Gdy sztuka leczy z kompleksów. O wystawie #dziedzictwo

Barbara Szewczyk | 28-12-2017 19:03:31 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Gdy sztuka leczy z kompleksów. O wystawie #dziedzictwo
depositphotos.com

Jeśli na co dzień nie pamiętacie o dokonaniach Polaków w różnych dziedzinach – niezwykłych artystach, skomplikowanej historii czy wkładzie naszych naukowców w rozwój cywilizacji – to warto do połowy stycznia wybrać się do Gmachu Głównego krakowskiego Muzeum Narodowego.  W oczekiwaniu na setną rocznicę odzyskania niepodległości pod kuratelą dyrektora Andrzeja Szczerskiego powstała spektakularna wystawa #Dziedzictwo.

Na pewno warto zarezerwować sobie na zwiedzanie kilka godzin, ponieważ wystawa jest naprawdę rozległa. W sumie zajmuje trzy piętra, choć każde kolejne ma mniejszą powierzchnię. Poszczególne poziomy różnią się sposobem eksponowania  Pewne aspekty wystawy sprawiają, że jest ona kontrowersyjna.

Na starcie autorzy uświadamiają nas, że wszystkie eksponaty pochodzą ze zbiorów krakowskiego muzeum i za pomocą ich nowego uporządkowania opowiedzą nam o polskim dziedzictwie. W ten sposób chcą otworzyć debatę na jego temat, na co zwracać ma uwagę tytułowy „hashtag”, znak używany w internetowych akcjach społecznościowych do oznaczania istotnych informacji i odnajdywania wspólnych wątków w zawiłych, internetowych dyskusjach.

Podkreślają, że polska tożsamość narodowa ma wyraźną ciągłość, co udowadnia zróżnicowanie epokowe eksponatów. Dlatego właśnie przestrzeń podzielono tematycznie, a nie chronologicznie, co ma zwiedzającym unaocznić powtarzalne aspekty polskiej historii.

Pierwsza część ekspozycji zatytułowana „Geografia” nie powala feerią barw ani różnorodnością. Oglądając ją nawet nie przeczuwamy zatem, jak niezwykłe skarby czekają nas w kolejnych pomieszczeniach. Wypełniona jest głównie mapami różnego autoramentu. Skrupulatny zwiedzający zauważy wiele smaczków. Choćby kolorową mapę Polski, wydaną przez Armię Andersa w 1944 r., z przedwojennymi granicami, ale z uwzględnieniem Prus Wschodnich. Na mapie nakreślono wesołą kreską symboliczne przedstawienie miast i krain. Na Grodzieńszczyznie niedźwiedź tańczy tak, jak mu zagra na fujarce treser. Obok myśliwy, zamiast strzelać do zwierzyny, kieruje strzelbę w stronę Wschodu... 

W części poświęconej językowi możemy zobaczyć obrazki wybitnego artysty Jana Marcina Szancera ilustrujące abecadło. Każda litera alfabetu prezentuje jakieś miasto lub przykład architektury. Ale nie tylko tej starej, bo pod literką „N” kryją się choćby bloki Nowej Huty. Opis wyjaśnia, że w PRL-u podkreślano zdobycze nowoczesnej architektury mieszkaniowej. Jednak modernizm (także ten późny) zaczęto doceniać jako dobrą architekturę dopiero w XXI wieku.

Unikatowym eksponatem jest polski elementarz z czasów zaborów, który zarekwirowany przez carskie władze, został opieczętowany i w takiej formie przetrwał do dzisiejszych czasów! Ten zabytek ma podwójną wartość: książka do nauki podstaw pisania i czytania po polsku w XIX w. to jego wartość podstawowa. Fakt, iż obiekt ten obwiązany jest ściśle sznurkiem zwieńczonym dużą carską pieczęcią z laki, to dobitny i namacalny symbol absurdalnej rzeczywistości, w jakiej przyszło żyć naszym przodkom.

W tym miejscu uświadamiamy sobie, jak ciekawie potraktowano opisy eksponatów. Nie definiują one w suchy, naukowy sposób tego, co właśnie oglądamy, ale prezentują eksponat w szerszym kontekście. Zwiedzanie wystawy bez – na szczęście dobrze zaprojektowanej – książeczki-przewodnika, w której umieszczono te objaśnienia i komentarze, będzie właściwie pozbawione większego sensu.

