie. Cała książka jest efektem pięcioletniej pracy autorki, która przez ten czas przeprowadziła wywiady z dziesiątkami osób, często poznając ich prywatne życie, spotykając się z ludźmi w ich kościołach, domach, na republikańskich wiecach politycznych oraz wszędzie tam, gdzie mogła z bliska poznać ich prywatne historie. Jest to więc unikatowe połączenie reportażu oraz socjologicznego podejścia do badań postaw społecznych.

Czy chciałbyś, by Twoja córka wyszła za Demokratę?

Powodem podjęcia się tego tematu przez Hochschild był ciągle powiększający się podział społeczny. Autorka przywołuje wyniki badań społecznych dokonywanych na przestrzeni 50 lat. Jednym z nich jest ankieta przeprowadzona zarówno w 1960, jak i w 2010 roku. W obu przypadkach zapytano Amerykanów czy „przeszkadzałoby” im, gdyby ich dzieci miały zawrzeć związek małżeński z osobą utożsamiającą się z przeciwną partią polityczną. W 1960 r. na tak postawione pytanie 5% respondentów odpowiedziało „tak”. Z kolei 50 lat później twierdząco odpowiedziało 33% Demokratów i 40% Republikanów.

Inne przywoływane badania to generalny stosunek obywateli USA do poglądów strony przeciwnej. W elektoratach obu partii negatywny stosunek do osób o przeciwnych poglądach zwiększył się ponad dwukrotnie. W 1994 r. 16% Demokratów było „bardzo nieprzychylnych” względem Republikanów. W 2014 r. było to już 36%. Dla Republikanów podobne statystyki plasują się w przedziale: 17% w 1994 r. i 43% w 2014 r.

View post on imgur.com

W ramach tej logiki, przykładowo, Republikanie postrzegają podobnie myślących Amerykanów jako bardziej patriotycznych, lepiej doinformowanych oraz bardziej altruistycznych niż demokratyczni wyborcy. Ten mechanizm działa oczywiście w drugą stronę.

Amerykańska socjolog zwraca uwagę, że podziały partyjne przekładają się na unikanie kontaktu z osobami o odmiennych poglądach, a w praktyce często i na ważne decyzje w życiu codziennym, począwszy od wyboru miejsca zamieszkania, a na dyskryminacji w czasie rozmów o pracę skończywszy.

Sympatie i antypatie partyjne, które w praktyce są bardziej deklaracją przynależności do jednego z dwóch dominujących w USA światopoglądów, przybrał obecnie tak wielkie rozmiary, że według niektórych badań jest silniejszym bodźcem dyskryminacji niż podział rasowy! Z pewnością jest to spowodowane presją społeczną skierowaną na piętnowanie dyskryminacji rasowej, której brakuje przy dyskryminacji partyjnej, ale przecież efekty tych dwóch negatywnych zjawisk mogą być dla pokrzywdzonych równie dotkliwe.

Republikanie z lat 50. nie poznaliby dzisiaj swojej partii

Rosnący podział nie jest jednak tylko domeną stosunków społecznych. Coraz większe różnice można zaobserwować również w przypadku polityki dwóch największych ugrupowań, Partii Demokratycznej i Partii Republikańskiej. Po II wojnie światowej na amerykańskiej scenie politycznej panował pewien konsensus, związany z rolą państwa i stosunkiem do jego funkcji. Mniej więcej do przełomu lat 60. i 70. porozumienie względem polityki Nowego Ładu było powszechnie przyjmowanym paradygmatem działania. Ze względu na czynniki, które dały o sobie znać właśnie w tym okresie, dwie partie zaczęły „rozjeżdżać” się programowo. To zaś przyniosło wiele negatywnych konsekwencji również w sferze ustrojowej, choćby w jakości pracy Kongresu. Coraz częstsze stają się mało merytoryczne spory, niemożność dojścia do porozumienia w kluczowych sprawach, czy choćby blokady obrad poprzez instytucję filibuster, czyli obstrukcji parlamentarnej.  

