Zaufaj mi, jestem naukowcem

Dlaczego nie ufamy już ekspertom?

Katarzyna Nowicka | 14-09-2017 10:58:51 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Dlaczego nie ufamy już ekspertom?
depositphotos.com

Już w styczniu rok 2017 został uznany przez firmę PR-ową Edelman za rok kryzysu zaufania. Nie ufamy władzy, mediom, organizacjom międzynarodowym – wszystkie te instytucje z roku na rok tracą społeczny autorytet. Mechanizm „bańki informacyjnej”, demokratyzacja i spadek znaczenia edukacji, abdykacja dziennikarzy z odpowiedzialności za wiarygodność podawanych informacji, rozmienianie przez ekspertów naukowego autorytetu na polityczne drobne- to tylko część zjawisk, które zbudowały fundamenty dla procesu powstawania alternatywnego, radykalnie egalitarnego „ekosystemu informacji”, gdzie główną rolę odgrywają „ludzie tacy jak my”.

Badania pokazują, że ludzie sprawdzonych źródeł już nie lubią

Według tych samych badań przeprowadzonych przez Instytut Edelmana, w porównaniu do poprzedniego roku zaufanie do instytucji ogółem w skali globalnej spadło o 3 punkty procentowe, przy czym to media straciły najwięcej (w 2016 ufało im jeszcze 48% ankietowanych, w tym już 43%). Coraz mniej osób ufa też organizacjom pozarządowym i przedstawicielom biznesu oraz rządowi (odpowiednio 53, 52 i 41%). Z kategorią zaufania do instytucji powiązana jest ogólna ocena funkcjonowania systemu politycznego. I tu pocieszenia w liczbach nie znajdą społeczni elitaryści. W przypadku ufności nie mają znaczenia statusowe czynniki, bo o tym, że system w obecnym kształcie nie działa jest przekonanych 48% osób o najwyższym dochodzie i 49% osób z wyższym wykształceniem. Co ciekawe, Polska znajduje się w peletonie krajów o najniższym zaufaniu do instytucji: ufa im jedynie 43% poinformowanej polskiej opinii publicznej („informed public”) i tylko 34% pozostałej części społeczeństwa.

Ludzie zdecydowanie częściej ufają też źródłom, które naruszają status quo niż je utrzymują (71 do 29%), i prędzej uwierzą w informację z niepewnego źródła (64%) niż pochodzącą z oficjalnego wydawnictwa prasowego.

Świat informacyjnego gabinetu luster

Internet spowodował, że żyjemy w bańce informacyjnej: 53% z ankietowanych nie słucha regularnie osób lub organizacji, z którymi często się nie zgadza, a niemal cztery razy częściej będzie w stanie zignorować informację wspierającą pogląd, w który nie wierzy. Ten mechanizm wykorzystywany jest choćby w algorytmach Facebooka, dopuszczających na nasze tablice przede wszystkim te informacje, z którymi z dużym prawdopodobieństwem się zgodzimy, zmieniając w ten sposób tę platformę w maszynę do kiszenia się we własnym sosie.

Badania naukowców ze Stanfordu potwierdzają istnienie fenomenu zwanego „confirmation bias”, tłumaczonego jako „efekt potwierdzenia”. W 1975 roku postawiono przed studentami zadanie odkrycia prawdziwych i sfałszowanych notatek samobójców (wszystkie przykłady w badaniu zmyślono). Jednej grupie studentów oświadczono, że odgadli niemal wszystkie przykłady bezbłędnie, drugiej – że w prawie wszystkich spudłowali, choć w rzeczywistości wszyscy studenci sprawili się podobnie. Następnie odkryto karty: badani dowiedzieli się, że zarówno notatki, jak i wyniki testu zostały spreparowane, i poproszono ich o ocenę swojego wyniku w porównaniu do średniej. Ci, którym początkowo powiedziano, że radzili sobie lepiej, ocenili się wyżej. Z kolei osoby, którym wmówiono porażkę, potwierdzili swój brak kompetencji.

Dziennikarze wywieszają białą flagę

Wniosek z badania częściowo tłumaczy niechęć do słuchania ekspertów: raz uformowane wrażenia pozostają stabilne mimo konfrontacji z zaprzeczającymi im faktami. Ogromna odpowiedzialność spada na prawdziwość „pierwszego szybkiego newsa”, pierwszą informację czy narrację kreującą naszą opinię na dany temat.

