Na jakiej tradycji chcemy budować dzisiejszą Polskę?

Bartosz Wójcik | 25-09-2017 12:21:39 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Na jakiej tradycji chcemy budować dzisiejszą Polskę?
Zasoby własne.

„Na naszych oczach runął z hukiem paradygmat postpeeerelowski o »antysemickich« i »faszystowskich« żołnierzach NSZ” - komentował przyjętą ostatnio przez Sejm RP uchwałę hołdującą tradycji Narodowych Sił Zbrojnych przedstawiciel IPN, dr Mariusz Bechta. I nie ma w tym nic dziwnego. Według obowiązującej od niedawna - głoszonej coraz częściej już nie tylko przez środowiska fascynatów NSZ, ale także przedstawicieli instytucji państwowych - wykładni, tylko machinacjami komunistycznych propagandystów tłumaczyć należy zaistniałe wokół formacji zbrojnej obozu narodowego kontrowersje. Choć ci niewątpliwie dołożyli tu swoje trzy grosze, „czarnej legendy” NSZ bynajmniej nie wymyślili. Ta - co dzisiejsi apologeci rzeczonego nurtu świadomie bagatelizują - miała się całkiem nieźle już w latach okupacji - w szeregach Polski Podziemnej.

„Rząd Rzeczypospolitej Polskiej potępia występną działalność pewnych kół byłego ONR i podległego ich wpływom skrajnego odłamu tak zwanych Narodowych Sił Zbrojnych, zmierzającą do rozbicia Armii Krajowej i nie cofającą się przed mordami bratobójczymi. Robota ta, surowo potępiona rozkazem Naczelnego Wodza z dn. 1 lipca, nie tylko nie ustała, ale przyszły wiadomości o nowych zbrodniach. Rząd Rzeczypospolitej Polskiej zapowiada, że wszyscy winni bezpośrednio lub pośrednio tej działalności będą ścigani z całą surowością prawa” - pisał w depeszy z 31 lipca 1944 r. do Delegata Rządu i Komendanta Głównego AK wicepremier Rządu RP w Londynie, Jan Kwapiński. W tym samym czasie przeciwko kontrolowanemu przez narodowych radykałów odłamowi formacji na łamach swojej prasy występowały wszystkie główne ośrodki polityczne Podziemnego Państwa – od socjalistów po Stronnictwo Narodowe (SN). Dlaczego?

„Armia Sanacyjna” vs „Armia Narodowa”

Konflikt narastał już od połowy 1942 r., kiedy to rozłamowcy z Narodowej Organizacji Wojskowej (NOW) – „wojskówki” SN scalającej się wówczas z AK i liderzy oenerowskiego Związku Jaszczurczego (ZJ) powołali konkurencyjną wobec AK formację, sabotując tym samym prowadzoną od początku 1940 r. na rozkaz władz emigracyjnych akcję zjednoczenia wszystkich podziemnych organizacji wojskowych. Twórcy NSZ nie uznawali mandatu Komendy Sił Zbrojnych w Kraju (pod tą nazwą występowało kierownictwo AK), jako zasadniczy argument wysuwając jej piłsudczykowski rodowód i nie narodowy, lecz państwowy, „fałszywie apolityczny” charakter.

„W odpowiedzi na utworzenie armii sanacyjnej, kraj musi odpowiedzieć utworzeniem armii narodowej” – pisano w wydanej przez inicjatorów NSZ broszurze Armia Sanacyjna czy Armia Narodowa. Dowództwo głównej organizacji zbrojnej na łamach wydawnictwa określano mianem dążącej do przejęcia władzy w Polsce „mafii sanacyjnej”, posądzając je równocześnie m.in. – lista zarzutów była bardzo długa – o to, że ponad interesy narodu polskiego przedkłada interesy mniejszości narodowych.

„Naczelne pisma sanacyjnych organizacji wojskowych rozdzierają szaty nad tym, jak to Niemcy prześladują i niszczą w gettach żydów, nawet w tasiemcowych artykułach przytaczają szczegółowe dane ilu żydów zmarło w poszczególnych kamienicach ilu w tym i w tym mieście. Skąd te bliskie dane (podawane zresztą z łezką w oku)? - To nowa współpraca z żydami. Zapominają żydoluby sanacyjni o olbrzymich codziennych stratach, jakie ponosi Naród Polski przez stratę najlepszych swych synów” – pisano.