Taki tan rzeczy stał się podstawą książki It’s Even Worse Than It Looks. How the American Constitutional System Collided With the New Politics of Extremism, w której dwaj autorzy, T.E. Mann I N.J. Ornstein opisują postępującą dysfunkcjonalność legislatywy. Głównej przyczyny tego stanu rzeczy upatrują w braku partyjnej odpowiedzialności, która według badaczy jest domeną obu stronnictw, ale napędzana jest głównie przez radykalizację Partii Republikańskiej.

Ucieczka od politycznego centrum w wykonaniu tego ugrupowania wcale nie jest czymś oczywistym. Przykładowo, to republikański prezydent ustanowił w 1970 r. Agencję Ochrony Środowiska (Environmental Protecion Agency), która jest obecnie w oczach większości konserwatystów symbolem nadmiernej ilości regulacji federalnych.

Podobnie było z pewnym kompromisem wobec społecznych zadań państwa, które znajdowały akceptację u powojennych polityków z Partii Republikańskiej. W jaki sposób doszło do tego, że mainstream Partii Republikańskiej z lat 50. i 60. byłby obecnie uważany za liberalne skrzydło prawicy albo wręcz konserwatywne skrzydło Partii Demokratycznej?

Klasa średnia przeciwko wszystkim

Pomocna w zrozumieniu tej drogi może być historia jednego polityka. To George Wallace, związany od czasów swojej młodości z Partią Demokratyczną i wychowany politycznie w klimacie Nowego Ładu. Co istotne w jego historii, nie uczestniczył on w partyjnej rebelii w 1948 r., która sprzeciwiała się nowej linii programowej Demokratów przewidującej pro-równościowe działania względem czarnoskórych Amerykanów. Nie był ideowym rasistą, ale raczej pragmatykiem tamtych czasów.

Przełomowym punktem jego kariery były prawybory w Partii Demokratycznej na urząd Gubernatora w stanie Alabama. To właśnie w 1958 r. przegrał polityczne starcie z Johnem Pattersonem. Jego kontrkandydat odwoływał się wprost do najbardziej rasistowskich haseł, dzięki czemu uzyskał poparcie Ku Klux Klanu i ostatecznie zdobył fotel Gubernatora. George Wallace w odróżnieniu od swojego rywala wypowiadał się w tej kampanii krytycznie względem KKK, uzyskując oficjalne poparcie Narodowego Stowarzyszenia na Rzecz Praw Ludzi Kolorowych (National Association for the Advencement of Colored People).

Wallace przeszedł wówczas, jeśli nie dogłębną, to na pewno polityczną przemianę. Po swojej porażce zrozpaczony miał powiedzieć, że już nigdy więcej nie zostanie „wymurzyniony” (outniggered). W następnych wyborach w 1962 roku zdobył urząd Gubernatora Alabamy, tym razem opierając swoją platformę polityczną na hasłach segregacji rasowej. Wypowiedział wówczas słowa, które stały się symbolem przeciwników równouprawnienia: „Segregacja dzisiaj, segregacja jutro, segregacja na zawsze”.

Tym, co jest najbardziej interesujące w tym polityku, była jego polityczna narracja odwołująca się do uciskanego przez zdradliwą elitę ludu: klasy średniej. Bazując na tym haśle w 1968 r. w wyborach prezydenckich jako kandydat niezależny, zdobył 13,5 % poparcia w skali kraju. Z kolei w 1972 r. miał dużą szansę na uzyskanie nominacji z ramienia Partii Demokratycznej. Został jednak postrzelony i trafił do szpitala, a w konsekwencji wycofał  się z politycznego wyścigu.

Wallace aspirował do reprezentowania tej grupy Amerykanów, która miała rzekomo być uwięziona w konflikcie z dołami społecznymi oraz bogatymi elitami. W jego interpretacji ciężko pracujący obywatele byli podwójnie okradani. Pierwszej grabieży dokonywać mieli najbiedniejsi, którzy korzystali z państwowych zasiłków, a w przypadku Afroamerykanów również z akcji afirmatywnej. Drugą grupą mającą wykorzystywać amerykańską klasę średnią byli właśnie najbogatsi, którzy mieli korzystać z preferencyjnego opodatkowania oraz ze swoich wpływów w rządzie federalnym.