Miłośnicy malarstwa zostaną oczarowani po wejściu w część zatytułowaną „Obywatele”. Przywitają ich wielkoformatowe obrazy przedstawiające Hucułów (autorstwa Kazimierza Sichulskiego) i górali (namalowanych przez Jana Rembowskiego), jako panneau dekorujące niegdyś sanatorium doktorostwa Dłuskich (Kazimierza i Bronisławy, siostry Marii Curie) dla chorych na gruźlicę, przypominając tym samym kolejny ciekawy wątek polskiej historii. Poniżej, na oryginalnych fotografiach z XIX w., widnieją twarze chłopów i Żydów, mieszczan i robotników, unaoczniające wielokulturowość dawnej Polski. Następnie wielkoformatowe portrety przypominają konkretne wybitne jednostki z historii i kultury Polski. Tu poznajemy szereg ciekawostek, jak chociażby to, że diva lwowskiej sceny Aniela Aszpergerowa była uczestniczką Powstania Styczniowego i prababką znanego brytyjskiego aktora Johna Gielguda…

Galerię portretów wieńczy obraz zatytułowany „Polak 1979”. Blada sylwetka ujęta do pasa wyłania się z mroku, a spod dłoni złożonych w geście modlitwy wydobywa się błękitne światło. Siwą głowę zdobi biała papieska piuska. Obraz ten powstał na głośną wystawę sprzed blisko 40 lat – „Polaków portret własny”, która była inspiracją tej dzisiejszej. Autorem jest Leszek Sobocki. Jedna z jego prac wisi także we wcześniejszej sali. „Ukrzyżowanie (Miejsce w Europie)” przedstawia postać mężczyzny z rozpostartymi ramionami. Półprzezroczysta, trzecia ręka spływa wzdłuż ciała, dzierżąc kamień, a wierzchnia linia rozpostartych ramion ma wyraźny kolor czerwony. Obraz nawiązuje oczywiście do romantycznej idei Polski jako Chrystusa narodów. Świetny warsztatowo obraz daje do myślenia.

Podobnie, jak szpara w muzealnej ściance, przez którą zobaczyć można fragment innej sali. Widniejący nad nią napis „Europa” – podtytuł galerii poświęconej geografii – zdaje się symbolicznie komentować stan, w jaki wielokrotnie popadała nasza ojczyzna. Europa, do której zawsze dążyliśmy, widziana była przez szparę, jakby przez kraty lub małe więzienne okienko.

Kolejna, ogromna sala, zatytułowana „Obyczaj”, przytłacza ilością dzieł i zabytków. Jeśli szukać negatywnej strony wystawy, to jest nią zbyt duża liczba eksponatów. Z pewnością zabraknie sił lub czasu, by dokładnie przyjrzeć się wszystkim, więc niektóre z unikatów łatwo przegapić. Na szczęście empatyczni kuratorzy wychodzą naprzeciw zwiedzającym, udostępniając w trzeciej sali miękkie siedziska, z pozycji których możemy podziwiać dalszą część galerii.

Tu zaś trafiamy na ważną warstwę kultury, jaką jest religia. Obrazy z różnych epok udowadniają wielokulturowość historycznej Polski. Na wielkich formatach obserwujemy katolicki odpust i modły ortodoksyjnych Żydów. Historyczna prawosławna ikona zestawiona jest ze współczesną kompozycją Jerzego Nowosielskiego. Hiperrealistyczny obraz, zatytułowany „Pątniczka”, przedstawia obwieszoną dewocjonaliami kobietę z Polonii amerykańskiej, pielgrzymującą do Rzymu na spotkanie z papieżem Polakiem. 

Obok poznajemy dokonania naszych rodaków za granicami kraju w dziedzinach inżynierii, etnografii i sztuki. Następnie obrazy z rożnych okresów prezentują różnorodność krajobrazu polskich miast i wsi.

Czeka nas także wycieczka do „pomieszczenia” prezentującego meble i ceramikę z czasów, gdy poszukiwano polskiego stylu. Krzesła, komody i serwisy kawowe czerpią z motywów podhalańskich, upatrując w nich zakonserwowanego, pierwotnego stylu polskiego. Ostatkiem sił zaglądamy do licznych gablot, odkrywając w nich kolejne, bezcenne księgi, jak dzieło Kopernika „O obrocie ciał niebieskich” – dowód polskiego wkładu w rozwój cywilizacji. Obok widzimy oryginalne „Statuty litewskie”, napisane w języku białoruskim – nie lada gratka dla Białorusinów, którzy swoją tożsamość narodową budują na spuściźnie Wielkiego Księstwa Litewskiego

