Gra o Europę

Dąbrowski: Likwidacja euro stworzy tylko nowe problemy w miejsce dzisiejszych

Maciej Dulak, Marek Dąbrowski | 26-05-2017 16:17:57 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Dąbrowski: Likwidacja euro stworzy tylko nowe problemy w miejsce dzisiejszych
www.flickr.com/photos/tekkebln/

- Po pewnym czasie w strefie euro pojawiły się kłopoty. Czy wynikało to z niekonkurencyjności części gospodarek, na przykład greckiej, względem bardziej rozwiniętych krajów strefy euro, a sam kryzys z 2008 roku jedynie przyśpieszył ten proces?

- Wydaje mi się, że w naszej dyskusji dominuje przekonanie, że euro jest czynnikiem, który nasila kryzys albo wręcz go powoduje.

- A tak nie jest?

- Oczywiście, że nie.

O tym, czy możliwa jest dalsza integracja europejska bez rozszerzania strefy euro o kolejne państwa, o Europie dwóch prędkości, która istnieje już od lat oraz o pomysłach na reformę wspólnej waluty z prof. Markiem A. Dąbrowskim rozmawia Maciej Dulak.

Historia uczy nas, że wspólna waluta to rzecz rzadka i trudna w praktycznej realizacji. Skąd więc unia walutowa akurat w krajach Unii Europejskiej?

Źródeł pomysłu wprowadzenia w Europie wspólnej waluty należy poszukiwać w historii. Proszę zwrócić uwagę, że pomysł utworzenia wspólnoty europejskiej był w gruncie rzeczy pomysłem politycznym. Dążono tym sposobem do neutralizacji tendencji nacjonalistycznych, które w przeszłości prowadziły do konfliktów zbrojnych, począwszy od wojen napoleońskich, przez konflikt francusko-pruski, aż po I i II wojnę światową.

Utworzenie wspólnej waluty było poprzedzone długim procesem integracji, w trakcie którego powstawały: Europejska Wspólnota Węgla i Stali, Europejska Wspólnota Gospodarcza, Unia Europejska i stopniowo liberalizowano handel międzynarodowy oraz znoszono kolejne cła. Zdawano sobie jednak sprawę, że samo ich zniesienie było niewystarczające, gdyż w rękach poszczególnych krajów pozostawało prostsze narzędzie, które można było wykorzystać do wspierania własnych przedsiębiorstw, a mianowicie polityka kursowa. Wygenerowanie dewaluacji własnej waluty o 10% działa bowiem tak samo jak cło, a zarazem subsydium eksportowe.

Był to problem znany już wcześniej i próbowano sobie z nim radzić choćby poprzez uzależnienie kursów walut od złota.

Warto zauważyć, że w powojennej Europie bardzo troszczono się o stabilność kursów walutowych. Po zakończeniu II wojny światowej obowiązywał międzynarodowy system walutowy opracowany na konferencji w Bretton Woods, w którym stabilizowane były kursy walut względem dolara, a to skutkowało stabilnością kursów między walutami europejskimi. Po rozpadzie systemu z Bretton Woods w latach 70. konieczne stało się wypracowanie nowego rozwiązania. Początkowo obowiązywał tzw. wąż walutowy, pod koniec lat 70. uruchomiono Europejski System Walutowy, a w 1999 r. utworzono strefę euro.

Pytanie, czy w tej chęci regulacji nie poszliśmy za daleko.

Zgadzam się, że możemy dyskutować, na ile głęboka powinna być integracja walutowa, ale to problem, od którego nie da się uciec. Jeśli chcemy się integrować gospodarczo, prędzej czy później będziemy się musieli zmierzyć z kwestią stabilności kursów walutowych. Jakieś systemowe rozwiązanie w tym zakresie musi istnieć.

Czyli niemożliwa jest integracja krajów Unii Europejskiej bez wprowadzenia instrumentów walutowych, które Pana zdaniem przyśpieszają integrację?

Myślę, że na dłuższą metę taka integracja nie jest możliwa, gdyż mogą pojawić się wątpliwości, czy dany kraj gra fair w stosunku do innych. Proszę zauważyć, że kwestie walutowe nie stanowiły kości niezgody w Europie, a działo się tak dlatego, że istniało systemowe rozwiązanie w tym zakresie. Fakt, że kilka państw jest poza strefą euro, nie zmienia tego obrazu, gdyż oprócz Wielkiej Brytanii, która z uwagi na swoją specyfikę zawsze była traktowana trochę inaczej, nie są to duże kraje. Polska, Dania czy Czechy nie są państwami, które mogłyby, mówiąc obrazowo, „ważyć” w koszyku walutowym. Moim zdaniem w perspektywie długoterminowej porozumienie dotyczące kursów walutowych jest w Europie konieczne.