Było to więc unikatowe połączenie rasizmu, lewicowej niechęci do elit i kojarzonego z amerykańską prawicą obwiniania o wszystko co najgorsze rządu centralnego. Już w 1976 r. socjolog Donald Warren scharakteryzował elektorat, do którego odwoływał się George Wallace, jako radykalną klasę średnią (middle americans radicals, MARs). Klasa ta miała składać się z osób o konserwatywnych poglądach z klasy średniej lub średniej-niższej, które obawiając się degradacji społecznej obwiniały o swoje niepowodzenia właśnie uboższych od siebie, elity oraz aparat państwowy. Ówcześnie próby oceny liczebności tej grupy mówiły nawet o ¼ całego elektoratu. Obecnie takie szacunki przedstawiają się podobnie, a w samym elektoracie Partii Republikańskiej liczebność tej siły szacowana jest nawet na 35-40%.

Wallace odgrywa zatem w tej historii kluczową rolą, bo uczynił podstawą swojego programu obawy, które stały się źródłem społecznych niepokojów w latach 60.  Jak mogliśmy zauważyć na przykładzie kampanii 2016 roku był to również trzon programu Trumpa. Mówił on przecież wiele o uciskanej klasie średniej, dotkniętej postępującą globalizacją i niesprawiedliwością, będącą dziełem „waszyngtońskich elit”. Takie samo przeświadczenie towarzyszyło również większości osób, które są bohaterami Obcy we własnym kraju….

Republikanie przejmują południowe stany

Co ma wspólnego z Partią Republikańską kampania Wallece’a, jakby nie było, polityka związanego z Partią Demokratyczną? Obserwując jego kampanie Republikanie postanowili dokonać próby „przechwycenia” nie tylko tej części elektoratu, ale również całości bloku, który w stanach południowych był tradycyjnie związany z Partią Demokratyczną.

Pierwszą wyraźną próbą wyartykułowania tego planu była wydanapod koniec lat 60. książka Kevina Phillipsa The Emerging Republican Majority. Opisał on w niej proces, dzięki któremu Republikanie mieli zdominować wybory w południowej części kraju. Do tego momentu, jak wspomnieliśmy, te w większości robotnicze stany głosowały przeważnie na Demokratów. Aby zmienić ten stan rzeczy Partia Republikańska zaczęła odwoływać się do pewnych resentymentów rasistowskich, które funkcjonowały wśród klasy robotniczej. Chodziło głównie o sprzeciw wobec akcji antydyskryminacyjnych, które faworyzowały czarnoskórą mniejszość, a które były źródłem niepokojów owych „radykalnych średniaków”, o których pisano kilka lat później.

Oczywiście, nie każdy zwolennik wolnego rynku sprzeciwiający się interwencjom rządu federalnego był w tamtym okresie rasistą. Faktem jest jednak, że podnoszono wówczas te poglądy, aby zmobilizować wyborców sceptycznych wobec ruchu praw obywatelskich. Dlaczego przeciwnicy polityki asymilacji mieliby podnosić hasła wolności gospodarczej i praw stanów? Poza szeregiem programów wyrównywania szans, wpływających na kapitalistyczne zasady prowadzenia działalności biznesowej, struktury centralne dokonywały bezpośredniej „interwencji” w obrębach stanów w celu przestrzegania równościowego prawa. W 1959 r. Dwight Eisenhower użył wojska, żeby zagwarantować przestrzegania prawa federalnego dotyczącego desegregacji rasowej w szkołach publicznych. Z kolei w 1962 r. administracja Johna Kennedy’ego wysłała pięć tysięcy żołnierzy do zagwarantowania prawa do studiów czarnoskóremu nastolatkowi. W sprzeciwie wobec takich działań aktywność rządu centralnego była opisywana właśnie jako naruszenie fundamentalnych praw stanów, które samodzielnie powinny decydować o takich sprawach.

