Niesprawiedliwa praworządność, nielegalna sprawiedliwość. Co wynika ze „sprawy Kamińskiego”?

Jacek Sokołowski | 05-06-2017 18:07:48 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Niesprawiedliwa praworządność, nielegalna sprawiedliwość. Co wynika ze „sprawy Kamińskiego”?
www.flickr.com/photos/tprzechlewski/

Orzeczenie Sądu Najwyższego stwierdzające niedopuszczalność zastosowania wobec Mariusza Kamińskiego prawa łaski uważam za całkowicie prawidłowe. Jednocześnie jestem głęboko przekonany, że Mariusz Kamiński nie powinien zostać skazany, a jego ułaskawienie dokonane przez prezydenta Andrzeja Dudę w listopadzie 2015 roku było uzasadnione i miało sens. Ta sprzeczność obrazuje istotę zasadniczego problemu przed którym stoi „rewolucja Prawa i Sprawiedliwości” oraz Polska. Czy jego rozwiązanie jest w ogóle możliwe?

Na gruncie prawnym ułaskawianie kogoś, kto nie został skazany prawomocnym wyrokiem, nie ma sensu. Prawo łaski – będące reliktem epoki, w której trójpodział władzy nie istniał – jest samo w sobie trudne do pogodzenia z koncepcją demokratycznego państwa prawa. Jeżeli wybrane w wolnych wyborach władze uchwalają przepisy nie naruszające praw jednostki, a  przepisy te stosowane są przez niezawisłe i sprawiedliwe sądy, to dlaczego mielibyśmy kogokolwiek ułaskawiać? Dobrze działający wymiar sprawiedliwości nie skaże kogoś, kto kary ponieść nie powinien. Zapewniają to nie tylko gwarancje proceduralne rzetelnego procesu, ale również będące częścią procesowego instrumentarium instytucje dodatkowe, takie jak odstąpienie od wymierzenia kary czy jej nadzwyczajne złagodzenie.

Sens i bezsens prawa łaski

Jedyne uzasadnienie dla utrzymywania tej monarszej prerogatywy w cywilizowanym systemie prawnym to uznanie, że prawo łaski stanowi swoisty „bezpiecznik” dla sytuacji absolutnie nadzwyczajnych. Takich, w których ukaranie sprawcy przestępstwa budzi – ze względu na szczególne okoliczności jego popełnienia – głęboki sprzeciw moralny, a jednocześnie jest nie do uniknięcia. Przykładem takiej sytuacji był słynny „lincz we Włodowie”. Opuszczeni przez państwo mieszkańcy małej miejscowości, którym odpowiednie służby odmówiły pomocy w sytuacji bezpośredniego zagrożenia zdrowia i życia, zabijając agresywnego przestępcę dokonali nie tyle samosądu, co brutalnego i tragicznego aktu samoobrony. Wszyscy zgadzamy się, że było to odrażające morderstwo. Jednocześnie czujemy, że w analogicznej sytuacji być może bylibyśmy gotowi postąpić tak samo. Jest zatem oczywiste, że sprawców linczu należało skazać, a ich czyn jednoznacznie potępić. Jednocześnie darowanie im kary odbieramy jako sprawiedliwe. I na tym właśnie polega prawo łaski – na ingerencji w wymiar sprawiedliwości w sytuacjach wyjątkowych.

Przyjmując taką – jedyną według mnie możliwą – formułę dla funkcjonowania instytucji ułaskawienia w państwie prawa, musimy jego użycie uzależnić od wyczerpania całej standardowej drogi prawnej w konkretnym przypadku. Ułaskawienie może nastąpić tylko wówczas, kiedy system ochrony prawnej zawiódł jako całość, doprowadzając do skutków sprzecznych z moralnością. Ten wymóg jest spełniony dopiero w momencie uprawomocnienia się orzeczenia skazującego. Nie ulega zatem wątpliwości, że odpowiedź Sądu Najwyższego na zadane mu pytanie prawne była jedyną możliwą.

