Roboty i bezrobocie

Wolny rynek ślepy na jedno oko. Rynkowa wycena pracy do naprawy

Piotr Wójcik | 29-05-2017 13:31:25 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Wolny rynek ślepy na jedno oko. Rynkowa wycena pracy do naprawy
www.flickr.com/photos/szagi/

Sposób określania płac oraz podziału dochodów to absolutnie podstawowa kwestia w każdej wspólnocie politycznej. Wysokość zarobków w sposób fundamentalny określa życie człowieka oraz jego uczestnictwo w życiu społecznym. Osoby bardziej majętne nie tylko mogą prowadzić zdrowsze i dłuższe życie, ale też są w stanie w większym stopniu angażować się w sprawy wspólnoty, a więc zdobywają dzięki temu większy wpływ na jej losy. Inaczej mówiąc, kapitał materialny bardzo łatwo jest przekuć w kapitał polityczny. Dlatego tak istotne jest, aby mechanizm ustalający płace, a w ich wyniku także nierówności ekonomiczne, był możliwie obiektywny i sprawiedliwy. Dziś jesteśmy od tego naprawdę dalecy.

Wszystko w niewidzialnych rękach rynku

We współczesnej gospodarce rynkowej zarobki niemal wszystkich aktywnych zawodowo członków społeczności są kształtowane przez rynek. Oczywiście istnieje grupa pracująca w sektorze publicznym, na którą mechanizmy rynkowe wpływają w mniejszym stopniu. Jednak po pierwsze w Polsce jest to relatywnie nieduża grupa, bo wbrew obiegowym opiniom polski sektor publiczny nie jest wcale duży – wręcz przeciwnie, jest ósmym, najmniejszym, w UE. Pracę znajduje w nim ok. 20% ogółu zatrudnionych, tymczasem w stawianej za wzór pod tym względem Wielkiej Brytanii… 25%. Po drugie, rynek wpływa na większość płac w „budżetówce” – instytucje też muszą konkurować o pracowników (z drugiej strony nie zamierzają za nich przepłacać), a wzrost tamtejszych wynagrodzeń jest zwykle powiązany ze wzrostem płac w całej gospodarce.

Tak więc nawet jeśli na płace jednej czwartej zatrudnionych w sektorze publicznym rynek nie ma wpływu (co jest grubo przesadzonym szacunkiem), to i tak dochody 95% pracujących w naszej wspólnocie określane są przy pomocy mechanizmu rynkowego. Rynkowa wycena pracy wpływa więc w gigantyczny sposób na życie niemal całości naszego społeczeństwa, tym bardziej, że nie jesteśmy wyposażeni w mechanizmy redystrybucji podatkowej (podatki dochodowe w Polsce są liniowe, a w zasadzie nawet regresywne), a duży program redystrybucji transferowej (Rodzina 500+) zaczął działać ledwie rok temu, a i tak dotyczy tylko rodzin z dziećmi. Po 27 latach od zachłyśnięcia się gospodarką rynkową chyba warto już zacząć pytać, czy dominujący mechanizm wyceny pracy na pewno jest w pełni racjonalny, a jeśli nie jest, to w jaki sposób można go poprawić.

Polskie płace są wciąż koszmarnie niskie w porównaniu z płacami w zachodniej Europie. Średnio godzina pracy kosztuje nad Wisłą 8,6 euro i jest niemal trzy razy niższa od średniej unijnej (25,4 euro).

Nie da się jej porównać z płacami we Francji (35,6 euro) czy Szwecji (38 euro). Nawet jeśli przyłożymy do tych wyników parytet sił nabywczej (polskie ceny to 56% średnich cen w UE), to wciąż godzina polskiej pracy będzie kosztować ledwie 15 euro – daleko za średnią UE. Według dominującej narracji niższe płace w Polsce wynikają z niższej jakości pracy. Praca Polaka ma niższą produktywność, więc jest też niżej wyceniana, gdyż produktywność to podstawowy czynnik wpływający na wysokość płacy. Polacy muszą rozwijać swe kwalifikacje, dzięki czemu powoli będą doganiać w tym względzie pracowników na Zachodzie. Czyli produktywność wprost wynika z jakości pracy.

Jaka praca taka płaca?

