Nowe rozdanie

Zachodnie uczelnie nie gryzą

Bartosz Paszcza | 16-03-2017 15:45:31 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Zachodnie uczelnie nie gryzą
www.flickr.com/photos/kuzuco/

Jaki mamy interes, aby z podatków finansować wyjazdy polskich naukowców za granicę? Intuicja podpowiada, że żaden. W końcu po co przeznaczać pieniądze na ludzi, którzy do kraju i tak zapewne już nie wrócą? Tylko że polska historia jasno pokazuje, że jeśli chcemy być na bieżąco z najnowszymi światowymi trendami, odkryciami i technologiami, to wysyłanie najzdolniejszych za granicę jest absolutnie konieczne. Narodowa izolacja to droga donikąd.

Cofnijmy się o kilkaset lat. W średniowieczu kształcenie za granicą, szczególnie na włoskich uniwersytetach, było wręcz standardem. Popatrzmy choćby na historię Mikołaja Kopernika, który studiował nie tylko na Akademii Krakowskiej, ale i w Bolonii, Padwie i Ferrarze. Zagraniczne wojaże naukowe uprawiał także Paweł Włodkowic. Zanim wsławił się obroną polskich interesów na soborze w Konstancji, uzyskał wykształcenie w Pradze i Ferrarze.

Sekcje zwłok i rewolucja naukowa

W tym kontekście szczególnie pouczające są doświadczenia I RP z czasów europejskiej rewolucji naukowej przełomu XVII/XVIII wieku. Autorami i bohaterami tej rewolucji byli badacze, którzy postanowili uprawiać naukę w oparciu o nowe metody empiryczne. W tym kontekście warto wspomnieć głośny proces Galileusza, dziś przywoływany najczęściej jako dowód kołtuństwa Kościoła i jego niechęci do wszystkiego, co naukowe. Tymczasem proces Galileusza nie był próbą uciszenia niewygodnego naukowca, lecz debatą, która próbowała znaleźć odpowiedź na jedno fundamentalne pytanie: czy wolno nam na podstawie ludzkiej obserwacji wyciągać wnioski dotyczące funkcjonowania świata? Dziś odpowiedź wydaje się banałem, ale wówczas było to kompletne novum. Tymczasem rewolucja naukowa szybciej postępowała w krajach, w których wśród wiodącej prym handlowej elity pojawiła się m.in. moda na obserwacje eksperymentów (Anglia, Niderlandy) lub gdzie stopniowo uznanie zyskały – wyparte z uniwersytetów, a sponsorowane bezpośrednio przez króla lub lokalnych władców – sekcje zwłok.

XVII wiek – czołówka nam uciekła

Jak sytuacja wyglądała w Polsce?

Po etapie rozkwitu i nawiązania bliskich relacji z całym europejskim środowiskiem akademickim w wieku XVI, w kolejnym stuleciu polska nauka popadła w stagnację, pozostając w tyle za nowymi naukowymi trendami empirycznymi.

Wyjątek stanowiła Akademia Krakowska, która choć nie nawiązywała już tak dynamicznie kontaktów z nowymi zyskującymi na znaczeniu środowiskami naukowymi w Niderlandach czy Anglii, to przynajmniej utrzymywała relacje z powoli tracącymi na znaczeniu uniwersytetami we Włoszech czy Niemczech. Poza tym jedynym rejonem, gdzie utrzymywano kontakty ze świeżymi naukowymi ideami był Gdańsk, który posiadał silną handlową (a więc utrzymującą liczne światowe kontakty) elitę.

Szkolnictwo w pozostałej części kraju było zorientowane na tradycyjną, renesansową edukację szlachty do pełnienia roli zarządców majątków. Najszybsze w przynajmniej odtwórczym przyjmowaniu nowych trendów (m.in. empirycznej metodologii Bacona) były szkoły protestanckie w rejonie okołobałtyckim. Przede wszystkim brakowało nam jednak twórczej aktywności badawczej – raczej przyswajaliśmy wymyślone na Zachodzie idee. Wyjątkami pozostawały dokonania wybitnego astronoma Jana Heweliusza czy matematyka Adama Kochańskiego. Rzeczpospolita w znacznej mierze pozostała w tyle, poza głównym nurtem toczącej się w Europie rewolucji naukowej.

