Lewa strona odpowiada: Ciołkoszowie

Bartosz Wójcik | 25-03-2017 10:35:56 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Lewa strona odpowiada: Ciołkoszowie
Autor: Rafał Gawlikowski

Lidia i Adam Ciołkoszowie. Małżeństwo-symbol tragicznego losu polskich socjalistów. Dzielili ze sobą codzienność, dzielili poglądy, a od pewnego momentu także wysoką pozycję w szeregach Polskiej Partii Socjalistycznej. W wyborze podjętym u progu odrodzonej Polski pozostali konsekwentni. Walcząc o socjalizm, nigdy nie zrezygnowali z drugiego, nieodłącznego w ich przekonaniu hasła – niepodległości.

Dlaczego PPS? Oboje – urodzeni u progu XX stulecia – dorastali w atmosferze wrażliwości społecznej i kultu Piłsudskiego.  Dla Lidii, zasymilowanej polskiej Żydówki, przeciwstawiająca się antysemityzmowi partia była naturalną kontynuacją fascynacji Żeromskim i działalności w szkolnej, polsko-żydowskiej – alternatywnej dla ZHP, do którego dzieci wyznania mojżeszowego nie przyjmowano – Drużynie im. Tadeusza Kościuszki. Od harcerstwa zaczynał także Adam, który z kolei pod wpływem narastającego w ZHP nacjonalizmu, organizację tę opuścił.

Nim to jednak nastąpiło, trafił do odrodzonej armii polskiej, w której szeregach brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej, a rok później w III powstaniu śląskim. Zdążył się także zasłużyć (jako dziewiętnastolatek!) podczas akcji plebiscytowej na Warmii, gdzie został mianowany dowódcą Naczelnej Komendy Organizacji Harcerskiej.

To w okresie walk o granice, podczas których bił się głównie u boku robotników, klarować się miała jego ideowa tożsamość.

Z socjalizmem na dobre związali się na studiach. Ciołkosz niemal natychmiast stanął na czele Sekcji Akademickiej PPS Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z czasem wszedł także do władz Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej, w którym rozpoczął swą, mającą trwać dekadami, walkę z wpływami komunistów. Wtedy też, co z czasem stanie się charakterystyczne dla jego drogi, zaczął głosić konieczność współpracy z organizacjami studenckimi mniejszości narodowych. Po ukończeniu studiów w Szkole Nauk Politycznych i uzyskaniu absolutorium na Wydziale Prawa UJ objął stanowisko sekretarza redakcji, sztandarowego obok „Robotnika”, socjalistycznego pisma „Naprzód”.

Lidia Kahan, bo tak brzmiało jej panieńskie nazwisko, choć partyjnym stażem przewyższała Ciołkosza, w akademickim życiu politycznym nie była tak aktywna. Poza rozwijaniem  szerokich – ukończyła polonistykę, historię oraz Studium Pedagogiczne – zainteresowań badawczych, włączyła się w oświatową działalność Towarzystwa Uniwersytetu Ludowego. Tam też poznali się, a w 1925 roku wzięli ślub. Rok później, w wyniku zamachu majowego, polska rzeczywistość polityczna uległa głębokiej przemianie. Kierownictwo PPS w sądnych dniach poparło Józefa Piłsudskiego, błędnie upatrując w jego posunięciu szans na „powrót do realizacji prawdziwej demokracji i ideałów legionowych”.

Za socjalizmem, przeciwko komunistom

Dwa główne nurty PPS stanowiły wówczas odpowiednio: grupa starych towarzyszy Piłsudskiego z okresu walk o niepodległość, pozostająca zdecydowanie pod wpływem jego autorytetu, której przewodził pierwszy premier Polski – Jędrzej Moraczewski oraz najsilniejsza w partii frakcja, umiarkowanych społecznie działaczy, silnie akcentująca niepodległościowe tradycje partii, ale do Piłsudskiego coraz bardziej sceptyczna z Tomaszem Arciszewskim, Mieczysławem Niedziałkowskim i Kazimierzem Pużakiem na czele. Na marginesie funkcjonowały też środowiska komunizujące.

