Oligarchowie współczesnego futbolu. Kapitalizm przegląda się w piłkarskim lustrze

Kamil Sikora | 23-08-2017 16:52:52 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Oligarchowie współczesnego futbolu. Kapitalizm przegląda się w piłkarskim lustrze
wikimedia.org/wikipedia/commons/

222 miliony euro tyle za Neymara zażyczył sobie jego dotychczasowy pracodawca, Barcelona. PSG na brazylijską gwiazdę wydało w sumie blisko 300 mln, dorzucając do odstępnego premię dla ojca-agenta piłkarza oraz wysokość przyszłej pensji samego zawodnika. Głośny transfer rozbudził na nowo dyskusje o kierunku, w jakim zmierza współczesny futbol. Bogaci radzą sobie tylko lepiej, a biedni ledwo wiążą koniec z końcem. Przywiązanie do barw klubowych zastąpiły astronomiczne kontrakty. Kluby bardziej przypominają korporacje nastawione na zysk. Sukces sportowy jest gdzieś na marginesie.

Kapitalizm i jego finansowa logika od dekad „kolonizuje” kolejne obszary rzeczywistości. Nie inaczej jest ze współczesnym futbolem – pierwotnie przecież rozrywką głównie klasy robotniczej. Kosmiczny transfer Neymara jest symbolem tego, że w zawodowej piłce nożnej chodzi już przede wszystkim o rynkowe zasady maksymalizacji zysku, a nie o 22 facetów biegających za piłką. Przyglądając się dzisiejszemu futbolowi możemy powiedzieć też kilka rzeczy na temat obecnej kondycji kapitalizmu.

Chociaż dysproporcje w skali globalnej między bogatą Północą a biednym Południem mogą się relatywnie zmniejszać, to wewnątrz krajów rozwiniętych nierówności majątkowe i dochodowe rosną. W konsekwencji bogaci stają się jeszcze bogatsi, a biedni dreptają w miejscu. Podobnie ma się rzecz z piłką nożną, gdzie podziały finansowe nie idą jednak liniami kontynentów, ani nawet granicami państw. Nie zmienia to faktu, że zasada „bogaci się bogacą, a biedni stoją w miejscu” jak najbardziej obowiązuje, a zamiast geograficznej Północy, mamy ekskluzywną, transnarodową „oligarchię największych”, gdzie hiszpańskiej Barcelonie i Realowi Madryt towarzyszy francuskie PSG, niemiecki Bayern Monachium, włoski Juventus Turyn, czy finansowi krezusi z Wysp Brytyjskich jak Manchester City. W czasie, kiedy „futbolowa wierchuszka” przekracza granice zdrowego rozsądku, piłkarskie „Południe” (nieraz nawet rywale wymienionych gigantów z dolnej części ligowej tabeli) walczy o utrzymanie się na powierzchni. Kiedy bogaci zastanawiają się, jak zwiększyć swoje dochody – stąd mowa u otworzeniu superligi dla najbogatszych – biedni zadłużają się do granic możliwości.

Jak zarabia piłkarska „Północ”?

Media społecznościowe obiegły różnego rodzaju zestawienia pokazujące, co można kupić za kwotę 222 milionów euro. Nie byłoby w tym nic śmiesznego, gdyby nie fakt, że przeprowadzka brazylijskiego napastnika z Hiszpanii do Francji zmieni reguły gry. Jeśli dotychczas transfery w okolicach stu milionów euro były jednak rzadkością, to już teraz otwarcie mówi się, że staną się regułą.

Skąd jednak kluby posiadają środki na takie transakcje? Zaznaczyć należy, że dzisiaj tylko kilka, maksymalnie kilkanaście zespołów znajduje się w elitarnej grupie mogącej sobie pozwolić na wydawanie takich sum bez ryzyka upadku. Mowa głównie o klubach pochodzących z Europy Zachodniej, czyli tych, których nie objęła swoim zasięgiem żelazna kurtyna: Anglia na czele ze klubami z stolicy czy miast robotniczych; Hiszpania na czele z gigantami z Madrytu i Katalonii; niemieckie zespoły prowadzone przez monachijski Bayern; w końcu włoskie calcio – Milan, Turyn i Rzym. Wielka czwórka liderująca w rankingach najlepszych lig w Europie odzwierciedla potencjał państw.

