Uczmy się na błędach Francuzów. Cisza wyborcza do likwidacji

Piotr Trudnowski | 06-05-2017 12:54:54 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Uczmy się na błędach Francuzów. Cisza wyborcza do likwidacji
www.flickr.com/photos/mutualite/

Zamiast czekać, kiedy nieznanej proweniencji „hackerzy” będą próbowali i w Polsce wywrócić kampanię wyborczą na ostatniej prostej, już dziś przeprowadźmy zmianę, która zmniejszy siłę oddziaływania takiego ataku. Dotąd ciszę wyborczą można było krytykować z punktu widzenia jej absurdalności w świecie Internetu. Teraz widać, że jej utrzymanie może szkodzić bezpieczeństwu państwa i zagraża niezawisłości naszych politycznych wyborów.

W ostatnich chwilach przed rozpoczęciem ciszy wyborczej we Francji do sieci wyciekło 9 gigabajtów materiałów ze sztabu wyborczego prowadzącego w sondażach Emmanuela Macrona. Sztabowcy zdążyli ogłosić, że doszło do ataku hackerskiego, a w materiałach krążących po sieci autentyczne maile i dokumenty przemieszane są z fałszywkami. Komisja wyborcza poinformowała, że publikowanie informacji z przecieków przez media będzie karane zgodnie z przepisami o łamaniu ciszy wyborczej. Łatwo sobie wyobrazić, co musi dziać się we francuskiej sieci.

Z polskiego punktu widzenia nie ma specjalnego znaczenia, czy w papierach są fałszywki, czy autentyczne dokumenty. Nieważne, czy wyciek ostatecznie będzie miał tym razem wpływ na wybór Francuzów, czy nie. Drugorzędne, czy za atakiem rzeczywiście stoją grupy związane z Kremlem, czy niezależni „podpalacze Internetu” z 4chana albo po prostu kibicujący Marine le Pen amerykańscy alt-rightowcy. Ba, można sobie z łatwością wyobrazić nawet taki „wyciek”, który na pierwszy rzut oka będzie miał osłabiać jedną ze stron, zaś w praktyce okaże się „wyciekiem kontrolowanym”, który swą rzekomą ofiarę wzmocni.

Problem polega na tym, że w ciszy wyborczej swobodnie działają przestępcy, podczas gdy politycy, media czy instytucje publiczne nie mogą na te działania zgodnie z prawem reagować.

We francuskim przypadku wyciek nastąpił w ostatnich godzinach przed ciszą, więc sztab Macrona zdążył chociaż odnieść się do ataku. Następnym razem może być jeszcze gorzej. Sztabowcy, komisje wyborcze, mainstreamowe media i policja będą milczeć, a miliony obywateli w ostatnich chwilach przed oddaniem głosu czytać tony kwitów, oglądać zdjęcia i słuchać nagrań nie mając jednocześnie żadnych narzędzi, by zweryfikować ich prawdziwość.

To może się też wydarzyć w Polsce. Przypomnijmy sobie „wycieki” z afery taśmowej. Nie trzeba mieć specjalnie wyćwiczonej wyobraźni, by podobny scenariusz umiejscowić w realiach ciszy wyborczej. Jakiś szemrany „influencer” w rodzaju Zbigniewa Stonogi, który w sobotni poranek przed niedzielnym głosowaniem opublikuje linki do chińskich serwerów mające zawierać nagrania „świadczące” o  umoczeniu tego czy innego polityka? Kwity polskich partii trafią w ciszy wyborczej na któreś z rozpolitykowanych forów dyskusyjnych za granicą? A może „dowody” na rzekomy sojusz Andrzeja Dudy i Jarosława Kaczyńskiego z dawnym WSI w przeddzień wyborów opublikuje jakiś fan Aleksandra Ściosa?

O tym, że cisza wyborcza w realiach Internetu nie ma zbyt wiele sensu napisano już wiele. Wystarczy przypomnieć sobie twitterowe dywagacje o cenach warzyw na ryneczku, żeby zrozumieć, jak bardzo te przepisy nie spełniają swojej funkcji. W sieciach społecznościowych i tak trwają dyskusje i agitacja, a wyznaczenie precyzyjnej granicy między tym co w Internecie „prywatne” a co „publiczne” jest niezwykle trudne, a z pewnością już przekracza możliwości naszej Państwowej Komisji Wyborczej.