XVIII wiek – ściganie naukowego peletonu

Znając tło, przejdźmy do działań, które pozwoliły błyskawicznie nadgonić Europę. Od około 1740 roku – pod auspicjami króla Stanisława Augusta – podjęliśmy energiczne reformy w celu nadrobienia zaległości. Nowe, wysokie standardy edukacji wprowadziła elitarna placówka, Collegium Nobilium, powołana przez Stanisława Konarskiego, wymuszając tym samym pozytywną zmianę na szkołach jezuickich. Prawdziwym przełomem – i symbolem zachodzących zmian – stało się powołanie Komisji Edukacji Narodowej w 1773 roku. Rzeczą zasadniczą było wprowadzenie zaktualizowanych o nowe odkrycia i filozofię empiryczną podręczników. Postępująca reforma szkolnictwa doprowadziła również do pojawienia się nowoczesnych narzędzi edukacyjnych i badawczych, jak ogrody botaniczne czy obserwatoria astronomiczne.

W tym duchu zreformowano choćby Akademię Krakowską – obok nauczania scholastyki wprowadzono filozofię Kartezjusza, Leibnitza, a także powrócono do nauczania zapomnianych wcześniej teorii kopernikańskich i odkryć Galileusza.

Rozpoczęto systematyczne nauczanie języka niemieckiego i francuskiego, zastępujących w świecie łacinę na pozycji uniwersalnego języka nauki. Wreszcie, co ważne dla naszej opowieści, zasadą stały się sponsorowane z państwowej kiesy wyjazdy najbardziej perspektywicznych kandydatów na nauczycieli i naukowców za granicę, aby tam ukończyli studia.

Chociaż działania KEN-u były pragmatycznie ukierunkowane na podniesienie poziomu edukacji, to przy okazji pozwoliły nam na znaczący awans w drabince naukowej. Swoistym osiemnastowiecznym success story reform polskiej nauki i edukacji niech będzie historia Jana Śniadeckiego, którego biografia zdecydowanie nadaje się do cyklu Polacy Inspirują.

Ojciec polskiej rewolucji naukowej

Śniadecki urodził się w mieszczańskiej rodzinie pochodzenia szlacheckiego w 1756 roku w Żninie (dzisiejsze województwo kujawsko-pomorskie). Uczęszczał do Kolegium Lubrańskiego w Poznaniu, czerpiąc od wykształconego w Paryżu ojca Rogalińskiego wiedzę na temat podstaw nowoczesnej fizyki eksperymentalnej. Następnie rozpoczął studia w Krakowie.

Dzięki funduszom pochodzącym częściowo z rąk prywatnych, a częściowo państwowemu stypendium mógł sześć lat (1776–1781) spędzić w Niemczech, Niderlandach oraz Francji – studiował wtedy w Getyndze, Leydzie, Utrechcie i Paryżu.

Tam miał okazję przysłuchiwać się wykładom najwybitniejszych ówczesnych naukowców – jego wykładowcą był między innymi Pierre-Simon de Laplace, którego nazwisko z pewnością jest znane każdemu, kto miał styczność z algebrą liniową na studiach. Pobyt za granicą spowodował, że na własne oczy ujrzał, jakich narzędzi potrzeba do robienia nauki i w jaki sposób działają najlepsze europejskie instytucje badawcze. Tę wiedzę Jan Śniadecki miał wkrótce wykorzystać z pożytkiem na polskim podwórku.

Po powrocie do kraju Komisja Edukacji Narodowej mianowała go profesorem matematyki i astronomii na Uniwersytecie Krakowskim, gdzie rozpoczął intensywny lobbing na rzecz radykalnego unowocześnienia funkcjonowania uczelni. Co ważne, jako pierwszy w swojej uczelni wykładał te przedmioty w języku polskim, zamiast po łacinie. Śniadecki był zdolnym lobbystą i kiedy tylko wyczuwał potrzebę zwiększenia presji na rzecz reform, dawał wykłady oraz drukował książki wyjaśniające ich potrzebę. Dzięki jego staraniom powstało wkrótce nowe obserwatorium astronomiczne, a dokonywane tam obserwacje pozwoliły krakowskim badaczom dołączyć do europejskiej naukowej elity – między innymi poprzez publikacje obserwacji świeżo odkrytych planetoid. Jan Śniadecki był też konstruktorem pierwszego w Polsce… balonu – wraz z Janem Jaśkiewiczem stworzyli go zaledwie rok po braciach Montgolfier (1784)! Z wiekiem nie wygasł jego zapał do wprowadzania zmian. Po objęciu rektorstwa Uniwersytetu Wileńskiego (1807–1815) Jan Śniadecki otrzymał środki do rozwinięcia skrzydeł.