Ciołkoszowie nie zaliczali się do żadnej z powyższych grup i w partii odbierani byli jako zwolennicy kolejnej, kształtującej się dopiero frakcji młodych działaczy o szczególnie radykalnym usposobieniu społecznym, domagających się konfrontacji z sanacją i odrzucających wszelkie z nią kompromisy. Jej nieformalnym liderem był przyszły przyjaciel Ciołkoszów, Zygmunt Zaremba. Na kongresie partii w 1934 r. to właśnie z tego środowiska wypłynie – budząca dziś kontrowersje – uchwała, postulująca wprowadzenie w okresie przejściowym przy przejmowaniu władzy przez PPS  dyktatury proletariatu. Mimo że „starzy” byli wobec zgłoszonej przez Zarembę propozycji ostentacyjnie niechętni, propozycja przeszła. Ciołkosz nie głosował – przebywał w więzieniu, jednak kierunek ten był mu wówczas bliski.

Równie radykalny jak nastawienie społeczne był ich stosunek do kwestii niepodległości. Jej zagrożenia upatrywali zarówno w zdobywającym coraz większą popularność ruchu faszystowskim, jak i w stanowiącym (co stwierdzi po latach Ciołkosz) potworną karykaturę socjalizmu – komunizmie. Występując publicznie Ciołkosz często podkreślał zbrodniczy charakter stosunków panujących w Związku Sowieckim, podnosząc problem powszechnych represji politycznych oraz ducha militaryzmu, w jakim wychowywano młodzież za wschodnią granicą. Przeciwko komunizmowi – jak przekonywali – wymierzony był również wspomniany wyżej radykalizm społeczny, utrudniający komunistycznym wtyczkom i agitatorom występowanie w roli „jedynych prawdziwych”, bezkompromisowych obrońców sprawy robotniczej.

Faszyzm przez Kraków nie przejdzie

W takim też duchu Ciołkosz sprawował swój mandat, gdy na mocy wyborów z 1928 roku, jako jeden z najmłodszych posłów wszedł do Sejmu z rodzinnego okręgu tarnowskiego. Ciołkoszowie przeprowadzili się wówczas do Tarnowa, gdzie jednak szybko musieli zrezygnować z własnego mieszkania. Paradoksalnie, powodem tego kroku było trudne położenie materialne.

W PPS obowiązywał bowiem zwyczaj, że tylko 1/3 poselskiego uposażenia przysługiwała parlamentarzyście. Pozostałe 2/3 przekazywał on na rzecz redakcji „Robotnika”, fundusz przyszłej kampanii oraz zapomogi i poręczenia dla znajdujących się w trudnym położeniu, nierzadko karanych za udział w strajkach, robotników.

Pracę parlamentarną (angażował się choćby w działania na rzecz zmiany obowiązującej ciągle na szczeblu samorządowym w Galicji, kurialnej „C-K ordynacji” wyborczej, która siłę głosu uzależniała od statusu majątkowego [sic!]) łączył z równie częstą, co głośną, pracą w terenie. Objawiała się ona dziesiątkami wieców, odczytów oraz bezpośrednim udziałem w strajkach. Piętnując „faszystowskie zapędy obwiepolskie [od Obozu Wielkiej Polski Romana Dmowskiego]” coraz wyraźniej dawał się poznać jako przeciwnik reżimu sanacyjnego, choć, co znamienne dla ówczesnego stosunku socjalistów, zdarzało mu się jednocześnie podkreślać pozytywną rolę samego Piłsudskiego.

W czerwcu 1930 r. był jednym z czołowych organizatorów największej w dziejach pomajowej Polski manifestacji opozycyjnej – Kongresu Obrony Prawa i Wolności Ludu. W trakcie przygotowań do imprezy został do nieprzytomności pobity przez byłych PPS-owców, związanych wówczas z sanacyjną grupą rozłamową. O atmosferze Ciołkoszowskich wieców najlepiej świadczy, odnotowany przez właściwe służby, fragment przemówienia.

Krytykując brak swobód demokratycznych, wyśmiewał pozycję prezydenta w Polsce, mówiąc: „W Warszawie krąży powiedzenie, iż prezydenci RP nie mają szczęścia, ponieważ jednego zastrzelono jak psa, drugiego wypędzono jak psa, trzeci słucha jak pies”.

Wypowiedź ta została uwzględniona w trakcie najgłośniejszego procesu II RP – procesu brzeskiego, w ramach którego Ciołkosz był jednym z oskarżonych. Został skazany na 3 lata.

