Kilkanaście nowych instytucji „dobrej zmiany” to stracona szansa na deglomerację

Piotr Trudnowski | 02-12-2017 18:16:25 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Kilkanaście nowych instytucji „dobrej zmiany” to stracona szansa na deglomerację
Autor ilustracji: Rafał Gawlikowski

Dwa lata obecnej kadencji to jak dotąd co najmniej kilkanaście nowych instytucji powołanych przez rządzących. Każda z nich to niewykorzystana szansa na policentryzację kraju albo chociaż poważną dyskusję o tym, czy naprawdę wszystkie centralne instytucje publiczne muszą mieć siedzibę w Warszawie. Argumenty, by lokować urzędy poza stolicą, znajdziemy zarówno w programie Prawa i Sprawiedliwości, jak i dokumentach tak różnych formacji jak Platforma Obywatelska, Kukiz’15 i Partia Razem. Niepodjęcie próby debaty na ten temat przez polityków to dobry przykład fasadowości przedwyborczych deklaracji. Przede wszystkim zaś: impuls do konkretnych działań obywateli i organizacji popierających policentryczny rozwój Polski. Czas powołać obywatelskie lobby deglomeracyjne!

Lifting, połączenie i całkiem nowe instytucje

Jedenaście nowych instytucji publicznych w ramach podsumowania półmetka bieżącej kadencji Sejmu RP naliczonych przez Stowarzyszenie 61 to: Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa (KOWR), Filmoteka Narodowa Instytut Audiowizualny (FINA), Polska Agencja Antydopingowa (POLADA), Polska Agencja Inwestycji i Handlu (PAIH), Krajowy Zasób Nieruchomości (KZN), Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej (NAWA), Narodowy Instytut Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego (NIW-CRSO), Państwowe Gospodarstwo Wodne „Wody Polskie” (PGW-WP), Krajowa Administracja Skarbowa (KAS) i Prokuratoria Generalna RP. Za nową instytucję trudno uznać wykazany na tej liście Narodowy Fundusz Ochrony Zabytków (to w praktyce jedynie pula środków w dyspozycji ministra). W wyliczeniu nie uwzględniono za to m.in. Rady Mediów Narodowych, ustanowionego dopiero co zarządzeniem ministra Narodowego Instytutu Architektury i Urbanistyki (NIAiU) czy wreszcie Instytutu Solidarności i Męstwa (ISiM), który – powoływany ustawą – czeka na podpis Prezydenta RP. Podsumowując: rządzący przez dwa lata powołali kilkanaście nowych przynajmniej z nazwy państwowych podmiotów, z których większość tworzona jest aktami prawnymi najwyższego rzędu.

Podkreślić należy, że nie wszystkie podmioty z powyższej listy to w pełni nowe instytucje. Część z nich przeszła raczej lifting. Tak jest w przypadku POLADY (Agencja zastąpiła Komisję do Zwalczania Dopingu w Sporcie), PAIH-u (zastąpiła Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych) i Prokuratorii Generalnej RP (w miejsce Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa).

Inne, co zasługuje na kierunkową pochwałę, powstały w wyniku łączenia osobnych dotąd podmiotów. Najbardziej spektakularny przykład to oczywiście KAS powstała z połączenia Służby Celnej, administracji podatkowej i kontroli skarbowej. Kolejne to KOWR powołany do życia w ramach fuzji Agencji Rynku Rolnego i Agencji Nieruchomości Rolnych oraz FINA, czyli dawne Filmoteka Narodowa i Narodowy Instytut Audiowizualny.

Za w pełni nowe instytucje uznać można jednak co najmniej siedem (Krajowy Zasób Nieruchomości, Narodową Agencję Wymiany Akademickiej, Narodowy Instytut Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, Państwowe Gospodarstwo Wodne „Wody Polskie”, Radę Mediów Narodowych, Narodowy Instytut Architektury i Urbanistyki oraz Instytut Solidarności i Męstwa). Część z nich oczywiście dubluje kompetencje innych organów (jak jest z RMN, której powołanie jest w praktyce konsekwencją konstytucyjnego umocowania Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji), bądź przejęły jakiś obszar pracy innych podmiotów (np. PGW-WP częściowo przejmie dotychczasowe kompetencje Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej).