Jako profesor spełniał się dydaktycznie, wychował grupę studentów, którzy wkrótce stali się istotnymi nazwiskami w europejskiej nauce. Jego książki tłumaczono na niemiecki oraz rosyjski, a on sam nazywany był „arcykapłanem umiejętności na całą Polskę i Litwę”. Jego sprzeciw wobec romantyzmu i metafizyki oraz poparcie empiryzmu zaowocowało tym, że Adam Mickiewicz uczynił ze Śniadeckiego pierwowzór Starca z ballady Romantyczność. Do najznamienitszych dzieł Śniadeckiego zalicza się m.in. Filozofię umysłu ludzkiego. Poprzez swoje prace matematyczne, jak Rachunku algebraicznego teoria, Śniadecki przyczynił się do upowszechnienia polskiej terminologii matematycznej.

Wnioski, jakie płyną z XVIII-wiecznych doświadczeń, są jednoznaczne – nie da się robić poważnej nauki, siedząc zamkniętym samotnie we własnym narodowym pokoju. Izolacja i oderwanie od światowych trendów skazuje nas na peryferyjność i wieczne wynajdywanie koła od nowa.

Dzisiejsze polskie uniwersytety w znacznej mierze posiadają już niezłą bazę infrastrukturalną, powstałą w ostatniej dekadzie w znacznej mierze za unijne pieniądze. Laboratoria i sale wykładowe to jednak za mało. Za sukcesem Śniadeckiego stały inspirujące wyjazdy na zagraniczne uczelnie, które w konsekwencji pozwoliły mu przekuć na polski grunt świeże zagraniczne idee oraz filozofię oświecenia, a następnie twórczo je rozwinąć, dokładając swoje cegiełki do światowej budowli naukowej.

Trzy argumenty za wysyłaniem polskich naukowców za granicę

Wróćmy do świata za oknem. Przy okazji dyskusji o finansowaniu setki stypendiów dla magistrantów wyjeżdżających na najlepsze zagraniczne uczelnie pojawiły się głosy – wcale nie odosobnione – o bezsensie sponsorowania studiów rodaków za granicą. Tymczasem nauka (i gospodarka) jak tlenu potrzebuje osób, które będą na bieżąco z najnowszymi zagranicznymi odkryciami oraz będą posiadać globalną siatkę kontaktów umożliwiającą nawiązanie międzynarodowej współpracy. Podobnego zdania wydaje się być Jarosław Gowin oraz Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Obecnie konsultowana jest ustawa o utworzeniu Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej.

Co zakłada rządowy projekt? W wypowiedziach medialnych przebija się narracja, że ma on co prawda służyć jako narzędzie umiędzynarodowienia polskiej nauki, ale głównie poprzez ściągnięcie wybitnych polskich i zagranicznych naukowców do naszej ojczyzny. Jest to oczywiście kierunek słuszny i potrzebny, ale nie wyczerpuje tematu.

Pozostaje mieć nadzieję, że w planach NAWY uwzględniony zostanie równie istotny (choć w obecnym klimacie politycznym może trudniejszy do uzasadnienia) komponent, czyli wysyłanie rodzimych naukowców za granicę. Inaczej będziemy mieć do czynienia raczej z Narodową Agencją Importu Akademików, a nie prawdziwą cyrkulacją naukowców.

Po drugie, jeśli zależy nam na likwidacji zjawiska drenażu mózgów i ściągnięciu do kraju perspektywicznych naukowców niezależnie od ich narodowości, to musimy zdawać sobie sprawę, że to nieformalne sieci znajomości takich osób będą odgrywać w tym procesie kluczową rolę. Zdecydowanie łatwiej jest przekonać polskiego czy zagranicznego naukowca od lat pracującego na uniwersytecie w Stanach do przyjazdu do nad Wisłę, gdy w rezultacie obecności naszych badaczy na międzynarodowych konferencjach czy odbyciu przez nich staży poza granicami kraju taki potencjalny „importowany” naukowiec posiada w Polsce lokalne kontakty. Po pierwsze, dają one okazję do zaobserwowania, że w kraju faktycznie robione są badania na najwyższym światowym poziomie. Po drugie, stanowią ważny czynnik społeczny, gdyż taki naukowiec ma wówczas kontakt z osobą, z którą może nie tylko porozmawiać o warunkach prowadzenia badań w instytucji, do której ma przyjechać, ale też ułatwić tak prozaiczne sprawy, jak zdobycie mieszkania.