To jednak dopiero jedna strona medalu.

Państwo prawa a la III RP

Równolegle bowiem cały przebieg sprawy Mariusza Kamińskiego dowodzi, że działanie wymiaru sprawiedliwości w Polsce prowadzi do skutków sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem, a co za tym idzie – destrukcyjnych dla dobra wspólnego. Co z kolei stawia pod znakiem zapytania sens obrony formalnej praworządności.

Centralne Biuro Antykorupcyjne powołano, gdy Polska zajmowała 70 miejsce (na 159 badanych państw) w Indeksie Postrzegania Korupcji Transparency International. Był to – oprócz znajdującej się na 85 miejscu Rumunii – najgorszy wynik w Unii Europejskiej. Byliśmy 30 miejsc niżej niż niespecjalnie słynące z wysokich standardów Włochy, 11 miejsc niżej niż Kuba i 5 miejsc niżej niż Meksyk i Peru. Dwa lata wcześniej ujawniono aferę PKN Orlen i aferę Rywina oraz cały szereg innych patologicznych powiązań świata władzy, biznesu oraz zorganizowanej przestępczości. Był to czas, kiedy śledztwa prowadzone w sprawie morderstw dokonanych m. in. na ministrze sportu i komendancie głównym policji zamiast wyjaśnień przynosiły kolejne, również niewyjaśnione zgony osób powiązanych z podejrzanymi. Czas namacalnej bezradności struktur publicznych wobec ewidentnie istniejącej – choć trudnej do jednoznacznego zidentyfikowania – sieci układów. CBA miało być odpowiedzią na tę głęboką degrengoladę państwa. Nową służbę wyposażono w możliwość stosowania prowokacji, której dopuszczalność określono szeroko i niezbyt precyzyjnie. Jednak Biuro jako instytucja dochodzeniowo-śledcza mogło jedynie gromadzić dowody stanowiące podstawę do wniesienia aktu oskarżenia. Kluczowym ogniwem w walce z korupcją wśród elit władzy pozostawały sądy dokonujące oceny materiałów zgromadzonych przez CBA w toku prowadzonych operacji.

Ocena ta okazała się początkowo mocno niejednoznaczna. Kolejne postępowania sądowe ujawniły zasadnicze rozbieżności wśród samych sędziów. Dotyczyły one kwestii absolutnie podstawowych: zakresu dopuszczalnej prowokacji (w jakim stopniu funkcjonariusze mogą inicjować popełnienie przestępstwa?) oraz zakresu formalnego nadzoru nad przebiegiem operacji specjalnych (kiedy wolno, a kiedy nie wolno prowadzić inwigilacji?). Stopniowo sytuacja się wyjaśniła: w orzecznictwie sądów wyższego szczebla dominować zaczęło dążenie do mocno restrykcyjnego ujmowania przesłanek dopuszczalności prowokacji. Efektem były spektakularne uniewinnienia, ale również spektakularne wypowiedzi padające w uzasadnieniach wyroków, jak ta sędziego Tulei o „stalinowskich metodach” stosowanych przez CBA.

