Wyszukiwarka jak droga publiczna? Unijno-amerykańska wojna korporacji

Mateusz Mroczek | 07-07-2017 09:42:04 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Wyszukiwarka jak droga publiczna? Unijno-amerykańska wojna korporacji
Niharb/flickr.com

Decyzja Komisji Europejskiej wobec Google ma dużo szersze konsekwencje, niż tylko wzbudzenie poruszenia w wąskim światku „antymonopolowych” prawników. Prawo konkurencji staje się bowiem coraz częściej specyficznym narzędziem interwencjonizmu i protekcjonizmu gospodarczego. Wśród amerykańskich komentarzy pojawiają się głosy, że konieczność zapłaty olbrzymich kar finansowych należy kwalifikować już jako normalny koszt działalności w Europie. Z kolei w Unii Europejskiej coraz częstsze są obawy, że ogromny amerykański rynek zostanie zamknięty przed europejskimi korporacjami.

Pod koniec czerwca Google stało się liderem wśród firm, które zostały ukarane największymi karami finansowymi za naruszenie prawa ochrony konkurencji. Komisja Europejska rękoma Margrethe Vestager nałożyła na amerykańskiego giganta rekordową karę 2,42 miliarda euro (ok. 10 mld złotych) za nadużycie pozycji dominującej na rynku internetowych porównywarek cen. Decyzja ta, choć wydana na gruncie stosunkowo niewielkiego wycinka działalności Google, jest przejawem zaciętej, szeroko zakrojonej walki pomiędzy amerykańskimi gigantami IT a unijnymi rządami i stojącymi za nimi europejskimi korporacjami. Rozstrzygnięcie Komisji może mieć znaczące implikacje prawne i polityczne.

Na wstępie warto podkreślić, że w przypadku omawianej tutaj sprawy mamy do czynienia z przepisami prawa ochrony konkurencji (prawa antymonopolowego). W dużym uproszczeniu ma ono przeciwdziałać niedozwolonym kartelom oraz przypadkom nadużywania pozycji przez gigantów rynkowych. Na szczeblu unijnym egzekucją przepisów antymonopolowych zajmuje się Komisja Europejska - Dyrekcja Generalna ds. Konkurencji. Na jej czele od 2014 r. stoi właśnie Margrethe Vestager, była duńska minister gospodarki.

Czy Europa jest cyfrową kolonią USA?

Truizmem będzie powiedzieć, że Google jest monopolistą na rynku wyszukiwarek internetowych. Wedle szacunków Komisji Google od lat posiada ok. 95% udziałów na rynku wyszukiwania internetowego w Unii Europejskiej. Posiadanie dominującego statusu rynkowego samo w sobie nie jest nielegalne. Nielegalne jest dopiero nadużywanie takiej pozycji. Komisja w postępowaniu przeciwko Google stwierdziła, że gigant z Mountain View wykorzystywał siłę rynkową najpopularniejszej na świecie wyszukiwarki internetowej do promowania swojej własnej usługi porównywania cen w sklepach internetowych (Google Shopping). Krzywdził tym samym inne podmioty prowadzące niezależne porównywarki cen, choćby umieszczając je na dalszych stronach wyników wyszukiwania. Aktualnie Google jest podmiotem jeszcze dwóch innych trwających postępowań antymonopolowych prowadzonych przez KE: jedno dotyczy systemu operacyjnego Android, a drugie reklam internetowych (AdSense).

Jednak to właśnie ta, niewielka wydawałoby się, część działalności Google, jaką jest porównywarka cen, stała się zarzewiem trwającego od 2010 roku postępowania, które zakończyło się rekordową jak dotąd karą. Postępowania pełnego zwrotów akcji i będącego areną chyba najbardziej zaciętej walki pomiędzy amerykańskim gigantem a europejskimi korporacjami (w szczególności medialnymi), które postanowiły wykorzystać instytucje unijne do uderzenia w Google. Jeszcze w 2014 r. wiele wskazywało, że sprawa dotycząca Google Shopping zakończy się zawarciem ugody pomiędzy Google a Komisją Europejską. Pozwoliłoby to na uniknięcie nakładania kar finansowych, przy jednoczesnym dostosowaniu działań Google do wymogów unijnego prawa antymonopolowego.

Projekt ugody został jednak storpedowany przez zmasowane akcje lobbingowe organizowane głównie przez niemieckich i francuskich polityków (Sigmara Gabriela, Günthera Oettinger’a, Arnaud Montebourg). Ramię w ramię z politykami zadziałały również europejskie korporacje takie jak Axel Springer i Lagardere Group.

