Mały może być wielki

Piotr Wójcik | 28-02-2017 10:38:59 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Mały może być wielki
www.flickr.com/photos/orcaman/

Izrael i Finlandia, dwa nieduże kraje charakteryzujące się bardzo wymagającym położeniem, osiągnęły sukces cywilizacyjny dzięki wypracowaniu własnych modeli rozwoju. W polskiej debacie publicznej często mówi się o gospodarczych rozwiązaniach wprowadzanych przez USA, Niemcy czy Wielką Brytanię, natomiast przypadki Izraela i Finlandii pojawiają się sporadycznie. Tymczasem strategie niewielkich państw zmagających się ze swoimi naturalnymi ograniczeniami mogą być z perspektywy Polski dużo ciekawsze niż analizowanie modeli wzrostu światowych lub regionalnych mocarstw.

Zasiedlanie pustyni

Izraelska droga do dobrobytu i sukcesu gospodarczego to historia dwóch odmiennych strategii następujących po sobie: daleko posuniętego państwowego interwencjonizmu w pierwszym okresie i prorynkowej polityki wspierania przedsiębiorczości w drugim.

Co ważne, obie strategie doskonale pasowały do czasu i miejsca, w jakim znajdował się kraj w okresie ich wdrażania. W czasie, gdy krajowi brakowało podstawowej infrastruktury, a sektor prywatny był w zupełnych powijakach i niezdolny do bardziej ambitnych projektów ciężar napędzania rozwoju wzięło na siebie państwo. Gdy fundamenty pod modernizację zostały już położone, wiodącą rolę oddano sektorowi prywatnemu, z zachowaniem inicjatywnej roli agend rządowych. To heterodoksyjne podejście najpierw pozwoliło świeżo odzyskanemu przez Żydów państwu nadrobić podstawowe zacofanie cywilizacyjne zasiedlanego terytorium, a następnie dołączyć do cyfrowej rewolucji technologicznej i stać się jednym z najbardziej rozwiniętych krajów świata. A wszystko to w skrajnie niekorzystnym otoczeniu – zarówno geograficznym (trudne warunki pustynne), jak i geopolitycznym (wrodzy sąsiedzi).

Pierwszy okres szybkiego wzrostu Izraela (1948–1970) charakteryzował się wiodącą rolą raczkującego państwa, które sprawnie wypełniało funkcje nieistniejącego jeszcze na odpowiednią skalę sektora prywatnego. Przyjęło się uważać, że Izrael powstał jako państwo socjalistyczne. Faktem jest, że Ben Gurion, twórca współczesnego Izraela, był przesiąknięty ideami socjalistycznymi, jednak w istocie był pragmatykiem, tzw. bitzuistą – łączącym pragmatyzm z aktywizme. Bitzuista w Izraelu to ktoś, kto, zamiast przesadnie myśleć, działa i robi to, co jest do załatwienia. Przy pomocy całej palety dostępnych środków i bez oglądania się na dogmaty. Taki był i jest do tej pory Izrael.

Interwencjonizm młodego państwa posunięty był to tego stopnia, że minister finansów z lat 60. i 70. Pinchas Sapir osobno określał kurs wymiany walut dla każdego przedsiębiorstwa. Nazywał to metodą „stu kursów wymiany”. Tak duża aktywność państwa uzasadniona była ogromem skoordynowanych działań, jakie należało podjąć w zakresie osiedlenia napływających obywateli na słabo zaludnione tereny, które należało też zaopatrzyć w odpowiednią infrastrukturę. Polityka osadnicza polegała na maksymalnym rozproszeniu ludności po całym terytorium. Po pierwsze, by nie pozostawiać słabo zaludnionych terenów, które mogłyby zostać łatwo przejęte przez wrogów. Po drugie, gęste skupiska ludności były atrakcyjnym celem dla przeciwników Izraela, którzy mogliby relatywnie niewielką liczbą działań spowodować spore straty w ludziach. Tak więc większość aktywności izraelskiego państwa z pierwszego okresu była nakierowana na budowę infrastruktury, by pustynne obszary stały się zdatne do życia. Dzięki szerokiemu zakresowi robót publicznych budowano więc drogi, wodociągi, sieć elektryczną.

Przykładem takich ogromnych projektów był National Water Carrier, który doprowadzał wodę z Jeziora Tyberiadzkiego na północy kraju do pustyni Negew na południu. Oczywiście także budownictwo mieszkalne było w większości w gestii rządu, choć nie tylko. W tym okresie rząd podejmował się także tworzenia od podstaw najbardziej potrzebnych sektorów przemysłowych. Doskonałym przykładem była firma Bedek, która powstała z inicjatywy Szymona Peresa, który przekonał Ben Guriona, że Izrael potrzebuje przemysłu lotniczego. Choć tym czasie brakowało zupełnie podstawowych produktów, takich jak mleko czy jaja, a tysiące obywateli spało w namiotach. Mimo to rząd postanowił realizować projekt budowy firmy, która początkowo naprawiała samoloty z II wojny światowej. Obecnie Israel Aircraft Industries to jedna z czołowych firm w branży lotniczej na świecie, a w pewnym momencie największy pracodawca w Izraelu.