Strona AK-owska bynajmniej nie pozostawała dłużna, występując przeciwko powołanej przez część obozu narodowego formacji na łamach własnych tytułów. Posunięcia jej piętnowano również w korespondencji z władzami emigracyjnymi. W marcu 1943 r. gen. „Grot” Rowecki, omawiając przebieg akcji scaleniowej w depeszy do Londynu stwierdzał: „[NSZ] występuje napastliwie przeciwko Siłom Zbrojnym w Kraju, prowadząc demagogiczną agitację w prasie, w słowie, siejąc w terenie szkodliwy zamęt. Próbują tworzyć tzw. Armię narodową, przeciwstawiając się Armii Krajowej. Wykorzystują ambicje drobnych organizacji paramilitarnych i łączą je pod firmą NSZ”. W tym samym czasie potępiające oświadczenie w sprawie „samozwańczej komendy NSZ” wydał p.o. Delegata Rządu, Jan Stanisław Jankowski. Zresztą – co charakterystyczne – alternatywne dla oficjalnych przedstawicielstw Podziemnego Państwa struktury narodowcy utworzyli także na odcinku politycznym: Delegaturze Rządu na Kraj przeciwstawiona została oenerowska Służba Cywilna Narodu, a będącemu namiastką podziemnego parlamentu Politycznemu Komitetowi Porozumiewawczemu (w jego skład wchodziły cztery największe partie: Stronnictwo Ludowe, Stronnictwo Narodowe, PPS „Wolność – Równość – Niepodległość” oraz Stronnictwo Pracy) – Tymczasową Narodową Radę Polityczną (ośrodek ten tworzyli z kolei jedynie rozłamowcy z SN i podziemne przedstawicielstwo przedwojennego ONR-ABC).

Spór rzecz jasna nie ograniczał się do kwestii ambicjonalnych, a jego zasadnicze podłoże stanowiły zupełnie odmienne wizje dróg do niepodległej Polski oraz sprzeczne propozycje jej charakteru ustrojowego.

Wyraźnie prodemokratyczna AK, zgodnie z linią władz emigracyjnych, polskiej racji stanu upatrywała we wspólnym wysiłku antyniemieckim, wzmacniającym pozycję Polski w oczach Aliantów Zachodnich. To ich wstawiennictwo miało być bowiem zasadniczym argumentem w nierównej rywalizacji dyplomatycznej z Sowietami. Dążący natomiast do objęcia samodzielnej władzy obóz NSZ-owski sprzeciwiał się polityce AK, proponując koncentrację na eliminacji promoskiewskich struktur PPR i grę na przedłużanie walk na Froncie Wschodnim.

ONR zrywa porozumienie

Mimo głębokich rozbieżności, potęgowanych kolejnymi aktami nielojalności i wzajemnymi atakami prasowymi, po wielomiesięcznych i burzliwych pertraktacjach w marcu 1944 r. udało się dojść do porozumienia. Niestety tylko częściowego. Zwierzchnictwo AK uznało bowiem ostatecznie tylko odłam NSZ pochodzący ze wzmiankowanego rozłamu w NOW i SN.

Część oenerowska postanowiła natomiast kontynuować działalność, podejmując próby zerwania scalenia, a tym samym – zachowania przy sobie jak największej części struktur. W tym celu grupa posunęła się nawet do publicznego skazania na śmierć wyznaczonego przez dowódcę AK pełnomocnika ds. scalenia NSZ. Ppłk Albin Rak „Lesiński” – bo o nim mowa – został porwany i pod groźbą natychmiastowego wykonania wyroku zmuszony do wycofania wydanych na polecenie gen. „Bora” Komorowskiego rozkazów.

Jeszcze ostrzejszy wymiar walka o prymat w obozie narodowym przybierała w terenie. Główny organ SN donosił o „zgoła meksykańskich” wystąpieniach, konstatując, że „grupa kierująca ONR wkroczyła na niesłychanie niebezpieczną drogę zabawy w wojnę domową”. „Wielka Polska” donosiła z kolei na swej pierwszej stronie o „rycerzach szantażu”.

W zaistniałej sytuacji jednoznaczne stanowisko zajął także – dotąd relatywnie przychylny NSZ – Naczelny Wódz, gen. Kazimierz Sosnkowski. W rozkazie nr. 527 z 1 lipca 1944 r. pisał: „W ostatnich czasach w trakcie definitywnego scalenia organizacji wojskowych w Kraju doszło ze strony skrajnych czynników Narodowych Sił Zbrojnych do niedopuszczalnych wystąpień, godzących w zasady jedności wojska, subordynacji wojskowej i posłuszeństwa wobec prawa”. W dalszej części zaprzeczał, by były one częścią Sił Zbrojnych w Kraju, zabraniając obywatelom RP należenia „do jakichkolwiek bądź organizacji wojskowych poza AK” i nakazując ich członkom niezwłoczne podporządkowanie się rozkazom Komendanta Sił Zbrojnych w Kraju.