Przegapiając zapewne kilka bezcennych zabytków przechodzimy do – wydawałoby się ostatniej – wielkiej sali, wypełnionej... tkaninami! W dawnej Polsce tkaninę ceniono wyżej niż malarstwo, dlatego twórcy wystawy uznali, że nie można jej pominąć. Możemy zobaczyć tam zdobyczne tureckie kobierce, nieodzowny żupan i kontusz z pasem słuckim, efektowny rząd koński hetmana Czarnieckiego, spektakularne ścienne tkaniny pałacowe oraz gobelin z wizerunkiem o prawie fotograficznej jakości, utkanym w XIX w. dzięki nowatorskiej technice Jana Szczepanika, znanego jako „Edisona z Tarnowa”. W tej samej sali podziwiać możemy militaria. Wśród nich paradną husarską zbroję z XVII w. umieszczoną obok pistoletu (polskiego projektu i produkcji) VIS z 1939 r.

Zachwyt nad unikatowością większości eksponatów przykrywa zmęczenie, u niektórych mogące przeistoczyć się w znużenie. Zbliżając się do drzwi wyjściowych dowiadujemy się, że czekają nas jeszcze dwa piętra zwiedzania...

Tu czeka nas małe rozczarowanie, bo obiekty na piętrze nie dość, że są nieco mniej spektakularne, to opisane w zbyt obfity sposób. Jeśli zaś nie zapoznamy się w pełni z ich opisami, to nie zrozumiemy dogłębnie ich wartości. Także mniej zrozumiały jest tu wybór dzieł i obiektów – wydaje się, jakby nie posiadały wspólnego klucza. Przykładowo: najstarsza polska moneta, pochodząca z XI w., wystawiona jest obok portretu młodego Karola Wojtyły i obrazu Rafała Malczewskiego prezentującego dokonania gospodarcze II RP. Naprzeciw prawosławnej ikony z XVII w., na której jednym z bohaterów jest Jan III Sobieski, stoi ogromna meblościanka z lat 60. XX w. – wielkie osiągnięcie ówczesnych projektantów funkcjonalnych mebli. Owszem, wszystkie wyżej wymienione dzieła skłaniają do refleksji, ale możliwe, że poprzez zachowawcze wyeksponowanie nie robią już takiego wrażenia. W sali tej życie samo dopisało dodatkowe znaczenie do jednego z „eksponatów”. W ścianie wycięta jest dziura, prowadząca do okna z widokiem na dawny hotel Cracovia. Opisany jest jako wybitne osiągnięcie późnego modernizmu. Niestety cały urok architektury przysłonięty został wielkoformatową reklamą…

W sali tej pod obiektami znajdują się również teksty, będące komentarzami różnych nieznanych osób. Gdyby były one anonimowe, to rozumielibyśmy, że są to refleksje wyrażone przez „zwykłych” obywateli na temat polskiego dziedzictwa. Całej wystawie dodawałoby to smaczku. W sytuacji jednak, gdy widzimy nieznane nazwiska, nie bardzo rozumiemy, dlaczego akurat te osoby zostały wybrane jako komentatorzy. Niespójna jest również stylistyka tych wypowiedzi. Cześć brzmi potocznie, jakby dokonano bezpośredniej transkrypcji rozmowy, inne są bardziej wygładzone, co sugeruje, iż zostały napisane przez komentujących. To jeden z elementów wzmacniających poczucie chaosu.

W ostatniej sali drugiego poziomu obejrzeć możemy dzieła sztuki współczesnej. Uwagę przykuwa ścienny kobierzec z wydrukowanymi miniaturami broni palnej, białej oraz przedmiotami służącymi do osobistego kultu religijnego w katolicyzmie. Karabiny i pistolety występujące obok mieczy ustawione są w formy rozet i sąsiadują z wizerunkami krzyżów oraz katechizmów, obok których meandry tworzą orły z polskiego przedwojennego godła oraz różnego rodzaju medali. Z daleka wzór kojarzy się z perskim dywanem, nawiązując w ten sposób do zamiłowania polskiej szlachty do sztuki Bliskiego Wschodu. Mimo, że dzieło samo w sobie ma ciekawą formę plastyczną i robi wrażenie pomysłem i precyzyjnym wykonaniem, to nasuwa smutną refleksję, że młoda artystka (Natalia Wiernik) postrzega polskie dziedzictwo przez pryzmat przemocy łączonej z symbolami narodowymi i religijnymi. Jakby sugerowała, że agresja i wojny wywołane są takimi postawami jak patriotyzm i wiara, które łatwo i powszechnie przeradzają się w nacjonalizm i fanatyzm religijny. Jeśli ta subiektywna interpretacja jest zgodna z intencjami autorki, to można uznać, że stanowi  wyrazisty głos części młodego pokolenia na temat polskiego dziedzictwa. Cała galeria ze sztuką współczesną nasuwa zresztą myśl, że jest to temat na osobną wystawę. Eksponatów jest zbyt mało, by można powiedzieć coś więcej o współczesnym rozumieniu przez Polaków tożsamości narodowej.