W tym okresie Izrael prowadził też bardzo restrykcyjną politykę finansową i daleko posunięty protekcjonizm. Ta pierwsza uchroniła kraj przed nagłymi kryzysami finansowymi, bankowymi i walutowymi, na które kraje rozwijające się są wystawione. Rząd ustalał oprocentowanie każdej pożyczki i instrumentu finansowego. Zabronione było pobieranie prowizji za wyniki przy zarządzaniu funduszami inwestycyjnymi – pozostawały jedynie opłaty za zarządzanie. Do dziś polityka wobec sektora bankowego jest tam bardzo konserwatywna. Maksymalny wskaźnik lewarowania (stosunek udzielonych kredytów do kapitału własnego) to 5 : 1. W amerykańskich bankach przed kryzysem ten stosunek wynosił 26 : 1, a w niektórych europejskich nawet 60 : 1. Dzięki temu do dziś Izrael nie przeżył żadnego kryzysu bankowego. Natomiast wysokie opłaty celne chroniły krajowych wytwórców i ograniczały opłacalność importu. W ogóle nie istniały zagraniczne sieci sprzedaży detalicznej.

Jeszcze w roku 1990 w Izraelu nie było ani jednej zagranicznej sieci kawiarni czy większych sklepów zagranicznych marek odzieżowych. Pierwszy McDonald’s został otworzony w 1993 r., czyli trzy lata po otwarciu go w Moskwie.

Taka polityka przez całkiem długi czas się sprawdzała, zapewniając Izraelowi niezbędny skok cywilizacyjny. O ile wiele krajów na świecie przeżywa okresy dosyć szybkiego wzrostu (np. Polska), to już okresów błyskawicznego wzrostu zwanego przeskokiem, w którym kraj szybko nadgania tracony dystans cywilizacyjny, doświadczyło bardzo niewiele z nich. Za takie kraje bez wątpienia można uznać Koreę Południową czy Chiny. Takim krajem miał szczęście być też Izrael. W latach 1950–1955 wzrost PKB rocznie utrzymywał się na przeciętnym poziomie 13%, a w latach 60. był nieco niższy niż 10%. Dzięki temu dochód na mieszkańca wzrósł z 25% dochodu w USA w 1950 r. do 60% w 1970 r. A przecież czas powojenny był też okresem bardzo szybkiego wzrostu w USA.

Jednak od lat 70. strategia powoli przestawała działać. Projekty infrastrukturalne przestały już generować wzrost, jak mogą to robić w początkowych okresach rozwoju. Dla wzrostu kraju średnio rozwiniętego budowa dróg czy wodociągów ma coraz mniejsze znaczenie – wagi nabiera wtedy stworzenie wysokodochodowych branż produkcyjnych. Dodatkowo Izrael dobił kryzys naftowy, który szczególnie mocno dotknął Tel Awiw. Drastyczny wzrost cen ropy spowodował szalejąca inflację, która utrzymywała się jeszcze do lat 80. Inflacja została zduszona za pomocą znanego na świecie planu stabilizacyjnego MFW, który niejeden kraj wpędził w trwającą długie lata recesję. W Izraelu pomoc MFW nie spowodowała takich dramatycznych konsekwencji jak chociażby w Azji w 1997 r., jednak nie zapewniła też powrotu na ścieżkę szybkiego wzrostu. Do tego potrzebna była zmiana strategii rządowej.

Bliskowschodni high-tech

W okresie pierwszego skoku poza polityką celną rząd izraelski niespecjalnie wspierał sektor prywatny. W niektórych obszarach był wręcz wobec niego wrogi. Skutkiem tego był brak wykształcenia się silnych podmiotów prywatnych, bez których nie powstanie efektywna gospodarka. Jak dotkliwy jest ich brak, Izrael przekonał się w czasach straconej dekady, czyli okresu inflacji i stagnacji gospodarczej od połowy lat 70. do połowy lat 80.

Rząd Izraela dokonał więc zmiany kierunku swoich działań – stał się katalizatorem aktywności gospodarczej w sektorze prywatnym. Jego głównymi bolączkami były brak kapitału, szczególnie na bardziej ambitne, a więc też ryzykowne projekty, oraz brak doświadczenia wśród Izraelczyków w prowadzeniu biznesu.

O ile naukowcy Żydowscy mieli na koncie wiele patentów i pomysłów na innowacje, zupełnie nie wiedzieli, jak zacząć je wdrażać. Brakowało też sprawnych menedżerów, którzy potrafiliby odkrycia te przekuć w atrakcyjne dla klientów produkty. Taka lukę mogłyby wypełnić fundusze venture capital – fundusze wysokiego ryzyka, które wspierają raczkujące przedsiębiorstwa z najbardziej perspektywicznych branż. Nie tylko zaopatrujące je w kapitał, ale też w niezbędny know-how, a czasem wprost pomagające w zarządzaniu czy marketingu.

Kluczowe pozostawało, jak te fundusze przyciągnąć do Izraela, do którego do tej pory inwestorzy podchodzili raczej niechętnie. I zresztą vice versa – żydowskie państwo niespecjalnie swoją polityką rozpieszczało samych inwestorów. Postawiono na stworzenie unikalnego w skali świata dotowanego przez państwo mechanizmu finansowania raczkujących firm, który łączyłby młodych przedsiębiorców i naukowców z Izraela z kapitałem i menedżerami zza granicy, głównie z USA. Do momentu jego powstania krajowe firmy mogły się ubiegać o granty z Biura Głównego Naukowca. Jednak były one na tyle niewielkie, że aż 60% wspieranych w ten sposób firm nie zdołało wprowadzić swojego produktu na rynek. Rząd stworzył też inkubatory technologiczne, by napływający z Rosji po upadku ZSRR naukowcy mieli wsparcie finansowe i organizacyjne w konwertowaniu swoich badań w projekty biznesowe. Jednak eksperci rządowi nie byli w stanie dać wystarczającego wsparcia merytorycznego, w wyniku czego, pomimo sukcesów w badaniach, finalnie mało który projekt kończył się sukcesem.