W czasach, w których w Internecie lepiej rozchodzą się kontrowersyjne artykuły podważające „status quo”, efekt taki przyczynia się do popularności teorii spiskowych, czy to w sferze naukowej, czy politycznej. Bardzo trudno jest zmienić opinię czytelnika, który zacznie od lektury artykułów o tym, że ziemia jest płaska, nawet jeśli przedstawi mu się przekonywujące dowody, że to bzdury. Zawsze zostanie już jakieś, „ale może w tych wiadomościach jest jakieś ziarno prawdy”, „ale może jednak…”.

Dosyć symbolicznym przykładem zrzucania odpowiedzialności za prawdziwość informacji przez jej twórców na czytelników jest sytuacja sprzed paru miesięcy. Brytyjski biurowiec „Daily Mail”  opublikował opis mocno degustującej sytuacji („obscene act with a dead pig’s head”) z udziałem premiera Davida Camerona. Pisemna plotka robiła ogromną furorę w mediach do czasu, gdy do telewizji udała się dziennikarka tego pisma i stwierdziła, że pisząc artykuł nie miała potwierdzenia prawdziwości informacji. Uznała tylko, że to od ludzi zależy, któremu źródłu będą w stanie przypisać wiarygodność.

Tym samym to na czytelnika świadomie przerzuca się odpowiedzialność za sprawdzanie zgodności z prawdą informacji, które powinny być niepodważalne, upoważniając go tym samym również do podważania jej wiarygodności. Profesjonaliści abdykują, a polega się na osobie „takiej jak ja” - takiej, która ma dostęp do Internetu i szybko potrafi wykreować „informacje”, które następnie staną się trendem na Twitterze. Ewentualne dementi wystosowane po opublikowaniu newsa nie mają praktycznie żadnej siły rażenia, są raczej sprawozdawane niż równie gorąco komentowane. Zamiast przekazywania prawdy mamy do czynienia z kreowaniem szybkich newsów, co perfekcyjnie odpowiada ludzkiej psychologii polegającej na pierwszym wrażeniu.

Wbrew pozorom, pytanie o to, kim jest „osoba taka jak ja”, jest bardzo zasadne. Odpowiedź brzmi: tak naprawdę nie wiadomo. Platformy, na których wypuszczane są informacje, takie jak Twitter, lub bardziej egalitarne i mniej sformalizowane jak wykop.pl czy 4chan są w stanie zagwarantować anonimowość znoszącą poczucie odpowiedzialności za słowo. Równorzędność użytkowników sprawia, że każde źródło informacji jest równie uprawnione, a liczba „wykopów” czy retwittów stanowi zaprzęgnięcie mechanizmu demokratycznego (większość ma rację) do popularyzowania nawet najbardziej absurdalnych, z punktu widzenia naukowego poznania, treści. Tym samym wzrasta rola „cybernetycznego tłumu” - skumulowane opinie anonimowych użytkowników wskazują, które książki czytać (jak na portalu lubieczytac.pl) bądź jakie filmy uznać za wartościowe (jak na popularnym Filmwebie). Polegamy więc na tych, których nigdy nie poznamy i których w realnym świecie nie uznalibyśmy pewnie za ekspertów w żadnej dziedzinie.

Dwie społeczne przyczyny odrzucenia autorytetu ekspertów

Mechanizm „bańki informacyjnej”, efekt „pierwszego newsa” oraz abdykacja dziennikarzy z odpowiedzialności za wiarygodność podawanych informacji zbudowały fundamenty dla procesu powstawania alternatywnego „ekosystemu informacji”, gdzie główną rolę odgrywają „ludzie tacy jak my”. Jednocześnie za tą tendencją stoją jeszcze inne procesy natury społecznej.

Ekspert posiada wiedzę, ale przecież ma ją również wykształcony obywatel. Powszechny dostęp do szkolnictwa wyższego sprawia, że w wielu krajach, w tym w Polsce, edukacja jest zdezawuowana i nie niesie ze sobą prestiżu ani autorytetu (dość wspomnieć, że w strategii przyjętej przez Komisję Europejską „Europa 2020” przewidziany odsetek osób z wyższym wykształceniem w Unii Europejskiej ma wynosić co najmniej 40%). Ten fenomen jest obserwowalny w dwóch wymiarach. Z jednej strony bogaci, którzy niedawno jeszcze inwestowali w badania i uniwersytety, teraz samodzielnie chcą pozyskiwać tę wiedzę. Pełni entuzjazmu uczestniczą w TedTalks, w których nie ma miejsca na sceptycyzm, a jest silna wiara w indywidualną ideę.

Z drugiej strony ci mniej uprzywilejowani, którzy z różnych przyczyn nie weszli na ścieżkę szkolnictwa wyższego, mają tendencję do postrzegania ekspertów akademickich jako samoreprodukującej się elity, która wie, jak się dostać do Ivy League lub do zarządu organizacji pozarządowej, i zna się ze sobą z drogich bankietów sponsorowanych przez podejrzane instytucje różnych „banksterów”.

