Gra o Europę

Kawalec: Z euro nie dogonimy Zachodu [1. część wywiadu]

Piotr Trudnowski, Stefan Kawalec | 22-05-2017 19:00:22 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Kawalec: Z euro nie dogonimy Zachodu [1. część wywiadu]
Chris Goldberg/flickr.com

– Prezydent Hollande zapowiadał wiele działań dla poprawy sytuacji w kraju, a skończył z poparciem kilku procent Francuzów. Okazało się, że jako prezydent Francji jest bezradny. Główną przyczyną porażki Hollande’a było euro. To ono powoduje, że Francja ma problemy z utrzymaniem konkurencyjności, a jednocześnie brak własnej waluty utrudnia jej przeprowadzenie pożądanych reform. Jeżeli Macron tego nie zrozumie, to z wielkim prawdopodobieństwie znajdzie się w tej samej sytuacji co Hollande i za kilka lat jego poparcie też będzie dramatycznie niskie. Wtedy następne wybory wygra już prawdopodobnie kandydat Frontu Narodowego. Europejski Bank Centralny jest w stanie bronić waluty przed wahaniami rynkowymi, ale nie jest w stanie obronić Europy przed wyborcami w poszczególnych krajach – mówi Stefan Kawalec, prezes Capital Strategy, były wiceminister finansów, jeden z twórców tzw. planu Balcerowicza i współautor książki „Paradoks euro. Jak wyjść z pułapki wspólnej waluty?”.   

Kiedy Pan ostatnio rozmawiał z Donaldem Tuskiem?

Ostatni raz jesienią 2008 roku na spotkaniu grupy ekonomistów na zaproszenie premiera. Rozmawialiśmy w kilkanaście osób o kryzysie gospodarczym. Donald Tusk głównie słuchał. 

Pytam, bo jest Pan współautorem, wraz z Janem Rokitą, planu rządzenia Platformy Obywatelskiej na lata 2005 –2009. To chyba najpoważniejszy tego typu dokumentu w historii III RP, którego opracowanie współzlecał też Tusk. Wobec tego wydawałoby się zrozumiałe, że gdy napisze Pan książkę o tym, jak uratować Unię Europejską, to spróbuje Pan przekonać do niej starego znajomego, szefa Rady Unii Europejskiej. Donald Tusk zna Pana tezy?

Cóż, rzeczywiście książkę wysłałem. Otrzymałem podziękowanie z sekretariatu. Czy książka do Tuska dotarła i czy ją przeczytał, nie wiem. 

Paradoks euro, który napisał Pan wspólnie z Ernestem Pytlarczykiem, to wbrew pozorom książka mniej ekonomiczna, a bardziej polityczna. Powinna więc być skierowana w pierwszej kolejności chyba do polityków, a w dalszej dopiero do intelektualistów i ekonomistów?

Książka zajmuje się ekonomicznym konsekwencjami istnienia euro, ale pisana jest tak, by normalnie wykształcona osoba była w stanie ją przeczytać i zrozumieć. Pisząc o mechanizmach ekonomicznych, zwracamy uwagę na ich polityczne konsekwencje, które będą coraz silniejsze wraz z kolejnymi fazami kryzysu euro. Europejski Bank Centralny jest bowiem w stanie bronić waluty przed wahaniami rynkowymi, ale nie jest w stanie obronić Europy przed wyborcami w poszczególnych krajach. 

Nim przejdziemy do szczegółowych kroków, które Panowie proponują, chciałbym zapytać o błąd założycielski strefy euro. Czym była ta fundamentalna wada, która według Panów sprawia, że ten projekt nie mógł się udać ani od strony ekonomicznej, ani politycznej? 

Własna waluta jest bardzo istotnym mechanizmem dostosowawczym, który chroni międzynarodową konkurencyjność kraju, a także ułatwia jej odzyskanie w przypadku, gdy gospodarka z jakichś powodów ją utraci. Gdy kraj jest pozbawiony własnej waluty, ryzyko utraty konkurencyjności jest większe, a odzyskanie utraconej konkurencyjności znacznie trudniejsze. Wymagać może wielu lat stagnacji gospodarczej i wysokiego bezrobocia.