Bardziej efektywna była Międzypaństwowa Fundacja na Rzecz Badań i Rozwoju (BIRD), dysponująca kapitałem początkowym 110 mln dolarów, wyłożonym przez rządy USA i Izraela. Przyznawała ona granty wysokości 0,5–1 mln dolarów, co następnie odzyskiwała, pobierając prowizje od zysków z projektów, które okazały się sukcesem. Przede wszystkim jednak umożliwiała ona nawiązanie kontaktów izraelskim przedsiębiorstwom z amerykańskimi, które miały możliwość wdrożenia produktu i dystrybucji na runku amerykańskim, co z powodu niewielkiego rynku wewnętrznego Izraela było bardzo istotne. Po połowie wkładów do tworzonej spółki wnosiły obie firmy, jednak połowę każdego z wkładów finansowała BIRD. BIRD w sumie dofinansowała 780 projektów kwotą 250 mln dolarów, co przełożyło się na 8 mld dolarów przychodów tych firm. Przede wszystkim jednak stała się ona platformą współpracy przedsiębiorców z obu krajów, dzięki czemu Izraelczycy mogli się uczyć biznesu od najlepszych. I nawet gdy jakiś projekt nie kończył się sukcesem, pozostawało po nim mnóstwo wiedzy i kontaktów do wykorzystania w przyszłości. Do 1992 r. 60% firm z Izraela, które zadebiutowały na Wall Street, i 75% z technologicznego parkietu NASDAQ było początkowo finansowanych przez BIRD.

Przełom przyniosła dopiero inicjatywa młodych urzędników Ministerstwa Finansów, która nazwana została Yozma (czyli właśnie „inicjatywa”). Rząd początkowo zainwestował 100 mln dolarów w stworzenie 10 funduszy venture capital, które miały być spółką izraelskich inwestorów wysokiego ryzyka, zagranicznego funduszu venture capital i izraelskiego podmiotu finansującego (np. banku). Gdy wspólnicy byli w stanie zebrać wymagane 16 mln dolarów, z zamiarem zainwestowania ich w izraelskie technologie, rząd dokładał dodatkowe 8 mln. W zamian za to 40% udziałów w funduszu miało być w posiadaniu państwa, jednak po pięciu latach udziały te mogły zostać wykupione po preferencyjnej cenie, jeśli fundusz odniósł sukces. Tak więc państwo partycypowało w ryzyku, ale ewentualny zysk zostawiało pozostałym udziałowcom. Nic więc dziwnego, że ustawiła się kolejka chętnych do wzięcia udziału w programie.

Jednym z powstałych funduszy był Gemini Israel Funds, który założyli izraelski bank inwestycyjny, Discount Israel Corporation oraz bostoński fundusz venture capital Advent Venture Partners. Ich pierwszą inwestycją było dofinansowanie milionem dolarów firmy Ornet Data Communications i zaangażowanie na stanowisko prezesa Meira Burstina, cenionego menedżera z branży komputerowej. Dzięki temu ta młoda, perspektywiczna firma stanęła na nogi, a już dwa lata później kupił ją Siemens, co było jedną z pierwszych europejskich inwestycji na dużą skalę w Izraelu. Także inne projekty firm finansowanych przez fundusze Yozma zakończyły się dużymi sukcesami – np. ESC Medical, produkujące lasery medyczne, czy Galileo, produkujące półprzewodniki.

Dziesięć funduszy Yozma w latach 1992–1997 pomogło zgromadzić wspieranym przez siebie firmom 200 mln dolarów. We wszystkich po pięciu latach udziały rządu zostały wykupione i obecnie te w pełni prywatne fundusze dysponują kapitałem wartym 3 mld dolarów. Przede wszystkim jednak inicjatywa Yozma stała się impulsem do stworzenia w Izraelu ogromnego rynku funduszy wysokiego ryzyka, na czym korzystały także firmy, które na finansowanie z Yozmy się nie załapały, np. Israel Seed Partners, który ze swoim wnioskiem na grant nieco się spóźnił, ale zainspirowany przez Yozmę napływ kapitału do Izraela był już tak duży, że bez problemu zebrał potrzebne na rozpoczęcie działalności 2,5 mln dolarów z innych źródeł. Obecnie w Izraelu działa 45 funduszy venture capital, a w latach 1992–2009 w sumie działało ich 240. Ten niewielki kraj posiada aż 31% udziałów w ogólnoświatowym rynku funduszy venture capital. Nie ma miejsca na ziemi, w którym łatwiej byłoby perspektywicznym firmom technologicznym zdobywać kapitał niż w Izraelu.

Rządowy projekt Yozma stał się impulsem rewolucji technologicznej, jaka przetoczyła się przez Izrael. W ciągu zaledwie pięciu lat, od 1996 r. do 2000 r., eksport produktów wysokiej technologii wzrósł tam ponad dwukrotnie – z 5,5 mld dolarów do 13 mld. W 2008 r. wynosił już ponad 18 mld dolarów.

