Ryba bez wędki nie wystarczy. Pomoc potrzebującym według brata Alberta

Kamil Sikora | 05-12-2017 13:23:12 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Ryba bez wędki nie wystarczy. Pomoc potrzebującym według brata Alberta
Autor ilustracji: Rafał Gawlikowski

Jak skutecznie pomagać najbardziej potrzebującym? Nocleg, pomoc medyczna, odzież, wyżywienie – to wszystko było ważne, ale brat Albert był świadomy, że aby coś faktycznie się zmieniło, bezdomni muszą podjąć normalną pracę. Taką, która przywróci im ludzką godność i pozwoli wrócić do regularnego życia społecznego. Przy przytuliskach zaczęły więc powstawać zakłady pracy – naprawa odzieży i obuwia, wyrabianie słomianek, zabawek dla dzieci. Pomoc skuteczna musi być pomocą zorganizowaną i systemową.

Nastoletni Adam idzie do powstania

Wojciech Chmielowski herbu Jastrzębiec, ojciec brata Alberta, urodził się na wschodnich rubieżach dawnej I Rzeczpospolitej. Przez większość swojego zawodowego życia piął się po szczeblach kariery w izbie celnej. O matce Adama niewiele wiadomo: Józefa z domu Borzysławska była młodsza od swojego męża o pięć lat. Oboje rodzice przyszłego świętego pochodzili z rodów szlacheckich, jednak z pewnymi przywilejami z tego wynikającymi (Wojciech Chmielowski uniknął poboru do armii carskiej) nie szło żadne bogactwo. Jeśli rodzina Chmielowskich jakieś majątki i posiadłości posiadała, choćby na Podolu, to zostały one sprzedane, aby utrzymać rodzinę. Adam Hilary Bernard Chmielowski, najstarszy z czwórki rodzeństwa, przyszedł na świat 20 sierpnia 1845 roku we wsi Igołomia, blisko Krakowa. Dzieci zostały szybko osierocone – najpierw umiera ojciec, który chorował długo na tętniaka aorty; kilka lat później odeszła matka Adama. Opieką i wychowaniem dzieci zajęła się familia i przyjaciele rodziny na czele z siostrą ojca Adama, Petronelą.

Już w wieku 10 lat, po tym jak jego matka przeczytała ogłoszenie w Tygodniku Petersburskim, jako pierworodny syn państwowego urzędnika otrzymał stypendium rządowe i wyjechał do szkoły w Sankt Petersburgu, gdzie rozpoczął edukację w Korpusie Kadetów. Przerażona matka widząc jednak, że syn w carskiej Rosji może zapomnieć o swoich korzeniach, zdecydowała, że lepszym wyborem będzie nauka w Gimnazjum Realnym w Warszawie. Później młody Chmielowski dostaje się na wydział mechaniczny w Instytucie Politechnicznym i Rolniczo-Leśnym. To właśnie tam poznaje swoich przyszłych współtowarzyszy broni, w pierwszej kolejności Leona Frankowskiego – dowódcę oddziału,  w którym Chmielowski miał wkrótce walczyć w trakcie powstania styczniowego, oraz komisarza powstańczego Rządu Narodowego w województwie lubelskim.

Przyszły brat Albert trafił do oddziału „Puławiaków”, składającego się ze studentów Instytutu oraz chłopów, którym za udział w powstaniu obiecano ziemię na własność.

Powstanie, jak wiadomo, zakończyło się klęską. W bitwie pod Mełchowem Adam został ciężko ranny w nogę, która później – bez znieczulenia – została amputowana w bardzo prymitywnych warunkach. Młodemu powstańcowi groziła zsyłka, jednak dzięki staraniom rodziny udało mu się wyjechać za granicę. We Francji Chmielowski, dzięki wsparciu Komitetu Polsko-Francuskiego otrzymał najnowocześniejszą wówczas protezę. Po ogłoszeniu amnestii w 1865 roku Adam wrócił do stolicy.