Własna waluta nie gwarantuje oczywiście pomyślności gospodarczej. Do tego potrzebne jest wiele czynników, w tym właściwa polityka gospodarcza. Jednak bez własnej waluty, w zmiennym otoczeniu gospodarki światowej, nawet przy zdrowej gospodarce ryzyko wpadnięcia w długotrwałe kłopoty jest znacznie większe. Przykładem może być Finlandia, przez długi czas wzór solidności fiskalnej i ikona innowacyjnej gospodarki, która od kilku lat zmaga się z problemem strukturalnej niekonkurencyjności. W 2016 roku realny poziom PKB w tym kraju był o 3% niższy niż w 2007 roku, czyli ostatnim roku przez wybuchem światowego kryzysu finansowego. W Polsce PKB wzrósł w tym czasie o 32%.

Jakie waluta ma znaczenie dla konkurencyjności danego kraju?

Mówiąc o międzynarodowej konkurencyjności mam na myśli zdolność gospodarki do wykorzystania krajowego zasobu pracy w warunkach otwartego handlu międzynarodowego.

Konkurencyjności międzynarodowej nie należy utożsamiać, ani mylić, z produktywnością, czyli wydajnością pracy, bo są to różne pojęcia. Wydajność pracy, czyli wielkość PKB wytwarzana przeciętnie przez jednego pracownika, jest powiązana z poziomem rozwoju gospodarczego mierzonego przez PKB na głowę mieszkańca. Kraje wyżej rozwinięte gospodarczo, bogate mają znacznie wyższą wydajność pracy niż kraje mniej rozwinięte. Natomiast konkurencyjność międzynarodowa nie zależy od poziomu rozwoju gospodarczego kraju. Zależy przede wszystkim od relacji między wydajnością pracy a płacami w firmach wytwarzających dobra podlegające wymianie międzynarodowej.

Kraj na każdym poziomie rozwoju gospodarczego może być konkurencyjny lub w innym momencie niekonkurencyjny. Kraje południa strefy euro takie jak Włochy czy Hiszpania utraciły konkurencyjność, co zaowocowało wysokim bezrobociem. Takich problemów z konkurencyjnością nie mają ani Chiny, ani Polska, choć wydajność pracy jest tam niższa niż we Włoszech i Hiszpanii. Nie mają problemów z konkurencyjnością również Niemcy, gdzie wydajność pracy jest wyższa niż we wszystkich wspomnianych tu krajach.

Jak doszło do tego, że Włochy i Hiszpania utraciły konkurencyjność?

Nastąpił tam duży wzrost płac znacznie przekraczający wzrost wydajności pracy. Gdy w 2010 roku wybuchł kryzys euro, oceniano, że kraje południa Europy powinny obniżyć płace w swoich gospodarkach od 10% do 30%. Gdyby oba państwa nie należały do strefy euro, to taka poprawa konkurencyjności mogłaby się dokonać poprzez osłabienie ich walut narodowych. Tak stało się w Polsce na przełomie 2008 i 2009 roku. Złotówka osłabiła się wówczas o 30%. 


Przypomnijmy czytelnikom, z czym się to wiązało. Przecież nie odczuliśmy specjalnie skutków tego zjawiska w naszych portfelach.

Płace nominalne w złotych pozostały niezmienione, ale w przeliczeniu na euro i inne waluty naszych partnerów handlowych obniżyły się. To był jeden z głównych czynników, który przyczynił się do tego, że w 2009 roku Polska była jedynym krajem w Europie, który zachował wzrost gospodarczy.

Natomiast te kraje w strefie euro, które utraciły konkurencyjność, nie mogły liczyć na mechanizm korekcyjny związany ze zmianą kursu walutowego. W związku z tym próbują realizować politykę, która się nazywa „polityką wewnętrznej dewaluacji”.

To znaczy?

Polega ona na tym, że próbuje się obniżyć popyt wewnętrzny poprzez obniżenie wydatków budżetowych i zwiększenie podatków z nadzieją, że wymusi to na krajowych przedsiębiorstwach obniżenie płac.

W swojej książce przekonujecie, że to płonna nadzieja.