Ale zarzuty wobec NSZ bynajmniej nie ograniczały się do walki wewnętrznej w obozie narodowym. Wiosną 1944 r. formacja zaktywizowała bowiem działalność na polu realizacji swego priorytetowego zadania – „oczyszczenia terenu z komuny”.

Jako że definicja „komuny” w środowiskach narodowo-radykalnych była dość pojemna, z terenu napływać zaczęły informacje o atakach na socjalistów, ludowców oraz szeroko rozumianych ludzi lewicy.

Warto zresztą dodać, że także eliminacja PPR-owców była przez Państwo Podziemne potępiana jako rozbijanie wspólnego frontu antyniemieckiego i prowokowanie potencjalnych represji ze strony Sowietów, obecnych już na części terytorium RP. „Zbrodnicza mafia hula po prowincji. Raz po raz wymierza kulę bratobójczą w pierś tego czy innego robotnika, chłopa, inteligenta. (…) Nie wolno czekać ani chwili z kontrakcją. Podjąć ją muszą wszystkie grupy i organizacje, które nie chcą, by Polska pogrążyła się w bagnie anarchii i przekształciła w dżunglę, w której jeden Polak strzela do drugiego, a okupant śmiejąc się szyderczo przyklaskuje” – alarmował „Robotnik”, oficjalne pismo Pużakowskiego PPS-WRN.

Jeszcze ostrzej do działalności NSZ odnosili się ludowcy, na łamach głównego organu „Żywią i Bronią” pisząc: „Cały swój »dynamizm przełomowy« i impet bojowy wyładowują w wyczynach, mających na celu likwidację czynniejszych jednostek i ośrodków demokracji pod pozorami likwidowania komunizmu. Dla nich zresztą wszystko, co nie »przełomowo-narodowe« [nawiązanie do postulowanego przez narodowych radykałów Przełomu Narodowego – red.] jest pepeerowskie. (…) Postawa ideowa i wynikające z niej bandyckie, prowokacyjne wyczyny NSZ anarchizują polskie życie i walkę, stanowiąc duże niebezpieczeństwo na przyszłość. Musimy być tego wszyscy świadomi i stosując tam gdzie potrzeba samoobronę, nie dać się jednak sprowokować do jakichś szerszych szkodliwych wystąpień”.

Oceny te nie były odosobnione. Szef wywiadu Komendy Głównej AK, płk Kazimierz Iranek-Osmecki, wskazując na wzrost aktywności ugrupowań skrajnych – komunistów z jednej i NSZ z drugiej strony – oraz związane z nią nasilenie konfliktu wewnątrz podziemia, konstatował: „Żadna ze stron nie zrezygnuje z próby podjęcia walki, i to najbardziej zaciętej. Gdy więc wojna się skończy, staniemy w ogniu walk bratobójczych, które już obecnie w b[ardzo] szybkim tempie, wobec zbliżającej się »końcówki«, przenoszą się z łamów prasy na ulicę. Wzmaganie się z każdym dniem starć zbrojnych obserwujemy, a środków zaradczych jest niewiele. Tym gorzej zaś jest, że Gestapo podjudza i pomaga jednym i drugim, zwalczając nas własnemi naszemi rękami”.

Że problem nie był wydumany, świadczą słowa gubernatora dystryktu radomskiego, Ernsta Kundta, który już w lutym 1944 roku podczas narady dotyczącej bezpieczeństwa w Generalnym Gubernatorstwie, chwalił się, że na jego terenie „narodowe bandy używane są przeciw komunistycznym”, przez co oszczędza się siły niemieckie.

Właśnie w takich okolicznościach ukazało się cytowane wyżej oświadczenie Rządu RP.

„Sława Brygady Świętokrzyskiej. Zła sława”

Sytuacja zaostrzyła się wraz z wybuchem Powstania i powołaniem przez zwierzchników NSZ Brygady Świętokrzyskiej – z racji swej liczebności (była to jedyna wielka jednostka partyzancka powołana przez to ugrupowanie) mogącej prowadzić działania na szerszą skalę. Równolegle, zaplecze polityczne NSZ powołało w Częstochowie samozwańczą Radę Narodową Polski mającą być odtąd jedynym przedstawicielstwem politycznym podziemia. Znamienne, że jej powstanie ogłoszono na łamach podrobionego wydania „Rzeczypospolitej Polskiej” – oficjalnego organu Delegata Rządu na Kraj, podczas gdy Delegat nadal sprawował swą funkcję w walczącej Warszawie. Nie zaprzestały też, mimo wybuchu walk w stolicy, pracy terenowe struktury Delegatury, które stanowczo potępiły – jako pogłębiające anarchię w Kraju – wystąpienie oenerowskiego ośrodka.