Skoro utrzymanie ciszy w sieci jest utopią, to pogódźmy się z tym, że czas zrezygnować z tych 40 godzin wolności od agitacji.

Niech kampania trwa, a wyłączone z niej będą jedynie okolice lokali wyborczych. Zamiast tego zastanówmy się, czy w kluczowym okresie kampanii wyborczej nie zabronić publikowania sondaży. Ich kreacyjna rola i wpływ na ostateczne decyzje Polaków są przecież w praktyce dużo istotniejsze, niż może okazać się prowadzona z otwartą przyłbicą partyjna agitka w dniu głosowania.

Likwidując ciszę wyborczą przede wszystkim jednak zapewnimy sobie możliwość reagowania na zewnętrzne wrzutki do polskiej kampanii. W kraju, w którym w czasie wyborów doszło do tak spektakularnej kompromitacji państwa, jak wybory samorządowe 2014, pokusa wpływu na wyniki wyborów przez nielegalne działania jest naprawdę duża. Fakt, że z każdym „wyciekiem” będzie można polemizować albo poddać go krytycznej ocenie debaty publicznej powinien ją osłabić.      

Uczenie się na cudzych błędach nie jest polską specjalnością. Tym razem mamy idealny pretekst i wystarczającą dużo czasu, by przetestować głosowanie bez ciszy wyborczej. Do czasu rozpoczęcia wyborczego maratonu lat 2018-2020 odbędzie się jeszcze szereg lokalnych referendów czy wyborów uzupełniających, które idealnie nadają się na pilotaż nowego stanu prawnego.

Projekt likwidujący ciszę wyborczą, autorstwa Nowoczesnej, już raz został w tej kadencji odrzucony. Przeciw zmianie opowiedział się PiS i PSL, a za dalszym procedowaniem projektu  były w większości, obok wnioskodawców, również Platforma Obywatelska i Kukiz’15. W debacie w lutym ubiegłego roku pojawiały się jednak głównie argumenty dotyczące frekwencji wyborczej i absurdalności prób cenzurowania Internetu. Francuski wyciek sprzed paru godzin dorzuca nam bardzo poważny argument dotyczący bezpieczeństwa. Wydaje się, że partia rządząca powinna go dobrze zrozumieć. Siłą rzeczy to dla niej – jak zawsze dla sprawujących władzę - największym zagrożeniem mogą być w kolejnych wyborach zewnętrzne wrzutki, na które nie będzie mogła zareagować.

Jeżeli chcemy, by Polacy podejmowali swoje polityczne decyzje w sposób możliwie suwerenny – znieśmy ciszę wyborczą już dziś. Dobrze by było, gdybyśmy za trzy lata nie musieli odmieniać przez przypadki przysłowia o Polaku mądrym po szkodzie.

Podziel się artykułem:

Piotr Trudnowski
Redaktor naczelny jagiellonski24.pl. Członek zarządu Klubu Jagiellońskiego. Mąż Karoliny.

Napisaliśmy już 1900 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Postęp technologiczny nie jest wynalazkiem czasów nam współczesnych, a wypieranie pewnych zawodów przez technologię towarzyszy nam od wieków.

Przyjdzie robot i zabierze nam pracę. Czy naprawdę musimy się bać nowych technologii?

Przyjdzie robot i zabierze nam pracę. Czy naprawdę musimy się bać nowych technologii?

Karol Wałachowski

Polska potrzebuje demonopolizacji rynku przewozów kolejowych o charakterze użyteczności publicznej oraz zniesienia barier w dostępie do rynku połączeń komercyjnych.

Monopol PKP Intercity uderzy w polskie firmy

Monopol PKP Intercity uderzy w polskie firmy

Bartosz  Jakubowski

Istnieją trzy powody, dla których włodarze polskich miast zainwestowali w ostatnich latach miliony złotych w transport tramwajowy.

Polskie miasta stawiają na tramwaje

Polskie miasta stawiają na tramwaje

Maciej Dulak
Następny artykuł:

Instytuty badawcze muszą wyjść z PRL-u

Instytuty badawcze muszą wyjść z PRL-u