Ekonomiści już od kilkudziesięciu lat mówią, że płace są „nieelastyczne w dół”Co to znaczy? Że nominalne płace łatwo rosną, gdy rośnie gospodarka. Natomiast gdy popyt spada, to firmy wcale nie obniżają płac. Obniżają wówczas zatrudnienie i produkcję, ale nie płace. Efektem polityki wewnętrznej dewaluacji jest spadek PKB i zatrudnienia oraz wzrost bezrobocia.

W 2016 roku kraje południa strefy euro miały PKB na poziomie nieprzekraczającym poziomu roku 2007. Niektóre wręcz znacznie niższy: Grecja o 25%, Włochy o 7%... Polska zaś, jak wspominałem, w porównaniu z 2007 rokiem miała PKB wyższe o ponad 30%! 

Odpowiadając więc na wyjściowe pytanie o błąd założycielski strefy euro: tym błędem jest pozbawienie państw członkowskich własnych walut. Tego błędu nie daje się w żaden dostępny sposób zrekompensować.

Ale dlaczego kontynuacja integracji nie miałaby rozwiązać tego problemu? Uważacie, że obszar strefy euro nigdy nie będzie mógł stać się optymalnym obszarem walutowym. Ale czemu unia walutowa, jeżeli decydenci postawią na silniejszą integrację, nie miałaby stworzyć odpowiednika Stanów Zjednoczonych, gdzie przecież gospodarczo zróżnicowane stany działają nie najgorzej z jedną walutą? 

Jeżeli jakiś kraj, który ma własną walutę, straci jako całość konkurencyjność, to może ją odzyskać poprzez dostosowanie kursu walutowego. Natomiast jeżeli w ramach dużego obszaru walutowego jakiś jego region utraci konkurencyjność, to jej odzyskanie jest bardzo trudne. Ciekawe są doświadczenia amerykańskie. Badania, które cytujemy w naszej książce, pokazują, że jeśli w USA powstaje lokalny kryzys powodujący wzrost bezrobocia, to nie dochodzi tam wcale do przywrócenie konkurencyjności przez „wewnętrzną dewaluację”  czyli obniżenie płac w tym kryzysowym regionie! 

Co zatem się dzieje? 
 
Ludzie wyjeżdżają. Takie lokalne kryzysy bezrobocia rozwiązuje się poprzez migracje do innych rejonów kraju. Najbardziej spektakularny przykład to Detroit. Miasto, które było stolicą amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego, straciło tysiące miejsc pracy, ale nie ma w nim poważnego problemu bezrobocia. Bezrobocie jest na poziomie minimalnie wyższym niż amerykańska średnia. Prawie dwukrotnie niższe niż w strefie euro! Co się więc wydarzyło? Otóż po prostu z Detroit wyjechali mieszkańcy. Z blisko dwóch milionów pozostało zaledwie ok. 700 000 ludzi. Problem polega w mieście na tym, że zmniejszona liczba mieszkańców nie jest w stanie utrzymać infrastruktury i spłacać długów miasta. Miasto ogłosiło bankructwo.

Co nam to mówi o potencjalnie „dokończonej” strefie euro?

Że nawet osiągnięcie w strefie euro takiej elastyczności rynku pracy jak w USA nie zapewni skuteczności procesu „wewnętrznej” dewaluacji w przypadku lokalnego pogorszenia konkurencyjności. W przypadku państwa członkowskiego strefy euro, które utraciło lub z jakiś powodów w przyszłości utraci konkurencyjność, jedynym ratunkiem przed wieloletnim utrzymywanie się wysokiego bezrobocia, jest i będzie wyłącznie masowa emigracja i wymuszone rozpłynięcie się narodu po Europie.

Uważam jednak, że ani długotrwała stagnacja, ani masowa emigracja ludności, nie są akceptowalnym rozwiązaniem dla państwa narodowego w Europie. Dla spójności Unii Europejskiej i państw członkowskich ważne jest, aby mieszkańcy Europy mieli jak najlepsze szanse na rozwój i dobrobyt we własnym kraju. Dlatego państwa europejskie nie powinny rezygnować z własnej waluty, której posiadanie ułatwia w sytuacji kryzysowej poprawę sytuacji na ich terytorium.

A co z niekonkurencyjnymi regionami wewnątrz państw członkowskich?