„Dwóm panom służyć nie można”

W Warszawie rozpoczęła się jego przygoda z malarstwem. Młodego Adama ciągnęło już do niego wcześniej, do tego doszła prawdopodobna fascynacja życiem artystycznym, którego posmakował w Paryżu. W marcu 1865 roku Chmielowski zapisał się do Klasy Rysunkowej, z której po roku chciał dostać się do Szkoły Sztuk Pięknych. Rada familijna, od której był uzależniony finansowy i z której zdaniem musiał się liczyć, nakazała mu przerwanie tych artystycznych wymysłów i przenosiny do belgijskiej Gandawy w celu podjęcia studiów politechnicznych. W końcu inżynier to zawód pewniejszy niż malarz. Jednak już po roku Chmielowski ponowił studia malarskie, tym razem w Monachium (w stolicy Bawarii przebywał do 1870 roku). W Niemczech oprócz życia wśród polskich artystów (bracia Gierymscy, Witkiewicz, Kossak, Wyczółkowski), Chmielowski bodaj po raz pierwszy zetknął się także z problemem biedy wśród swoich rówieśników.

Już wtedy zaczął obracać się wśród towarzystwa artystycznego, bohemy i intelektualistów, najpierw w Paryżu, później w Monachium, a w końcu po powrocie do Polski w Hotelu Europejskim w Warszawie: Żeromski, Sienkiewicz, Witkiewicz, Tetmajer i inni, dziś znani głównie ze szkolnych podręczników. W środowisku był znany, ceniony i lubiany, nie tyle jako malarz, co ekspert od teorii malarstwa. Z jego wiedzy i doświadczenia korzystał chociażby Maksymilian Gierymski. Malarstwo Chmielewskiego, autora m.in. 61 obrazów olejnych i 22 akwareli, zaliczyć można do dwóch nurtów: symbolizmu i impresjonizmu. Sam artysta mówił, że „istotą sztuki jest dusza wyrażająca się w stylu”. Malował, a to, co namalował sprzedawał – także wtedy, kiedy imię Adam zamienił na zakonnego Alberta.

Chmielowski zastanawia się w liście do przyjaciela Lucjana Siemieńskiego, jak połączyć sztukę z wiarą w Boga. Boga, który był obecny w życiu Chmielowskiego od najmłodszy lat. Jesienią 1879 roku jedzie na kilkudniowe rekolekcje jezuickie do Tarnobrzega.

Decyzja jest przemyślana, ale i tak Chmielowski czuje, że musi wytłumaczyć się najbliższym – wysyła listy do Józefa Chełmońskiego i Heleny Modrzejewskiej. Temu pierwszemu pisze wprost, że musi się nawrócić, bo Chrystus oddał za niego swoje życie. Modrzejewską z radością informuje o wstąpieniu do zakonu jezuitów. Tłumaczy, że nie mógł dłużej znieść „tego złego życia, którym nas świat karmi”.

Od choroby psychicznej do ewangelizacyjnej pasji

Rozpoczyna nowicjat w Towarzystwie Jezusowym. Ma 35 lat. Wielkie Rekolekcje, pierwsze po obłóczynach, które trwają miesiąc, kończą się dla Adama po zaledwie ośmiu dniach. Jak pisze jego mistrz nowicjatu, ojciec Baduiss, „dostał [Chmielowski – przy. autora] jakiś rodzaj abberatio mentia”. I tu pojawia się pięciomiesięczna biała plama w życiorysie Chmielowskiego. Przez ten czas przebywał w zakonie, aż zdecydowano, że powinien zobaczyć go lekarz. W biografiach przewija się wątek choroby psychicznej, przez którą został wydalony z Towarzystwa Jezusowego.

Znowu, opierając się na licznych, często bardzo sprzecznych informacjach, Chmielowski 22 stycznia 1882 roku opuszcza zakłada dla umysłowo chorych w Kulparkowie koło Lwowa i przez dwa lata mieszka razem z swoimi braćmi. Część biografów świętego stwierdza, że przez okres, który spędził w domu rodzinnym, Adam był wyciszony, jakby życie sprawiało mu ból i cierpienie. Momentami był nie do zniesienia dla swoich przyjaciół i rodziny, ponieważ całkowicie odizolował się od świata zewnętrznego, niemal wegetując.