Armia generująca postęp

Omawiając sukces gospodarczy Izraela, nie można zapominać o ogromnej funkcji modernizacyjnej, jaką pełni w tym kraju armia (IDF). Służba wojskowa w tym kraju jest obowiązkowa, więc praktycznie każdy Izraelczyk przechodzi przez armię, która jest wspólnym dla całego narodu doświadczeniem. Posiada więc ona ogromną rolę wspólnototwórczą. Zasady w niej panujące przechodzą do codziennego życia, a są to zasady bardzo nietypowe, jak na standardy panujące w wojskach innych państw. Przede wszystkim uderza w niej antyhierarchiczna struktura. Odpowiedzialność i kompetencje są w niej szeroko dystrybuowane nawet na najniższych szczeblach. W tym celu utrzymuje się bardzo małą liczbę żołnierzy wysokich stopniem. Stosunek oficerów do szeregowców wynosi w Izraelu 1 : 9, a dla porównania w USA 1 : 5. Poszczególne oddziały, a nawet poszczególni żołnierze korzystają z ogromnej samodzielności, podejmując elastyczne decyzje z perspektywy pola walki, często zmieniając początkowe założenia o 180 stopni, jeśli tylko sytuacja tego wymaga. Oprócz tego, z dużo mniejszą estymą traktuje się w niej stopnie, przykładając dużo większą wagę do realnych zasług podczas walki. Żołnierze oficjalnie poddają krytyce decyzje starszych stopniem, jeśli okazały się błędne, a spotykane jest nawet odwoływanie dowódcy w głosowaniu przez członków oddziału.

Nikogo nie dziwi sytuacja, w której generał podaje kawę zwykłemu żołnierzowi, a stopień i pełniona funkcja służą tylko podziałowi zadań, a nie tworzeniu hierarchii. Oczywiście wartościami, na których opiera się IDF, przesiąknięci są Izraelczycy, dzięki czemu tak potrzebne w prowadzeniu biznesu elastyczność i poczucie odpowiedzialności mają we krwi. Merytokracja przenika wszystkie obszary życia, nie tylko armię.

Przede wszystkim jednak armia jest ogromnym kołem zamachowym dla gospodarki. Nie chodzi tu tylko o fakt, że przemysł zbrojeniowy jest w Izraelu jest wysoko rozwinięty, czego przykładem jest chociażby słynny czołg typu Merkawa, jeden z najlepszych na świecie. Kierowani przeświadczeniem, że akurat w uzbrojeniu nie mogą zależeć od nikogo, Izraelczycy zaczęli rozwijać swój przemysł zbrojeniowy, gdy wiele obszarów życia było jeszcze w tym kraju w powijakach. Dzięki temu mogą się dziś pochwalić jednym z najlepiej rozwiniętych przemysłów zbrojeniowych na świecie.

Przede wszystkim jednak osiągnięcia w technologiach wojskowych bardzo szybko przenikają do cywilnych sfer życia, przyczyniając się również do wzrostu dobrobytu, a nie tylko bezpieczeństwa. Tak więc każdy szekel wydawany na armię zwraca się w dwójnasób, a po każdym projekcie militarnym, nawet nieudanym, pozostaje mnóstwo wiedzy i doświadczenia, które można wykorzystać przy czym innym.

Przykładem niech będzie niezrealizowany w końcu projekt myśliwca typu Lavi, który przyczynił się do takiego postępu technologicznego, że umożliwił Izraelowi wystrzelenie w kosmos własnej satelity. A 1500 naukowców pracujących przy nim po jego rozwiązaniu zasiliło sektor prywatny ogromem nabytej w nim wiedzy.

Odbywający służbę wojskową Izraelczycy budują podczas niej swoje sieci kontaktów, które następnie regularnie wykorzystują w działalności biznesowej. Wiele firm tworzą eksperci różnych dziedzin, którzy poznali się w wojsku. Armia jest platformą, na której spotykają się przeróżnej maści specjaliści, którzy bez niej być może nigdy by się nie spotkali, albo nie przyszedłby im do głowy pomysł na wspólny biznes. Trzech założycieli firmy Compugen poznało się przy elitarnym projekcie IDF Talpiot, a 25 matematyków dołączyło do Compugenu dzięki znajomościom z wojska. Firma ta powstała, gdy jeden z jej założycieli, zajmujący się w wojsku przesiewaniem danych wywiadowczych, postanowił wykorzystać tę samą technikę do przesiewania materiału genetycznego. Obecnie Compugen wyspecjalizował się w prognostycznym tworzeniu leków, która opiera się w mniejszym stopniu na eksperymentach, a w większym na badaniu genotypu.

Firma Given Imagine zbudowała mikrokamerę wbudowaną w kapsułkę, która połykana przez człowieka pozwala przesyłać obraz z jego układu pokarmowego. Wykorzystała do tego technologię miniaturyzacji pierwotnie stosowaną przy budowie pocisków rakietowych. Kapsułki PillCams stały się hitem eksportowym Izraela. Firma Aespironics wykorzystuje technikę z silników odrzutowców do produkcji inhalatora z turbiną napędzaną oddechem, natomiast Trans Pharma Medical – impulsy o częstotliwości radiowej do tworzenia plastrów, które mogą podać lek podskórnie bez zastrzyku. Zastosowań technologii wojskowych przez firmy z Izraela są setki, jeśli nie tysiące, a wciąż powstają nowe, wraz z każdą nową innowacją militarną, która po jakimś czasie staje się też innowacją cywilną.