Tzw. południowa strategia Republikanów przyniosła sukces w postaci pozyskania przez nich dużej części dotychczasowego elektoratu Demokratów, ale jego ceną była utrata poparcia ze strony mniejszości etnicznych. Wspomniany już Kevin Phillips w 1970 r. trafnie prognozował, że od tego momentu Partia Republikańska może liczyć na poparcie maksymalnie 10-20% ludności czarnoskórej. Związek ówczesnej polityki Republikanów z rasistowskimi poglądami wydaje się nie podlegać dyskusji: dowodem niech będą oficjalne przeprosiny, które wystosował w 2005 r.  przewodniczący Narodowego Komitetu Republikanów wskazując, że „południa strategia” była błędem.

Narracja, którą stworzył Wallace zadomowiła się w amerykańskim życiu politycznym, a baza społeczna jego ruchu została skutecznie „przejęta” przez Partię Republikańską. Różnica polegała tylko na tym, że wspierając „uciskaną i okradaną klasę średnią” Republikanie nie odwołują się już do niechęci wobec „bogatych”, tylko wobec elity lewicowo-liberalnej. To ona ma dbać o interesy swoje oraz wszelkich mniejszości i innych „nieudaczników”.

Kryzys 2008 r. tylko wzmocnił już istniejące tendencje. W połączeniu z wyborem Baracka Obamy na prezydenta USA spowodował kolejne przesunięcie się amerykańskiej prawicy od politycznego centrum dając podstawę do tworzenia się coraz to nowych ruchów politycznych, które wzmacniały radykalizację Partii Republikańskiej. Taką rolę spełnia zarówno Tea Party, jak i efemeryczny ruch „alternatywnej prawicy” (alt-right) sponsorowany medialnie m. in. przez Steva Bannona.

Patrząc na polityczną historię Republikanów ostatnich 30-40 lat można zatem stwierdzić, że to „radykalna klasa średnia” wpłynęła do politycznej zmiany, której symbolem stał się niespodziewany dla większości analityków sukces Donalda Trumpa.

View post on imgur.com

Wielki paradoks

Głównym celem projektu Hochschild opisywanego w wydanej przez Krytykę Polityczną książce było poznanie motywacji prawicowych wyborców. Autorka postanowiła skupić się na kwestii ochrony środowiska oraz stosunku ludzi do tej kwestii. Zaintrygował ją pewien paradoks: wyborcy zamieszkujący najbardziej zanieczyszczone przez przemysł petrochemiczny stany dużo częściej głosują na republikańskich kandydatów. Ci zaś krytykują przepisy ograniczające działalność wielkich korporacji, domagają się likwidacji Agencji Ochrony Środowiska oraz sprzeciwiają się wszelkim próbom walki z zanieczyszczeniami przyrody.

Wspomniana Luizjana, do której udała się socjolog, doświadczyła na swojej skórze działalności przedsiębiorstw chemicznych, gazowych oraz koncernów wydobywających ropę naftową. Najgłośniejsza sprawa, która dotknęła mieszkańców Luizjany, był wyciek ropy z platformy wiertniczej w 2010 roku. Od lat 60. Luizjana doświadcza mniejszych lub większych katastrof, które w sposób bezpośredni wpływają na życie jej mieszkańców. Czasami jest to wyciek metanu, podziemna eksplozja powodująca zapadlisko lub  zanieczyszczenia dróg wodnych. Wszystkie te wydarzenia dotykają ludzi w sposób bezpośredni: dowodem niech będzie oficjalna instrukcja władz stanowych, które na specjalnych ulotkach informują mieszkańców w jakich częściach ryby odkłada się najwięcej rtęci, aby mogli oni się ich pozbyć i spożyć te elementy, w których takie stężenie jest najmniejsze!

Wiele podobnych historii zawartych w książce pozwala nam poznać szkody wyrządzone całym społecznościom tego regionu. Na pierwszy rzut oka powinno być oczywiste, że osoba której dom został zniszczony przez samowolę koncernu chemicznego nie powinna głosować na kandydata chcącego zlikwidować Agencję Ochrony Środowiska oraz wszelkie regulacje związane z tym tematem. Paradoks jest oczywisty, ale jaki jest jego powód?

Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów: Hochschild dochodzi do wniosku, że postawy dużej części amerykańskich konserwatystów są obecnie wyrazem poszukiwania obywatelskiej godności. Po dziesiątkach przeprowadzonych rozmów autorka zaczyna rozumieć (co nie znaczy popierać) że tam, gdzie ona widzi jedynie seksizm, homofobię czy rasizm osoby o innej od niej wrażliwości dostrzegają lojalność, wysiłek włożony w ciężką pracę, gotowość do ponoszenia ofiar i przede wszystkim patriotyzm.

Jak mówią bohaterowie Obcych we własnym kraju… każdego dnia media i elity odmawiają im prawa do dumy z bycia obywatelem USA, ojcem, matką czy po prostu porządnym człowiekiem. Przekaz liberalnej części elit z pewnością jest wykrzywiany przez prawicowe media, ale jednak istnieje wiele mało chlubnych przykładów na poparcie tezy o społecznej marginalizacji dużych grup Amerykanów. Przypomnijmy choćby słowa Hillary Clinton, która nazwała publicznie połowę wyborców Trumpa ludźmi żałosnymi i godnymi ubolewania (deplorables), za co… została nagrodzona brawami. Reakcja zwolenników skrajnej prawicy była w tym przypadku zrozumiała. Poszukując godności utożsamili się w sposób humorystyczny z tym epitetem, tworząc przykładowo koszulki z napisem adorable deplorable. Cała ta sytuacja, ale również wiele innych do niej podobnych, utwierdzało ich tylko w przekonaniu, że jedynie niedoskonały Trump przywraca im należny szacunek i uznanie. Mówi po prostu tym ludziom, że nie muszą się już wstydzić tego, jacy są.

***

Oczywiście wnioski, do których dochodzi Hochschild, nie są amerykańską odmianą młodopolskiej chłopomanii. Jest ona pewna swoich liberalno-lewicowych poglądów, ale jednocześnie uważa, że zrozumienie drugiej strony może być początkiem tworzenia pewnej kultury kompromisu i współpracy. Wierzy, że skoro amerykańska prawica przeszła  radykalizację, zawsze może dokonać głębokiej przemiany ponownie, tylko tym razem wykonując  ruch w stronę centrum.

Podziel się artykułem:

Paweł Topór
Absolwent politologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. W swoich zainteresowaniach skupia się na teorii ustrojów państwowych, brytyjskim systemie politycznym.

Napisaliśmy już 2173 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Prosta regulacja, wprost uprawniająca samorząd do skierowania środków na dowozy uczniów do organizacji transportu regularnego, będzie dużym krokiem ku likwidacji transportowych „białych plam”.

6 pomysłów na walkę z wykluczeniem transportowym

6 pomysłów na walkę z wykluczeniem transportowym

Bartosz  Jakubowski

O śmierci żydowskich bojowników z warszawskiego getta Woliński mówił tak: „Bolałem nad śmiercią każdego z tych ludzi. Takich szanownych. Takich bohaterskich. Takich polskich”.

Lewa strona odpowiada: Henryk Woliński

Lewa strona odpowiada: Henryk Woliński

Bartosz Wójcik

W latach 1993-2016 pozamiejski regularny transport autobusowy stracił prawie 3/4 klientów, przy spadku dostępności oferty o ok. 50%.

Publiczny transport zbiorowy w Polsce. Studium upadku

Publiczny transport zbiorowy w Polsce. Studium upadku

Bartosz  Jakubowski
Następny artykuł:

Szkodzi Unii, ale Polska poniesie jego naprawdę dotkliwe konsekwencje. Wszystko, co musisz wiedzieć o artykule 7 TUE

Szkodzi Unii, ale Polska poniesie jego naprawdę dotkliwe konsekwencje. Wszystko, co musisz wiedzieć o artykule 7 TUE