Arcybiskup Grzegorz Ryś w pracy Ecce homo przedstawia odmienną interpretację owych wydarzeń. Otóż jego zdaniem Chmielowski porzucił świat sztuki i artystów z powodu jego pychy, egoizmu i traktowania sztuki jako bożka. Tymczasem Adam chciał czegoś więcej, chciał wejść niejako w świat Królestwa Niebieskiego już tu na ziemi – z natury był idealistą i perfekcjonistą. I spotkało go rozczarowanie, ponieważ okazało się, że nie pasuje do idealnej wizji rajskiego świata. Zwyczajnie jest tylko grzesznym człowiekiem. I ta świadomość słabości totalnie go załamała, do tego stopnia, że zwątpił w siebie. Bardzo dobrze widać to choćby na przykładzie jego nałogu tytoniowego, którego nigdy nie udało mu się zwalczyć, co musiało go strasznie boleć – wskazywało na słabość jego charakteru, przy równoczesnym dążeniu do świętości już w życiu doczesnym. Biskup Ryś pisze: „To jest nawrócenie Adamowe. Nawrócenie nie z tego, że był niegodziwy, bo był więcej niż godziwy (…). Tej jednej nocy odkrył, co znaczy miłosierdzie Boga (…). Łaska to jest coś, co przychodzi darmowo i od razu. Bez żadnej zasługi”.Jeśli popatrzeć na dalsze losy przyszłego świętego, to widać więcej niż wyraźnie, że aby być zdolnym do posługi potrzebującym, najpierw samemu trzeba wyzbyć się wszelkiej wielkości.

I faktycznie zmiana, jaka nastąpiła, była radykalna. Wegetacja, która trwała od stycznia do sierpnia 1882 roku została zakończona, dzięki spowiedzi u księdza Leopolda Pogorzelskiego. Przyszły brat Albert jeszcze zanim pojawił się w Krakowie, rozpoczął ewangelizację na Podolu. Po swoistym przebudzeniu, Adam całe dni spędzał na pracy fizycznej, czy to w domowej stolarni, czy pomagając robotnikom na folwarku i w polu. Zaczął malować pejzaże. Wkrótce pojawiła się też fascynacja tzw. tercjarzami, czyli zakonem świeckim prowadzonym zgodnie z ideałami franciszkanów.

Adam zaczyna swoje nawracanie wzdłuż Zbrucza, prowadząc życie wędrownego kaznodziei (z zakonu jezuitów został usunięty, więc robił to na własną rękę), przechodząc od parafii do parafii. Za ewangelizacyjny zapał i głoszenie Bożego Miłosierdzia carskie władze nakazują mu opuszczenie zaboru rosyjskiego.

Vademecum skutecznej pomocy potrzebującym

W Krakowie pojawił się w 1884 roku. W tamtym czasie było to miasto, które składało się z dwóch odseparowanych od siebie części: tej lepszej (Plant, Starego Miasta i tego wszystkiego, co piękne i drogie) i tej gorszej (tym, co było poza centrum, bezdomnością, brudem, zgnilizną, chorobą, samotnością, marginesem społecznym). Władze Krakowa borykały się z problemem bezdomności, co było wyzwaniem dla miasta, które chciało uchodzić przecież za nowoczesne.

Początkowo Chmielowski mieszka na ulicy Basztowej. Odnawia kontakty z środowiskami artystycznymi i pierwszy raz styka się z problemami ubogich i bezdomnych. Zimą przełomu 1886 i 1887 roku widzi na własne oczy warunki, w jakich mieszka ta gorsza część Krakowa.

Brzmi to trochę naiwnie, ale Adam wraz z grupą znajomych postanawiają odwiedzić ogrzewalnię na Kazimierzu. Właśnie podczas jednej z tych wizyt Chmielowski miał powiedzieć, że „tam trzeba wśród nich zamieszkać! Ja ich tak nie zostawię!” Wtedy podejmuje decyzję o pomocy najbiedniejszym.