Powiedzieć trzeba wyraźnie: uznanie, że funkcjonariusze CBA w poszczególnych postępowaniach przekroczyli uprawnienia w żadnej sprawie nie było oczywiste. Świadczą o tym rozbieżne wyroki sądów w poszczególnych instancjach. Niekoniecznie musiało to też prowadzić do uniewinnień oskarżonych. Do obydwu tych wniosków sądy często dochodziły w drodze nader twórczej wykładni przepisów. Uznanie, że w prawie polskim obowiązuje pewna forma doktryny „owoców zatrutego drzewa” było całkowitym novum; również pojęcie „uzyskanych wcześniej wiarygodnych informacji o przestępstwie” – niezbędnej przesłanki do zastosowania prowokacji – było zawężane w sposób skrajny. To nie były sytuacje, w których – jak usiłowały to przedstawiać niektóre media z Gazetą Wyborcza na czele – CBA dopuszczało się jakichś niesłychanych, oczywistych dla każdego obserwatora nadużyć, zaś wina oskarżonych była wysoce wątpliwa. Było dokładnie odwrotnie: to były sytuacje, w których przekroczenie uprawnień polegało najczęściej na niedopilnowaniu zawiłych biurokratycznych formalności, co do których ze względu na brak przepisów wykonawczych, a następnie ich nieprecyzyjność nie było do końca wiadomo, czy musiały być spełnione. W zasadzie bezdyskusyjna była natomiast wina oskarżonych, których zachowania – utrwalone na operacyjnych nagraniach – dobitnie wskazywały, że są to ludzie bez skrupułów dążący do uzyskania nielegalnych korzyści.

To, co robiły sądy, podważając  legalność działań CBA i uniewinniając dzięki temu oskarżonych, trudno nazwać inaczej, niż „odwracaniem kota ogonem”. Nic zaś nie niszczy bardziej autorytetu państwa prawa niż wyroki, w których celem samym w sobie staje się jedynie formalna praworządność. Ma ona bowiem sens tylko o tyle, o ile służy ochronie sprawiedliwości materialnej: zapewnia obywatelowi poczucie, że dzięki rygorystycznej procedurze wyrok będzie słuszny. Tu było dokładnie odwrotnie. Dobitnie ilustruje to orzeczenie w II instancji w sprawie Beaty Sawickiej. W kuriozalnym uzasadnieniu sędzia Rysiński potwierdził, że oskarżona wzięła łapówkę i „ponosi za to odpowiedzialność moralną”, ale już nie karną! Tę bowiem, jak zasugerował, ponieść powinni raczej funkcjonariusze CBA za nielegalną, zdaniem sędziego, prowokację.

Sygnał jaki, został wysłany do społeczeństwa w tym wyroku i jego medialnych echach był moim zdaniem jednoznaczny: nie bójcie się brać łapówek. To nie skorumpowany przedstawiciel władzy będzie głównym obiektem zainteresowania sądu, lecz agent Biura, który jego korupcję ujawnił. Był to przekaz skrajnie demoralizujący i antywspólnotowy.

Za przykład jego skutków niech posłuży pytanie, które miałem okazję osobiście usłyszeć z ust policjanta drogówki podczas kontroli: „To jak robimy? Jak za trzeciej, czy jak za czwartej RP?”. Dziwicie się, że zwolennicy PiS z pogardą odnoszą się do pojęcia „państwa prawa”? To zastanówcie się, skąd im się ta pogarda wzięła.

Pusta praworządność

Motywacje sędziów, podnoszących w kolejnych orzeczeniach poziom standardów wymaganych od służby antykorupcyjnej – i de facto blokujących w ten sposób skuteczną walkę z korupcją – mogły być autentycznie szlachetne. Polscy sędziowie karni, duchowi wychowankowie prof. Zolla, często są wyjątkowo wyczuleni w kwestii poziomu gwarancji procesowych dla oskarżonego. Problem w tym, że te wyroki – bez względu na to jak dobrze w sensie dogmatycznym były uzasadnione – były sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i ze sprawiedliwością. Co za tym idzie: pozbawione poczucia odpowiedzialności za wspólnotę.

Troska o to, czy „wodzona na pokuszenie” posłanka Sawicka nie została, aby poddana niedopuszczalnej próbie moralnej, jest absurdalna. Funkcjonariusz publiczny powinien być jak żona Cezara: nie wdawać się w dwuznaczne moralnie sytuacje. Jeśli zaś już się wdaje, to niech on ponosi ryzyko. Sędziowie, jeśli leży im na sercu stan naszego kraju i społeczna aprobata dla działań państwa i wymiaru sprawiedliwości, nie mogą ostentacyjnie wypuszczać na wolność osoby, którą wszyscy widzieli na filmie w trakcie przyjmowania łapówki. To wtedy z pojęciem państwa prawa stało się to, co Niemcy określają nieprzetłumaczalnym określeniem „aushoellen” – wydrążyć, wyskrobać, pozbawić zasadniczego znaczenia lub funkcji. Stało się ono puste, niespełniające swojej roli. Państwo prawa, które chroni łapówkarzy.