Wówczas część obowiązków uwięzionego posła przejęła, pozostająca dotąd w cieniu, koncentrująca się na pracy społecznej, Lidia. Na nią też spadł ciężar poprowadzenia kampanii wyborczej PPS. Nie była jednak – i to ogromnie jej pomogło – dla tarnowskich robotników postacią anonimową. Odkąd jej mąż został posłem, prowadziła liczne odczyty i kursy oświatowe. Organizowała też kolonie letnie dla robotniczych dzieci. Do historii przeszła przywołana po latach słodko-gorzka relacja Ciołkosza z jednej z rozmów z „robociarzami”, gdy ci, nieświadomi pochodzenia Lidii, apelowali: „Mamy do Was, towarzyszu Ciołkosz, prośbę: nie przysyłajcie nam na mówców żadnych Żydów, najlepiej niech zawsze przychodzi towarzyszka Ciołkoszowa”. Lidia sprostała zadaniu, o czym najlepiej świadczy wyjątkowo dobry wynik „Centrolewu” w okręgu tarnowskim (stronnictwa opozycyjne, w tym PPS, startowały wówczas ze wspólnej listy). Lista zdobyła ponad 30 tys. głosów więcej od rządowej. Rezultat imponował szczególnie na tle wyników ogólnopolskich, gdzie sanacyjny Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem zdobył większość bezwzględną.

Pozycja Ciołkoszów w partii rosła.

Po wyjściu na wolność, Adam, przez kilka lat będący wcześniej najmłodszym członkiem ścisłego kierownictwa PPS, został przewodniczącym krakowskiego komitetu partii, jednego z najważniejszych w skali całego kraju. Nieco wcześniej członkinią elitarnej Rady Naczelnej została Lidia.

„Góra” liczyła, że Ciołkosz będzie w stanie z jednej strony zmobilizować strategiczny okręg – pierwsza połowa lat 30. to dla PPS okres ogromnego spadku wpływów, z drugiej zaś – przeciwstawić się coraz popularniejszym tam tendencjom jednolitofrontowym [chodzi o jednolity front socjalistów i komunistów].

Na etapie krakowskim Ciołkoszowie zaczęli zmieniać działalność na przede wszystkim antyendecką. Uważali, że los reżimu sanacyjnego, skompromitowanego krwawym stłumieniem wystąpień robotniczych w Krakowie i Lwowie wiosną 1936 roku, przy tym pozbawionego już autorytetu Piłsudskiego, jest przesądzony. Za główną potrzebę chwili uznawali przygotowanie się na nieuniknione (był to pogląd całej PPS) –generalne starcie z narodowcami. Utwierdzały ich w tym takie zjawiska, jak coraz brutalniejsze akademickie wystąpienia oenerowców czy sensacyjny marsz na Myślenice, przeprowadzony przez związanego ze Stronnictwem Narodowym Adama Doboszyńskiego. Wykazywały one dobitnie stopień anarchizacji kraju i bezradności – w innych sytuacjach nazbyt opresyjnej – władzy. Utrzymywali również kierunek antykomunistyczny, co paradoksalnie ułatwiała im sama Moskwa – do Polski via Łotwa zaczęły właśnie napływać szokujące informacje o czystkach i procesach dokonujących się w ZSRR, które w szeregach Komunistycznej Partii Polski wywoływały dezorientację i zamęt. Okres ten to wreszcie zbliżenie do ruchu ludowego, a szczególnie jego najbardziej radykalnej części – Związku Młodzieży Wiejskiej „Wici”. PPS, po latach bolesnej defensywy obliczonej na jako takie utrzymanie się na powierzchni, odbijała się od dna i zaczynała imponująco rosnąć. 

Jednak Kraków to także bogate życie towarzyskie w środowisku młodych socjalistów. Interesujące, że w kręgu najbliższych przyjaciół Ciołkoszów znaleźli się wówczas Wanda Wasilewska oraz późniejszy premier PRL, a wówczas błyskotliwy ulubieniec wroga publicznego komunistów Kazimierza Pużaka – Józef Cyrankiewicz. Z Wandą, znaną jeszcze z okresu studiów, rozstaną się na zawsze, gdy stanie się jasne jej ostateczne przejście na pozycję współpracy z komunistami. Zerwanie z Cyrankiewiczem przyjdzie znacznie później i zaboli ich szczególnie. Jednak właśnie na tle losów Wasilewskiej i Cyrankiewicza, droga wybrana przez Ciołkoszów imponuje ze zdwojoną siłą.

