Polskie opiekunki all inclusive

Karolina Olejak | 28-11-2017 15:42:41 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Polskie opiekunki all inclusive
depositphotos.com

Praca opiekuńcza kobiet to nie kwestia wyboru pomiędzy niesatysfakcjonującym standardem życia w kraju a wyjazdem za granicę w celu zdobycia dodatkowych pieniędzy na niepotrzebne zachcianki. To wybór między godnym zarobkiem pozwalającym na realizację podstawowych potrzeb, spłatę długów lub zwyczajne utrzymanie rodziny a opieką nad obcą osobą 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Problem dotyczy od 200 do 500 tysięcy polskich kobiet.

Dlaczego chciały/musiały* wyjechać? (niepotrzebne skreślić)

Kobiety, które decydują się na taki wyjazd to przeważnie osoby 50+, z „Polski małych miast” z mglistą perspektywą na sensowne zatrudnienie w Polsce, dotychczas pracujące raczej dorywczo, głównie na umowy zlecenie. W większości przypadków ich zarobki pozwalają na niewiele więcej niż opłacenie rachunków za mieszkanie i wypełnienie półek w lodówce podstawowymi produktami.

Wybór pomiędzy 1200 złoych w Polsce a 1200 euro w Niemczech to dylemat, przed którym rokrocznie staje kilkaset tysięcy Polek. Ceną, którą muszą zapłacić za prawdopodobną decyzję o wyjeździe jest wysoka: często całodobowa praca, samotność, ograniczenie własnych potrzeb do minimum – w końcu liczy się każde zaoszczędzone euro na potrzeby dzieci czy wnuków, które czekają na powrót matki lub babci do domu.

Większość historii zaczyna się podobnie. Odległość do najbliższego, większego miasta to 30-40 minut PKS-em. To tam w pierwszej kolejności bohaterki reportaży Anny Wiatr „Betrojerinki. Reportaże o pracy opiekuńczej i (bez)nadziei szukają zatrudnienia”. Najczęściej bezskutecznie. Doprowadzone do ostateczności wybierają emigrację.

Tak było w przypadku Krystyny. Właściwie nie znając języka, rusza w podróż do 30-tysięcznego miasteczka Korschenbroich w Nadrenii Północnej-Westfalii. Jej podopieczną jest chora na cukrzycę staruszka. Dla niej dzień zaczyna się o godzinie 8.00, a kończy o 22.00. Praca polega na sprzątaniu, gotowaniu, ubieraniu, myciu, zmianie podpasek, pampersów i pomocy w innych, codziennych czynnościach. Bywa, że potrzebna jest także w nocy np. podczas wizyty w toalecie. Krystyna przez pierwsze dni czuwa właściwie non stop i chodzi głodna. Ze swoją podopieczną zostaje do końca. Przed pogrzebem ubiera ją starannie w elegancki strój. Kilka dni wcześniej siedziały razem na tarasie, a Krystyna z czułością okrywała ją kocem. Był jesienny, zimny wieczór.

Ewa zaczęła pracę jako opiekunka w Niemczech, gdy nie było już innego wyjścia. Tak jak większość historii, ta również zaczyna się od depresji i porzucenia. Po tym jak partner, dla którego pracę w księgowości zamieniła na pomoc w rozliczaniu jego firmy, zaczyna bić ją i jej jedenastoletniego syna Ewa decyduje się uciekać. Wraca do dawnego mieszkania, próbuje znaleźć nową pracę. Niestety pomimo dwudziestoletniego doświadczenia w księgowości nikt nie chce jej zatrudnić. Zaczyna od opieki nad dziećmi w różnych miastach, ale ma własne, więc wciąż szuka pracy z większą możliwością przebywania w domu. Wtedy natrafia na ogłoszenia z pracą u osób starszych. W miesiąc uczy się podstawowych, niemieckich zwrotów i przyjmuje jedną z ofert. Zapytana o najtrudniejszy moment wspomina pierwszy miesiąc, gdy po każdej wizycie w toalecie z podopiecznym zamykała się w pokoju i płakała. Czuła się poniżona. Podobnie, gdy w kolejnym domu przez cały czas była krytykowana – zdaniem jej podopiecznej źle układała sztućce. Kolejnym razem trafia lepiej. Opiekuje się panem Karolem, z którym spaceruje, jeździ na wycieczki, godzinami rozmawia. Stają się przyjaciółmi. Ewa przyjeżdża do niego aż czterokrotnie, do momentu kiedy jego pamięć pogarsza się na tyle, aż sama Ewa stwierdza, że powinien trafić już pod opiekę rodziny. Sama kontynuuje pracę w zawodzie do czasu, gdy jej syn się usamodzielni. Jej niemieccy znajomi nie mogą zrozumieć, jak to możliwe, że pracując w Polsce nie jest w stanie się utrzymać. W swojej pracy docenia to, że jest dla kogoś ważna, potrzebna. Dba o swoich podopiecznych, bo wie, że nawet jej humor ma znaczenia dla ich samopoczucia.