Faktem jest, że produktywność w Polsce jest dużo niższa niż na Zachodzie. Według parytetu siły nabywczej (PPS) wynosi ona 29 dolarów na godzinę. Norweg w godzinę pracy wytwarza przeciętnie 79 dolarów, Belg 65 dolarów, a Łotysz już tylko 25 dolarów. Na pierwszy rzut oka widać, że wiązanie produktywności z jakością pracy powinno co najmniej wzbudzać wątpliwości. W zdecydowanej większości zawodów trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób statystyczny Belg miałby być ponad dwa razy lepszy od Polaka, a Norweg nawet niemal trzy razy lepszy od Łotysza. Czy pielęgniarki w Belgii robią dwa razy szybciej zastrzyki, a norwescy stolarze trzy razy szybciej wkręcają konfirmaty w meble? To fizycznie niemożliwe. Tym bardziej, że wśród tych statystycznych pracowników z Zachodu są przecież również emigranci z państw naszego regionu – czyli zaraz po wyjeździe z kraju ich produktywność nagle drastycznie wzrasta? Odczucia emigrantów zarobkowych są raczej wręcz przeciwne – polscy kierowcy firm przewozowych z Niemiec nie muszą już pędzić na złamanie karku oraz oszukiwać na tachografach, a pielęgniarki w Skandynawii nie są już dłużej zmuszane do samodzielnej opieki nad tak dużą liczbą pacjentów podczas zmiany.

Wynika to z faktu, że w XXI wieku produktywność ma bardzo mało związku z osobistą jakością pracy – gdy jest wysoka, można sobie wręcz pozwolić na wrzucenie na luz. Produktywność wynika przede wszystkim z zaawansowania technologicznego oraz organizacji pracy w firmie, w której się pracuje. A także rynkowej wyceny dóbr produkowanych w tej firmie. I wreszcie ogólnej rynkowej wyceny dóbr wytwarzanych w gospodarce w kraju, w którym ma się szczęście (lub nieszczęście) pracować – technicznie produktywność to PKB kraju podzielona przez ogólną liczbę godzin pracy w gospodarce.

Dzięki temu nawet niewykwalifikowany pracownik z bogatego kraju będzie osiągał większą produktywność niż najlepszy fachowiec z kraju rozwijającego się. A zatrudniony w czołowym koncernie będzie mógł pochwalić się lepszą produktywnością, nawet jeśli będzie musiał tylko od czasu do czasu ruszyć się z fotela, niż tyrający w pocie czoła pracownik raczkującego przedsiębiorstwa.

Polski podwykonawca w niemieckim łańcuchu produkcji

Produktywność jest więc wartością, na jaką rynek wycenia owoc naszej pracy. Warto się jednak przyjrzeć temu, jak ta wycena rynkowa wygląda w praktyce. Polska jest zdominowana przez zakłady produkcyjne, które znajdują się w łańcuchu produkcji większych koncernów. Duża część tych zakładów wprost należy do spółek zależnych tych korporacji. Tak więc sprzedaż tutejszej produkcji jest często jedynie przeniesieniem towarów w ramach jednej ponadnarodowej firmy. A o finalnej wartości tej sprzedaży decyduje de facto sama firma, a nie rynkowa gra popytu i podaży. Przecież Volkswagen Polska formalnie sprzedając wytworzoną przez siebie produkcję filii Volkswagena w innym kraju, która jest następna w łańcuchu, nie negocjuje z nią ceny, tak jakby były odrębnymi podmiotami. O końcowej wartości tej półprodukcji decyduje sam Volkswagen, nawet jeśli istotną składową są czynniki rynkowe, takie jak ceny materiałów, energii etc. A największy narzut na cenę, czyli finalną marżę, dołoży tam, gdzie będzie chciał – czyli najpewniej w Niemczech. Przez co produktywność niemiecka wzrośnie, a polska będzie wynikała jedynie z wartości zaangażowanych na miejscu czynników produkcji. Jednak ta niska produktywność jest tylko na papierze - nie wynika ona z jakości pracy, tylko z miejsca w łańcuchu produkcji.

Trudno więc głosy o niskich płacach zbywać argumentami o niskiej produktywności, skoro w gospodarkach o znacznym udziale kapitału zagranicznego produktywność w dużej części zależy od polityki zarządzania wartością dodaną przez koncerny.