Zawarły one koalicję Open Internet Project, która otwarcie wystąpiła przeciwko ugodzie KE z Google. Arnaud Montebourg, były minister gospodarki Francji, powiedział w kontekście postępowania antymonopolowego przeciwko Google, że „nie chce by Europa była cyfrową kolonią USA”. Za znaczące można też uznać słowa prezesa Vodafone Group Vittorio Colao, który stwierdził, że „kochamy Google, ale jednocześnie boimy się Google”. Po europejskiej stronie Atlantyku powszechna jest obawa przed potęgą amerykańskich korporacji internetowych.

Margrethe Vestager wielokrotnie zapewniała, że postępowanie względem Google nie ma charakteru sprawy politycznej. Nie dało się już jednak ukryć, że akurat od momentu uruchomienia szeroko zakrojonej akcji lobbingowej działania Komisji Europejskiej zaczęły zmierzać w kierunku nałożenia na Google wysokiej kary finansowej. Nie bez znaczenia wydaje się też fakt, że nastąpiło to właśnie teraz: w momencie największych od lat napięć polityczno-gospodarczych na linii UE – USA. 

Prawo antymonopolowe czy zwykły protekcjonizm?

Decyzja Komisji Europejskiej ma dużo szersze implikacje, niż tylko wzbudzenie poruszenia w wąskim światku „antymonopolowych” prawników i kilku europejskich firm prowadzących serwisy porównywarek cen w sklepach internetowych.

Przede wszystkim nadwyrężone zostało postrzeganie prawa antymonopolowego jako narzędzia regulacyjnego opartego tylko i wyłącznie na prawidłach gospodarczych (ochrona konkurencyjności na wolnym rynku). W sprawie Google mieliśmy do czynienia z ewidentnym zaangażowaniem polityków państw UE oraz europejskich korporacji i wywieraniem nacisków na Komisję Europejską, by dążyła do nałożenia na wyszukiwarkowego giganta jak najwyższej kary finansowej. Jednocześnie przy wydawaniu tej decyzji, KE odrzuciła wiele dotychczasowych linii orzeczniczych i teorii przyjętych w prawie konkurencji, w pewnym zakresie przecząc swoim dotychczasowym praktykom w podobnych sprawach.

Decyzja Komisji Europejskiej wpisuje się przy tym w trwającą od kilku lat wymianę ciosów pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a krajami Unii Europejskiej, w której „obrywają” największe korporacje z obydwu stron Atlantyku.

Walka ta trwała jeszcze za czasów rządów Baracka Obamy. Wydaje się, że po objęciu stanowiska przez Donalda Trumpa, który odnowił w amerykańskiej polityce język protekcjonizmu gospodarczego i otwartej wrogości względem niektórych europejskich firm (w szczególności niemieckich), walka ta przybiera na znaczeniu. Atrakcyjnej amunicji do politycznego sporu nie brakuje, bo i naruszeń i nagięć prawa przez korporacje jest wystarczająco dużo: dość wspomnieć sprawy Volkswagena (15 mld dolarów kary w USA za fałszowanie wyników emisji spalin), Deutsche Banku (7 mld dolarów kary w USA za nadużycia finansowe) z jednej strony, a z drugiej sprawę unikania opodatkowania przez Apple (13,5 mld euro zwrotu zaległych podatków) oraz inne postępowania antymonopolowe prowadzone względem Google oraz Facebooka.

Prawo konkurencji stało się zatem w wielu przypadkach specyficznym narzędziem interwencjonizmu i protekcjonizmu gospodarczego. Wśród amerykańskich komentarzy pojawiają się głosy, że konieczność zapłaty olbrzymich kar finansowych należy kwalifikować już jako normalny koszt działalności w Europie. Z kolei w Unii Europejskiej coraz częstsze są obawy, że ogromny amerykański rynek zostanie zamknięty przed europejskimi korporacjami. W tym świetle, ze smutkiem można zwrócić uwagę na nieskuteczność zabiegów krajów Europy Środkowo-Wschodniej, by KE podjęła wreszcie skuteczne działania względem rosyjskich podmiotów dominujących w naszym regionie na rynku dostaw surowców energetycznych.

Rozstrzygnięcie Komisji Europejskiej wskazuje też, że ustawia się ona na pozycji strażnika interesów mniejszych podmiotów działających na rynkach technologicznych. Co kluczowe: przyznaje jednocześnie, że wyszukiwarka Google stała się w Internecie swoistą niezbędną infrastrukturą (niczym drogi lub tory kolejowe), na którą należy wpuszczać inne podmioty konkurencyjne. W świecie technologii internetowych jest to podejście o tyle niebezpieczne, że mamy tu do czynienia z ciągle i szybko przekształcającymi się rynkami (market disruption). Interwencje prawne, takie jak podjęła Komisja w sprawie Google Shopping, niezwykle szybko się dezaktualizują, często zanim uzyskają pełną skuteczność. Dość wspomnieć, że postępowanie zostało wszczęte w 2010 r., a zakończy się – po wieloletnich procesach odwoławczych – najprawdopodobniej w połowie następnej dekady. W takim czasie na rynku rozwinie się zapewne wiele nowych, być może rewolucyjnych pomysłów związanych z porównywaniem cen w sklepach internetowych.