Nie ma życia poza Warszawą

Powołane instytucje wiele różni – nie tylko geneza ich powstania, forma prawna i sposób powołania, ale też serwisy internetowe oraz identyfikacja wizualna. Na marginesie warto bowiem zauważyć, żepomimo trwającego wdrażania horyzontalnego serwisu rządowego gov.pl wiele z powołanych instytucji ma swoje nowopowstałe, autorskie strony. Trwa też niestety choroba „logozy”: choć od wielu miesięcy pracuje powołany w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów międzyresortowy Zespół ds. Identyfikacji Wizualnej Administracji Rządowej, to trudno dostrzec efekty jego pracy, spoglądając choćby na zestawienie logotypów, którymi posługują się nowopowstałe podmioty.

Co zatem nowe instytucje łączy? Głównie jedno: ich siedziby albo centrale mieszczą się bez wyjątku w stolicy. W niektórych aktach prawnych powołujących je do istnienia wprost wskazano, że siedzibą jest Warszawa, w przypadku innych świadczą o tym po prostu adresy siedzib.

Tu dochodzimy do sedna problemu.

Od ponad dwóch lat w pracy Klubu Jagiellońskiego staramy się popularyzować ideę, by centralne instytucje państwowe lokalizować nie tylko w Warszawie, ale też innych polskich miastach. W lipcu 2015 roku na 77 przeanalizowanych przez nas instytucji 75 mieściło się w Warszawie, z czego połowa w jednej, centralnej dzielnicy miasta, czyli Śródmieściu. Analiza nowo powstałych instytucji tej kadencji pokazuje, że czas działa niestety na niekorzyść idei policentrycznego rozwoju państwa, chociaż dwa i pół roku temu można było mieć nadzieję, że będzie inaczej.

Gdy PiS, PO, Kukiz’15 i Razem mówią jednym głosem

Krótko po naszym bloku tekstów z propozycją „rozproszenia Warszawy” zaczynała się kampania wyborcza 2015 roku, która dawała nadzieję na „dobrą zmianę” w tym obszarze. Okazało się bowiem, że idea deglomeracji – czy, jak proponuje w rozmowie z naszym portalem prof. Przemysław Śleszyński, „dekoncentracja funkcji” – łączy polskich polityków ponad podziałami. Ostatnie dwa lata pokazały, że robi to nawet w dwóch wymiarach. W sferze deklaracji prawie wszyscy są za. W praktyce niestety, co pokazuje powyższe zestawienie, nikt właściwie nie podejmuje realnych działań w tym zakresie.

Rzućmy jednak okiem na przedwyborcze programy. „Polska jest jedna – zgodnie z tą fundamentalną zasadą rozwój powinien być udziałem wszystkich regionów i miejscowości Rzeczypospolitej. Koncentrowanie większości nakładów finansowych w dużych, wybranych ośrodkach miejskich jest w polskich warunkach błędem politycznym i przejawem nierównego traktowania Polaków zależnie od miejsca zamieszkania, a zarazem działaniem antyrozwojowym, ponieważ tłumi szanse wykorzystania lokalnych potencjałów (…). Synergia lokalnych potencjałów zbuduje wielki potencjał rozwoju Polski” – to przyjęty w 2014 roku i obowiązujący do dziś program partii rządzącej.

W dokumentach innych formacji znajdziemy już nie tylko kierunkowe poparcie dla „niecentralistycznej” wizji państwa, ale wprost postulat przenoszenia instytucji i urzędów poza stolicę.

„Jesteśmy przekonani, że struktura administracyjna państwa polskiego dojrzała do kolejnego etapu decentralizacji – przenoszenia instytucji centralnych poza Warszawę. W kolejnych latach rozpoczniemy proces lokalizacji wybranych urzędów i agencji rządowych w innych polskich miastach” – to zapowiedź Platformy Obywatelskiej z września 2015 roku.