Spróbujmy w takim razie poszukać porównań. Stany Zjednoczone i Kanada oraz państwa byłego ZSRR – w obu przypadkach mamy do czynienia ze współpracą gospodarczą tychże państw między sobą, pozbawioną jednak wspólnej waluty. Rozwój gospodarczy między tymi państwami jest w takim razie ograniczony?

Wydaje mi się, że tutaj nie bez znaczenia jest fakt, że Stany Zjednoczone i Rosja mają dominującą pozycję w ramach bloku współpracujących ze sobą państw. Mimo to, po ostatnich wyborach w Stanach Zjednoczonych odbywają się dyskusje, na ile konkurencja ze strony Meksyku jest uczciwa. Proszę natomiast zwrócić uwagę na fakt, że w relacjach między gospodarkami dużo bardziej porównywalnymi jak np. Stany Zjednoczone i Chiny napięcia na tle polityki kursowej występują. Pojawia się szereg zarzutów ze strony władz amerykańskich pod adresem Chin, że te manipulują kursem walutowym. Jest to więc w dużej mierze kwestia wielkości gospodarki. Stany Zjednoczone nie będą w relacjach z Meksykiem czy innymi krajami Ameryki Południowej zajmować tak twardego stanowiska w kwestiach walutowych, jak w stosunkach z Chinami.

Konflikty na tle walutowym nie są efektem zmian, które dokonały się w ostatnim czasie. Już w 2005 roku w Stanach Zjednoczonych została sformułowana propozycja obłożenia importu z Chin cłami. Co ciekawe, proponowano wtedy stawkę 27,5 %. W tamtym czasie oceniano, że chińska waluta była niedoszacowana od 15% do 40 %. Wobec tego pomysłodawcy cła zaproponowali stawkę celną będącą średnią arytmetyczną skrajnych oszacowań niedowartościowania juana. Podsumowując, w relacjach między dużymi gospodarkami, które wchodzą na ścieżkę ściślejszej integracji gospodarczej, kwestie kursowe mają duże znaczenie.

Euro zostało wprowadzone, aby przyśpieszyć rozwój gospodarczy krajów UE. Tymczasem, paradoksalnie, spoglądając na PKB krajów południa Europy w stosunku do Niemiec czy Francji, od powstania euro ich gospodarki wcale nie odrobiły dzielącego je dystansu, a wręcz dystans ten uległ zwiększeniu. Czy wynika to z błędów popełnionych podczas tworzenia strefy euro?

Pewnie tak, bo nie można powiedzieć, że wszystko przebiegło w sposób optymalny. Można się zastanawiać, czy wprowadzenie euro w krajach, które nie spełniały traktatowych warunków, czyli przede wszystkim kryteriów dotyczących stabilności finansów publicznych, było właściwym posunięciem. Włochy, Grecja, ale także Belgia, miały zdecydowanie za wysoki dług publiczny, przekraczający 100% PKB. 

Innym błędem był wybór niewłaściwych kursów konwersji walut na euro. Dobrym przykładem jest Grecja, która wchodząc do Europejskiego Mechanizmu Kursowego w 1998 r. zaniżyła kurs drachmy o ponad 10% w stosunku do bieżącego kursu rynkowego, co wywołało nerwową reakcję na rynku. Skutkiem tego było skokowe osłabienie drachmy. Mimo że drachma szybko odrobiła część strat, to gdy spojrzymy na ścieżkę jej kursu walutowego,  okaże się, że drachma ulegała stopniowemu osłabieniu w latach 1999-2001. Nie stanowiło to jednak przeszkody do wprowadzenia euro, ponieważ drachma utrzymywała się po „mocniejszej” stronie pasma. Było to w znaczniej mierze możliwe dzięki dokonanej „na zapas” w 1998 r. dewaluacji drachmy.

Biorąc pod uwagę te doświadczenia, warto byłoby się zastanowić nad stabilnością kursu w dłuższym okresie i badać, czy kurs nominalny chociaż w przybliżeniu oscyluje wokół tego samego poziomu. W przypadku Grecji tak nie było. To oznacza, że stopniowe osłabianie waluty odgrywało tam pewną rolę. Wejście do strefy euro wymagało więc zmiany sposobu ustalania płac i cen. Nie mogły one w dalszym ciągu wzrastać w takim tempie, jak to charakterystyczne dla okresu przed wejściem do strefy euro. Tak się nie stało i doszło do pogorszenia się konkurencyjności międzynarodowej greckiej gospodarki.