Początkowo w sposób bardzo prowizoryczny: przyjmuje ich w swoim mieszkaniu, co po czasie nie podoba się innym mieszkańcom kamienicy.

Powoli Chmielowski uświadamia sobie, że tylko pomoc zorganizowana, systemowa i regularna jest w stanie realnie zmienić życie potrzebujących. Władze miasta zgadzają się, aby to Adam Chmielowski przejął ten sektor działalności publicznej od miasta, rzecz jasna za darmo, choć radni przyznali fundusze na remont ogrzewalni miejskiej. Był rok 1888.

Jak skutecznie pomagać najbardziej potrzebującym? To pytanie musiało nurtować przyszłego brata Alberta. Nocleg, pomoc medyczna, odzież, wyżywienie – to wszystko było ważne, ale Chmielowski był świadomy, że aby coś faktycznie się zmieniło, ludzie potrzebujący muszą podjąć normalną pracę. Taką, która przywróci im ludzką godność i pozwoli wrócić do regularnego życia społecznego.

Przy przytuliskach zaczęły więc powstawać zakłady pracy – naprawa odzieży i obuwia, wyrabianie słomianek, zabawek dla dzieci. Później w darowiźnie przytulisko otrzyma warsztaty tkackie, kołowrotki, maszynę do szycia, warsztat szewski. Dzięki zarobionym pieniądzom przytuliska mogły sprawie funkcjonować i pomagać coraz większej liczbie osób. I faktycznie, dane policji z tamtego czasu pokazują, że wydatnie zmniejszyła się liczba przestępstw i kradzieży.

Co bardzo ważne, kwestie religijne nie stały na pierwszym miejscu. Nie było nawracania na siłę. Bez znaczenia było, czy ktoś jest wierzący, czy regularnie chodzi do kościoła: pomoc należała się wszystkim. Oprócz brata Alberta, pomoc potrzebującym niosło początkowo ośmiu braci: Witalis, Franciszek, Andrzej, Franciszek, Anioł, Franciszek, Andrzej, Franciszek.

Wówczas w Krakowie działały dwie ogrzewalnie, a później przytuliska – jedno dla kobiet, jedno dla mężczyzn. Nocleg, pracę i wyżywienie otrzymywało w nich łącznie prawie sto osób. Jak wynika z rejestrów policji od momentu, kiedy zarząd nad ogrzewalnią przejął brat Albert, znacznie zmniejszyła się liczba spraw dotyczących włóczęgostwa i pijaństwa. Nie odnotowano także żadnego przypadku śmierci w ogrzewalni, ani zachorowania na tyfus.

Zarówno dla kleru, jak i środowiska artystycznego działania Chmielowskiego często były niezrozumiałe. Więcej, zdarzały się przypadki rzucaniu kłód pod nogi. W biografiach można przeczytać, że część duchowieństwa nie udzielała sakramentu Komunii Świętej siostrom albertynkom z powodu tego, iż mieszkają one wspólnie z prostytutkami, dzieciobójczyniami, etc.

Oprócz pomocy dla mężczyzn, Chmielowski zdecydował się również na pomoc kobietom i przez kilka miesięcy szukał kobiet, której podjęłyby się tego zadania. O ogrzewalni dla kobiet na ulicy Skawińskiej 12 mówiono, że było to „dantejskie inferno”. Alkoholiczki, prostytutki, dzieciobójczynie, margines społeczny żyjący na granicy prawa. Wkrótce prawą ręką brata Alberta została 20-letnia Jadwiga Orłoś pochodząca z Podola. Później pojawiła się 44-letnia Anna Lubańska, żona i matka dwóch niepełnosprawnych synów. Zafascynowana życiem zakonnym postanowiła oddać się pracy apostolskiej (dostała nawet pisemną zgodę od męża i synów). Zaczęła współpracę z bratem Albertem. Początkowo ona i jej dwie współpracowniczki zamieszkały na ulicy Straszewskiego. Kiedy liczba kobiet – przyszłych albertynek – wzrosła do siedmiu, przeniosły się na ulicę Smoleńsk, następnie pod adresy Krakowska 43 oraz Skawińska 4 i 6, a więc w bliskim sąsiedztwie pierwszej ogrzewalni dla kobiet.