Również „trzecia siła” w polskim parlamencie popiera ten kierunek. „Przez skupienie władzy w stolicy, politycy, urzędnicy i dziennikarze oderwali się od problemów Polaków z innych regionów. Nie ma powodu, dla którego wszystkie urzędy centralne miałyby mieć siedzibę w Warszawie. W dobie komunikacji elektronicznej nie ma to żadnego uzasadnienia (…). Jeśli chcemy, żeby Polska rozwijała się równomiernie powinniśmy wziąć przykład z innych państw europejskich i rozpocząć poważną debatę o przeniesieniu znacznej części urzędów i instytucji poza stolicę (…). Przeniesienie ważnych urzędów poza Warszawę ograniczy oderwanie stołecznych elit od problemów mieszkańców innych regionów Polski, pobudzi aktywność obywatelską i gospodarczą w tych regionach, a także przyniesie spore oszczędności związane z kosztem funkcjonowania urzędów” – to fragment Strategii Zmiany Kukiz’15.

Na deser program wyborczy Partii Razem: „Przeniesiemy część urzędów centralnych poza stolicę. Przeniesienie poszczególnych instytucji poza Warszawę stworzy miejsca pracy regionach. Politycy zmuszeni do opuszczenia Warszawy, będą bardziej skłonni dostrzegać problemy innych miejscowości”.

Czas na deglomeracyjne lobby

Niestety na próżno szukać poważnych skutków tych przedwyborczych deklaracji. Żadna z formacji nie wzięła też swoich formalnych postulatów na sztandary politycznej działalności na tyle, by problem przebił się w debacie publicznej. Na palcach jednej ręki można znaleźć przykłady, gdy w ogóle w parlamentarnych lub legislacyjnych debatach na poważnie formułowano deglomeracyjne postulaty.

Jako Klub Jagielloński dwukrotnie próbowaliśmy w tej kadencji namawiać rządzących, by rozważyli realne działania w tym zakresie. Nasz ekspert Wojciech Przybylski w – zawieszonej na dziś – dyskusji o Narodowym Instytucie Technologicznym (NIT) zwracał uwagę, że podmiot konsolidujący pracę instytutów badawczych co najmniej w części obejmującej tworzenie Centrum Usług Wspólnych mógłby być zlokalizowany w innym mieście. Wrocławski odział naszego stowarzyszenia wziął wówczas udział w konsultacjach publicznych, w których wraz z Towarzystwem Upiększania Miasta Wrocławia i Akcją Miasto postulował umiejscowienie NIT właśnie w stolicy Dolnego Śląska. Również w przypadku NIW-CRSO złożyliśmy formalne stanowisko w konsultacjach publicznych, proponując inną niż Warszawa lokalizację nowej instytucji mającej wspierać organizacje obywatelskie. W drugim z przypadków pomysł trafił chociaż pod obrady sejmowej komisji – Agnieszka Ścigaj z Kukiz’15 złożyła stosowną poprawkę w tym zakresie. Niestety, pomysł potraktowano niemal anegdotycznie i szybko przepadł w głosowaniu…

Nasze skromne doświadczenia, niepoważny przebieg parlamentarnych dyskusji na ten temat i brak konsekwencji w działaniach polityków każe uznać, że żadnej deglomeracji w Polsce nie będzie, dopóki nie powstanie silne i zdeterminowane lobby obywatelskie. Musi ono wykonywać zarówno systematyczną pracę u podstaw, pracować nad wizją deregulacji systemowej, a na co dzień prowadzić akcyjne mobilizacje w celu wywarcia nacisku na decydentów przy podejmowaniu konkretnych rozstrzygnięć.

Poniżej proponuję pięć podstawowych zadań, które takie lobby ma do wykonania w pierwszej kolejności.

1. Wyjść z pułapki „okręgu wyborczego”

Symptomatyczne są sytuacje, gdy dotychczasowe inicjatywy deglomeracyjne trafiały pod dyskusję polityków. W poprzedniej kadencji, kiedy urząd Rzecznika Ubezpieczonych przekształcano w Rzecznika Finansowego, inicjatywa przeniesienia siedziby tej instytucji do innego niż Warszawa miasta pojawiła się w Senacie. Ostatecznie rozbiła się jednak szybko o… partykularyzmy inicjatorów. Dwóch senatorów rządzącej wówczas Platformy Obywatelskiej zaczęło lansować dwie odmienne koncepcje umiejscowienia siedziby instytucji w swoich okręgach wyborczych, nie mając żadnego – poza wyborczym interesem – uzasadnienia dla określonego kierunku deglomeracji. Kompromisowo więc została Warszawa.