W wielu krajach występują takie regiony, z których młodzi ludzie emigrują. Nie jest to sytuacja dobra i nie ma na to zadawalającego rozwiązania. W Polsce takim przypadkiem jest województwo warmińsko-mazurskiego, gdzie od lat bezrobocie należy do najwyższych w kraju. Ludzie wyjeżdżają za pracą do Gdańska czy Warszawy, a na Mazurach budują sobie domki wypoczynkowe zamożni ludzie z całej Polski. Oczywiście, dobrze byłoby mieć mechanizmy poprawy konkurencyjności tego regionu, ale te migracje w ramach jednego państwa są znacznie łatwiej akceptowalne niż masowe przymusowe migracje między krajami.

W praktyce za własne niepowodzenia w Warszawie łatwiej winić Ukraińca, niż migranta spod Olsztyna?

Ludzie, którzy przyjeżdżają spod Olsztyna do Gdańska czy Warszawy, ani nie czują się jak w obcym kraju, ani nie są też traktowani jako obcy.

Widać tu znów prymat argumentów społeczno-politycznych nad ekonomicznymi. Powodem napięć, gdy mówimy o migracjach pomiędzy państwami, są przecież różnice kulturowe.

Takie migracje, gdy przekraczają pewną masę krytyczną, budzą podwójne napięcie: w kraju, z którego się wyjeżdża i w kraju, do którego przyjeżdżają migranci. Sytuacja staje się pożywką dla rozwoju ruchów nacjonalistycznych, populistycznych, antyeuropejskich. Jeżeli mówi się o optymalnym obszarze walutowym, to trzeba brać pod uwagę nie tylko względy czysto ekonomiczne. Gdybyśmy tylko na nich się koncentrowali, to moglibyśmy na przykład dojść do wniosku, że Szczecin powinien mieć tę samą walutę co Berlin, a nie tę samą co Białystok. Wszak ma więcej relacji gospodarczych z Berlinem niż Białymstokiem! Analogicznie, Londyn powinien wówczas mieć tę samą walutę co północne Niemcy i Francja, a nie jakieś odległe obszary na północy Wielkiej Brytanii. Same parametry ekonomiczne nie decydują o możliwości sprawnego funkcjonowania obszarów walutowych. Istotne jest określenie właściwego obszaru wspólnoty społecznej dla funkcjonowania jednej waluty.

Z istnieniem waluty związane są bardzo istotne mechanizmy dostosowawcze. Zarówno samoczynne, jak i instrumenty polityki ekonomicznej. Dlatego ten obszar powinien pokrywać się z obszarem wspólnoty, z którą ludzie realnie identyfikują się najsilniej. Można identyfikować się z różnymi wspólnotami w różnymi stopniu, ale dla obszaru walutowego należy wybrać tę, której ludzie w największym stopniu są gotowi powierzyć odpowiedzialność za swoje losy. Naszym zdaniem w ramach Europy taką wspólnotą jest państwo członkowskie, które z reguły ma wspólną kulturę i wspólny język. 

Stawiając tak poważne argumenty kulturowo-polityczne trudno w ogóle prowadzić bardziej pragmatyczne rozważania.

Uważam, że pragmatyzm polega właśnie na tym, że uwzględnia się istniejące uwarunkowania kulturowe i polityczne. Europa złożona jest z państw, w których żyją narody używające różnych języków i mających odrębne tradycje historyczne i kulturowe. Państwa członkowskie stanowią główne ośrodki identyfikacji i tożsamości obywateli, a także źródła demokratycznej legitymizacji organów władzy. Jeżeli państwo członkowskie strefy euro popada w kłopoty, z którymi bez własnej waluty nie jest w stanie sobie poradzić, to rosną w siłę ruchy populistyczne i antyeuropejskie, które gdy dojdą do władzy, mogą zagrozić nie tylko strefie euro, lecz istnieniu Unii Europejskiej, wspólnego rynku i w konsekwencji pokojowi w Europie.

Czy odpowiedzią na te niebezpieczeństwo nie może być zapowiadana dalsza integracja, stworzenie odrębnego budżetu strefy euro, by pobudzać te regiony, które mają problemy?