Wreszcie musimy lekcje historyczne dostosować do obecnych czasów. Przede wszystkim nie chodzi tylko o współfinansowanie paroletnich wyjazdów. Współcześnie znaczna część wymiany wiedzy, a także nawiązywania istotnych kontaktów naukowych następuje na konferencjach. W Wielkiej Brytanii, której uniwersytety posiadają przecież wysoką światową pozycję, doktoranci zazwyczaj jako dodatek do normalnych stypendiów otrzymują około 5000 zł rocznie na wyjazdy na konferencje. Nawet w tak wysokiej jakości środowisku jasne jest, że aby robić faktycznie przełomową naukę, brytyjscy doktoranci muszą jeździć na konferencje do Stanów czy do Chin i potrzebują na to odpowiednich funduszy. Minister Gowin parokrotnie zwracał uwagę, że według niego stypendia powinny zostać zapewnione wszystkim doktorantom.

Ponownie pozostaje mieć nadzieję, że w ramach zreformowanych zasad przyznawania stypendiów znajdzie się również kwota na wsparcie nawiązywania międzynarodowych kontaktów badawczych przez doktorantów.

Przedstawione propozycje mają jeden wspólny mianownik – chodzi o skuteczne zastąpienie drenażu polskich mózgów prawdziwą cyrkulacją umysłów. Wspieranie tego procesu było ideą przyświecającą stworzeniu Fundacji Polonium, której jestem jednym z założycieli. W naszej działalności koncentrujemy się na budowaniu sieci kontaktów pomiędzy badaczami w kraju oraz polską diasporą naukową, co realizujemy poprzez między innymi organizację corocznej konferencji Science: Polish Perspectives w Cambridge lub Oxfordzie. Z naszych obserwacji wynika, że relacje pomiędzy naukowcami w kraju i za granicą pozwalają nawiązać międzynarodową współpracę badawczą, wymienić informacje o pracy w różnych systemach badawczych czy też wreszcie zaowocować powrotem do Polski lub zagranicznym stażem naukowca z rodzimego uniwersytetu.

Bierzmy z Zachodu to, co najlepsze

Jan Śniadecki i polska historia pokazują, że jeśli chcemy przejść do naukowej awangardy, musimy uczestniczyć w nauce robionej za granicą. Uczestniczyć – nie budować nieudolną kopię Zachodu z dykty i papieru.

Finansowe wspieranie wyjazdów rodzimych naukowców na zagraniczne staże nie oznacza utraty podmiotowości czy rezygnacji z polskiego charakteru nauki. Zachód wbrew pozorom nie ma jednej utartej metody organizacji prac naukowych i różnice między państwami pozostają znaczne. Wysyłanie tam polskich naukowców nie jest próbą „małpowania” Zachodu, lecz wyciągania tego, co najlepsze, a następnie twórczej implementacji tych pomysłów do polskiej rzeczywistości. Nie jest też tak, że kto raz postawi stopę na lewym brzegu Odry, nigdy już do Polski nie wróci. Paradoksalnie wielu spotkanych przeze mnie za granicą polskich naukowców poważnie rozważa powrót do kraju. Nie jest więc tak, że finansowanie zagranicznych wyjazdów i staży równa się sponsoringowi naukowej emigracji.

Podziel się artykułem:

Bartosz Paszcza
Członek redakcji jagielloński24. Doktorant studiów nad Siecią na Uniwersytecie Southampton w Wielkiej Brytanii. Zajmuje się badaniem wzajemnych relacji na linii Internet-społeczeństwo.

Napisaliśmy już 2014 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Internet jest wielkim, przyspieszonym rynkiem mitów.

W dobie Internetu nauka straciła monopol na wyjaśnianie świata [ROZMOWA]

W dobie Internetu nauka straciła monopol na wyjaśnianie świata [ROZMOWA]

Krzysztof Chmieliński

„Zapominają żydoluby sanacyjni o olbrzymich codziennych stratach, jakie ponosi Naród Polski przez stratę najlepszych swych synów”.

Na jakiej tradycji chcemy budować dzisiejszą Polskę?

Na jakiej tradycji chcemy budować dzisiejszą Polskę?

Bartosz Wójcik

W celu zbudowania nowego konsensusu pomiędzy władzą polityczną a sądowniczą postulujemy utworzenie Izby Powszechnej Wykładni Prawa w Sądzie Najwyższym.

Politycy i prawnicy muszą się pogodzić. Propozycja nowego otwarcia w sporze o sądy

Politycy i prawnicy muszą się pogodzić. Propozycja nowego otwarcia w sporze o sądy

Jacek Sokołowski
Następny artykuł:

Rewolucja nie taka znów radykalna

Rewolucja nie taka znów radykalna