Podobnie było w tej kadencji na wspomnianej już sejmowej komisji zajmującej się NIW-CRSO. Agnieszka Ścigaj zaproponowała umiejscowienie go w Krakowie, skąd trafiła na Wiejską.  Opiekun projektu, pełnomocnik rządu ds. społeczeństwa obywatelskiego i poseł z Wrocławia, Adam Lipiński błyskawicznie zripostował, że i jego kusiło, by zaproponować swoje miasto. „Chwileczkę. Jest jeszcze Chełm, panie ministrze, a przewodniczącą jestem ja…” – dorzuciła rzecznika prasowa PiS i posłanka z tej miejscowości.

Wbrew pozorom problem jest jednak poważniejszy, niż sugerowałoby naigrywanie się posłów Prawa i Sprawiedliwości. Odpowiedź na pytanie „dokąd przenosić” nie jest wcale łatwa. Sami przygotowując propozycję dla NIW-CRSO rozważaliśmy dwa modele, które realizują dwa odmienne kierunki polityki państwa.

Pierwszy to ten, w którym proponujemy deglomerację opartą o naturalne zasoby jakiegoś regionu. Wówczas instytucja zajmująca się organizacjami pozarządowymi powinna mieścić się tam, gdzie NGO jest najwięcej, a kapitał społeczny najwyższy. W takim modelu naturalnym kandydatem na siedzibę byłby Gdańsk. Drugi model to ten, w którym lokalizowanie instytucji w jakimś miejscu ma wyrównywać różnice rozwojowe między regionami.

Ostatecznie taki model wydał nam się z punktu widzenia zrównoważonego rozwoju państwa atrakcyjniejszy. Stąd w naszej propozycji pojawiły się te stolice województw, gdzie organizacje są najsłabsze: Katowice, Toruń lub Bydgoszcz, Białystok, Łódź albo Kielce.

Oczywiście, poważna analiza powinna brać pod uwagę więcej zmiennych, takich jak choćby uwarunkowania komunikacyjne lub istnienie naturalnych zasobów do zagospodarowania (np. silne ośrodki akademickie specjalizujące się w jakiejś dziedzinie). Ta debata w Polsce dopiero jest przed nami. Fakt, że nie zainicjowały jej formacje polityczne przed wpisaniem deglomeracji do swoich programów też wiele mówi o ich jakości. Mamy nadzieję, że Klub Jagielloński w najbliższych miesiącach stanie się naturalnym ośrodkiem takiej dyskusji, do której już dziś – choćby na łamach jagiellonski24.pl – serdecznie zapraszamy wszystkich zainteresowanych.  

2. Najwyższy czas to policzyć

Najpoważniejszy argument, który decydenci podnoszą w chwili pojawienia się pomysłu umiejscowienia jakiejś instytucji poza Warszawą, to oczywiście koszty. Choć nie ma żadnych powodów, by dyskusję o deglomeracji ograniczać jedynie do nowych lub przekształcanych instytucji, to jednak takie okoliczności wydają się najbardziej realistyczne, bo minimalizują dodatkowe wydatki. W przypadku tworzenia nowej instytucji znika problem kosztów przeprowadzki, a np. rekrutacja pracowników od razu może być prowadzona w mieście innym niż Warszawa. Z kolei w przypadku przekształcania (łączenia, zmiany formy organizacyjnej, nowej nazwy, nowelizacji podstawy prawnej funkcjonowania etc.) mamy i tak do czynienia z wieloma kosztami organizacyjnymi (wdrożenie nowej nazwy, przygotowanie nowych wzorów dokumentów, pieczątek, tablic etc.), a często również ze zmianą warunków zatrudnienia dotychczasowego zespołu (zdarza się wręcz, że to bywa głównym argumentem na rzecz przekształcenia jakiejś instytucji). W obu tych sytuacjach ewentualne koszty przeniesienia instytucji poza Warszawę wydają się prostsze do poniesienia.