Opiekunka all inclusive

Anna Wiatr pisze, że opiekunką lub opiekunem może zostać każdy, bez względu na zawód i kwalifikacje, bo o nie nikt nie pyta. Nawet jeśli stan osoby, nad którą ma być sprawowana opieka tego wymaga. Liczy się tylko gotowość do podjęcia pracy na określonych warunkach. Przede wszystkim rezygnacja z czasu wolnego. Większość opiekunek pozostaje bowiem w gotowości przez 24 godziny na dobę.

Nawet kiedy wychodzą na spacer czy zakupy, w głowie kołacze się myśl o chorej osobie, która zostaje w tym czasie samotna w mieszkaniu. Bywa, że praca opiekunki wiąże się z nocnym czuwaniem przy łóżku chorego lub pomocą w wyjściu do toalety. Niedookreślona pozostaje kwestia odpowiedzialności za ewentualne wypadki, zdrowie i życie osoby poddanej opiece. Pomimo statusu pomocy domowej (w Niemczech osoby bez odpowiednich kwalifikacji nie mogą świadczyć fachowej opieki medycznej) opiekunki wykonują proste zabiegi, masaże, pomagają w zachowaniu codziennej higieny.

Kolejną bohaterką jest Beata. Wyjazd w nieznane to dla niej wielki stres. Jednak swoje wcześniejsze życie opisuje jako wegetację, strach przed kredytem, którego nie będzie w stanie spłacić. Pierwszą pracę znajduje jej kuzynka. Kolejnej szuka przez agencję pośredniczącą, co kończy się szantażem, wyzwiskami, a nawet groźbą. Na dłużej zostaje z małżeństwem państwa Neumann. Oboje mają zaawansowaną demencję. Przez pierwszy miesiąc nie przesypia w pełni żadnej nocy. Za każdym razem, gdy któreś z nich zabrudzi swoje łóżko wstaje i biegnie, żeby zmienić pościel. Pierze, prasuje, by później znowu zająć się brudnymi majtkami. Jak sama mówi, chwilami czuje do siebie pogardę, ale gdy człowiek ma nóż na gardle przetrzyma wiele. Mimo wszystko jest jej ich żal. W końcu życie małżeństwa, którym się zajmuje to ciągła monotonia i zależność od innych.  

Większość historii łączy jedno. Kobiety, które wyjechały do pracy jako opiekunki wreszcie stać na normalne życie. Spłacają długi, pomagają dzieciom. Część z nich po raz pierwszy zrobiła coś dla siebie. Kupiły nowe buty czy poszły do fryzjera. Praca, którą niejednokrotnie nazywają więzieniem, bez przerw, chwili dla siebie i z dala od rodziny sprawia, że mogą stanąć na nogi i poczuć się niezależne.

Opiekunki pracują, agencje kasują 50%

Szacowana liczba kobiet pracujących za naszą zachodnią granicą waha się pomiędzy 200 a 500 tysięcy. Dolne widełki podają niemieckie związki zawodowe. Oficjalne statystyki nie uwzględniają jednak większej części umów zawieranych „pod stołem”, poza legalną rejestracją. Ostateczną weryfikację utrudnia także specyfika pracy: część kobiet jeździ tylko na kilka miesięcy, niektóre w Niemczech zostają cały rok. Z tego powodu Betrojerinki to także historie kobiet, których los zawieszony jest między regulacjami polskiego i niemieckiego kodeksu pracy a unijnym prawem.