Również niejednoznaczność takich rozstrzygnięć sprawia, że przedsiębiorcy internetowi (również mniejsi niż Google, ale wprowadzający na rynek nowy, innowacyjny produkt, który może dopiero „urosnąć”), będą mierzyć się z dużym zakresem niepewności prawnej. Może to doprowadzić do paradoksalnej sytuacji, w której konsumenci będą otrzymywać gorsze produkty i usługi internetowe, bo relacje między przedsiębiorcami będą opierać się przede wszystkim na zapewnieniu równego dostępu do pewnej „niezbędnej infrastruktury”, a nie na konkurowaniu jakością usługi. Względnie, może się to skończyć wyłączeniem oferowania pewnych produktów na obszarze (obszarach) Europy, tak jak w przypadku Google News w Hiszpanii. Nikt na takim rozwiązaniu nie skorzysta.

W poszukiwaniu nowej antymonopolowej filozofii działania

Nie oznacza to jednak, że powinniśmy odpuścić jakiekolwiek interwencje antymonopolowe względem dużych podmiotów technologicznych. Wręcz przeciwnie, takie interwencje są niejednokrotnie potrzebne, by zagwarantować obywatelom Internet transparentny i wolny od nadużyć. Muszą to być jednak interwencje skuteczne, odpowiednio dostosowane do realiów dynamicznych rynków internetowych i szybko egzekwowalne. Jednym z takich narzędzi może być instytucja ugody z organem ochrony konkurencji. W dyskusjach na ten temat postuluje się również zwiększenie poziomu samoregulacji podmiotów internetowych oraz stworzenie całkowicie nowego podejścia regulacyjnego względem podmiotów internetowych, uwzględniającego okoliczność dynamizmu rynkowego. Chodzi w tym przypadku o swoiście pojmowane odpuszczenie „twardej” interwencji w przypadku uzyskania przez pewien podmiot internetowy znaczącej pozycji rynkowej, a skupienie się na monitorowaniu ewentualnych ewidentnych nadużyć.

Taka schumpetariańska filozofia stosowania regulacji antymonopolowych opiera się na założeniu, że duże podmioty są w stanie zagwarantować konsumentom kompleksowe usługi o wysokiej jakości, a jednocześnie – w świetle stosunkowo niskich barier wejścia na rynek – ciągle muszą baczyć, czy nie zostaną wypchnięte z rynku przez nowe, bardziej innowacyjne podmioty w drodze tzw. destrukcyjnej innowacyjności (disruptive innovation).

Wyłącza to konieczność stosowania sformalizowanego, ostrego podejścia organów antymonopolowych. Mogą one przyjąć pozycję obserwatora rynku, który w drodze negocjacyjnych narzędzi (ugody, ostrzeżenia, badania rynku) będzie korygował działalność podmiotów rynku technologicznego.

Poglądy wyrażone w niniejszym artykule są osobistymi poglądami autora i nie odzwierciedlają stanowiska instytucji, z którymi autor współpracuje.

Podziel się artykułem:

Mateusz Mroczek
Prawnik, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz studiów podyplomowych z zakresu bezpieczeństwa narodowego na Akademii Obrony Narodowej.

Napisaliśmy już 1954 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Doceniamy Pańskie zaangażowanie w promocję innowacyjnej gospodarki i pokładamy nadzieję w Panu, jako przyjacielu młodej polskiej społeczności przedsiębiorców startupowych.

List startupowców do Prezydenta. „Konsekwencje trybu procedowania reform są dla nas dotkliwe”

List startupowców do Prezydenta. „Konsekwencje trybu procedowania reform są dla nas dotkliwe”

Przedsiębiorcy i  liderzy ekosystemu startupów

Sprawdziliśmy, czy proponowane i realizowane przez Prawo i Sprawiedliwość reformy w wymiarze sprawiedliwości znajdują swoje odzwierciedlenie w programach i materiałach wyborczych partii sprzed wyborów.

Czy PiS w wymiarze sprawiedliwości realizuje wolę suwerena? Sprawdzamy wyborcze obietnice

Czy PiS w wymiarze sprawiedliwości realizuje wolę suwerena? Sprawdzamy wyborcze obietnice

Mateusz Mroczek

Sądownictwo ma swoje problemy. Największym z nich jest nie widmo postkomunizmu, ale jego nadmierna biurokratyzacja.

Spóźniona wojna z postkomunizmem

Spóźniona wojna z postkomunizmem

Piotr Kaszczyszyn
Następny artykuł:

Trójmorze musi stać się flagowym projektem polskiego rządu

Trójmorze musi stać się flagowym projektem polskiego rządu