Druga z konsekwencji finansowych, na którą zwracają uwagę decydenci, to rzekome koszty generowane przez podróże pomiędzy pracownikami instytucji centralnych, obieg dokumentów etc. Wydaje się jednak, że w dobie powszechnego dostępu do Internetu, elektronicznego obiegu dokumentów i właściwie bezkosztowej możliwości organizowania telekonferencji argument ten istotnie traci na znaczeniu.

Równolegle należy zwrócić uwagę, że instytucje poza stolicą to nie tylko koszty, ale też potencjał ogromnych oszczędności. W pierwszej kolejności wskazać należy, że poprzez niższe koszty życia w miastach innych niż Warszawa wydaje się, że zarówno specjalistów, jak i osoby zatrudnione na stanowiskach technicznych i administracyjnych pozyskać będzie można do pracy, proponując niższe wynagrodzenia. Po drugie – w oczywisty sposób koszt lokalizacji siedziby w miejscu innym niż warszawskie Śródmieście będzie zdecydowanie niższy. W przypadku najmu instytucja będzie po prostu płacić mniej. Z kolei „wyprowadzka” części instytucji z budynków należących do Skarbu Państwa w Warszawie stworzy możliwość bardziej dochodowego zarządzania nimi przez udostępnienie na przykład na działalność komercyjną (o ile oczywiście nie istnieje konieczność, by w danej lokalizacji realizowane byłe inne ważne funkcje publiczne).

Trudno dziś przesądzić, jaki byłby każdorazowy bilans finansowy takiego procesu. Nie znamy żadnych źródeł, które wskazywałyby, że poważna analiza kosztów w Polsce była wykonywana – ani jako praca badawczo-naukowa, ani jako rzetelna ekspertyza dokonywana przy okazji podejmowania decyzji politycznej o tworzeniu kolejnych instytucji. Pierwszym koniecznym krokiem wydaje się próba wydobycia wszelkich ewentualnych analiz dotąd sporządzanych w ramach administracji publicznej. Dotyczy to zarówno tych uzasadniających w ostatnich latach koncentrację instytucji w Warszawie, jak i funkcjonowania tych nielicznych zlokalizowanych poza stolicą (to m.in. Polska Agencja Kosmiczna dotąd mająca siedzibę w Gdańsku, Narodowe Centrum Badań Jądrowych w Otwocku i Wyższy Urząd Górniczy w Katowicach). W drugim kroku należałoby spróbować oszacować finansowe koszty przeniesienia konkretnej instytucji.

Bez tego kolejne propozycje deglomeracyjne przepadać będą na podstawie niepodpartego żadnymi poważnymi argumentami stwierdzenia, że „to podniesie koszty”.

3. Jak się to robi w innych państwach?

Zwiększanie świadomości społecznej, politycznej, eksperckiej i medialnej na temat korzyści płynących z policentrycznego rozwoju Polski wymaga upowszechnienia wiedzy na temat skali i efektów deglomeracji w innych państwach. Znanym i omawianym choćby na naszych łamach jest przykład Niemiec, ale jest też wiele innych państw, z których doświadczeń można czerpać. W Szwecji nie tylko od dawna wiele instytucji jest już zlokalizowanych poza Sztokholmem, ale też podejmowane są inicjatywy dotyczące wprost wyprowadzenia tych już istniejących ze stolicy. Państw o bardziej policentrycznym układzie instytucji i urzędów niż Polska jest wiele.

Tylko edukacja – skierowana zarówno do obywateli, jak i elit – może uzmysłowić Polakom, że wbrew obawom inne państwa radzą sobie nie najgorzej, mając instytucje centralne rozsiane po całym kraju.

Pierwszym krokiem może być po prostu przetłumaczenie lub opracowanie artykułów opisujących model lokalizacji urzędów w innych państwach tak, by dziennikarze, politycy i eksperci mogli do nich szybko i bez wysiłku dotrzeć, gdy tylko jakaś inicjatywa deglomeracyjna pojawi się w naszej przestrzeni publicznej. Z pewnością zaś stworzenie takich materiałów dostarczy też naszej debacie wiele ciekawych argumentów, case studies i pomysłów na to, jak promować deglomerację i przygotowywać się do takiego procesu.      