Ich kariera, często składająca się po prostu ze szkoły zawodowej, jest mocno niedowartościowana i nie gwarantuje, a nawet utrudnia zdobycie poważanej pozycji społecznej.

Te dwa aspekty budują klimat, w którym ekspert staje się albo kimś zbędnym, albo jednostką podejrzaną i niepewną, promującą raczej kastowy interes niż poszukiwanie prawdy.

Precz z polityczną tyranią ekspertów!

Za Janem-Wernerem Müllerem, profesorem politologii na Uniwersytecie Princeton, warto tu dodać pewne rozróżnienie: eksperci i profesjonaliści to nie do końca to samo. Ten pierwszy nie dopuszcza do głosu innej opinii, jego zdanie jest ostatecznym argumentem stanowiącym jedyną prawdę, natomiast ten drugi nie przemawia w imieniu prawdy, dopuszcza margines błędu i podaje możliwe rozwiązania, a nie jedyne wyjście, posługując się miękkimi, nieostatecznymi terminami. Rozróżnienie jest konieczne: to ekspertów mamy dość, ale profesjonalistów nieustannie potrzebujemy. Nie ma takich osób, które w przypadku choroby nie zwróciłyby się przecież do profesjonalisty-lekarza.

Cecha jednoznaczności charakteryzująca ekspertów już w niedalekiej przeszłości bywała wykorzystywana przez polityków dla zbijania kapitału politycznego. W 2002 roku ówczesny premier Danii, liberał Anders Fogh Rasmussen uznał tyranię ekspertów („expert tyranny”) za zagrożenie dla swobodnej debaty publicznej, postulując usunięcie zbędnych instytucji doradczych na rzecz wspierania szpitali i ludzi starszych. Jego słowa były częściowo spowodowane koniecznością wprowadzenia oszczędności w wydatkach budżetowych, a częściowo reorientacją polityki promowanej przez partię Fogha, wedle której akademicy w 2002 roku mieli znacznie więcej posłuchu (w domyśle: zbyt wiele) niż 10 lat wcześniej. Zamiast polegać na badaniach naukowców, którzy na wiedzy budowali swój autorytet, Fogh żądał wolności od obciążeń naukowych i prawa do decydowania o swoich potrzebach i wyborach dla wszystkich obywateli na podstawie ich własnych przekonań – a zatem otwarcie nawoływał do bojkotu wiedzy. Jak wskazuje analiza prof. Garbi Schmidt komentującej wypowiedź Fogha, akademicy faktycznie mieli swoje za uszami – korzystając ze swojego autorytetu i zdolności komunikacyjnych przekazywali wyostrzone opinie na temat rzeczywistości politycznej, odbierając zaufanie do działań polityków.

Eksperci są też i obecnie przedmiotem niechęci populistycznych polityków o proweniencji prawicowej, nie liberalnej. Za przykład może posłużyć postać Michaela Grove'a optującego za Brexitem, który stwierdził, że „ludzie w tym kraju mają już dość ekspertów” i zgodnie z tym obywatele, wbrew ostrzeżeniom autorytetów, zagłosowali za opuszczeniem Unii. Dość dodać, że najczęstszym hasłem wyszukiwanym w Google następnego dnia była „Unia Europejska” - koronny dowód na to, że w zdecydowanej mierze ludzie kierowali się napędzanymi populistycznymi hasłami emocjami, odwijających się właśnie przeciw ekspertom.

Eksperci rozmieniają się na polityczne drobne

Kwestię braku zaufania do naukowców czy ekspertów można rozważyć też poprzez falę politycznego populizmu, wspominanego wyżej. Co się dzieje, gdy podający się za przybliżającego wiedzę eksperta okazuje się przewodnikiem myślowym („thought leader”), który zamiast niuansowania i ważenia argumentów stara się podać jedynie proste, perswazyjne wytłumaczenie?

Jak w pracy Co to jest populizm twierdzi wspomniany wyżej prof. Müller, wzrost technokracji i panowania wiedzy (tyranii ekspertów niedopuszczającej pluralizmu głosów) zawsze powoduje wzrost znaczenia populizmu.

Politolog definiuje go dwuczłonowo: z jednej strony populista odwołuje się do czystego ludu (nigdy do klasy), skonstruowanego na potrzeby danego kraju, a z drugiej oskarża skorumpowaną i „obcą” elitę o knowania przeciwko ludowi. W czasach populizmu autorytet naukowca, profesjonalisty czy eksperta przestaje istnieć, a zamiast prawdy liczą się szczere emocje. Profesjonalny naukowiec nie będzie opowiadał o swoim światopoglądzie ani nie będzie wartościował – gdy to robi, nie jest w stanie wszechstronnie rozumieć faktów. Przewodnik myślowy wskazuje natomiast określoną postawę praktyczną, wedle której podążający za nim pozornie dokonują wyborów. „Żyjemy w czasach anty-autorytarnych”- mówi Müller- które jednocześnie nie są progresywne”. Fakt, że coraz więcej ludzi zdobywa wyższe wykształcenie wcale nie powoduje spadku poparcia dla populistów.