Transfery wewnątrz jednej strefy walutowej nie poprawiają konkurencyjności. Mogą jedynie finansować trwałe deficyty, ale paradoksalnie przyczyniają się do pogłębienie kryzysu konkurencyjności! Dobitnie pokazują to doświadczenia Niemiec i Włoch, które od lat usiłują poprzez politykę strukturalną podnieść konkurencyjność swoich zacofanych regionów. Przez wiele lat transfery fiskalne z zachodniej części Niemiec stanowiły corocznie 25% PKB dawnego NRD. W południowych Włoszech transfery fiskalne z Północy stanowią 16% lokalnego PKB. W obu przypadkach proces konwergencji się zatrzymał – te zacofane regiony nie są w stanie poprawić swojej konkurencyjności. Bezrobocie jest tam znacznie wyższe niż w pozostałych częściach tych krajów. W USA ubogie stany i terytoria zależne są od dziesiątków lat odbiorcami transferów ze środków federalnych, sięgających 10% lokalnego PKB, lecz to wcale nie powoduje poprawy ich konkurencyjności. Nie ma w tym nic zaskakującego, gdyż próba podciągnięcia niekonkurencyjnego regionu w ramach obszaru walutowego przez transfery fiskalne to sprzeczność sama w sobie. „Polityka wewnętrznej dewaluacji”, oficjalnie zalecana dotkniętym kryzysem krajom strefy euro, polega na ograniczaniu popytu wewnętrznego, aby wymusić obniżki płac. Tymczasem transfery fiskalne zwiększają popyt wewnętrzny i tym samym utrudniają odzyskanie konkurencyjności.

Skoro wiemy, że transfery nie działają, to czemu są pomysłem nie tylko na strefę euro, ale też wymienione państwa stosują je w polityce wewnętrznej? To świadoma polityka wyrównywania poziomu życia i utrzymywania politycznej spójności tych regionów?

Możemy odwołać się do doświadczeń funduszy unijnych w naszym kraju. Nikt nie kwestionuje, że fundusze unijne mają wpływ na jakość życia, mają znaczenie polityczne i istotnie zmieniają wygląd wielu regionów. Jednakże badania, które cytujemy w naszej książce (profesora Wojciecha Gorzelaka oraz zespołu w składzie: Jan Misiąg, Wojciech Misiąg i Marcin Tomalak) dowodzą, że te środki nie powodują trwałego wzrostu liczby miejsc pracy. Fundusze unijne pobudzają gospodarkę w chwili, gdy są wydawane, ale nie tworzą generalnie podstaw do wzrostu gospodarczego w przyszłości. W naszej książce podkreślamy, że kluczowym czynnikiem, który sprawia, że Polska stopniowo dogania bogatsze kraje europejskie, nie są fundusze unijne, lecz dostęp do rynku europejskiego i wymiana handlowa. Przychody z eksportu do UE są kilkunastokrotnie większe, niż środki netto otrzymywane z budżetu UE. Dzięki temu, że Polska ma zagwarantowany dostęp do rynku UE i jest na tym rynku konkurencyjna, firmy w naszym kraju dokonują inwestycji, w wyniku których rośnie wydajność pracy, rośnie PKB i systematycznie rosną płace. Wejście Polski do strefy euro stworzyłoby ryzyko utraty konkurencyjności międzynarodowej. Wtedy ten efektywny dotąd proces konwergencji mógłby się zatrzymać i luka rozwojowa między zamożnymi krajami Zachodu a Polską mogłaby się utrwalić na lata.

W Waszej książce twierdzicie, że wspólna waluta jest szkodliwym rozwiązaniem dla Europy i postulujecie kontrolowane rozwiązanie strefy euro. Jednocześnie uważacie, że jedynym państwem, które może taki proces zainicjować, jest Francja. Widzi Pan taki potencjał w wypowiedziach Emmanuela Macrona? Z jednej strony mówi o potrzebie silniejszej integracji wewnątrz dzisiejszej unii walutowej, z drugiej strony zdarzało mu się wspomnieć, że strefy euro za 10 lat może nie być. 