4. Szukać choćby doraźnych sojuszników

Trudno sobie wyobrazić, że przy dzisiejszym poziomie debaty publicznej można by postulować „systemową deglomerację” – zaplanowane i przemyślane prowadzenie procesu lokowania instytucji centralnych „od nowa”. Jedyną szansą dla deglomeracji są zatem doraźne akcje, co do zasady przeprowadzane za każdym razem, gdy mówi się o stworzeniu/przekształceniu jakiegoś urzędu lub podmiotu państwowego. Choć docelowo powinniśmy dążyć do systemowej reformy to również to akcyjne podejście ma swoje zalety.

Przede wszystkim pozwala ono na tworzenie każdorazowo swoistych „konfederacji”, które będą angażować się na rzecz konkretnej decyzji o lokalizacji konkretnej instytucji w konkretnym mieście.

Często mogą być nią zainteresowane strony, które dotąd nie myślały o deglomeracji w sposób systemowy, a więc właśnie wspomniani posłowie różnych formacji z danego okręgu, samorządowcy bez podziału na partyjne barwy, miejscowy biznes, lokalne media… Każda taka doraźna „konfederacja” to szansa na to, że jej uczestnicy – choćby w wyniku porażki i protekcjonalnego potraktowania przez warszawskich decydentów – przystąpią w przyszłości już do trwałego lobby walczącego o deglomerację systemową.

Co więcej, różny charakter instytucji powinien pozwolić przy okazji różnych akcji dotrzeć do zupełnie różnych grup odbiorców. Nawet jeśli nie uda się przebić do ogólnopolskich mediów horyzontalnych, to media branżowe i środowiskowe powinny zainteresować się każdą taką inicjatywą. Organizując zatem akcję na rzecz lokalizacji poza Warszawą na przykład Filmoteki Narodowej Instytutu Audiowizualnego, łatwiej dotrzemy do środowisk artystycznych, a opowiadając się za umieszczeniem Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa na przykład w Białymstoku – dużo łatwiej będzie nam przedstawić policentryczną wizję rozwoju Polski wśród rolników i mieszkańców wsi. Dodatkowo zawsze zainteresowanie powinny okazać media lokalne. Takie mikrotargetowanie i by-passowanie ogólnopolskiej, powierzchownej i skoncentrowanej na sprawach trzeciorzędnych debaty może w praktyce przynieść zaskakująco pozytywne efekty dla upowszechnienie proponowanego sposobu myślenia o Polsce.    

5. Trzymać rękę na pulsie   

Kilkanaście instytucji tej kadencji zlokalizowanych w stolicy to nie tylko miara niewykorzystanych szans. To też zapowiedź tego, ile pracy będzie miało przed sobą lobby deglomeracyjne, jeżeli faktycznie znajdą się aktywiści, eksperci i politycy gotowi działać ponad podziałami w zorganizowany sposób na rzecz „rozproszenia Warszawy”. Każda z procedowanych ustaw o stworzeniu nowej instytucji to potencjalnie: udział w konsultacjach publicznych, obecność na komisjach sejmowych, indywidualne rozmowy z posłami, akcje petycyjne mające przekonać decydentów do podjęcia określonej decyzji, aktywność medialna, lokalne happeningi i warszawskie konferencje prasowe…

Bez tego – a do takiej pracy potrzeba naprawdę szerokiego zaplecza osobowego dysponującego przyzwoitym zasobem czasu – na pewno się nie uda. Jako Klub Jagielloński możemy być inicjatorem debaty, zaproponować przestrzeń do dyskusji, podzielić się doświadczeniem w relacjach z decydentami i wiedzą ekspertów z konkretnych branż. Nie mamy z pewnością możliwości samemu być skutecznym „strażnikiem tematu”. Dlatego lobby, które postulujemy, musi mieć charakter koalicji co najmniej kilkunastu środowisk i skupić na pierwszym etapie chociaż kilkadziesiąt osób, które będą gotowe angażować swój czas, wiedzę i „twarze” dla takiej działalności.

Dlaczego właśnie dzisiaj warto zacząć usystematyzowane działania? Po dwóch latach obecnej kadencji już wiemy, że rządzący sami z siebie, wbrew programowym założeniom nie będą chcieli wspierać zrównoważonego rozwoju umiejscawianiem instytucji państwowych poza stolicą.