Dynamiczni imigranci

Za sukces gospodarczy Izraela odpowiada również polityka imigracyjna. Izrael jest z definicji otwarty na imigrację ludności wyznania mojżeszowego. Wyznanie jest tu czynnikiem decydującym, a nie względy etniczne, dlatego też bardzo szeroko otworzył się na imigrację z Etiopii, skąd w operacjach Mojżesz i Salomon sprowadzono tysiące czarnoskórych Żydów, czyli Felaszów, których obecnie żyje w Izraelu ok. 150 tys. Przyjmowanie nowych imigrantów jest dla Izraelczyków bardzo ważne, a partie podczas kampanii wyborczych ścigają się w obietnicach, ilu ich sprowadzą, gdy dojdą do władzy. Dzięki tej otwartości ludność kraju systematycznie rośnie – obecnie wynosi już ponad 8 milionów obywateli. W zasadzie poza czynnikiem religijnym nie ma innych warunków – Izrael przyjmuje żydowskich imigrantów każdej narodowości, wywodzących się z każdej kultury i dysponujących każdym wykształceniem (a nawet nie mających wykształcenia wcale). Obecnie urodzeni poza Izraelem obywatele stanowią jedną trzecią populacji kraju, co jest prawdopodobnie rekordem świata (w USA ten odsetek jest  trzykrotnie niższy). Aktualnie Izrael jest tyglem, w którym żyje ze sobą ponad 70 różnych narodowości i kultur.

Imigranci dają Izraelowi potrzebny dynamizm. Nie mający nic do stracenia i zaczynający od zera nowi obywatele szeroką ławą zakładają nowe biznesy lub zasilają istniejący już sektor prywatny. Ich bardzo dobrej asymilacji sprzyja aktywna polityka państwa w tym zakresie. Według prawa osiedlić się w Izraelu może każdy Żyd, czyli potomek matki Żydówki lub każdy inny człowiek, który nawrócił się na judaizm.

Ministerstwo Imigracji, w przeciwieństwie do większości tego typu instytucji na świecie, nie zajmuje się ograniczaniem liczby imigrantów, wręcz przeciwnie – ściąganiem ich do kraju. Po przyjeździe imigrant niezwłocznie otrzymuje obywatelstwo, a następnie szybko włączany jest w mechanizmy asymilacji.

Priorytetem jest nauka języka – imigranci uczeni są hebrajskiego metodą pełnego zanurzenia. Przez pół roku po pięć godzin dziennie. W tym czasie otrzymują stypendium, by nie musieli martwić się o byt i mogli skupić się tylko i wyłącznie na jak najszybszym przyswojeniu języka nowej ojczyzny. Ministerstwo Edukacji zajmuje się potwierdzaniem dyplomów, a imigranci mają również do dyspozycji rządowe kursy mające ich przygotować do egzaminów, którymi mogą udowodnić swoje kompetencje zawodowe. Ministerstwo Imigracji natomiast prowadzi centra przedsiębiorczości, które mają wspierać imigrantów podczas zakładania firm. Oczywiście asymilacja udaje się w różnym stopniu, zależnie od grup narodowych. Źle wykształceni Etiopczycy stosunkowo słabo odnajdują się w izraelskiej rzeczywistości. Wielu z nich jest bezrobotnych, a większość wykonuje proste i słabo płatne prace fizyczne. Imigranci z byłego ZSRR, w większości doskonale wykształceni, są ogromną wartością dla gospodarki, służąc krajowym firmom swoją wiedzą. Jednak bilans imigracji jest dla Izraela bez wątpienia pozytywny – jest jednym z kilku fundamentów sukcesu gospodarczego Izraela.

W ciągu 60 lat Izrael osiągnął pięćdziesięciokrotny wzrost PKB. Tak gigantyczny skok cywilizacyjny kraj ten zawdzięcza trzem fundamentom: polityce państwa w zakresie wspierania przedsiębiorczości, modernizacyjnej roli armii oraz skutecznej polityce imigracyjnej.

Obecnie Izrael nie tylko jest jednym z najbardziej rozwiniętych państw świata, ale przede wszystkim krajem, który być może najsprawniej realizuje swoje interesy na świecie, w stosunku do swoich ograniczonych możliwości, wynikających z małej powierzchni i nieprzyjaznego otoczenia geopolitycznego. Mimo to ten leżący w najbardziej zapalnym rejonie świata kraj odniósł ogromny sukces. Bez wątpienia należy za to Izrael podziwiać, jednak przede wszystkim traktować jako doskonałe źródło inspiracji dla prorozwojowych zmian w naszym kraju.

Edukacja, głupcze!

Trudno uwierzyć, że jeszcze w latach 60. Finowie byli stosunkowo zacofanym społeczeństwem z monokulturową gospodarką. W tym czasie można było sądzić, że nie może być inaczej. Życie w trudnych północnych warunkach klimatycznych i w bezpośrednim zagrożeniu ekspansywnego i totalitarnego mocarstwa skłaniało raczej ku prostocie, a nie wysublimowaniu, oraz ku życiu z dnia na dzień, a nie ku długoterminowym i skomplikowanym projektom. Jednak Finowie postanowili odwrócić wydawałoby się bezwzględną logikę historyczno-geopolityczną. W tym celu postawili na rzecz najbardziej niezawodną w zakresie skoku cywilizacyjnego zacofanego społeczeństwa – na edukację.