Można się też zastanawiać, czy traktatowe kryteria konwergencji nominalnej są odpowiednim zestawem warunków wprowadzenia euro. Przecież w teorii optymalnych obszarów walutowych formułowane są inne warunki rezygnacji z waluty narodowej, na przykład elastyczność płac, giętkość cen, a jeżeli one nie są spełnione, to mobilność czynników produkcji czy też podobieństwo struktur produkcji. Tych warunków w Traktacie o funkcjonowaniu Unii Europejskiej nie ma.

Po pewnym czasie w strefie euro pojawiły się kłopoty. Czy wynikało to z niekonkurencyjności części gospodarek, na przykład greckiej, względem bardziej rozwiniętych krajów strefy euro, a sam kryzys z 2008 roku jedynie przyśpieszył ten proces?

Wydaje mi się, że w naszej dyskusji dominuje przekonanie, że euro jest czynnikiem, który nasila kryzys albo wręcz go powoduje.

A tak nie jest?

Oczywiście, że nie. Mówił Pan wcześniej o PKB poszczególnych krajów. Jeśli popatrzymy na Polskę i Słowację, okaże się, że oba kraje idą po bardzo zbliżonej trajektorii wzrostu gospodarczego. Gdyby oceniać wzrost w ostatnich kilkunastu latach, na przykład od roku 2005, to okaże się, że nie ma zasadniczych różnić między skalą wzrostu na Słowacji i w Polsce, mimo że mamy do czynienia z dwoma zupełnie różnymi systemami kursu walutowego. Oczywiście można wskazywać na inne pary krajów, tak jak to robią Stefan Kawalec i Ernest Pytlarczyk, i zestawiać ze sobą na przykład Szwecję i Finlandię, argumentując, że w pierwszym przypadku mieliśmy do czynienia z szybkim wzrostem gospodarczym, a w drugim – nie.

Fundamentalne pytanie brzmi: czy to właśnie euro jest czynnikiem, który różnicuje wzrost gospodarczy? Na to pytanie wymienieni autorzy nie odpowiedzieli w przekonujący sposób. Posłużyli się za to innym przykładem: Islandii, kraju z płynnym kursem walutowym, który doświadczył olbrzymiej deprecjacji swojej waluty, i Irlandii, która należy do strefy euro. Argumentowali, że wzrost gospodarczy w Islandii został przywrócony szybciej i niższym kosztem. Jeśli jednak rozszerzymy okres porównania, tak aby objąć nim lata 2015 i 2016, to okaże się, że wzrost gospodarczy w Irlandii był wyższy. Można więc trochę na przekór powiedzieć, że to euro przyczyniło się do wzrostu gospodarczego Irlandii. Tego rodzaju porównania są w gruncie rzeczy mało przekonujące. Wygląda to na dobieranie krajów pod kątem wcześniej przyjętej hipotezy. Potrzebne byłoby raczej przyjrzenie się większej grupie krajów i w dłuższym okresie, aby w sposób przekonujący uchwycić te efekty.

A jeśli zestawić wpływ funkcjonowania strefy euro na produktywność danego kraju?

Co do zasady euro nie oddziałuje na produktywność, gdyż jest to kwestia dotycząca sfery pieniężnej. Większość ekonomistów uważa, że na dłuższą metę istnieje zjawisko zwane klasyczną dychotomią, które polega na tym, że zmiany w sferze nominalnej nie przenoszą się na strefę realną. Można jednak wskazać na pewne relacje: jeden z ważniejszych argumentów zwolenników wprowadzenia euro jest taki, że jedna waluta ułatwia życie gospodarcze, gdyż pozwala zminimalizować koszty transakcyjne i zmniejszyć ryzyko kursowe. Przynosi to skutki w sferze realnej gospodarki, lecz są one rozciągnięte w czasie. Nie jest tak, że wprowadzenie euro pozwala zwiększyć wzrost gospodarczy o kilka punktów procentowych rocznie. Według szacunków NBP z 2004 roku wstąpienie Polski do strefy euro zwiększyłoby wzrost gospodarczy o ok. 0,7 pkt proc. rocznie, zaś według profesora Kołodko o 0,5 pkt proc. rocznie. Choć te korzyści na pierwszy rzut oka nie są duże, to nie należy ich lekceważyć, gdy myślimy w kategoriach długookresowych.