Na budżety klubów piłkarskich składa się kilka części. Po pierwsze,  prawa do transmisji meczów. Angielska Premier League za transmisje spotkań w latach 2016-2019 otrzyma blisko 8 miliardów euro. Nawet dzieląc ten tort na kilkanaście drużyn, każda otrzyma pokaźny zastrzyk finansowy (inną kwestią jest, czy taki podział jest sprawiedliwy, ponieważ dla przykładu w Hiszpanii Barcelona i Real Madryt zgarniają blisko połowę medialno-finansowego tortu).

Po drugie, kluby „sprzedają” miejsca na koszulkach na reklamy dla sponsorów. Zawodnicy Barcelony od najbliższego sezonu będą biegali w koszulkach z logiem japońskiej firmy Rakuten. Na jej mocy Barcelona będzie otrzymywać 55 milionów euro za sezon. Manchester United „sprzedał się” Chevroletowi za 30 milionów funtów rocznie, a Real Madryt jest sponsorowany przez linie lotnicze Fly Emirates (umowa obowiązująca do 2018 gwarantuje Królewskim 30 milionów euro rocznie). Oprócz trykotów meczowych sprzedaje się miejsca nawet na… koszulkach treningowych.  W podobny sposób dzieje się z nazwami stadionów. Bayern Monachium swoje mecze rozgrywa na Allianz Arenie i z tego tytułu rocznie inkasuje kilkanaście milionów euro.

Innym źródłem gotówki są przychody z dni meczowych. Rekordzistą pod tym względem jest Manchester United (137,5 miliona euro). Kluby zarabiają też na sprzedaży swoich zawodników oraz innych inwestycjach. Przykładem skutecznego działania na tym polu jest chociażby Real Madryt, który w trwającym okienku transferowym sprzedał trzech zawodników za łączną kwotę ponad 100 milionów euro. Kolejne źródło dochodów do mecze pokazowe. Podczas niedawno zakończonego tourne w Stanach Zjednoczonych FC Barcelona zarobiła rekordowe 14 milionów euro, a mówimy o rozegraniu kilku meczów towarzyskich. Od kilku lat mecz o Superpuchar Włoch rozgrywany jest poza Włochami. Ostatnio były to Chiny, w 2016 roku stolica Kataru, Dausze. Z kolei w niedawno zakończonym turnieju rozgrywanym w Stanach Zjednoczonych, International Champions Cup, po raz drugi w historii mecz między FC Barceloną a Realem Madryt zorganizowano poza granicami Hiszpanii. Wszyscy wielcy futbolowego świata swoje okresy przygotowawcze organizują latając po całym świecie i rozgrywając mecze z tymi zespołami, które zapłacą za nie najwięcej.

Do tego dochodzą zarobki i premie za osiągnięte sukcesy. Przykładowo Real Madryt, ale także każdy uczestnik Ligi Mistrzów, otrzymał od UEFA konkretną sumę. Zwycięzca edycji zgarnął rekordowe ponad 54 miliony euro. Legia Warszawa dostała blisko 18 milionów euro.

Sami zawodnicy też dają zarobić swoim klubom. Mowa tu o prawach do wizerunku danego piłkarza. Kiedy w 2009 roku Ronaldo podpisywał kontrakt z Realem Madryt zrzekł się 40 procent praw na rzecz klubu. Z kolei Neymar w tej samej sytuacji posiadał 100 procent tychże praw. Zawodnicy twardo negocjują sprzedaż de facto swojej marki, ale kluby potrafią na tym zarabiać. W sytuacji, kiedy prawo to należy do zawodnika, może on negocjować sprzedaż jego części bądź całości innym podmiotom. Może dochodzić wtedy do konfliktów interesu: w jednej z reklam FC Barcelony, której sponsorem jest Nike, nie wystąpił Leo Messi, który ma podpisaną umowę z Adidasem.