Za ojca fińskiego systemu edukacji uznawany jest Erkki Aho, dyrektor generalny Narodowej Rady Edukacji w latach 1972–1991. Już w pierwszym roku jego urzędowania dokonano przełomowych zmian, wprowadzając powszechną i obowiązkową dziewięcioletnią szkołę podzieloną na sześcioletnią podstawówkę i trzyletnie gimnazjum. W tym czasie aż 70% społeczeństwa kończyło naukę na sześcioletniej podstawówce, więc reforma ta wydłużyła większości obywateli naukę o trzy lata. Od początku wprowadzania reform zadbano też, by opóźniać segregację uczniów na mniej i bardziej utalentowanych. Celem było, by przez całe dziewięć lat obowiązkowego nauczania wszyscy uczniowie z danego terytorium uczyli się wspólnie niezależnie od wyników. Wcześniej różnicowanie uczniów następowało już w piątej klasie. Cel osiągnięto ostatecznie w 1985 r., gdy zabroniono wprowadzania równoległych ścieżek kształcenia nawet na poszczególnych poziomach. Kolejną ważną datą był rok 1998, kiedy ustanowiono prawo każdego dziecka w wieku sześciu lat do nauki w klasie zerowej, z czego już cztery lata później skorzystało 96% sześciolatków. Dzięki temu nauczanie publiczne rok wcześniej zabierało się za zasypywanie różnic w kapitale kulturowym przekazywanym dzieciom przez rodziców. Zmiany te złożyły się na ukształtowanie fińskiego systemu edukacji, który funkcjonuje dziś.

Jego główną cechą jest powszechność, co znaczy, że nacisk położony jest na maksymalną egalitarność procesu kształcenia i równy dostęp do dobrych szkół dla wszystkich obywateli. W pierwszej kolejności zadbano, by każde fińskie dziecko miało w bezpośredniej bliskości miejsca zamieszkania szkołę na wysokim poziomie, by osłabić motywację rodziców do poszukiwania lepszych szkół w innym rejonie, co prowadziłoby do tworzenia się szkół elitarnych i lokalnych gett dla uczniów z problemami. Nacisk na równość szans wiąże się także z tym, że edukacja jest w Finlandii całkowicie darmowa. Oznacza to nie tylko brak opłat za naukę (ich pobieranie jest prawnie zakazane), ale też darmowe podręczniki, przybory szkolne, obiady oraz dowóz dzieci na miejsce, a dla uczniów miewających problemy – darmowe zajęcia wyrównawcze, dzięki czemu dzieci z rodzin, które stać było na prywatne korepetycje, przestały mieć przewagę. Oprócz powszechności, ważna jest także ustawiczność kształcenia – tę Finowie również zapewniają: w systemie nie ma poziomów, z których nie można kontynuować nauki. Nic zatem nie stoi na przeszkodzie, by uczyć się przez całe życie, co w błyskawicznie zmieniającej się współczesnej rzeczywistości gospodarczej ma niebagatelne znaczenie.

Równolegle zaczęto również reformować wytyczne dotyczące kształcenia. Nacisk przełożono z dostarczania suchej wiedzy na nauczanie umiejętności, takich jak rozumienie tekstu, wyrażanie własnych myśli oraz rozwijanie zainteresowań.

Samodzielność, kreatywność i umiejętności analityczne – na te wartości kładzie nacisk fiński system edukacji. W tym celu wykorzystuje się różnorodne rodzaje zajęć, od rozszerzających horyzonty lekcji filozofii po koncerty muzyczne czy przedstawienia teatralne.

Relacje uczniów z nauczycielami stały się mniej formalne, co nie znaczy, że brak im wzajemnego szacunku, jednak szacunek nauczyciele zdobywają przede wszystkim swoim przygotowaniem – od 1980 r. nauczyciele muszą mieć wyższe wykształcenie, dodatkowo zostają nimi głównie absolwenci należący do 10% najlepszych na roku. Zawód ten cieszy się w Finlandii ogromną estymą, porównywalną z profesorami uniwersyteckimi, lekarzami czy prawnikami. I to zarówno w odbiorze społecznym, jak i w preferencjach zawodowych młodych ludzi. Dzięki ich dobremu przygotowaniu można było przekazać im dużo większą samodzielność. Wytyczne centralne są raczej ogólne, nauczyciele w dużym stopniu decydują o kształcie zajęć, z wyborem podręczników włącznie. W zakresie oceniania uczniów nacisk położony jest na ocenę postępów, a nie dystansu do przyjętego standardu. Pierwszy krajowy egzamin uczniowie zdają dopiero w wieku 18 lat, po ukończeniu szkoły średniej.

Efekty reform wprowadzanych przez Erkki Aho i jego następców są znakomite.

Fińska edukacja jest uważana za jedną z najlepszych na świecie. Oczywiście nie osiągnięto tego za darmo. Wydatki na szkolnictwo publiczne wynoszą tam 6% PKB, co jest czwartym najwyższym wynikiem w OECD. W Polsce wynoszą one tylko 4,4%.