Ostatni etap politycznej aktywności Ciołkoszów w wolnej Polsce przypadł na wybory samorządowe, odbywające się w grudniu 1938 roku. Leitmotivem prowadzonej przez Ciołkosza kampanii było radykalne przeciwstawienie się coraz wyraźniej totalistycznemu kierunkowi obozu narodowego. „To polska odmiana hitleryzmu! Wołają o Wielką Polskę, ale chcą małego Krakowa, w którym wszystkie szyby byłyby wybite, a połowa ludzi chodziłaby z głowami pokrwawionymi od ciosów endeckich pałkarzy” – pisał w broszurze Faszyzm przez Kraków nie przejdzie, konkludując: „Endecja to stronnictwo skarlenia i małości duchowej”.

Przenosząc na grunt krakowski doświadczenia z Tarnowa, Ciołkoszowie nawoływali do współpracy z ugrupowaniami żydowskimi, przede wszystkim z socjalistycznym Bundem. Taktyka okazała się skuteczna – w Krakowie socjaliści w porozumieniu z Żydami zdobyli większość mandatów, jednak dokonany przez nich wybór na prezydenta miasta Mikołaja Kwaśniewskiego, piłsudczyka- demokraty, a na jego zastępcę Antoniego Pajdaka z PPS, został zignorowany przez sanacyjny OZON [Obóz Zjednoczenia Narodowego], wskutek czego aż do wybuchu wojny miastem zarządzał narzucony odgórnie komisarz.

Londyn Sikorskiego jak Warszawa za Piłsudskiego

We wrześniu Adam, jako skazany za przestępstwa polityczne, nie został przyjęty do wojska. PPS-owskie małżeństwo, podobnie jak setki tysięcy Polaków, rozpoczęło tułaczkę, która dla nich miała okazać się wyborem na całe życie. Po krótkim pobycie w znajdującym się pod sowiecką okupacją Lwowie, postanowili się rozdzielić – on udał się na Zachód przez granicę rumuńską; ona z dzieckiem wyruszyła drogą dłuższą, lecz względnie bezpieczniejszą, przez Litwę. W lutym 1940 roku oboje znaleźli się w Paryżu.

Adam wszedł do stanowiącej emigracyjną namiastkę parlamentu Rady Narodowej, jednak jego zasadniczą rolą była reprezentacja na wychodźstwie punktu widzenia krajowego podziemia socjalistycznego, na którego czele stali Kazimierz Pużak i Zygmunt Zaremba. Wśród postaci wchodzących w skład Komitetu Zagranicznego PPS dominowali działacze „drugiego garnituru”, często pozostający pod wpływem gen. Sikorskiego, niekiedy przejawiający sympatie jednolitofrontowe. Ciołkoszowie, szczególnie zaś Adam, radykalnie antykomunistyczni, mieli równoważyć te tendencje, występując z bardzo silnym mandatem Kraju. Takie też stanowisko zajmowali, ustawiając się coraz wyraźniej w opozycji do rządu.

Równolegle jednak Ciołkosz starał się oddziaływać na gabinet Sikorskiego pozytywnie, proponując kolejne posunięcia, które przeczyłyby powszechnemu przekonaniu o Polsce jako kraju reakcyjnym i antysemickim, często określanym wprost mianem faszystowskiego. Te niezwykle szkodliwe dla sprawy polskiej tendencje umiejętnie podsycali wszechobecni agenci wpływu Kremla.

Ciołkosz nawoływał do podjęcia stanowczych kroków na rzecz zbliżenia z mniejszościami narodowymi, proponując m.in. wprowadzenie ukraińskiej i białoruskiej audycji w nadawanym z Zachodu polskim programie radiowym; utworzenie ukraińskich jednostek w Polskich Siłach Zbrojnych; wprowadzenie przedstawicieli mniejszości kresowych do Rady Narodowej.

Głosił również konieczność jednoznacznej rezygnacji z popularnego w Polsce przedwojennej programu przymusowej emigracji Żydów, który to program „wywoływał fatalne wrażenie”, uderzając jednocześnie – co trzeźwo zauważał – w politykę Wielkiej Brytanii. Był przekonany, że poparcie Zachodu utrzymać może jedynie Polska jednoznacznie demokratyczna, szanująca swoje mniejszości. We współpracy z mniejszościami widział też szansę na ratowanie przedwojennej granicy wschodniej, coraz wyraźniej zagrożonej ambicjami Stalina. „Lepiej, jak będziemy bronić ich wspólnie z Ukraińcami i Białorusinami, niż w osamotnieniu” – stwierdzał.