Rozpatrując UE jako całość, mogę się z takim podejściem zgodzić. Jednak czy z punktu widzenia słabszych gospodarek, jak Polska, nie łatwiej działać za pomocą dewaluacji własnej waluty w trakcie kryzysu, co zwiększy eksport oraz poprawi koniunkturę w kraju?

Tutaj można wyróżnić dwie kwestie. Czy lepiej mieć słabszą czy mocniejszą walutę, i drugą, czy lepiej mieć płynny czy stały kurs walutowy. W odniesieniu do pierwszej kwestii, wydaje się, że posiadanie słabszej waluty ułatwia eksport, pozwala przedsiębiorstwom lepiej prosperować i zmniejsza bezrobocie. Jeśli się jednak nad tym zastanowić, to okaże się, że kraje, takie jak Japonia czy Niemcy, nie stosowały polityki osłabiania swojej waluty. Przecież niemiecka marka była symbolem mocnej waluty. Więc nie jest prawdą, że kraje z mocnymi walutami doznają słabszego wzrostu gospodarczego. Z kolei kraje Ameryki Łacińskiej lub kraje Południa Europy, które były zaliczane do grupy państw o słabych walutach, odnotowywały słabszy i podatny na załamania wzrost gospodarczy. Warto pamiętać, że słabsza waluta oznacza również wzrost kosztu importu, gdyż zagraniczne towary, które sprowadzamy, stają się droższe, a to przekłada się na wzrost cen w kraju i może prowadzić do wzrostu żądań płacowych.

Mówiąc o drugiej kwestii, czyli o tym, czy lepiej posiadać płynny czy stały kurs walutowy, wrócę do początku kryzysu finansowego, to jest do lat 2008-2009. Rozpowszechniony jest pogląd, że Polsce pomogło osłabienie złotego. Trudno z tym polemizować, gdyż kurs walutowy wzrósł z poziomu 3,20 do ok. 4,90 złotego za euro. Trochę jednak zapominamy o tym, co się działo przed kryzysem. To właśnie płynny kurs walutowy był jednym z ważniejszych czynników, który umożliwił tak znaczne umocnienie złotego. Przecież na przełomie lat 2003/2004 za jedno euro trzeba było zapłacić ok. 4,50 zł. Tak działa system płynnego kursu walutowego: jeśli występuje silny napływ kapitału, sprzyja to umocnieniu danej waluty. Płynny kurs walutowy przyczynił się zatem do przeszacowania złotego, a następnie umożliwił głęboką deprecjację złotego. Podsumowując, płynny kurs walutowy per se nie gwarantuje większej odporności na zaburzenia finansowe. Uczą nas tego nasze doświadczenia: problem tzw. zero-kosztowych opcji walutowych czy też kredytów w walutach obcych. Tego rodzaju problemów by nie było, gdyby w tamtym czasie Polska była w strefie euro.

Mówiąc o nisko oprocentowanych kredytach, nie sposób nie wspomnieć, że wynikają one z najniższych stóp procentowych w historii UE.  Taka polityka, której skutków nikt nie zna, sprowadza się do osłabiania euro. Czy taka sytuacja może przyczynić się do rozpadu strefy euro?

W ostatnim czasie obserwujemy umocnienie euro względem dolara.

Mam na myśli politykę monetarną Rezerwy Federalnej (FED) oraz Europejskiego Banku Centralnego (EBC). W USA obserwujemy podnoszenie stóp procentowych i ograniczanie luzowania ilościowego, a w Europie wręcz odwrotnie.

Oddziaływanie polityki pieniężnej na kurs walutowy ma to do siebie, że ogromną rolę odgrywają oczekiwania. Po ostatniej decyzji SRF o podniesieniu stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, co może być zaskakujące, nastąpiło umocnienie euro, a nie jego osłabienie. Można to tłumaczyć faktem, że z wypowiedzi Janet Yellen wynikało, iż System Rezerwy Federalnej przewiduje w tym roku trzy, a nie cztery podwyżki stóp procentowych. W związku z tym oczekiwania inwestorów finansowych się zmieniły, a to przełożyło się na korektę in minus siły dolara.

Czyli EBC, mimo że chciałby osłabić euro,  nie jest w stanie tego dokonać. Może świadczy to o bezradności samej instytucji, a narzędzia jakich używa już się wyczerpały?