Dzięki temu uczniowie w międzynarodowych badaniach co rok wypadają doskonale. W najnowszej edycji badań PISA młodzi Finowie zajęli 4. miejsce zarówno w naukach ścisłych (2. w Europie, za Estonią), jak i w czytaniu ze zrozumieniem (1. miejsce w Europie). Na tak dobrym przygotowaniu absolwentów szkół korzystają oczywiście uniwersytety i gospodarka.

Uniwersytet pod kołem podbiegunowym?

Już w latach 60. postanowiono zbudować sieć uniwersytetów na terenie całej Finlandii, ze szczególnym nastawieniem na uczelnie technologiczne. W tym czasie Finowie posiadali zaledwie dwie samodzielne uczelnie – w Helsinkach i Turku. Ten stan rzeczy znacznie ograniczał rozwój ogromnych połaci kraju, które były drenowane z talentów przez te dwa miasta. W założeniu więc rozbudowa sieci uniwersytetów była częścią programu rozwoju regionalnego. Cel osiągnięto już w latach 90.: Finlandia posiadała wtedy 20 publicznych i bezpłatnych uniwersytetów w 10 miastach, wyraźnie zorientowanych na technologię, z około jedną trzecią studentów studiujących nauki ścisłe. Cel, jakim był bardziej równomierny rozwój, został zrealizowany. Oulu, miasto położone na północy, dzięki otwarciu uniwersytetu stało się czwartym węzłem metropolitalnym Finlandii, powstrzymując przed emigracją na południe mieszkańców północnej i środkowej Finlandii. Politechnika w Lappeenranta odegrała podobną rolę dla wschodniej Finlandii. Swoją uczelnię ma nawet daleka Laponia. Dodatkowo postarano się, by miejscowe uczelnie dobrze współgrały z lokalną specyfiką gospodarczą, by absolwenci zasilali lokalne przedsiębiorstwa, a nie wyjeżdżali za pracą do innych miast. Uniwersytet w Joensuu stał się zatem czołową uczelnią w zakresie technologii drzewnych, a uczelnia w Tampere pomogła przekształcić to miasto w centrum informatyczne.

Fińskie uniwersytety nie są odizolowanymi bytami uczącymi dla samego uczenia. Nawet kształcenie kompetentnej kadry dla fińskich firm nie wyczerpuje palety funkcji, które spełniają te uczelnie.

W murach tamtejszych uniwersytetów praca badawcza wre i to nie dla niej samej, lecz dla wynajdywania przedsiębiorstwom rozwiązań z zamierzeniem, by je wdrożyć i z powodzeniem sprzedawać w postaci produktów. W całym tym procesie fińskie uczelnie zaczęły blisko współpracować nie tylko z rodzimymi przedsiębiorcami (w latach 1994–1996 aż 53% fińskich firm miało podpisane umowy o współpracy z uczelniami), ale też z całym systemem fińskich publicznych instytucji wspierających badania i rozwój. Sieć fińskich uczelni (najważniejsze z nich to Helsiński Uniwersytet Technologiczny i Uniwersytet Techniczny w Tampere) jest koordynowana przez powstałą w 1987 r. Radę Polityki Naukowej i Technologicznej, natomiast o ich należyte finansowanie dba Akademia Fińska. Radą formalnie kieruje premier, a więc jest odpowiednio umocowana politycznie, ale posiada też niezbędną niezależność i jest to w zasadzie cecha wszystkich instytucji badawczych w Finlandii – z jednej strony są kontrolowane politycznie, ale z drugiej zadbano o niezależność podejmowanych przez nie decyzji. Rada skupia ośmiu kluczowych ministrów, 10 przedstawicieli uniwersytetów, a także reprezentantów przedsiębiorców, pracowników oraz Akademii Fińskiej. Jak widać, jest ona platformą dyskusji między wszystkimi zainteresowanymi stronami. Rada ma nie tylko formalne relacje z władzą, ale też faktyczne – jej zalecenia znajdują odzwierciedlenie w polityce rządu.

Nadzorowana przez resort edukacji Akademia Fińska ma za zadanie przede wszystkim wspierać uczelnie, finansując badania podstawowe. Środki, które rozdysponowuje, stanowią około 15% wszystkich publicznych nakładów na B+R (badania i rozwój). Jedną z pierwszych instytucji rozwojowych w Finlandii jest Narodowy Fundusz Badań i Rozwoju (SITRA), powstały już w 1967 r. SITRA wspiera finansowo przede wszystkim raczkujących przedsiębiorców podejmujących ryzykowne i nowatorskie projekty, a więc jest czymś na kształt funduszu venture capital, tylko że o publicznym charakterze. Podlega bezpośrednio parlamentowi.

Największym z funduszy jest Narodowa Agencja Technologiczna (TEKES), która dysponuje 30% środków na B+R. Wspiera ona badania zarówno w placówkach publicznych, jak i podmiotach prywatnych. W zasadzie z jego wsparcia korzystała każda odnosząca sukcesy fińska firma technologiczna (łącznie z Nokią) na jakimś etapie swojej działalności.