Wobec dalszej niemożności uzyskania porozumienia i eskalacji działań NSZ – te często występowały jako Wojsko Polskie, podszywając się tym samym pod AK – Komendant Okręgu Radomsko-Kieleckiego AK, płk Jan Zientarski „Mieczysław”, na którego barki spadł problem kontaktu z narodowcami, wydał publiczne oświadczenie, ogłaszając: „NSZ (Brygada Świętokrzyska) nie jest podporządkowana AK i nie może występować w jej imieniu, a zatem wszelkie akty, jak konfiskaty mienia prywatnego, wyroki śmierci przez nich wydawane i wykonywane, rozbrajanie drobnych oddziałów BCh [Bataliony Chłopskie - B.W.], nadawanie stopni wojskowych są czynami nielegalnymi i wprowadzają zamęt w całość życia wojskowego w kraju, rozbijając jedność armii”.

Z kolejnymi tygodniami stosunki ulegały pogorszeniu. Brygada, w przeciwieństwie do oddziałów AK i BCh stale nękanych i rozpraszanych przez siły niemieckie, realizując politykę zbieżną z założeniami niemieckimi – w początkowym okresie incydentalnie zdarzały się też starcia Brygady z Niemcami – funkcjonowała swobodnie jako duży oddział, stanowiąc istotne obciążenie dla ludności cywilnej. Jedno z akowskich sprawozdań z jesieni 1944 r. donosiło: „Stosunek ludności cywilnej do oddziałów NSZ jest wyraźnie wrogi ze względu na przeprowadzane bezwzględne rekwizycje żywności i zdarzające się przy tym rabowanie ubrań i bielizny”. Równolegle zwracano uwagę, że wspomniane akcje uderzają także w zapasy zgromadzone na potrzeby samej AK.

Jesienią 1944 r. strona AK-owska podniosła jeszcze jeden, zasadniczy problem, do tej pory nagłaśniany głównie przez ludowców i socjalistów. Problem współpracy NSZ z władzami niemieckimi, stanowiący w optyce podziemia rządowego zagadnienie szczególnej wagi.

Fundamentem linii politycznej legalnych władz była bowiem konsekwentna postawa antyniemiecka, mająca uwiarygadniać Polskę w oczach Sprzymierzonych i zadawać kłam doniesieniom sowieckiej propagandy. Obawy były tym większe, że załamujący się Niemcy rozpoczęli nawoływania do tworzenia wspólnego frontu antykomunistycznego.

W obliczu notowanej na Kielecczyźnie co najmniej od początku 1944 r. nieformalnej współpracy części struktur NSZ z niemieckimi władzami bezpieczeństwa na odcinku walki z PPR, powstawało tu istotne zagrożenie. W listopadzie 1944 r. wspomniany już wyżej płk Zientarski „Mieczysław” alarmował Londyn: „Działalność NSZ. Dowódcy kontaktują się i współpracują z Gestapo. Wsypują partie komunistyczne. W terenie podszywają się pod AK, przy czym terroryzują i rabują ludność. Głównym ich zadaniem jest niszczenie PPR, AL i oddziałów partyzanckich sowieckich”. Wobec takiej sytuacji władze AK podjęły decyzję o przerwaniu jakichkolwiek kontaktów z NSZ, zastrzegając, że dopuszczalne jest przyjmowanie we własne szeregi pojedynczych członków, którzy zdecydują się na opuszczenie formacji. Wzmiankowany stan rzeczy nie zmienił się do stycznia 1945 r., kiedy Brygada, rozpoczynając kolejny etap swych dziejów, w porozumieniu z władzami niemieckimi ruszyła na Zachód, licząc na dotarcie do alianckiej strefy okupacyjnej. 

Nim jednak do tego doszło, na łamach „Wielkiej Polski” – jednego z organów prasowych SN, ukazał się znamienny artykuł Słowo o Brygadzie. Rozpoczynał się on następująco: „Sława jej rośnie. Tu, tam i ówdzie tworzy się opowieść snuta nie przez komunistów tylko, i nie przez niemców wcale, ale rośnie ponura »legenda« wśród dobrej Polski, między rzetelną bracią – w społeczeństwie szczerze patriotycznym i serdecznie ofiarnym. Rośnie sława Brygady Świętokrzyskiej. Zła sława”. Jest rzeczą znamienną, że w głośnej uchwale Sejmu znalazło się miejsce także dla Brygady. W analogicznej enuncjacji sprzed pięciu lat jej dokonania jeszcze przemilczano.