Rosnące znaczenie populistycznych, w zdecydowanej większości wywodzących się z prawicy lub alt-prawicy „przewodników myślowych” nie oznacza, że związani z liberalizmem medialni eksperci nie mają swojego za uszami. Mechanizm rozmieniania swojego naukowego autorytetu na drobne oraz wprzęgania tytułów naukowych do bieżącej walki politycznej i ideologicznej nie jest domeną tylko prawej strony sceny politycznej.

Dość oczywiste jest, że zwolennicy demokracji liberalnej promują ekspertów wypowiadających się w liberalnym paradygmacie. I tu znów można by wyjaśnić ten mechanizm działaniem efektu „confirmation bias” - żeby utrzymać poparcie dla danej wizji świata, należy rozmawiać z tymi i słuchać tych, którzy na jej poparcie dostarczą naukowych (lub jakichkolwiek innych) dowodów.

„Eksperci tacy jak my”

Istnieje pewien paradoks wiedzy specjalistycznej: mamy coraz więcej naukowców i coraz mniej im ufamy. Jednak nawet w warunkach populizmu i podważania ugruntowanych autorytetów, wszystko wskazuje na to, że ludzie nie potrafią się obejść bez ekspertów, nawet w ramach alternatywnych „ekosystemów informacji”. Opinia cybernetycznego tłumu nie zawsze wystarcza. Ci, którzy podkopują umiejętności pewnych ekspertów, powołują się na innych, uznawanych za „swoich”, bardziej kompetentnych. W ten sposób powstaje konkurencyjne, mocno zindywidualizowane grono „ekspertów tacy jak my”, pozbawionych oficjalnego, medialnego czy instytucjonalnego glejtu w postaci podpisu „profesor uniwersytetu xyz”.

W tej anty-eksperckiej epoce wbrew pozorom jest duże zapotrzebowanie na osoby mające specyficzną wiedzę – istnieją już przecież eksperci od posiłków, odpowiedniego ułożenia mebli w mieszkaniu, czy wyboru odpowiedniego modelu. Ludzie z chęcią oddają się pod opiekę trenerów, psychologów czy dietetyków – profesjonalizują pewne obszary swojego życia. Także i ten artykuł podpiera się przecież tezami akademików, z którymi część czytelników pewnie się nie zgodzi i znajdzie dla siebie lepsze źródła. Zagrożenie pojawia się, gdy nauka staje się narzędziem politycznym, służy nie sobie samej, a politykom. Wydaje się, że póki profesjonalista działa zgodnie ze swoją sztuką, nie wykraczając poza granice swojej dziedziny i nie przejawia politycznych ambicji, można mieć zaufanie do jego wiedzy.

Podziel się artykułem:

Katarzyna Nowicka
Członkini warszawskiego kolegium redakcyjnego jagielloński24 oraz warszawskiego oddziału Klubu Jagiellońskiego. Studentka MISH-u na Uniwersytecie Warszawskim: studiuje prawo i socjologię.

Napisaliśmy już 2031 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Wiele tez „Programu Polski Ludowej” z 1941 r. zostało oficjalnie przyjętych za podstawę rozważań programowych brytyjskiej Partii Pracy.

Lewa strona odpowiada: Zygmunt Zaremba

Lewa strona odpowiada: Zygmunt Zaremba

Bartosz Wójcik

Gospodarki przedkapitalistyczne pełne były zasad, które u zwolenników wolnego rynku wzbudziłyby jedną myśl: „uwaga, socjalizm!”.

Bez państwa wolnego rynku by nie było

Bez państwa wolnego rynku by nie było

Piotr Wójcik

To nie pierwszy raz, kiedy mające promować patriotyzm gospodarczy działania rządzących w praktyce przynoszą więcej szkody, niż pożytku.

Wydali 2 miliony, a aplikacja ledwo działa. Jak rządowa agencja promuje regionalne produkty

Wydali 2 miliony, a aplikacja ledwo działa. Jak rządowa agencja promuje regionalne produkty

Piotr Trudnowski
Następny artykuł:

W Puszczy nie ma żadnej walki dobra ze złem [ROZMOWA]

W Puszczy nie ma żadnej walki dobra ze złem [ROZMOWA]