Co nie znaczy, że druga połowa tej kadencji też musi być czasem zmarnowanym – wydaje się, że jednak właśnie w szeregach partii rządzącej można będzie znaleźć poparcie dla postulatu deglomeracji, o ile politycy dostrzegą wystarczającą dużą aktywność obywatelską w tym zakresie. Te dwa lata pokazują też, że Prawo i Sprawiedliwość raczej dobrze odnajduje się w tworzeniu „pretekstów deglomeracyjnych”, czyli transformowaniu starych i ustanawianiu nowych urzędów.

Wreszcie, przed nami rok wyborów samorządowych. To znakomita okazja, by jednocząc te środowiska ogólnopolskie i lokalne, dla których głównym kryterium sukcesu nie jest wynik wyborczy, realnie wpłynąć na agendę zawodowych polityków w samorządach. Ubiegając się o poparcie społeczników i aktywistów będą zmuszeni złożyć deklaracje, z których później będziemy ich rozliczać. Kampania samorządowa to wreszcie ogromna szansa na to, by postulaty lokalizowania urzędów poza Warszawą „ulokować” w debacie publicznej i mediach.

Przede wszystkim jednak areną tych działań musi być proces legislacyjny. Do Sejmu RP wpływają co kilka tygodni kolejne ustawy ustanawiające nowe urzędy i organy lub regulujące na nowo działalność dotychczasowych instytucji. Przy okazji najbliższego z takich procesów będziemy próbowali zainicjować konkretne działania i organizację pierwszej doraźnej „konfederacji”, która – jak mamy nadzieję – stanie się zrębem deglomeracyjnego lobby.

***

„Z dotychczasowych, często niepomyślnych doświadczeń powinno się wyciągnąć naukę. Musimy stanowczo zarzucić centralizację wszystkiego w stolicy i przesadny biurokratyzm, objawiający się, między innemi, powolnym i wielostopniowym tokiem instancyj, który wprost uniemożliwia żwawe, kupieckie prowadzenie odbudowy. Błogosławieństwa własnego państwa niech będą rozsiane równomiernie na całym jego obszarze. Skupianie wszystkich możliwych urzędów i instytucyj w Warszawie, nawiązywanie tam wszelakich nici administracyjnych, handlowych i innych, wywołało już dziś szaloną drożyznę i nędzę mieszkaniową tak straszną, że boleśnie o niej myśleć, a w korowodzie klęsk idą nadużycia najróżniejszego rodzaju” – pisał w 1921 r. w Odbudowie wsi i miast na ziemi naszej Ignacy Drexler, polski urbanista i profesor Politechniki Lwowskiej.

Choć w debacie o przenoszeniu instytucji poza stolicę najczęściej posługujemy się zagranicznymi wzorcami, to warto pamiętać, że również w polskiej myśli znajdziemy wiele uzasadnień dla policentrycznego rozwoju kraju. Czas zacząć czerpać z nich inspirację.

Materiał został dofinansowany ze środków programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Promocja literatury i czytelnictwa” na realizację projektu „Idee mają znaczenie”.

Podziel się artykułem:

Piotr Trudnowski
Redaktor naczelny jagiellonski24.pl. Członek zarządu Klubu Jagiellońskiego. Mąż Karoliny, ojciec Leona.

Napisaliśmy już 2074 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

„Postmaterialistyczny zwrot” może okazać się szczególnie wartościowy z perspektywy zbliżających się wyborów samorządowych.

PiS idzie po nowe mieszczaństwo

PiS idzie po nowe mieszczaństwo

Bartosz Brzyski

Wasz premier, nasz Sejm – zdaje się mówić Jarosław Kaczyński do „pozytywistów”, „reformatorów” czy „gołębi” z obozu rządzącego.

Wasz premier, nasz Sejm

Wasz premier, nasz Sejm

Krzysztof Mazur

Czas na nowe otwarcie w polityce historycznej: zbudujmy pozytywistyczne Muzeum Cywilizacji w Łodzi.

Inka i Łukasiewicz na jednym cokole

Inka i Łukasiewicz na jednym cokole

Piotr Kaszczyszyn
Następny artykuł:

Projekt „modernizacyjnego skoku”. COP w pigułce

Projekt „modernizacyjnego skoku”. COP w pigułce