Prawdziwe bogactwo narodów, czyli jak się to robi w Norwegii

Konrad Pomianowski | 20-12-2017 17:50:51 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Prawdziwe bogactwo narodów, czyli jak się to robi w Norwegii
Daniel Gasienica, cc, flickr.com

Historia powstania norweskiego przemysłu paliwowego pokazuje, co jest najważniejszym czynnikiem determinującym bogactwo kraju i dostani poziom życia jego obywateli. Proces budowania przemysłu, który pozwolił Norwegii stać się jedną z wiodących gospodarek świata to tak naprawdę dowód na to, że najważniejszym zasobem kraju nie są jego zasoby naturalne, tylko ludzie.

Paul Cleary w swojej książce Trillion Dollar Baby: How Norway beat the oil giants and won a lasting future przedstawia proces powstania Norweskiego Państwowego Funduszu Emerytalnego. Opisuje okres od pierwszej wydobytej z dna Morza Północnego kropli ropy naftowej, aż po (w momencie wydania książki antycypowane, a we wrześniu b.r. dokonane) osiągnięcie przez Fundusz wartości 1 biliona dolarów. Jednak największa wartość książki leży zupełnie gdzie indziej. Proces budowania całego przemysłu, który pozwolił Norwegii stać się jedną z wiodących gospodarek pod względem PKB na mieszkańca, to tak naprawdę dowód na to, że najważniejszym zasobem kraju nie są jego zasoby naturalne, tylko ludzie.

Kapitał społeczny, umiejętność wyciągania wniosków, planowanie długoterminowe, ale przede wszystkim ogromna asertywność i „gra do jednej bramki”, w której społeczeństwo funkcjonuje jako jedna drużyna – to zadecydowało o tym, że Norwegia gra w „światowej ekstraklasie”, a na przykład posiadająca największe na świecie zasoby ropy naftowej Wenezuela nie może wybić się z „ligi okręgowej”.

Cleary nigdzie w swojej książce nie stawia takiego wniosku, jednak bardzo łatwo go wysnuć na podstawie przytaczanych wydarzeń – przede wszystkim zaś tych, które dotyczyły trudnych relacji Norwegów z inwestorami zagranicznymi.

Nauka to potęgi klucz

Norwegowie bywają nazywani „Arabami o niebieskich oczach”. Od końcówki lat 60-tych ubiegłego stulecia prężnie rozwijają swoją gospodarkę korzystając z ogromnych złóż ropy i gazu.

Zaczęło się od miłego prezentu świątecznego. Według legendy, amerykański koncern Phillips Petroleum (obecnie ConocoPhillips) znalazł ropę na podmorskim polu naftowym Ekofisk 23-go grudnia 1969 roku (w rzeczywistości wtedy tylko oficjalnie poinformowano o znalezisku z września). Jednak Farouk al-Kasim –pochodzący z Iraku geolog, który doradzał rządowi norweskiemu od 1968 i jest nazywany jednym z ojców tamtejszej branży wydobywczej – wspominał po latach, że Norwegowie nie czuli wcale ekscytacji związanej z potencjalnym odkryciem i eksploatacją ropy. Bardziej bali się kolejnego przypadku „klątwy surowcowej”, kiedy to zasoby mają raczej negatywny wpływ na poziom życia mieszkańców. Mieli w pamięci zwłaszcza przykład z Holandii, gdy odkrycie złóż gazu w latach 60-tych doprowadziło do spadku konkurencyjności innych gałęzi gospodarki. Sprzedaż gazu za granicę spowodował znaczny wzrost kursu guldenów, co z kolei podniosło ceny produktów innych holenderskich eksporterów, obniżając ich dochody. Taka sytuacja nazywana jest „chorobą holenderską”. Norwegowie okazali się jednak pilnymi uczniami historii. Wyciągali wnioski z błędów innych – ale mieli też własny bagaż doświadczeń.