Na jakiej tradycji chcemy budować dzisiejszą Polskę?

Wspomniane tu przykłady oczywiście nie wyczerpują zagadnienia. Przedstawiając głównie optykę Państwa Podziemnego i jego składowych, nie mówią też całej prawdy o złożonym problemie NSZ. Tej szukać należy w obszernych – choć ze względu na temat niezwykle ciekawych – historycznych opracowaniach. Prace Jerzego Tereja, Krzysztofa Komorowskiego, Zbigniewa Siemaszki czy najświeższa pozycja Michała Gniadek-Zielińskiego, choć niewolne – niekiedy wyraźnie – od tendencji wynikających z sympatii autorów, przedstawiają bogaty materiał źródłowy, pozwalający wyrobić sobie własne zdanie. 

Zasadniczym celem powyższego tekstu było natomiast poddanie w wątpliwość coraz powszechniejszej, towarzyszącej lukrowaniu tradycji skrajnego nacjonalizmu, narracji, stawiającej dziedzictwo NSZ w jednym rzędzie z dorobkiem Polskiego Państwa Podziemnego i jej zbrojnego ramienia – Armii Krajowej.

Narracji coraz częściej proponowanej także przez przedstawicieli cieszących się wysokim autorytetem instytucji państwowych, wedle której wysuwane w kierunku środowisk skrajnie nacjonalistycznych zarzuty dotyczące ich szowinistycznych zapędów czy podsycania nienawiści narodowościowych przedstawia się jako nieuzasadnione i oparte wyłącznie na fałszerstwach komunistycznych propagandystów. Te niewątpliwie miały miejsce i przyczyniły się do zaciemnienia obrazu konspiracji narodowej, wielu spośród jej uczestników niesprawiedliwie krzywdząc. Przekłamania te należy prostować.

Czy jednak oznacza to, że demokratyczna, wolna Polska na równi z tradycją Państwa Podziemnego hołdować ma tradycji narodowego radykalizmu? Czy należy bagatelizować fakt, że bardzo krytycznie wobec NSZ odnosili się nie tylko komuniści, ale również czołowe ośrodki pracy niepodległościowej, do których dorobku, zarówno zbrojnego jak i „pozytywistycznego”, tak chętnie jako państwo się odwołujemy?

Zakładając, że chcemy – a wierzę, że tak właśnie jest – nadal opierać swą politykę historyczną na fenomenie prodemokratycznego Państwa Podziemnego, które mimo wyjątkowo ciężkich w realiach polskich warunków okupacji, potrafiło wytworzyć legendarną „Żegotę”, odpowiedź musi być negatywna. Niestety ani antysemityzmu środowiska NSZ – o czym szerzej, uwzględniając chlubne i godne najwyższego szacunku wyjątki, pisaliśmy przy okazji rocznicy powstania w getcie – ani jego monopolistycznych skłonności, stawiających wspomniany ośrodek w kontrze do Polskiego Państwa Podziemnego, nie wymyślili komuniści.

Podziel się artykułem:

Bartosz Wójcik
Członek redakcji jagielloński24. Członek zarządu warszawskiego oddziału Klubu Jagiellońskiego.

Napisaliśmy już 2031 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Wiele tez „Programu Polski Ludowej” z 1941 r. zostało oficjalnie przyjętych za podstawę rozważań programowych brytyjskiej Partii Pracy.

Lewa strona odpowiada: Zygmunt Zaremba

Lewa strona odpowiada: Zygmunt Zaremba

Bartosz Wójcik

Gospodarki przedkapitalistyczne pełne były zasad, które u zwolenników wolnego rynku wzbudziłyby jedną myśl: „uwaga, socjalizm!”.

Bez państwa wolnego rynku by nie było

Bez państwa wolnego rynku by nie było

Piotr Wójcik

To nie pierwszy raz, kiedy mające promować patriotyzm gospodarczy działania rządzących w praktyce przynoszą więcej szkody, niż pożytku.

Wydali 2 miliony, a aplikacja ledwo działa. Jak rządowa agencja promuje regionalne produkty

Wydali 2 miliony, a aplikacja ledwo działa. Jak rządowa agencja promuje regionalne produkty

Piotr Trudnowski
Następny artykuł:

Politycy i prawnicy muszą się pogodzić. Propozycja nowego otwarcia w sporze o sądy

Politycy i prawnicy muszą się pogodzić. Propozycja nowego otwarcia w sporze o sądy