Osobna kwestia dotyczy szkółek piłkarskich. Te najsłynniejsze, jak La Masia FC Barcelony czy La Fabrica Realu Madryt, to również prężnie działające przedsiębiorstwa, a pamiętajmy, że największe kluby prowadzą kilkanaście takich szkółek rozsianych po całym świecie. Kluby skupują najbardziej obiecujące talenty od mniejszych zespołów. Przykładowo: w obecnie trwającym okienku transferowym Real Madryt pozyskał 16-letniego Viniciusa Juniora za bagatela 45 milionów euro. Równocześnie inne kluby kupują zawodników najlepszych szkółek – świadomość młodych graczy, że nie są w stanie przebić się do pierwszego zespołu, ułatwia tę decyzję (przykład transferu Cesca Fabregasa do Arsenalu Londyn).

Zastrzyk z petrodolarów

W kontekście transferu Neymara pojawia się kwestia tak zwanego finansowego dopingu. I tu na scenę wchodzi francuskie PSG. Klub, który powstał w 1970 roku, w 2011 został przejęty przez fundusz Qatar Sports Investments. Prezesem klubu został Nasser Al-Khelaifi i do Paryża popłynęły setki milionów „petroeuro”. Ostatni głośny transfer Neymara tylko pokazuje skalę finansowania paryskiej drużyny. Nie jest tajemnicą, że władze paryskiego klubu są powiązane z rodziną królewską w Katarze. Kiedy w 2010 roku Katarowi przyznano organizację mistrzostw świata w piłce nożnej w 2022 roku, wszyscy czuli, że coś jest nie tak. Wspomniany wyżej fundusz rocznie gwarantuje paryskiemu klubowi 200 milionów euro. Z takim budżetem klub może pozwolić sobie niemalże na nieograniczone operacje finansowe bez obchodzenia finansowego fair play (FPP).

Pierwszym głośnym przykładem silnego zaangażowania się zewnętrznego inwestora w świat futbolu, było przejęcie londyńskiej Chelsea przez rosyjskiego oligarchę i miliardera, Romana Abramowicza. W 2003 roku kluby z stolicy Anglii został kupiony przez Rosjanina za 165 milionów euro. Przez ponad dekadę oligarcha zainwestował w klub ponad 1,5 miliarda euro. Inwestycja nie zwróciła się od razu: na największe marzenie Abramowicza, tryumf w Lidze Mistrzów, londyńczycy czekali aż do 2012 roku. Innym przykładem z Wysp Brytyjskich jest Leicester City. Pod panowaniem tajskiego miliardera, Vichai Srivaddhanaprabha, klub powstał z gruzów. Długi zostały spłacone, stadion zmienił nazwę, a pieniądze popłynęły szerokim strumieniem. Obecnie wiceprezesem klubu jest syn miliardera, Aiyawatta. Cele są dalekosiężne: Leicester ma się stać potęgą futbolową na Wyspach.

W Anglii najgłośniejszym przykładem tego osobliwego inwestowania w sport jest Manchester City. Drużyna bez większych sukcesów w przeszłości, od 2008 roku stał się własnością grupy Abu Dhabi United Group Investment and Development Limited. Transakcja sprzedaży udziałów opiewała na kwotę 200 milionów funtów. Od tego momentu klub z Manchesteru jest finansowany przez petrodolary z Zatoki Perskiej. W niespełna 10 lat od przejęcia klubu zainwestowano w niego ponad pół miliarda euro. W 2011 roku większość udziałów w Manchesterze United zostały sprzedane za ponad 1,6 miliarda funtów przedstawicielowi katarskiej rodziny królewskiej Hamadowi bin Khalifa Al-Thani.

W mniej inwazyjny sposób wyglądała współpraca Dumy Katalonii z Quatar Fundation i katarskimi liniami lotniczymi. 30 milionów euro rocznie wystarczyło by przekonać włodarzy z Camp Nou do podpisania umowy, mimo iż była ona krytykowana od samego początku. Na tym polu było także krytykowane Atletico Madryt.