Ale to jeszcze nie koniec.

Przypadek za przypadkiem goni przypadek

1 października 2009 „Rzeczpospolita” opublikowała stenogramy rozmów ówczesnego szefa klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej Zbigniewa Chlebowskiego z potentatem hazardowym, Ryszardem Sobiesiakiem. Pochodziły z podsłuchów CBA. Tak wybuchła afera hazardowa. 6 października prokuratura postawiła Mariuszowi Kamińskiemu – pełniącemu wówczas wciąż funkcję szefa CBA – oraz trzem jego najbliższym współpracownikom  zarzuty przekroczenia uprawnień w śledztwie dotyczącym tzw. „afery gruntowej”. Sześć dni później Donald Tusk odwołał Kamińskiego ze stanowiska nie czekając na wymaganą prawem opinię prezydenta. Cóż za zbieg okoliczności.

Zarzuty postawiła Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie. Dlaczego właśnie w Rzeszowie toczy się postępowanie przeciwko Kamińskiemu? Nie wiadomo, ale Rzeszów to z pewnością ciekawe miasto. W 2015 roku, jeszcze za rządów PO-PSL, ujawniona została „afera podkarpacka”, w której zarzuty korupcyjne postawiono m. in. posłowi PSL Janowi Buremu oraz  szefowej tamtejszej Prokuratury Apelacyjnej, Annie H. Nominowana została na to stanowisko w 2007 roku przez Zbigniewa Ćwiąkalskiego, wówczas ministra sprawiedliwości-prokuratora generalnego w rządzie PO. Rozdzielenie tych funkcji nastąpiło w 2010 roku. W momencie przedstawienia zarzutów Kamińskiemu prokuratorzy w Rzeszowie – i wszędzie indziej – byli podwładnymi platformerskiego ministra sprawiedliwości, tak jak dziś na nowo są podwładnymi Zbigniewa Ziobry.

Prawo kontra sprawiedliwość

Pierwsze postępowanie przeciwko Kamińskiemu skończyło się umorzeniem przez sąd. Akt oskarżenia został całkowicie odrzucony. Po raz kolejny ujawniła się wspomniana już zasadnicza rozbieżność wśród sędziów co do określenia zakresu legalności działań CBA: sędzia Michał Kowalski uznał, że zarzucone oskarżonym zachowania w ogóle nie miały znamion przestępstwa . Ale prokuratura nie dała za wygraną. Udało jej się podważyć postanowienie o umorzeniu i rozpocząć proces ponownie. Tym razem sprawa trafiła do sędziego Wojciecha Łączewskiego, zwolennika poglądów restrykcyjnej interpretacji uprawnień CBA. Nie tylko uznał on Kamińskiego i trzech pozostałych oskarżonych winnymi, ale orzekł drastycznie ponad żądanie aktu oskarżenia (co jest dopuszczalne, choć rzadko spotykane). Kamiński został skazany na 3 lata bezwzględnego pozbawienia wolności i dziesięć lat zakazu pełnienia funkcji publicznych.