To, że stopy w Europie są na poziomie zerowym, a stopa depozytowa jest ujemna, nie oznacza, że euro musi być słabe. Tak jak wspomniałem, liczą się również oczekiwania, a relację opisuje warunek niezabezpieczonego parytetu stóp procentowych. Można to tłumaczyć odwołując się do koncepcji ryzyka, zgodnie z którą w ocenie inwestorów zakup amerykańskich skarbowych papierów wartościowych wiąże się z większym ryzykiem niż inwestowanie w obligacje niemieckie.

Czy polityka pieniężna w klasycznej formule się wyczerpała? Do pewnego stopnia tak, ponieważ dotychczas polegała ona na sterowaniu stopą procentową. Dla stopy procentowej naturalną granicą jest zero bądź poziom nieco poniżej zera. Poniżej tego poziomu stóp procentowych zepchnąć się nie da. Mówimy wtedy, że gospodarka wchodzi w tzw. pułapkę płynności i nie da się jej inaczej stymulować niż przez niekonwencjonalną politykę pieniężną bądź ekspansywną politykę budżetową nastawioną na pobudzenie gospodarki.

Mimo niskich stóp procentowych, kraje Południa wciąż zmagają się z wysokim bezrobociem, a ich gospodarki nie powróciły do stanu sprzed kryzysu. Co można zrobić, aby ze strefy euro wszyscy jej uczestnicy faktycznie zaczęli korzystać? W książce Paradoks euro. Jak wyjść z pułapki wspólnej waluty? Stefan Kawalec i Ernest Pytlarczyk mówią o wewnętrznej dewaluacji (zduszeniu gospodarki czyli cięciu wydatków i obniżaniu pensji). Czy to faktycznie jedyny środek, jaki można było zastosować?

Kluczowy problem polega na pewnej rozbieżności między celami krótko- i długookresowymi. Grecja nie jest dużą gospodarką. Nawet gdyby wziąć pod uwagę cały dług publiczny Grecji, której PKB to ok. 2% PKB całej Unii, to dałoby się go bardzo szybko i przy niewielkim koszcie poniesionym przez państwa Unii sprowadzić  do poziomu np. 60% PKB. Problem polega na tym, że tego rodzaju posunięcie może mieć niekorzystne konsekwencje długookresowe. Po pierwsze, może zachęcać inne kraje do dość nierozsądnej polityki budżetowej. Skoro Grecja została uratowana, to dlaczego inne gospodarki nie miałyby również być ratowane? Chodzi tutaj o to, co ekonomiści nazywają pokusą nadużycia.

Alternatywna strategia polega na tym, aby skłonić kraje takie jak Grecja czy Włochy do zmian w polityce gospodarczej, które pozwoliłyby im opanować sytuację w finansach publicznych i doprowadzić produktywność oraz płace do poziomu, który gwarantowałby konkurencyjność międzynarodową. Chodzi o to, aby rozwiązania wprowadzone przez kraj, który dzisiaj wymaga pomocy, były rozwiązaniami długofalowymi i by pozwoliły mu stanąć na własne nogi. Problemu nie rozwiąże natomiast uratowanie takiego kraju z kryzysu, bo za jakiś czas problem zacznie narastać od nowa.

Jakie to mogą być rozwiązania? Polityka podwyższania podatków i sprzedaży państwowego majątku ma pomóc Grecji w powrocie do gospodarczego zdrowia?

Tutaj właśnie pojawia się kluczowy problem. Osiągnięcie stabilności na dłuższą metę wymaga dość głębokiej zmiany w polityce budżetowej, by uniknąć generowania deficytów i zwiększania długu publicznego w przyszłości. Jest to więc polityka restrykcyjna, której niepożądanym następstwem w krótkim okresie jest schłodzenie popytu.

Co widać na przykładzie wspomnianej już kilka razy Grecji.

W polityce budżetowej takiego kraju jak Grecja potrzebna jest zmiana, która pozwoli odzyskać konkurencyjność międzynarodową. Nie mam na myśli samej redukcji deficytu czy też długu, ale również kwestię ograniczenia wzrostu płac, który musi być bardziej dopasowany do wzrostu produktywności. Jest to potrzebne do zachowania stabilności w długim okresie, natomiast na krótką metę rodzi niekorzystne następstwa po stronie popytu i zatrudnienia.

Czy da się to jakoś pogodzić?