Chińskie aspiracje

Również Chiny bardzo wyraźnie wkraczają na europejskie stadiony. We Włoszech dwie drużyny z Mediolanu mają już chińskich właścicieli. W kwietniu tego roku Silvio Berlusconi sprzedał AC Milan konsorcjum Rossoneri Sport Investment Lux. Jego właścicielem jest chiński biznesmen Yonghong Li. Kwota wyniosła około 700 milionów euro. Rok wcześniej, za pół miliarda euro chińskie Suning Group wykupiło blisko 70 procent akcji w Interze Mediolan.

Z drugiej strony, oprócz silnej ekspansji w Europie, Chińczycy inwestują także w rodzimy futbol. To cel tyleż sportowy, co polityczny. Xi Jinping zapowiedział, że do 2025 roku w Chinach powstanie warty 850 miliardów dolarów sektor sportowy. W oparciu o najlepsze zachodnie wzorce, Chiny chcą zmiany formuły rozwoju. Ta oparta na taniej sile roboczej nie jest już wystarczająca. Obecnie także w sporcie, chińscy decydenci chcą wprowadzić „normalność” rozumianą jako styl zachodni. Tym samym futbol stał się nieodłącznym elementem polityki chińskiej: budowa infrastruktury, szkolenie dzieci i młodzieży i wielkie inwestycje.

Początkowo rynek europejski istotnie zawirował od poczynań chińskich inwestorów. Płacenie niebotycznych kwot za „wypalonych” zawodników i ogromne kontrakty sprawiały, że chińska liga wydawała się być dobrym pomysłem na sportową emeryturę, ponieważ nikt poważnie nie traktuje rozgrywek chińskiej ekstraklasy. Przynamniej z perspektywy Zachodu. Ostatecznie celem dalekosiężnym przewodniczącego ChRL jest zakwalifikowanie się do mistrzostw świat; później ich organizacja, a w końcu wzniesienie Pucharu Świata.   

Piłkarskie „Południe”: różnica skali

Aby zrozumieć różnice, jakie dzielą obecne topowe kluby z poszczególnych lig Starego Kontynentu, przyjrzyjmy się najlepszemu – pod względem ekonomicznym – zespołowi  w Polsce, warszawskiej Legii.

Po ponad dwóch dekadach polski zespół w końcu awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów. W starciu z Realem Madryt, Borussią Dortmund czy Sportingiem Lizbona nie było widać ogromnej przepaści w klasie sportowej. Te różnice są wyraźniejsze, kiedy popatrzy się na ekonomiczny aspekt futbolu na Łazienkowskiej.

Za udział w fazie grupowej LM legioniści otrzymali blisko 20 milionów euro. Z tytułu merchandisingu Legia zarobiła 10 milionów złotych. Przychodny z dnia meczowego wyniosły 22 miliony złotych. Budżet klubu w 2017 roku może wynieść ponad 280 milionów złotych. Pamiętać jednak należy, że taki wzrost w porównaniu z ubiegłym latami, gdzie osiągnięto granicę 130 milionów złotych, jest efektem udziału w LM. Ponad 20 milionowy zysk z transferów to również najwyższy wynik w całej lidze. Jeśli chodzi o najdroższe transfery, to w obecnym okienku transferowym najdrożej sprzedanym zawodnikiem został Jan Bednarek, który za kwotę 6 milionów euro trafił do angielskiego Southampton. Kontrakty legionistów również są najwyższe w całej lidze: Artur Jędrzejczyk inkasuje co miesiąc 215 tysięcy złotych.

Widać gołym okiem, że lata świetlne dzielą Real Madryt od Legii Warszawa, mimo iż na boisku na Łazienkowskiej gospodarzom udało się zremisować z tegorocznym triumfatorem Ligi Mistrzów.