Trzeba też pamiętać, że o ile produktywność wpływa na nasze zarobki, to nie determinuje ich całkowicie. Ważna jest też chociażby pozycja pracowników w danym modelu gospodarczym. W krajach zamożnych, z ugruntowaną gospodarka rynkową, pracownicy byli w stanie wyrobić sobie taką pozycję, która pozwala im wykroić większy kawałek tortu. Przykładowo według PPS-u polska produktywność na jednego pracownika wynosi 65% szwedzkiej i 64% austriackiej. Przeciętne zarobki powinny więc odzwierciedlać tę relację. Tymczasem średnia roczna płaca według PPS-u to w Polsce 20 tys. euro, czyli jedynie 54% tego co zarabia Szwed (37 tys. euro) i 49% tego, co zarabia Austriak (41 tys. euro). Gdzie więc zniknęły brakujące procenty? Zarobki wynikają nie tylko z produktywności, ale też z kultury podziału dochodu na rynku, którą wytworzyła sobie dana społeczność, czy stopnia zorganizowania organizacji pracowniczych, które potrafią skutecznie negocjować z pracodawcami oraz władzą.

Dlaczego prezes zarabia 354 razy więcej od szeregowego pracownika?

Warto się też zastanowić, czy wyroki rynku w zakresie wyceny pracy są rzeczywiście racjonalne, uzasadnione i sprawiedliwe. W wielu przypadkach wydają się one wręcz absurdalne. Przykładowo w 2016 roku prezes banku Citi Handlowy, Sławomir Sikora, zarobił 5,4 mln zł, co daje ok. 450 tys. zł na miesiąc. Sikora zarabiał więc jakieś sto razy więcej niż strażak. Czy jest możliwe, żeby praca prezesa Sikory była sto razy bardziej wartościowa od pracy strażaka? Dlaczego racjonalny rynek dopuścił do sytuacji, w której prezes banku zarabia tyle, co stu ludzi gaszących pożary? A trzeba pamiętać, że w Polsce pod tym względem i tak nie jest najgorzej – w USA przeciętne zarobki prezesów są 354 razy wyższe od zarobków pracowników. Czy jest możliwe, żeby wartość pracy prezesa przewyższała aż 354 razy wartość pracy przeciętnego pracownika? Nie ma na to żadnych dowodów – wręcz przeciwnie – jest wiele badań, według których wpływ prezesów na losy firmy jest zdecydowanie przeszacowany. Na przykład według badań Daniela Kahnemana, zdobywcy Nobla z ekonomii, nawet najlepszy prezes może zwiększyć prawdopodobieństwo sukcesu swojej firmy co najwyżej o 10 punktów procentowych, w stosunku do prawdopodobieństwa opartego tylko o pozostałe czynniki. Czyli osoba prezesa pozwala zwiększyć szanse na sukces z 5 na 10 przypadków do 6 na 10 przypadków. Dlaczego więc rzekomo racjonalny rynek dopuścił do tak rażąco nieuzasadnionej wyceny pracy pewnej grupy zawodowej?

Wolny rynek ślepy na jedno oko

Okazuje się więc, że rynek nie jest obiektywnym ani sprawiedliwym mechanizmem wyceny pracy. Przede wszystkim zupełnie nie dostrzega społecznej użyteczności wielu bardzo ważnych zawodów, takich jak pielęgniarka, strażak, nauczyciel, kierowca komunikacji publicznej czy nawet pracownik kanalizacji.

We wszystkich krajach należą oni co najwyżej do środkowych grup dochodowych, choć społeczeństwo korzysta na ich pracy w ogromnym stopniu. Na pewno większym niż na pracy pracowników sektora finansowego, prawników korporacji czy doradców podatkowych pomagających w optymalizacji, którzy niemal wszędzie są znakomicie wynagradzani. Poza tym za wszystkie decyzje rynku tak naprawdę odpowiadają ludzie, którzy po pierwsze nie są w pełni racjonalni, a po drugie kierują się partykularnymi interesami. Dlatego też wycena pracy grup zawodowych umocowanych na strategicznych rynkowych pozycjach jest tak przeszacowana. Przykładowo sektor finansowy kontroluje ogromne przepływy pieniądza w gospodarce, dzięki czemu zarobki w nim są tak nieproporcjonalnie wysokie. A klasa menadżerów ma spore możliwości kształtowania własnych płac, z czego korzystają np. członkowie zarządów przyznający sami sobie premie. I dlatego nawet najlepszy strażak, odważny i kompetentny, który ma na koncie setki udanych interwencji, które ratowały ludziom majątek, zdrowie lub życie, zawsze będzie zarabiał bez porównania mniej niż niczym niewyróżniający się dyrektor w banku.