O ile Sikorski, w przeciwieństwie do wielu innych polityków prawicowych, znał Zachód i rozumiał wagę zabiegania o ostentacyjnie wręcz demokratyczny charakter powojennej Polski, o tyle w kwestii granicy wschodniej i stosunków z ZSRR prowadził – co być może też ze wspomnianej znajomości wynikało – politykę dla WRN-owskiego nurtu PPS nieakceptowalną. Ciołkosz, podobnie jak krajowy ośrodek partii, za kapitulancki uznał podpisany latem 1941 r. układ Sikorski-Majski. Na jego mocy z łagrów sowieckich wyszło kilkaset tysięcy obywateli polskich, co doceniano, zwracając jednak uwagę, na brak w dokumencie gwarancji sowieckich dla przedwojennej granicy wschodniej. „Będzie to miało dla nas tragiczne konsekwencje” – uważał. Kwestia stała się osią toczonego pomiędzy politykami, aż do śmierci generała, sporu.

Należy podkreślić, że w Komitecie Zagranicznym PPS zasiadali także liczni zwolennicy polityki Sikorskiego. Niekiedy zasadnicze wręcz różnice nie przeszkodziły im wspólnym wysiłkiem powołać jeszcze wiosną 1941 r. Polskiego Biura Informacji Społecznej. Jego zadaniem było wydawanie anglojęzycznego biuletynu zbierającego, a następnie prostującego, szkalujące Polskę informacje oraz stawiającego sobie za cel wpływanie w duchu propolskim na masy Labour Party i związków zawodowych. W jednym z listów poprzedzających powołanie Biura, Ciołkosz pisał: „Nie możemy pozwolić sobie na to, by rząd ten zwalczać i od niego się odciąć [...]. Nasz wysiłek polegać musi na tym, aby uczynić wszystko, co możliwe, by temu rządowi nadać oblicze demokratyczne”.

O wysokim poczuciu odpowiedzialności Ciołkosza świadczy również jego stosunek do „polowania na sanatorów”, którego twarzami byli bardzo bliscy współpracownicy Sikorskiego – gen. Izydor Modelski i prof. Stanisław Kot. Mimo że niewielu emigracyjnych polityków „zawdzięczało” reżimowi sanacyjnemu tyle, co on sam, wyraźnie dystansował się od prowadzonej w atmosferze mściwości i małostkowości kampanii rozliczania piłsudczyków, uważając, że jest ona niezbędna, ale dopiero po zakończeniu wojny. Broniąc swojego stanowiska, podkreślał: „Sprawa Brześcia jest dziś zgoła niewspółmierna z tym ogromem cierpień, jaki rozlał się na polską ziemię”. Równocześnie w rozmowach i korespondencji prywatnej zwracał uwagę na analogie między zdominowanym przez Sikorskiego obozem londyńskim a rolą Piłsudskiego w Polsce przedwojennej.

Niedoszły premier na uchodźctwie

W okresie tym Lidia Ciołkoszowa pozostawała wyraźnie w cieniu męża, konsekwentnie wspierając go w zajmowanym stanowisku na forum Komitetu Zagranicznego PPS. Sama koncentrowała się na pracy w zarządzie Światowego Związku Polaków z Zagranicy „Światpol”, wspierającego Polonię i nagłaśniającego problematykę polską. Gdy w wyniku konfliktu z Sikorskim Ciołkosz na pewien czas straci niemal wszystkie dotychczasowe stanowiska, to na nią spadnie materialny ciężar utrzymania rodziny. Tymczasem w kraju dokonywała się zagłada ludności żydowskiej, która nie oszczędziła także jej bliskich. Wojnę, w obozie koncentracyjnym, przeżyje tylko brat Lidii.

Co ciekawe, po tragicznej śmierci Sikorskiego to Ciołkosz był pierwszym politykiem, do którego zwrócił się prezydent Raczkiewicz z propozycją objęcia teki premiera.

Ten możliwość podobnego rozwiązania odrzucił, paradoksalnie popierając kandydaturę ludowca, Stanisława Mikołajczyka, która oznaczała kontynuację dotychczasowej linii. Na jego zastępcę proponował Jana Kwapińskiego z PPS. Co wpłynęło na stanowisko czołowego socjalisty „polskiego Londynu”?

Nie znamy odpowiedzi na to pytanie. Być może chłodny realizm, w myśl którego, po ostrych kampaniach przeciw byłemu premierowi i Naczelnemu Wodzowi, nie mógł liczyć na niezbędne do realizacji skutecznej polityki poparcie Anglików. Być może – lęk przed odpowiedzialnością i obawa – o której pisze biograf Ciołkosza, prof. Andrzej Friszke – że tego typu rząd, bez udziału Stronnictwa Ludowego, stać by się musiał zakładnikiem prawicy. Niewątpliwie odmowa ta może rodzić pewne wątpliwości co do jego, wyraźnie krytycznej wobec zbyt „miękkiej” polityki kolejnych rządów, postawy. Ostatecznie jako przedstawiciel PPS poparł publicznie nowo wybrany gabinet Mikołajczyka i Kwapińskiego, podkreślając, że na jego czele stoją chłop i robotnik, co świadczyć miało o jego wybitnie demokratycznym charakterze.