Transfery, czyli kapitalizm marki

Obrazą dla biednych – tak watykański dziennik L’Osservatore Romano nazwał transfer za 50 milionów dolarów Christiana Vieriego do Interu Mediolan w 1999 roku. Dziesięć lat później papież Benedykt XVI krytykował wielomilionowe zakupy Realu Madryt. Ostatni transfer Neymara znów zaognił dyskusję wokół etyczności wydawania tak horrendalnych sum za dwudziestoparolatków kopiących piłkę. W tych okolicznościach warto zastanowić się, skąd nagle na rynku transferowym pojawiły się tak niebotyczne kwoty transferów.

Dawno minęły czasy, kiedy piłkarze mogli spokojnie spacerować po ulicy, nie będąc zaczepianymi przez przechodniów. Taka powszechna rozpoznawalność przynosi im jednak naprawdę wymierne finansowe korzyści. Najlepsi z najlepszych wcale nie zarabiają najwięcej na kontraktach sportowych. Prawdziwe pieniądze inkasuje się za kontrakty reklamowe. W 2016 roku Cristano Ronaldo podpisał nowy kontrakt z Nike, na mocy którego zarobi, bagatela, miliard dolarów (sic!). Podobnie jak w przypadku koszykarza LeBrona Jamesa, jest to kontrakt dożywotni.

Nic więc dziwnego, że najbogatsze kluby, działające przecież w logice „inwestycja-zysk”, gotowe są wydawać krocie na największe gwiazdy, którą pozwolą im zarobić nie tylko na zwycięstwie w Lidze Mistrzów, ale także na sprzedanych biletach, czy koszulkach. Cristiano Ronaldo, Leo Messi, Neymar – to przedstawiciele piłkarskiego „kapitalizmu marki”. Ich pozycje w futbolowym świecie można przyrównać do firmy Apple, która zarabia gigantyczne sumy nie tyle na nadzwyczajnej jakości produktów, co dzięki pewnej opowieści czy też tożsamości „doczepionej” do nagryzionego jabłuszka. Dzisiejszy kapitalizm sprzedaje już nie tyle sam produkt, co emocje, aspiracje, styl życia. Wystarczy zerknąć na reklamy Nike lub Adidasa, w których występują najlepsi zawodnicy. Panowie sprzedają jeszcze buty czy raczej opowieść o ambicji i sukcesie, którą firmują własnymi nazwiskami?

Drugą stroną transferowego medalu jest zmiana podejścia do samego piłkarza. Skoro traktujemy go jako inwestycję na przyszłość – a przykłady Ronaldo czy Messiego pokazują, że gra toczy się o setki milionów euro – to warto zaryzykować. W konsekwencji największe kluby płacą dzisiaj przede wszystkim za potencjał, który dopiero może, a nie musi się wcale spełnić. Są jak piłkarscy „aniołowie biznesu” czy fundusze capital venture, którą inwestują miliony w młodych perspektywicznych zawodników, niczym milionerzy w rokujące start-upy. Nieprzypadkiem jednak szczególnie aktywne na tym polu są takie tuzy jak Google. Podobnie jest w świecie piłki – tutaj najaktywniejsi są oczywiście najbogatsi i najbardziej renomowani. W ten sposób wracamy do zasady „bogaci się dalej bogacą”, przejmując także rynek transferowy dzięki rozbudowanej siatce najskuteczniejszych skautów, na których ich zwyczajnie stać.

Przykład? W ostatnich dniach media podały do informacji, że 18-letni napastnik AS Monaco, Kylian Mbappe, przeniesie się do Realu Madryt za 180 milionów euro. Dla porównania: kiedy w 2001 roku Real Madryt wydał bajeczną kwotę 73 milionów euro na Zinedina Zidana, ten był wówczas mistrzem świata i Europy. Mbappe owszem zanotował bardzo dobry sezon w AS Monaco, zostając m.in. mistrzem Francji, ale na tym koniec.