Być może pewnym rozwiązaniem byłoby prowadzenie bardziej ekspansywnej polityki budżetowej w krajach, które są silne gospodarczo, by zrekompensować ubytek popytu spowodowany zmianami w polityce krajów Południa. Dochodzimy tutaj jednak do kwestii interesów narodowych i trudno się dziwić, że kraje takie jak Niemcy czy Szwecja, nie są skłonne, aby dopuścić do nieco większego wzrostu płac lub zdecydować się na bardziej ekspansywną politykę budżetową. Proszę zauważyć, że w Niemczech w ostatnich latach generowane są nadwyżki w budżecie. Nasuwa się więc pytanie, czy w Niemczech nie można by zmienić polityki gospodarczej biorąc pod uwagę interesy całej Unii Gospodarczej i Walutowej.

Jeśli chodzi o reformowanie UE istnieją dwa obozy. Pierwszy domaga się stopniowego wychodzenia ze strefy euro najmocniejszych gospodarek, by ostatecznie ją zlikwidować. Drugi opowiada się za jeszcze większą integracją w sferze podatkowej. Po której stronie Pan się opowiada?

Propozycja stopniowej likwidacji strefy euro jest propozycją nie do przyjęcia. Wynika to z faktu, że zwolennicy tego poglądu nie proponują nic w zamian. Nie proponują alternatywnego systemu stabilizacji kursów walutowych, a tak jak mówiłem na początku, tego rodzaju stabilność jest warunkiem przetrwania Unii Europejskiej. Bez stabilności kursów walutowych napięcia między krajami będą tak duże i oskarżenia o nieuczciwą politykę kursową będą na tyle poważne, że może to zagrozić funkcjonowaniu wspólnego rynku. Dlatego za bardziej uzasadniony uważam pogląd, który sprowadza się do wzmocnienia strefy euro i jej zreformowania poprzez wprowadzenie mechanizmu, który skłaniałby państwa członkowskie do niwelowania zarówno deficytów, jak i nadwyżek na rachunku obrotów bieżących bilansu płatniczego. W mojej ocenie jest to rozwiązanie instytucjonalne, które nie tylko wzmocni strefę euro, ale przyczyni się także do umocnienia Unii Europejskiej.

Czy dalszy proces pogłębiania w obszarach prawno-funkcjonalnych strefy euro przyczyni się do powstania „Europy dwóch prędkości”?

W gruncie rzeczy Europę dwóch prędkości już mamy. Z jednej strony występuje ściślejsza integracja w strefie euro, a z drugiej – mamy także kraje poza strefą euro, które są słabiej zintegrowane. Myślę, że ten proces ulegnie nasileniu, zwłaszcza po ukonstytuowaniu się nowych władz we Francji i Niemczech.

Materiał powstał ze środków programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Promocja literatury i czytelnictwa”.

Podziel się artykułem:

Maciej Dulak
Członek redakcji jagielloński24 zainteresowany transportem. Kiedyś przewodniczący Koła Naukowego Transportu PK.
Marek Dąbrowski
Profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Autor rozprawy „Zastosowanie modeli kursu walutowego równowagi w perspektywie członkostwa Polski w Unii Gospodarczej i Walutowej”.

Napisaliśmy już 2054 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Pewną formą kompromisu jest postulowany na forum europejskim pomysł finansowania agencji w formie rozproszonych składek płaconych przez uczestników rynku.

Tyrani, bez których nie możemy się obejść. Czy Polska potrzebuje narodowej agencji ratingowej?

Tyrani, bez których nie możemy się obejść. Czy Polska potrzebuje narodowej agencji ratingowej?

Mateusz Mazur

Biorąc pod uwagę wnioski raportu, rozbudowę niemieckiej armii i presję dyplomatyczną ze strony Berlina uspokojenie Niemiec wydaje się być w interesie Polski.

Powrót mocarstwowych ambicji? Niemieckie wizje przyszłości Europy

Powrót mocarstwowych ambicji? Niemieckie wizje przyszłości Europy

Michał Kuź

Mieszkanie Plus może stać się projektem flagowym na drugą połowę rządów PiS, tak jak przez pierwsze dwa lata na sztandarach noszone było 500 Plus.

„Polska poniżej średniej” Nowa wspólnota polityczna według PiS

„Polska poniżej średniej” Nowa wspólnota polityczna według PiS

Piotr Kaszczyszyn
Następny artykuł:

Przyjdzie robot i zabierze nam pracę. Czy naprawdę musimy się bać nowych technologii?

Przyjdzie robot i zabierze nam pracę. Czy naprawdę musimy się bać nowych technologii?