Na razie Macron mówi raczej o wzmocnieniu i dalszej integracji strefy euro. Warto jednak zastanowić się nad przyczyną klęski jego poprzednika. François Hollande przed pięciu laty wygrał wybory prezydenckie z lewicowym programem, w którego opracowaniu uczestniczył Macron. Po objęciu urzędu Hollande usiłował początkowo realizować swój program, a Macron został zastępcą szefa jego administracji w Pałacu Elizejskim. Po dwóch latach Hollande zdecydował się na zwrot w stronę bardziej liberalnego programu gospodarczego i Macron został wówczas ministrem gospodarki w rządzie Manuela Vallsa. Próby reform Vallsa i Macrona napotkały jednak na silny opór polityczny i niewiele z nich wynikło. Pod koniec kadencji Hollande był akceptowany tylko przez cztery procent Francuzów. Tak niski poziom poparcia dla urzędującego Prezydenta Francji to coś wręcz niewyobrażalnego. Hollande może nie jest politykiem wybitnym, lecz nie zrobił nic strasznego, co uzasadniałoby tak dramatyczną utratę popularności. Po prostu okazało się, że jako prezydent Francji był … bezradny. To nie wynikało z jakiś szczególnych cech jego osobowości, lecz przede wszystkim z sytuacji, w której się znalazł.

Co się zatem stało?

Otóż moim zdaniem główną przyczyną porażki Hollande’a było właśnie euro. Do czasu wprowadzenia wspólnej waluty, Francja była wiodącą siłą polityczną w Europie. Była inicjatorem i liderem integracji. Francuzom doskwierało jednak to, że to w sprawach walutowych pierwsze skrzypce w Europie grały Niemcy. Gdy niemiecki Bundesbank zmieniał stopy procentowe, inne kraje chcąc uniknąć zachwiania kursów swoich walut musiały podążać jego śladem. Wprowadzenie euro elity francuskie uważały za swój olbrzymi sukces, gdyż dzięki temu zakończył się żywot marki niemieckiej i dominacja Bundesbanku. Uważano, że wspólna waluta spowoduje wzmocnienie pozycji gospodarczej Francji w stosunku do Niemiec. Stało się jednak odwrotnie. Niemcy sobie poradziły. Natomiast Francja znalazła się w stagnacji i ma od lat wysokie bezrobocie. Pozbawiona własnej waluty nie ma możliwości manewru i znalazła się w pozycji bezskutecznego petenta w stosunku do Niemiec. To wszytko, to znaczy zarówno sytuacja gospodarcza, jak i degradacja pozycji politycznej Francji, przyczyniło się do wzrostu poparcia dla Frontu Narodowego Marine Le Pen.

Dlaczego Francja nie radzi sobie bez własnej waluty?

Ma problemy z utrzymaniem konkurencyjności i nie może liczyć na to, że sytuacja się poprawi poprzez dostosowanie kursu walutowego. Próbą odpowiedzi na ta sytuację miały być reformy, które usiłowano bezskutecznie podjąć w drugiej części prezydentury Hollande’a. Macron zapowiada, że on reformy przeprowadzi. Zliberalizuje rynek pracy i obniży wydatki budżetowe. Ekonomiści od dawna wskazują, że Francja potrzebuje takich reform. Problem w tym, że brak własnej waluty zasadniczo utrudnia ich przeprowadzenie. Co gorsza, w ramach strefy euro reformy takie nie wystarczą, by zasadniczo poprawić sytuacje kraju, który cierpi na problemy z konkurencyjnością.

Dlaczego brak własnej waluty utrudnia przeprowadzenie reform?

Reformy, o których tu mówimy, w pierwszym okresie spowodowałyby ograniczenie popytu i spowolnienie wzrostu gospodarczego. Gdyby Francja miała własną walutę, to ten efekt recesyjny mógłby zostać zrównoważony przez osłabienie waluty, który powoduje wzrost popytu na krajowe towary zarówno na rynku wewnętrznym, jak i na rynkach eksportowych. W większości przypadków na świecie, gdy tego typu programy dostosowawcze się udały, towarzyszyła im dewaluacja waluty krajowej, która poprawiała konkurencyjność gospodarki i łagodziła koszty ekonomiczne i społeczne reform. W przypadku Francji pozbawionej własnej waluty, takie wsparcie jest niemożliwe, a w sytuacji długotrwałej frustracji społecznej wywołanej wysokim bezrobociem, trudno jest podjąć działania, które w pierwszej kolejności spowodują dalsze pogorszenie sytuacji.

Powiedział Pan, że gdyby Macronowi udało się wprowadzić zapowiadane reformy, to i tak nie spowoduje to zasadniczej poprawy?