Z upływem kolejnych miesięcy o działalności Adama Chmielowskiego, a w zasadzie już brata Alberta, zaczynało być głośno nawet poza samym Krakowem. 25 sierpnia 1887 roku Adam przywdziewa habit tercjarski. Rok później składa śluby zakonne – 25 sierpnia 1888 roku uważa się za początek istnienia całego Zgromadzenia Braci Albertynów Trzeciego Zakonu Regularnego Świętego Franciszka Serafickiego Posługujących Ubogim. W styczniu 1888 roku zostaje zapisany jako członek Konfederacji Świętego Wincentego à Paulo.

Na początku lat 90. XIX wieku powstają pierwsze pustelnie – miejsca, gdzie bracia i siostry mogą odpocząć, odbyć rekolekcje. To miejsca szczególnie istotne, kiedy na co dzień trzeba zmagać się z chorobami i wykazywać się nadzwyczajną odpornością psychiczną na sytuacje po ludzku skrajne. W tym czasie powstaje najsłynniejsza pustelnia albertynów: zakopiańskie Kalatówki. Brat Albert obejmuje w 1892 roku zarząd przytuliska we Lwowie. Powoli konstytuuje się zgromadzenie albertynek – pierwszą przełożoną zostaje Maria Jabłońska (siostra Bernardyna). Później jest Sokal, Tarnów, Stanisławów, Jarosławiec, Przemyśl – albertyni przejmują zarządy kolejnych przytulisk.

Przyszły święty zmarł w Boże Narodzenie 1916 roku wśród przyjaciół, braci i sióstr. Został kanonizowany przez Jana Pawła II 12 listopada 1989 roku. Rok 2017 został objęty jego patronatem przez polski Sejm.

 ***

W świecie, w którym często próbujemy udawać, że problem bezdomności nie istnieje, brat Albert przypomina, że każdy bez względu na okoliczności zasługuje na kromkę chleba, dach nad głową, lekarstwo, pracę, która pozwoli mu wrócić do społeczeństwa i odbudować zerwane relacje z rodziną i dawnymi przyjaciółmi.

Po ponad 100 latach od działalności Chmielowskiego w Krakowie bezdomni wciąż są obecni na ulicach i w noclegowniach. Dziedzictwo brata Alberta nie straciło niestety na aktualności.

Materiał został dofinansowany ze środków programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Promocja literatury i czytelnictwa” na realizację projektu „Idee mają znaczenie”.

Podziel się artykułem:

Kamil Sikora
Członek redakcji jagielloński24. Student politologii Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz teologii Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II. Członek Klubu Jagiellońskiego. Redaktor i analityk projektu Demagog.

Napisaliśmy już 2074 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

„Postmaterialistyczny zwrot” może okazać się szczególnie wartościowy z perspektywy zbliżających się wyborów samorządowych.

PiS idzie po nowe mieszczaństwo

PiS idzie po nowe mieszczaństwo

Bartosz Brzyski

Wasz premier, nasz Sejm – zdaje się mówić Jarosław Kaczyński do „pozytywistów”, „reformatorów” czy „gołębi” z obozu rządzącego.

Wasz premier, nasz Sejm

Wasz premier, nasz Sejm

Krzysztof Mazur

Czas na nowe otwarcie w polityce historycznej: zbudujmy pozytywistyczne Muzeum Cywilizacji w Łodzi.

Inka i Łukasiewicz na jednym cokole

Inka i Łukasiewicz na jednym cokole

Piotr Kaszczyszyn
Następny artykuł:

Ustawa o jawności życia… prywatnego?

Ustawa o jawności życia… prywatnego?