Gdy w 1944 roku kolejne miesiące bezwzględnie weryfikowały nadzieje polskiej emigracji, Ciołkoszowie, podobnie jak inni podzielający ich antysowiecką linię członkowie Komitetu Zagranicznego PPS, byli rozdarci. Nie ukrywali swojej niechęci do Mikołajczyka i braku wiary w skuteczność jego ugodowej polityki. Z drugiej strony PPS trwała w rządzie, czekając na rozwój sytuacji w Kraju. W obliczu dramatu Powstania socjaliści zaproponowali własny, odrębny od mikołajczykowskiego projekt kompromisu, dopuszczający do planowanego rządu komunistyczną Polską Partię Robotniczą, ale odrzucający dotychczasowe żądania Moskwy i sugestie Londynu. Propozycja ta miała charakter czysto manifestacyjny, co Ciołkosz doskonale wiedział, stwierdzając wprost – od września 1939 roku celem ZSRR jest zniszczenie państwa polskiego i dodając: „Jesteśmy gotowi do każdego uczciwegokompromisu. [...] Odrzucamy kapitulację, nasz naród sobie na nią nie zasłużył”. Co ciekawe, w przeciwieństwie do większości obozu „niezłomnych”, do końca życia nie potępiał, a wręcz aprobował decyzję o wybuchu Powstania, uważając je za akt nieunikniony, który odegra jeszcze istotną rolę w dążeniach niepodległościowych narodu polskiego.

W obliczu ustąpienia Mikołajczyka i powołania „rządu protestu narodowego”, na którego czele stanął ściągnięty specjalnie z Kraju nestor PPS, Tomasz Arciszewski, Ciołkosz nie zdecydował się wejść do niego. Swoją decyzję motywował brakiem w nim realizujących wówczas politykę „ugodową” ludowców oraz obecnością, a nawet – co podkreślał – dominacją Stronnictwa Narodowego. Uważał, że ten egzotyczny socjalistyczno-endecki mariaż będzie zarazem idealnym paliwem dla coraz wyraźniej atakującej „reakcyjną emigrację” propagandy komunistycznej, jak i posunięciem kompletnie niezrozumiałym dla Anglików, wyczulonych na punkcie polskiego nacjonalizmu. Czy miało to dla nich jakiekolwiek znaczenie? Nie wiadomo, natomiast faktem jest, że Churchill oraz jego następca, Clemens Attlee, od samego początku ignorowali istnienie Arciszewskiego, ani razu nie decydując się na spotkanie z nim.

Wraz z decyzją Adama, Ciołkoszowie, pozostając lojalnymi wobec rządu, w pewnym sensie zrywali więzy ze swoim dotychczasowym środowiskiem. Dla „niezłomnych” stawali się niewystarczająco niezłomni. Przez „ugodowców” odrzuceni zostali już poprzednio, na etapie gorących sporów o postawę wobec zaborczej polityki Stalina, w której zresztą pozostawali konsekwentni. Lidia kontynuowała swoją pracę w „Światpolu”, co pozwalało im utrzymać się na coraz mniej przychylnym gruncie londyńskim.

„Słuchaliśmy Churchilla [...], Anglicy wiwatowali, ja gorzko płakałam, Adam stał przygnębiony”

Ciołkosz natomiast starał się wykorzystywać swoje rozległe znajomości w międzynarodowym ruchu socjalistycznym, na forum którego zabiegał o poparcie dla sprawy niepodległości Polski wśród liderów europejskiej lewicy.