Był marzec 2015 roku. Nie bez znaczenia jest okoliczność, że przygotowanie pisemnego uzasadnienia do tego wyroku zajęło sędziemu Łączewskiemu jeszcze sześć miesięcy. Udało mu się je skończyć  na dziesięć dni przed wyborami parlamentarnymi, a jego fragmenty trafiły do „Gazety Wyborczej” wcześniej niż do stron postępowania. Oskarżeni złożyli apelację. a 16 listopada prezydent Andrzej Duda ułaskawił wszystkich przerywając toczące się w II instancji postępowanie. Swoje działanie uzasadnił następująco: „Wymiar sprawiedliwości nie potrafi skazać bandytów z Pruszkowa, nie potrafi skazać ludzi zamieszanych w procedery łapówkarskie, a z drugiej strony wymierza drakońskie kary ludziom, którzy chcą budować w Polsce silne państwo, którzy walczą z korupcją. Ja się z takim czymś nie zgadzam”.

Ja tę ocenę Andrzeja Dudy podzielam. Rozumiem też motywacje czysto polityczne, które stały za zastosowaniem aktu łaski przez prezydenta akurat w tym momencie: Kamiński nie mógłby objąć stanowiska ministra-koordynatora służb specjalnych w powstającym gabinecie Beaty Szydło, gdyby postępowanie przeciwko niemu trwało.

Ale uważam również, że państwo prawa jest nam potrzebne. Jego kompromitacja, opisana powyżej – a za którą odpowiedzialność ponoszą w dużej mierze same sądy (choć nie wyłącznie one) – doprowadziła do sytuacji, w której pojęcie praworządności w odbiorze społecznym postrzegane jest jako stojące w opozycji do sprawiedliwości. To fatalna sytuacja.

Ludowa sprawiedliwość, partyjny interes

Zeszłotygodniowe orzeczenie Sądu Najwyższego jest logicznie bez zarzutu. . Nie mógł orzec inaczej, jeśli przepisy prawa mają mieć w ogóle jakiś sens i tworzyć spójną całość. Nie ma w nim żadnego „drugiego dna” w postaci politycznej motywacji. To zwyczajna interpretacja przepisów w toku normalnej kontroli skargi kasacyjnej. Konsekwencją tej interpretacji jest podważenie formalnej kompetencji Prezydenta do zastosowania prawa łaski w tym konkretnym momencie (przed prawomocnym wyrokiem). Prawdę mówiąc, to też nic wielkiego. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, to nikt poza grupką karnistów nie zainteresowałby się sprawą. Ale chodzi o Kamińskiego. Człowieka, który stanął do walki z korupcją, którą to walkę zdezawuowały i zablokowały sądy rygorystycznie – zbyt rygorystycznie! - stosujące zasady praworządności formalnej. Przez co ta praworządność – w odbiorze społeczeństwa – zaczęła być postrzegana jako zasada służąca skorumpowanym politykom, zamiast zwykłym ludziom.

Rodzi to dla polityków PiS pokusę (której już nie raz ulegali, ale chyba jeszcze nigdy w sposób tak jaskrawy): potraktować orzeczenie SN jako kolejną odsłonę spektaklu „sądy po stronie korupcji”. No bo jakże to, powie „Kowalski”: Sawicką wypuszczają, a Kamińskiego chcą posadzić? I to jeszcze jak perfidnie, tak żeby nawet prezydent nie mógł go ułaskawić? Ciekawe – doda tenże „Kowalski” – że kiedy Wałęsa ułaskawiał „Słowika”, a Kwaśniewski – Vogla i Sobotkę, to Sąd Najwyższy zastrzeżeń nie miał!

Dla partii, którą do władzy wyniosła fala społecznego gniewu na patologiczne państwo, to sytuacja wręcz wymarzona. Rozwiązanie jakiego domaga się „Kowalski” stoi w całkowitej zgodzie z partyjnym interesem.

Skoro praworządność formalna prowadzi do skutków sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem i ze sprawiedliwością, to na pohybel tej pierwszej. Sąd Najwyższy nie może ingerować w prezydenckie prawo łaski i precz z wszelkimi prawniczymi kruczkami!