W niewielkiej salce na ostatnim piętrze, na kilkudziesięciu obrotowych kubikach, zestawiono fotografie i reprodukcje obrazów kojarzące się z różnymi aspektami polskiej kultury i historii. Możemy je obracać i ustawiać w wybranej kolejności, sami dopisując nowe historie. Podobnie działa cała wystawa. Ilość bodźców jest tak ogromna, że każdy może wyciągnąć z niej coś innego, choć generalnie wydaje się sławić bogactwo naszej kultury. Potraktowanie tematu hasłowo, bez zwracania uwagi na chronologię, uświadamia nam powtarzalność polskiej historii i fakt, że i współczesna tożsamość nie jest od niej oderwana. Jeśli zatem uzbroimy się w cierpliwość i wybierzemy się na wystawę wypoczęci, możemy wyjść z niej pod dużym wrażeniem, a może nawet wyleczeni z kilku kompleksów.

Z przesytem wynikającym z mnogości obiektów łączy się tez pewien niedosyt. Pierwszy wynika z faktu – związanego pewnie z oparcia wystawy wyłącznie o zbiory krakowskiego muzeum – że tworząc przekrojową wystawę o polskim dziedzictwie prym wiedzie jednak prawie wyłącznie sztuka i historia.

W wystawie w przededniu stulecia niepodległości aż prosiłoby się, aby bardziej niż w kilku eksponatach wyeksponować wkład Polaków w rozwój cywilizacji, zwłaszcza jego wymiar naukowy i technologiczny. O potrzebie uzupełnienia świadomości Polaków o ten właśnie aspekt pisaliśmy na łamach jagiellonski24.pl wielokrotnie, choćby ostatnio postulując stworzenie Muzeum Cywilizacji w Łodzi czy kontynuując serię „Polacy inspirują”.

Drugi deficyt to fakt, że decydując się na „mozaikową” formułę, autorzy zrezygnowali z zaproponowania spójnej narracji wystawy. Pozostawiając to niedopowiedzenie i przestrzeń do interpretacji zwiedzającym stracili niestety okazję, by wywołać szerszą i wykraczającą po niszę „muzealników” i miłośników wystaw debatę, której bardzo dziś potrzebujemy.   

Podziel się artykułem:

Barbara Szewczyk
Absolwentka Szkoły Filmowej w Łodzi. Interesuje się historią XIX wieku. W Klubie Jagiellońskim zajmuje się realizacją filmów.

Napisaliśmy już 2212 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Ciągle musimy uczyć się odróżniać zmiany, które wynikają z nieuchronnych procesów, i te, które są częściowo sterowalne i mogą być modyfikowane według naszych wartości czy wyobrażeń.

Zybertowicz: Jeśli udało się objąć kontrolą broń masowego rażenia, to dlaczego nie zrobić tego ze sztuczną inteligencją?

Zybertowicz: Jeśli udało się objąć kontrolą broń masowego rażenia, to dlaczego nie zrobić tego ze sztuczną inteligencją?

Krzysztof Mazur

Protestujący pod hasłami samorządności i autonomii uczelni, bronią tak naprawdę wszechwładzy uniwersyteckich koterii.

To w ogóle nie o to chodzi. Wokół medialnej awantury o Konstytucję dla Nauki

To w ogóle nie o to chodzi. Wokół medialnej awantury o Konstytucję dla Nauki

Marcin Kędzierski

Wysokie zarobki w wielkim mieście to mit. Jest wielu, którzy na wysokie zarobki się nie załapują.

Biznes nie musi być zlokalizowany w wielkim mieście [ROZMOWA]

Biznes nie musi być zlokalizowany w wielkim mieście [ROZMOWA]

Krzysztof Nędzyński
Następny artykuł:

Rozważni i romantyczni. Udane powstanie pozytywistów

Rozważni i romantyczni. Udane powstanie pozytywistów