Aby poprawić swoją konkurencyjność międzynarodową Francja powinna obniżyć koszty pracy w relacji do kosztów u partnerów handlowych. Reformy rynku pracy tego nie spowodują. Jak mówiłem, nawet w USA, gdzie elastyczność rynku pracy uchodzi za niedościgły wzór dla Europy, sytuacja lokalnie podwyższonego bezrobocia nie powoduje spadku płac.

Drugim pomysłem Macrona jest wspólny budżet strefy euro i przeznaczenie środków na inwestycje mające ożywić gospodarki krajów przeżywających kłopoty. Jednakże, jak już wyjaśniałem, transfery ze wspólnego budżetu nie są w stanie rozwiązać problemu braku konkurencyjności kraju, a wręcz będą utrudniać odzyskanie konkurencyjności.

Więc co Waszym zdaniem powinien zrobić Macron?

Zaproponować Niemcom zainicjowanie kontrolowanego rozwiązania strefy euro, po to, aby ratować Unię Europejską i wspólny rynek.

Jeżeli Macron tego nie zrozumie, to z wielkim prawdopodobieństwem znajdzie się w tej samej sytuacji co Hollande. Za kilka lat jego poparcie będzie dramatycznie niskie. Następne wybory wygra wtedy prawdopodobnie kandydat Frontu Narodowego. 

Piszecie, że impuls do dekompozycji strefy euro wyjść musi właśnie od proeuropejskiego demokraty, a nie populisty. Ale gdyby wygrała Le Pen i to ona zaproponowała wyjście ze strefy euro, to widziałby Pan w tym nadzieję czy zagrożenie dla swojego projektu kontrolowanej rozbiórki? 

Zdecydowanie zagrożenie. Unia Europejska i wspólny rynek to wielkie osiągnięcia, które od dekad zapewniają wzrost gospodarczy i pokój. My proponujemy rozwiązanie strefy euro w taki sposób, by zminimalizować zaburzenia, które będą jego wynikiem. Chcemy zrobić to po to, by zachować Unię Europejską i wspólny rynek – a poglądy Le Pen w tym względzie są zupełnie inne.

Żeby ograniczyć potencjalne konflikty proponujemy, by rozwiązywać strefę euro w odwrotnej kolejności, niż dla wielu osób wydawałoby się to oczywiste. Jako pierwsi powinni odejść z niej najsilniejsi, a nie powinno wyrzucać się najsłabszych, jak często słyszeliśmy.

W drugiej części rozmowy Stefan Kawalec wyjaśnia, na czym polega problem Niemiec ze strefą euro oraz odpowiada na pytanie, czy impuls do jej kontrolowanej dekompozycji powinien wyjść z Polski.

Materiał powstał ze środków programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Promocja literatury i czytelnictwa”.

Podziel się artykułem:

Piotr Trudnowski
Redaktor naczelny jagiellonski24.pl. Członek zarządu Klubu Jagiellońskiego. Mąż Karoliny, ojciec Leona.
Stefan Kawalec
Współautor książki „Paradoks euro. Jak wyjść z pułapki wspólnej waluty?”. Były wiceminister finansów, jeden z twórców tzw. planu Balcerowicza. Prezes Capital Strategy.

Napisaliśmy już 2074 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

„Postmaterialistyczny zwrot” może okazać się szczególnie wartościowy z perspektywy zbliżających się wyborów samorządowych.

PiS idzie po nowe mieszczaństwo

PiS idzie po nowe mieszczaństwo

Bartosz Brzyski

Wasz premier, nasz Sejm – zdaje się mówić Jarosław Kaczyński do „pozytywistów”, „reformatorów” czy „gołębi” z obozu rządzącego.

Wasz premier, nasz Sejm

Wasz premier, nasz Sejm

Krzysztof Mazur

Czas na nowe otwarcie w polityce historycznej: zbudujmy pozytywistyczne Muzeum Cywilizacji w Łodzi.

Inka i Łukasiewicz na jednym cokole

Inka i Łukasiewicz na jednym cokole

Piotr Kaszczyszyn
Następny artykuł:

Rewolucja Macierewicza. Za państwo trzeba czasami umrzeć

Rewolucja Macierewicza. Za państwo trzeba czasami umrzeć