Norwegia pełną niepodległość uzyskała dopiero w 1905, a wcześniej pozostawała w silnych związkach z Danią i Szwecją. Jednak już od początku XX wieku starała się podmiotowo podchodzić do zagranicznych inwestycji. Pierwsza okazja pojawiła się, kiedy inwestorzy z Francji i Niemiec dążyli do rozpoczęcia produkcji energii elektrycznej przy wykorzystaniu gęstej sieci norweskich rzek. Elity norweskie, świadome potencjału posiadanych aktywów, zdecydowały, że to Norwegia, jako ich właściciel, powinna czerpać z nich korzyści w postaci tzw. „renty ekonomicznej”. Innymi słowy powinna wykorzystać swoją pozycję de facto monopolisty kontrolującego dany zasób. W 1906 roku wprowadzono zatem odpowiednie przepisy (tzw. concession laws).  Zakup infrastruktury i dróg wodnych przez podmioty prywatne był więc ściśle regulowany. Dodatkowo umowy zakładały, że po okresie sześćdziesięciu lat wszystko powraca w ręce państwa. To podejście oparte było na naukach amerykańskiego XIX-to wiecznego ekonomisty i publicysty Henry’ego Georga, który głosił, że wszelkie zyski z tytułu eksploatacji zasobów naturalnych danego kraju i wynikającej z nich „renty ekonomicznej” powinny być spożytkowane dla dobra całej społeczności.

W momencie pojawienia się międzynarodowych koncernów paliwowych, takich jak Shell, BP, Esso (dzisiaj ExxonMobil) czy wspomniany już Phillips Petroleum, Norwegia miała więc tradycję, doświadczenie i podstawy prawne pozwalające na skuteczną walkę o własne interesy.

Kwestia narodowości butów

Jednym ze sposobów na maksymalizację przez państwo przyjmujące korzyści płynących z działalności kapitału zagranicznego jest wpięcie lokalnych firm w łańcuch wartości inwestora. Wtedy dopiero mamy szansę na transfer wiedzy i udział w zyskach.

Amerykańskie koncerny paliwowe w okresie rozwoju pól gazowych i naftowych Morza Północnego robiły coś dokładnie odwrotnego. Możliwie największą część dostaw ściągały ze Stanów. W przypadku zaawansowanych technologii takie podejście jest czasem uzasadnione – w latach 60-tych Norwegia nie posiadała przecież wyspecjalizowanego sektora obsługującego sektor wydobywczy. Jednak wymóg, aby buty robotników były koniecznie amerykańskiej produkcji można już uznać za lekką przesadę.

Ofiarą tego podejścia padła już wcześniej Wielka Brytania. W Aberdeen, w Północnej Szkocji, wierni usłyszeli swego czasu od kapłana komentującego brak korzyści dla lokalnego biznesu z wydobywanej nieopodal przez Amerykanów ropy, że „dostarczamy nafciarzom zaledwie dwóch rzeczy – whisky i prostytutek”. Rząd amerykański wspierał wprost taki stan rzeczy. Kiedy Brytyjczycy wprowadzali przepisy zwiększające szanse swoich lokalnych firm w uczestnictwie w łańcuchu dostaw koncernów, Waszyngton bez ogródek wymógł wycofanie się z tych planów.

A jednak Norwegom się udało – nie słyszano nic o podobnej interwencji rządu amerykańskiego w ich legislację. Może wynikało to z nieugruntowanej pozycji międzynarodowych koncernów w Norwegii? Może „nie” po norwesku ma dużo większą siłę rażenia niż po angielsku albo po polsku? A może po prostu zagrała geopolityka i bliskie sąsiedztwo ZSRR? Nie wiadomo.

Najważniejsze, że rząd norweski osiągnął trzy rzeczy, do których biznes amerykański nie był wcześniej przyzwyczajony. Po pierwsze, koncerny musiały włączyć lokalne przedsiębiorstwa w swój łańcuch wartości. W przeciwnym wypadku groziła im utrata koncesji na poszukiwanie i eksploatację złóż. Po drugie, zawarto wymóg rafinacji ropy i przetwórstwa gazu na terytorium Norwegii – co dla miejscowych oznaczało kolejny strumień wiedzy i dochodów, gdyż pozwoliło im na zaistnienie na dalszych ogniwach łańcucha wartości. Po trzecie, rząd norweski stawał się udziałowcem w polach ropo- i gazonośnych.

Każdy chce być Rockefellerem

Proces nauki Norwegów przebiegał bardzo świadomie i był nastawiony na z góry założony cel, jakim była kontrola nad własnymi zasobami.

W związku z tym StatOil (powstały w 1972 roku) nie tylko rekrutował niezwiązanych z dużymi koncernami specjalistów ze Stanów, od których spodziewał się przejąć kompetencje, ale też wysyłał swoich ludzi za ocean w celu zdobycia doświadczenia w spółkach paliwowych oraz poszerzania wiedzy (biznesowej i technicznej) na tamtejszych uniwersytetach.