Spotykał się z czołowymi postaciami Labour Party – zarówno bliskimi Polsce, by wspomnieć lorda Hendersona czy Denisa Healeya; jak i zdecydowanie „grającymi” przeciw nam, jak Harold Lasky. Kontaktował się także z byłym premierem Francji, Leonem Blumem oraz przewodniczącym Międzynarodówki – Camillem Huysmansem. Wskutek jego interwencji, ten ostatni, otwierając pierwszy zjazd Międzynarodówki, w nawiązaniu do „lubelskiej” delegacji polskiej, powiedział: „Są tu tacy, którzy tu być nie powinni, nie ma takich, którzy tu być powinni”. Podczas licznych konferencji, poza demaskowaniem zbrodniczego charakteru instalowanego nad Wisłą reżimu, zwracał też uwagę na rosnące zagrożenie niemieckie. W tym samym czasie premier Arciszewski publicznie zrzekał się Ziem Zachodnich, podnosząc priorytetowość oddania Polsce Wilna i Lwowa. Zdaniem Ciołkosza był to poważny błąd, co potęgowało rozdźwięk między nim a rządem.

8 maja 1945 r. ulice Londynu opanowały rozentuzjazmowane tłumy Anglików, świętujących koniec zwycięskiej wojny. Płomienne przemówienie wygłosił wówczas Winston Churchill. „Słuchaliśmy Churchilla [...], Anglicy wiwatowali, ja gorzko płakałam, Adam stał przygnębiony” – przywoływała ten dzień Lidia.

Jak widzieli swoją dalszą drogę? Najlepiej świadczyć o tym może fragment przejmującego artykułu zamieszczonego przez Ciołkosza na łamach „Robotnika polskiego w Wielkiej Brytanii”: „Obowiązkiem naszym jest mówić prawdę. [...] Nie liczymy na nowe konflagracje wojenne – Polska straszliwie potrzebuje pokoju. Nie liczymy dziś na zbrojne rewolucje ani powstania. Nie stać nas na nie. Świat odmówił nam nawet prawa do obrony koniecznej. [...] Tylko świat prawdziwej demokracji ludowej i socjalistycznej uszanuje nasze prawa. [...] Z nią zespalać będziemy sprawę Polski, a nie z takimi czy innymi imperialistycznymi interesami”.

W maju 1946 roku, korzystając z okazji, jaką był wspomniany już pierwszy powojenny organizacyjny zjazd Międzynarodówki Socjalistycznej, Ciołkoszowie nawiązali kontakt ze swym dawnym przyjacielem – Józefem Cyrankiewiczem. Pełnił on wówczas funkcję sekretarza generalnego krajowej PPS, podporządkowanej komunistom. „Gdy otworzyłam mu drzwi, popłakał się” – wspominała Lidia. W okresie tym szczególnie doły partii, zdominowane w wielu regionach przez działaczy niepodległościowej WRN (w czasie okupacji był nim także Cyrankiewicz), zajmowały ciągle stanowisko krytyczne wobec PPR.

Mimo znanej powszechnie swej niechęci do Mikołajczyka, oboje przekonywali Cyrankiewicza do odwrócenia PPS na stronę Polskiego Stronnictwa Ludowego, w czym upatrywali ostatnich szans na ratowanie ustroju demokratycznego i suwerenności Polski. Szczegóły tej rozmowy na zawsze pozostały między nimi. Cyrankiewicz nie ugiął się, co dla Ciołkoszów było głębokim, bolesnym zawodem.

Klęską zakończyły się też nadzieje na utworzenie, wraz z przybyłym na Zachód czołowym działaczem podziemnego PPS-WRN, Zygmuntem Zarembą, alternatywnego wobec pozbawionego znaczenia i zdominowanego przez endecję rządu, ośrodka polskiej opozycji demokratycznej. Nie udało się tego dokonać ani pod sztandarem PPS, ani nieco później, gdy nawiązano współpracę z młodymi, demokratyczno-radykalnymi piłsudczykami i częścią chadecji. Równolegle rząd warszawski – po wykończeniu PSL – zabierał się, przy budzącej  odrazę postawie Cyrankiewicza (co podkreślał w swej publicystyce Ciołkosz) za resztki niezależnych struktur PPS. Odpowiedzią emigracji był symboliczny, utrzymany w duchu przedwojennym zjazd partii w Point a Lesse. Tylko tyle i aż tyle można było zrobić.