Najczęstszą formą zatrudniania opiekunek są umowy zlecenia podpisywane z polskimi agencjami pośrednictwa pracy na kilkumiesięczny wyjazd do Niemiec rozliczany jako delegacja. Często okazuje się, że podpisywana w Polsce umowa nie do końca odpowiada sytuacji na miejscu: albo zakres wymaganych obowiązków jest większy, albo stan osoby podlegającej opiece jest poważniejszy. Jak łatwo się więc domyślić, praca opiekunek, często w wymiarze 24 godzin na dobę do podróży służbowej ma się nijak. Nie może dziwić także fakt, że niemiecki kodeks pracy nie przewiduje 24-godzinnego dnia pracy. Przepisy mówią za to o tygodniu pracy trwającym 38,5 godziny, z którym praca Polek nie ma zbyt wiele wspólnego. Dodatkowo od stycznia 2015 r. stawka minimalna w Niemczech to 8,5 euro za godzinę.

Tymczasem na mocy unijnego ustawodawstwa pracownik zyskuje prawa pracownicze obowiązujące w kraju, gdzie wykonuje pracę. Co oznacza, że polskie opiekunki w Niemczech mają teoretycznie prawo ubiegać się o te 8,5 euro za godzinę. Teoretycznie, gdyż zakładając całodobowy charakter ich pracy, takie rozwiązanie nie byłoby finansowo do udźwignięcia przez zatrudniających. Z tego powodu Polki godzą się na niższe stawki. Może to i niezgodne z obowiązującymi przepisami, może to i wyzysk, ale wciąż sumy spływające na ich konta to trzy razy więcej niż zarobiłyby w tym samym czasie w Polsce.

Największym wygranym są jednak agencje pośrednictwa, które zgarniają nawet 50% comiesięcznego wynagrodzenia swoich „podopiecznych”. Beata, której historia opisana jest wyżej zapłaciła pięćset dwadzieścia euro za samo znalezienie pracy. Dodatkowo miesięcznie czterysta euro z tysiąca sześciuset, które zarabia. W zamian dostała umowę, która nie nadawała się do podpisania.

Gdy odmówiła udostępnienia konta przedstawicielce agencji została obsypana groźbami i wyzwana od ,,kurew”. Skandaliczne? Jak Ci się nie podoba to możesz przeprowadzić się do Niemiec i zacząć świadczyć usługi opiekuńcze na własną rękę.

Sytuacja polskich opiekunek to luka trudna do załatania. Polska Inspekcja Pracy ma problem z kontrolą ze względu na faktyczne miejsce wykonywania świadczeń. Jej niemiecki odpowiednik z kontrolą w prywatnych domach, gdzie świadczone są usługi. I koło się zamyka.

***

W powszechnej świadomości społecznej wizerunek Polek opiekunek niemieckich staruszków nie jest tak rozpowszechniony jak obraz Polaków hydraulików we Francji czy budowlańców na Wyspach. Niestety skala zjawiska wskazuje, że powinno się to zmienić. Historie betrojerinek są także bolesnym „sprawdzam” dla kondycji polskiej gospodarki oraz miejsca naszego kraju w globalnym podziale pracy. Według Federalnego Urzędu Statystycznego w 2040 roku liczba osób powyżej 67 roku życia w Niemczech wzrośnie do poziomu 21,5 miliona. Oznacza to wzrost o 6,3 mln od 2013 roku. W związku ze starzeniem się społeczeństwa zapotrzebowanie na tanią pomoc przy opiece nad osobami starszymi będzie tylko rosło.

Materiał powstał ze środków programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Promocja literatury i czytelnictwa”.

Podziel się artykułem:

Karolina Olejak
Szefowa warszawskiego kolegium redakcyjnego jagielloński24.

Napisaliśmy już 2074 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

„Postmaterialistyczny zwrot” może okazać się szczególnie wartościowy z perspektywy zbliżających się wyborów samorządowych.

PiS idzie po nowe mieszczaństwo

PiS idzie po nowe mieszczaństwo

Bartosz Brzyski

Wasz premier, nasz Sejm – zdaje się mówić Jarosław Kaczyński do „pozytywistów”, „reformatorów” czy „gołębi” z obozu rządzącego.

Wasz premier, nasz Sejm

Wasz premier, nasz Sejm

Krzysztof Mazur

Czas na nowe otwarcie w polityce historycznej: zbudujmy pozytywistyczne Muzeum Cywilizacji w Łodzi.

Inka i Łukasiewicz na jednym cokole

Inka i Łukasiewicz na jednym cokole

Piotr Kaszczyszyn
Następny artykuł:

Pierwszy modernizator II RP

Pierwszy modernizator II RP