W ten właśnie sposób Norwegowie poznali historię prawdopodobnie najsłynniejszego potentata naftowego, jakim był J.D. Rockefeller. Źródłem jego potęgi nie było wcale wydobycie ropy. Posiadanie zasobu naturalnego pośrodku pustkowia jest bezwartościowe, jeśli nie ma możliwości dostarczenia go na rynek zbytu.

Kluczowa była kontrola ropociągów i sieci kolejowych, którymi ropa była transportowana. A właśnie te elementy układanki trzymał w ręku Rockefeller. Stawiało go to na uprzywilejowanej pozycji negocjacyjnej z wydobywcami i z tego czerpał niebotyczne zyski. Kiedy więc Phillips Petroleum, z uwagi na problematyczne ukształtowanie dna morskiego w rejonie pola Ekofisk, zaproponował stworzenie infrastruktury transportującej wydobyte paliwo do Wielkiej Brytanii i Niemiec Zachodnich, Norwegowie wiedzieli, co to oznacza. Zgodzili się na budowę tych rurociągów, ale postawili warunek – do ich obsługi powstać ma dedykowana spółka, w której StatOil ma mieć 50% udziałów.

Zarząd Phillips’a był zszokowany. Uznał tę propozycję za „niemoralną”, ale po ciężkich negocjacjach zgodził się. Perspektywiczne zyski z potężnych złóż Ekofisk i tak były dla koncernu wysokie.

Spakują się i uciekną?

W 1973 rozpoczął się światowy kryzys paliwowy. Ceny ropy wzrosły czterokrotnie, co oznaczało gwałtowny wzrost zysków koncernów. Co zaskakujące, nie spowodowało to wyższych wpływów do budżetu Norwegów. Ich system podatkowy okazał się być niewystarczająco skuteczny. Państwo z ogromnymi złożami, prężnie rozwijającym się systemem wydobywczym i rosnącym eksportem, nie zarabiało na osiągających kosmiczne poziomy cenach surowca.

Zdecydowano się więc na kolejny, niezwykle śmiały ruch. W roku 1974 ogłoszono wprowadzenie specjalnego podatku nakładanego na koncerny zajmujące się sprzedażą paliw będący dodatkiem do standardowego podatku korporacyjnego.

Stawki obu podatków ulegają modyfikacjom. W 2017 roku podatek korporacyjny wynosi 24%, a podatek specjalny 54%. W 2018 roku te wartości zostaną zmienione do 23% i 55%. Oznacza to stałą wysokość 78%.

Jednak samo nałożenie podatku nie powoduje jeszcze większych zysków dla państwa. Norwegowie od lat 70-tych zdają sobie sprawę, że z uwagi na stosowanie cen transferowych, międzynarodowe koncerny są w stanie wykazywać zyski ze sprzedaży wydobywanej na Morzu Północnym ropy w innych krajach. Osiąga się to przez kupowanie od spółek należących do tej samej grupy kapitałowej dóbr lub usług, co podnosi koszty operacyjne w kraju, z którego zyski są transferowane. Tym samym drastycznie zmniejsza się podstawę opodatkowania. Jest to nielegalne w momencie, gdy ceny transakcji odbiegają od cen rynkowych. Zjawisko jest zmorą wielu państw, gdyż z uwagi na poziom skomplikowania procesów i przepisów bardzo trudno jest wykazać, że ustalane ceny są rzeczywiście nielegalne. Warto zaznaczyć, że budżet Polski traci co roku na takim procederze nawet dziesiątki miliardów złotych.

Żeby więc temu przeciwdziałać, równolegle z wprowadzeniem specjalnego podatku, Norwegowie wdrożyli system pozwalający na odgórne wyliczenie wysokości spodziewanych wpływów do budżetu. Opiera się on na tym, że określany jest poziom cen (tzw. norm prices), po których firmy działające w Norwegii powinny sprzedawać ropę i gaz spółkom z tej samej grupy kapitałowej. Na tej podstawie wyliczany jest przychód, który stanowi podstawę opodatkowania. Norm prices ustalane są przez specjalną komórkę rządową (Petroleum Price Council) i mają odpowiadać cenom rynkowym (czyli takim, po jakich spółka sprzedałaby paliwa do podmiotu spoza jej grupy kapitałowej).