Ciołkoszowie – patroni KOR-u

Tematem na osobny tekst są ich dalsze perypetie w bogatej mozaice, często gorzkich, emigracyjnych sporów i rozłamów. Nie ustrzegł się ich także wychodźczy ruch socjalistyczny. Dość wspomnieć, że w 1960 roku Ciołkoszowie zostali wyrzuceni z partii, czego powodem była deklarowana przez nich zasada legalizmu władz emigracyjnych i niewiara w gomułkowską „demokratyzację”. Nie zmieniło to jednak ich bardzo wysokiej pozycji w środowisku polskiej emigracji, w życiu której przez lata pozostawali bardzo aktywni. Współpracowali z Instytutem Literackim Jerzego Giedroycia i Radiem Wolna Europa, na falach którego prowadzili audycje demaskujące prawdziwy charakter „realnego socjalizmu”. Wydali szereg pozycji poświęconych historii i dorobkowi ideowemu niepodległościowego ruchu socjalistycznego, spośród których chyba najważniejszym był ogromny, dwutomowy (kolejne tomy nie ukazały się ze względu na śmierć Adama), napisany wspólnie Zarys dziejów polskiego socjalizmu. Lidia opracowała też bardzo popularną, syntetyczną pracę Publicystyka polska na emigracji 1940-1960, gdzie w obiektywny sposób przybliżała koleje emigracyjnych sporów, starając się udowodnić fałszywość zarzucanej powszechnie „polskiemu Londynowi” stagnacji ideowej.

Gdy w latach 70. w Warszawie powołany został Komitet Obrony Robotników, Ciołkoszowie aktywnie włączyli się w rozkręcanie emigracyjnego wsparcia dla tej, pierwszej od czasów PSL, jawnie działającej opozycji demokratycznej. Nic dziwnego – w gronie jego założycieli znaleźli się bowiem starzy PPS-owcy, tacy jak Ludwik Cohn, Aniela Steinsbergowa czy Antoni Pajdak – wspomniany już niedoszły wiceprezydent Krakowa.

Poza ułatwianiem zagranicznych kontaktów, współorganizowali pomoc finansową dla KOR, a za jego pośrednictwem także innych powstających w kraju struktur. Po śmierci Adama w 1978 r., odpowiedzialność za tę działalność wzięła na siebie Lidia i to ona, jako ostatnia żyjąca członkini przedwojennej Rady Naczelnej PPS, „niosła sztandar polskiego socjalizmu” aż do odtworzenia – jeszcze wówczas podziemnej – PPS w Polsce. W 1990 r., mając 88 lat, przyjechała do kraju, by wziąć udział w uroczystym kongresie zjednoczeniowym, którego została honorową przewodniczącą. Podjął ją wówczas także pierwszy niekomunistyczny premier, Tadeusz Mazowiecki.

Ku jej ogromnemu rozczarowaniu, opozycja solidarnościowa nie zdołała jednak wypracować alternatywnej dla postkomunistów trwałej struktury lewicowej. Wraz ze śmiercią bliskiego Ciołkoszom głównego orędownika odrodzenia PPS w kraju, Jana Józefa Lipskiego, w partii na popularności zaczęły zyskiwać koncepcje zbliżenia z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. W 1994 r. zawiedziona i rozgoryczona zrezygnowała z członkostwa w PPS. Zmarła w Londynie, na krótko przed swymi setnymi urodzinami.

Pasjonująca biografia polityczna Adama – Portret polskiego socjalisty, autorstwa prof. A. Friszke, ukazała się kilka lat temu nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Jeszcze w latach 90. opublikowany został równie wartościowy wywiad-rzeka tegoż autora z Lidią Ciołkoszową, zatytułowany Spojrzenie wstecz. Obiema tymi pozycjami posiłkował się autor niniejszego tekstu. Ostatnimi czasy Muzeum Historii Polski zorganizowało też godną polecenia wystawę internetową o Lidii, zatytułowaną „Jestem ostatnia”,  dostępną nieodpłatnie w sieci.

Podziel się artykułem:

Bartosz Wójcik
Członek redakcji jagielloński24. Członek zarządu warszawskiego oddziału Klubu Jagiellońskiego.

Napisaliśmy już 2074 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

„Postmaterialistyczny zwrot” może okazać się szczególnie wartościowy z perspektywy zbliżających się wyborów samorządowych.

PiS idzie po nowe mieszczaństwo

PiS idzie po nowe mieszczaństwo

Bartosz Brzyski

Wasz premier, nasz Sejm – zdaje się mówić Jarosław Kaczyński do „pozytywistów”, „reformatorów” czy „gołębi” z obozu rządzącego.

Wasz premier, nasz Sejm

Wasz premier, nasz Sejm

Krzysztof Mazur

Czas na nowe otwarcie w polityce historycznej: zbudujmy pozytywistyczne Muzeum Cywilizacji w Łodzi.

Inka i Łukasiewicz na jednym cokole

Inka i Łukasiewicz na jednym cokole

Piotr Kaszczyszyn
Następny artykuł:

Budżet jak za Reagana

Budżet jak za Reagana