W stronę nowej umowy społecznej

Jak widać wyroki rynku w zakresie wyceny pracy niejednokrotnie są nieracjonalne i niesprawiedliwe. Jednym z wyzwań dotyczących pracy w XXI wieku powinno być przemyślenie kwestii jej wyceny, żeby uwzględniała ona ogromną użyteczność społeczną wielu zawodów, które obecnie są niedoceniane. A także nie dopuszczała do tworzenia się kast zarabiających pieniądze niewyobrażalne dla większości ludzi, w sumie nie wiadomo nawet za co.

Mechanizm rynkowy oczywiście powinien zostać zachowany, jednak musi być uzupełniony mechanizmami korygującymi, np. podatkowymi, które obniżałyby najwyższe zarobki i finansowały mechanizmy transferowe, które przekazywałyby „premię społeczną” grupom zawodowym, których niedoceniana przez rynek praca jest ważna dla społeczeństwa.

Środki pozyskane z progresywnego opodatkowania wysokich dochodów mogłyby być składane w ciągu roku na specjalnym funduszu, z którego w styczniu pracownicy szczególnie istotnych dla wspólnoty grup zawodowych (np. pielęgniarek, strażaków, pracowników kanalizacji, śmieciarzy) otrzymywaliby trzynastą pensję. Mechanizmy te powinny wreszcie też docenić pracę, która obecnie w ogóle nie jest wyceniana – np. wychowywanie dzieci przez niepracujące matki czy opiekę nad starszymi lub niepełnosprawnymi członkami rodziny. To mogłoby mieć formę np. comiesięcznego wynagrodzenia przelewanego przez państwo matkom lub ojcom, którzy prowadząc dom, opiekują się dziećmi, w wysokości zależnej od liczby podopiecznych (niekoniecznie tylko swoich) i zarobków małżonka. Kobiety w Polsce wykonują dziennie 296 minut niepłatnej pracy, co jest ósmym wynikiem w OECD i czwartym wśród unijnych członków OECD. Szwedki dziennie wykonują jedynie 207 minut niepłatnej pracy, a Francuzki 233 minuty.

Docenienie wreszcie pracy tych, którzy są niedoceniani albo w ogóle niewynagradzani pomimo ogromnej użyteczności społecznej wykonywanych przez nich zadań, powinno być priorytetem na najbliższy okres „pracy nad pracą”. Skoro wyroki rynku to tak naprawdę decyzje konkretnych członków społeczeństwa, nie ma powodu twierdzić, że są one bardziej uzasadnione niż ich wspólna decyzja zawarta w umowie społecznej.

Materiał powstał ze środków programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Promocja literatury i czytelnictwa”.

Podziel się artykułem:

Piotr Wójcik
Stały współpracownik jagielloński24. Współpracownik kwartalnika Nowy Obywatel, Fundacji Kaleckiego oraz publicysta ekonomiczny.

Napisaliśmy już 2007 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Odpowiedzią na rosnącą interdyscyplinarność nauki powinny stać się postulowane przez Klub Jagielloński kolegia naukowo-dydaktyczne.

Kolegia szansą na wydobycie potencjału polskich naukowców

Kolegia szansą na wydobycie potencjału polskich naukowców

Radosław Rybkowski

Powodzenie reformy będzie zależeć od zwiększenia publicznych wydatków na naukę i szerokiego wsparcia elit politycznych.

Polskie uczelnie potrzebują pozytywnego wstrząsu

Polskie uczelnie potrzebują pozytywnego wstrząsu

Radosław Rybkowski

Demokracja liberalna zaczyna się chwiać i widać to nawet w peryferyjnym świecie Twin Peaks.

Twin Peaks po końcu historii

Twin Peaks po końcu historii

Piotr Kaszczyszyn
Następny artykuł:

(Prawie) wszyscy będziemy informatykami

(Prawie) wszyscy będziemy informatykami