Nie należy jednak zapominać o tym, że przy tym wszystkim Norwegowie wcale nie chcą zrazić do siebie inwestorów. Dlatego wspomniane wyżej stawki podatków mają gwarantować zarówno zyskowną działalność dla koncernu, jak i odpowiednio wysokie wpływy do budżetu. Czyli obie strony mają godnie zarabiać – i to się udaje. Norwegowie określają to mianem „neutralnego systemu podatkowego” (neutral tax system). Co ciekawe, kiedy Norwegia wprowadziła powyższy system w latach 70-tych, Wielka Brytania, ośmielona tym przykładem, również podniosła podatki nałożone na sektor paliwowy. O wspomnianych wyżej elementach norweskiej układanki warto pamiętać w kontekście dyskusji o „odstraszaniu” biznesu wysokimi podatkami.

Ale czy Polska ma ropę?

My też możemy sporo się nauczyć na podstawie doświadczeń Norwegów. Polska od ojczyzny Ole Gunnara Solskjæra różni się pod jednym, fundamentalnym względem – nie posiada takich zasobów ropy i gazu. Nie oszukujmy się – jako społeczeństwo nie gramy też do jednej bramki. Jednak czy to oznacza, że dana przez Norwegów lekcja jest dla nas bezużyteczna? Absolutnie nie. W końcu z jakiegoś powodu kapitał zagraniczny u nas inwestuje. Musi mu się to opłacać. Musimy oferować coś takiego, co go przyciąga. Niskie koszty pracy? Być może. Ale nie wyjaśnia to wszystkiego. Gdyby tak było, to wszystkie inwestycje zagraniczne znajdowałoby się na przykład w Indiach. Tam ludzi jest więcej, a praca jeszcze tańsza. Prawdopodobnie chodzi więc o kombinację niskich kosztów pracy, liczby i poziomu kompetencji pracowników oraz ich potencjału poznawczego (w momencie zatrudniania bardziej liczy się to, czy można kogoś czegoś nauczyć, niż to, co ta osoba „potrafi”), położenia geograficznego, sieci logistycznej, stabilności politycznej, kultury i tak dalej. Dopiero tę kombinację traktujmy jak zasób, którego z punktu widzenia inwestora nie da się tak łatwo zastąpić przenosząc fabrykę czy centrum usług wspólnych do innego kraju.

A przede wszystkim traktujmy jak zasób, który powinniśmy, jak Norwegowie, w maksymalnie asertywny sposób wykorzystać dla naszych własnych celów.

Podziel się artykułem:

Konrad Pomianowski
Konsultant w jednej z firm doradczych. Absolwent ekonomii i historii gospodarczej na London School of Economics i City University London.

Napisaliśmy już 2100 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Nacjonalistyczno-klerykalno-homofobiczna dyktatura w jaką zamienić się miała Polska pod rządami partii Prawo i Swoboda jest wyjątkowo nieoryginalna. Pomimo 75 stron historii, wiemy o tym świecie zatrważająco mało.

Homo-miłości w pułapce formy. Nieudane eksperymenty Ignacego Karpowicza

Homo-miłości w pułapce formy. Nieudane eksperymenty Ignacego Karpowicza

Różnice pomiędzy regionami pogłębia struktura finansowania badań i rozwoju. Ponad jedna trzecia środków przypada na Londyn i Anglię Południowo-Wschodnią

Bank Anglii poza Londynem? Deglomeracja w służbie małego biznesu według laburzystów

Bank Anglii poza Londynem? Deglomeracja w służbie małego biznesu według laburzystów

Konrad Pomianowski

Wyborcy powinni mieć prawo rozliczyć swoich przedstawicieli i ocenić, czy za dzisiejsze głosowanie nie należy im się przypadkiem w najbliższych wyborach czerwona kartka za kolesiostwo.

Absurd tajnego głosowania. Ważny wniosek z głosowania ws. aresztu senatora Koguta

Absurd tajnego głosowania. Ważny wniosek z głosowania ws. aresztu senatora Koguta

Piotr Trudnowski
Następny artykuł:

Blaski i cienie dobra wspólnego. Wokół listu otwartego ws. ustaw sądowych

Blaski i cienie dobra wspólnego. Wokół listu otwartego ws. ustaw sądowych