Jeżeli jednak przyjmiemy że rzeczywiście nie może, to – oprócz ewidentnej „falandyzacji konstytucji” – prowadzić to będzie do uznania całkowitego prymatu woli politycznej ponad prawem. Skoro uznamy, że prezydent Duda może ułaskawić przed zapadnięciem prawomocnego wyroku, to dlaczego następnym razem nie miałby tego zrobić na etapie postępowania przygotowawczego? Przecież z powszechnym poczuciem sprawiedliwości może kłócić się również fakt, że komuś postawiono zarzuty w nieodpowiednim momencie… A co jeżeli prezydent – może nie ten, może następny – któregoś dnia „ułaskawi” pozwanego w procesie cywilnym o zapłatę? Niestety, to jest wylewanie dziecka z kąpielą. Państwo prawa trzeba naprawić, a nie zlikwidować.

Tych rzeczy nie da się rozdzielić

Aby ta naprawa nastąpiła, konieczne jest spełnienie dwóch przesłanek.

Po pierwsze, niezbędne jest upowszechnienie wśród sędziów świadomości, że oprócz praworządności formalnej ich działania muszą opierać się na zdrowym rozsądku i odpowiedzialności za wspólnotę. Po drugie, politycy muszą uznać, że ich wola nie może stać ponad prawem.

To takie oczywistości, a jednak każda ze stron sporu nie chce pamiętać o drugiej części przepisu na sprawiedliwe rządy: praworządność musi być sprawiedliwa, a sprawiedliwość musi być praworządna.

W aktualnej sytuacji politycznej przypominanie o tym może się wydać utopijne. Cała logika konfliktu pomiędzy Prawem i Sprawiedliwością a środowiskiem sędziowskim zmierza dokładnie w odwrotnym kierunku. Sędziowie bronić będą praworządności formalnej demonstrując pogardę dla zdrowego rozsądku i dla oczekiwań wspólnoty, zaś partia rządząca będzie łamać formalną praworządność w imię „mandatu suwerena” i ludowego poczucia sprawiedliwości. To nie wróży dobrze budowie sprawnego i uczciwego państwa.

Nowoczesne, sprawne i uczciwe państwo realizuje bowiem sprawiedliwość właśnie dzięki praworządności formalnej. Połączenie obu pojęć w sprawnie funkcjonujący mechanizm prawno-społeczny stanowi dorobek ewolucji, jaką Europa przeszła na przestrzeni XIX wieku. Jeżeli polska wspólnota polityczna pójdzie w kierunku przeciwstawiania sobie tych pojęć, będzie to znaczyło że oddalamy się w stronę innego kręgu cywilizacyjnego.

Podziel się artykułem:

Jacek Sokołowski
Doktor nauk prawnych, adiunkt w Instytucie Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ. Kierownik Centrum Badań Ilościowych nad Polityką UJ.

Napisaliśmy już 2073 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Wasz premier, nasz Sejm – zdaje się mówić Jarosław Kaczyński do „pozytywistów”, „reformatorów” czy „gołębi” z obozu rządzącego.

Wasz premier, nasz Sejm

Wasz premier, nasz Sejm

Krzysztof Mazur

Czas na nowe otwarcie w polityce historycznej: zbudujmy pozytywistyczne Muzeum Cywilizacji w Łodzi.

Inka i Łukasiewicz na jednym cokole

Inka i Łukasiewicz na jednym cokole

Piotr Kaszczyszyn

Pomysł lokalizacji Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców w Nowym Sączu to pierwszy krok na drodze do deglomeracji Polski.

Rzecznik przedsiębiorców w Nowym Sączu, a nie Warszawie! Obywatelska poprawka do „Konstytucji Biznesu”

Rzecznik przedsiębiorców w Nowym Sączu, a nie Warszawie! Obywatelska poprawka do „Konstytucji Biznesu”

Piotr Trudnowski
Następny artykuł:

Siłaczki z Warszawy. Sylwetka Kobiecego Koła Oświaty Ludowej

Siłaczki z Warszawy. Sylwetka Kobiecego Koła Oświaty Ludowej