***

Inwestycje w potencjał. Milionowe zadłużenia. Horrendalne wysokości pensji, premii i kontraktów. Tak dzisiaj przedstawia się obraz futbolu XXI wieku. To coraz bardziej przypomina gorączkę złota. Może i nie wygraliśmy niczego w tym sezonie, ale zarobiliśmy mnóstwo pieniędzy. Gdzieś zgubiliśmy pierwotne przesłanie tej gry, gdzie kilkunastu facetów biega za piłką. Nam pozostaje śmianie się pod nosem, kiedy Neymar podczas swojej pierwszej konferencji w Paryżu przekonuje, że pieniądze nie są dla niego najważniejsze i że podąża za głosem serca. Chcemy w to wierzyć, ale dziwnym trafem nie potrafimy.

Kluby z największymi przychodami z dnia meczowego w mln euro

  1. Manchester United – 137,5
  2. Arsenal – 133,6
  3. Real Madryt – 129
  4. FC Barcelona – 121,4
  5. Bayern Monachium – 101,8
  6. Chelsea – 93,2
  7. Paris Saint-Germain – 92,5
  8. Liverpool – 75,9
  9. Manchester City – 70,2
  10. Borussia Dortmund – 61,1

Kluby z największymi przychodami z praw telewizyjnych w mln euro

  1. Real Madryt – 227,7
  2. Manchester City – 215,8
  3. FC Barcelona – 202,7
  4. Juventus – 195,7
  5. Arsenal – 192
  6. Chelsea – 191,1
  7. Manchester United – 187,7
  8. Liverpool – 168,1
  9. AS Roma – 154
  10. Bayern Monachium – 147,6
  11. Tottenham Hotspur – 147,6

 Kluby z największymi przychodami z reklam w mln euro

  1. Manchester United – 368,8
  2. Bayern Monachium – 342,6
  3. Paris Saint–Germain 305,3
  4. FC Barcelona – 296,1
  5. Real Madryt – 263,4
  6. Manchester City – 238,9
  7. Chelsea – 163,1
  8. Liverpool – 159,8
  9. Zenit Petersburg – 145,8
  10. Arsenal – 142,9

Kluby z największymi przychodami w mln euro

  1. Manchester United (689)
  2. FC Barcelona (620.2)
  3. Real Madrid (620.1)
  4. Bayern Munich (592)
  5. Manchester City (524.9)
  6. Paris Saint-Germain (520.9)
  7. Arsenal (468.5)
  8. Chelsea (447.4)
  9. Liverpool (403.8)
  10. Juventus (341.1)

Najbardziej wartościowe kluby Lotto Ekstraklasa dane w mln euro

  1. Legia Warszawa 28,68
  2. Lech Poznań 14,93
  3. Jagiellonia Białystok 11,80
  4. Lechia Gdańsk 10,58
  5. Pogoń Szczecin 8,93

Podziel się artykułem:

Kamil Sikora
Członek redakcji jagielloński24. Student politologii Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz teologii Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II. Członek Klubu Jagiellońskiego. Redaktor i analityk projektu Demagog.

Napisaliśmy już 2007 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Odpowiedzią na rosnącą interdyscyplinarność nauki powinny stać się postulowane przez Klub Jagielloński kolegia naukowo-dydaktyczne.

Kolegia szansą na wydobycie potencjału polskich naukowców

Kolegia szansą na wydobycie potencjału polskich naukowców

Radosław Rybkowski

Powodzenie reformy będzie zależeć od zwiększenia publicznych wydatków na naukę i szerokiego wsparcia elit politycznych.

Polskie uczelnie potrzebują pozytywnego wstrząsu

Polskie uczelnie potrzebują pozytywnego wstrząsu

Radosław Rybkowski

Demokracja liberalna zaczyna się chwiać i widać to nawet w peryferyjnym świecie Twin Peaks.

Twin Peaks po końcu historii

Twin Peaks po końcu historii

Piotr Kaszczyszyn
Następny artykuł:

Czas na rachunek sumienia. Co „afera Tigera” mówi o przemyśle symbolicznym?

Czas na rachunek sumienia. Co „afera Tigera” mówi o przemyśle symbolicznym?