TEKES promuje działalność sieciową – większe wsparcie mogą uzyskać te projekty, które są przygotowywane we współpracy wielu podmiotów. Podlega ono Ministerstwu Handlu i Przemysłu, jednak decyzje alokujące środki podejmuje niezależnie. A trzeba powiedzieć, że owe środki, którymi dysponują TEKES i reszta instytucji, są rzeczywiście niemałe. W 1982 r. rząd zadecydował o podnoszeniu nakładów na badania i rozwój z 1,2% PKB do 2,2% w 1992 r. Kolejnym celem było osiągnięcie nakładów wysokości 2,9% PKB w 1999 r., co udało się osiągnąć już rok przed terminem. W 2014 r. fińskie środki na B+R wyniosły 3,2% PKB, co było trzecim najwyższym wynikiem wśród państw OECD (1 w Europe).

Technologia w służbie egalitaryzmu

Według powszechnego mniemania szybki rozwój technologiczny musi pociągać za sobą także postępujące rozwarstwienie ekonomiczne. W takich warunkach najbardziej zdolnym jednostkom otwiera się wiele możliwości dużego zarobku, za to spada popyt na najniżej wykwalifikowanych pracowników, co odbija się na ich sytuacji. Przypadek Finlandii zadaje kłam tej teorii. Mierzący rozwarstwienie ekonomiczne wskaźnik Giniego spada w tym kraju od lat 60. (gdy wynosił 0,37), a więc dzieje się to równolegle z szybkim postępem technicznym. Obecnie Finlandia jest jednym z najmniej rozwarstwionych państw świata (0,25 przy średniej unijnej i wyniku Polski wynoszącym 0,31), a gwałtowny rozwój w niczym temu nie przeszkadzał. Stan ten uzyskała ona za pomocą rozbudowanego państwa dobrobytu, które zapewnia wysoką jakość powszechnych i darmowych usług publicznych, a także przede wszystkim wysoki poziom zabezpieczenia społecznego. Ten poziom zabezpieczenia (chociażby od bezrobocia) umożliwia funkcjonowanie elastycznego rynku pracy i to przy akceptacji silnych w tym kraju związków zawodowych – w latach 90. wskaźnik uzwiązkowienia wynosił aż 80%. Dzięki tej kombinacji czynników pracownicy nie boją się zwolnienia, gdyż wiedzą, że otrzymają w takim wypadku odpowiednie wsparcie (zarówno czysto materialne, jak i pod względem znalezienia nowego zatrudnienia), a pracodawcy działający często w nowatorskich i w związku z tym niepewnych branżach nie mają obiekcji przed zatrudnianiem nowych pracowników, gdyż wiedzą, że nie będą mieli problemu z ich zwolnieniem.

Oczywiście pracodawcy godzą się w zamian za elastyczny rynek pracy na partycypowanie w utrzymaniu rozbudowanego systemu zabezpieczeń, płacąc stosunkowo wysokie podatki. Fiskalizm w Finlandii jest obecnie bardzo wysoki – dochody sektora finansów publicznych w 2015 r. wyniosły 55% PKB, co jest najwyższym wynikiem w UE (średnia unijna jest 10 punktów procentowych niższa, a w Polsce jest to tylko 39%).

Instytucje państwa dobrobytu koegzystują z kulturą innowacyjności w jeszcze jeden sposób. Mianowicie państwo dobrobytu jest platformą wdrażania wielu innowacji, dzięki czemu z jednej strony jest usprawniane, a z drugiej nowe pomysły mogą zostać znakomicie przetestowane przed ewentualną komercjalizacją. Przykładem może być np. wdrażany od lat 90. przez Ministerstwo Zdrowia projekt Macro Pilot, umożliwiający zdalną opiekę nad chorym w jego własnym mieszkaniu, wyeliminowanie papieru z obiegu w opiece medycznej (elektroniczne recepty) czy możliwość internetowej łączności między lekarzami, co eliminuje konieczność chodzenia od specjalisty do specjalisty. Także na szczeblu zarządzania lokalnego innowacje technologiczne są tam szeroko stosowane, np. Helsinki obecnie przodują we wprowadzaniu rozwiązań smart city.

Dzięki powyższym rozwiązaniom Finlandia przeżyła boom gospodarczy w latach 80., a także bardzo szybko wyszła z głębokiej recesji, w której znalazła się w latach 1990–1993 (jej PKB spadł aż o 14%), w dużej mierze nie z własnej winy (głównie z powodu upadku ZSRR, z którym utrzymywała intensywne relacje handlowe, a także deregulacji rynków finansowych, co umożliwiło m.in. ataki spekulacyjne na fińską walutę). W latach 1995–2001 rozwijała się już na średniorocznym poziomie 3,3%, a druga połowa lat 90. była okresem rozkwitu jej gospodarki i sukcesów wielu fińskich przedsiębiorstw (Nokia, Soner, Elis, Elcoteq). Finlandia tempo wzrostu utrzymała w XXI w. i w latach 2000–2008 była jednym z najszybciej rozwijających się wysoko rozwiniętych państw OECD (średni roczny wzrost 3,1%), co czyniła niezmiennie przy bardzo wysokich podatkach (dochody sektora finansów publicznych w tym okresie stanowiły przeciętnie 53% PKB). Obecnie jest jednym z najbardziej rozwiniętych państw na świecie.

Choć jeszcze w 1960 r. 75% wolumenu eksportowego Finlandii stanowiło drewno i produkty papierowe, to już w XXI w. ok. jednej trzeciej eksportu fińskiego stanowiły produkty high-tech. W najnowszym rankingu Global Innovation Index 2015 Finlandia zajęła piąte miejsce na świecie i drugie w UE, za Szwecją.

W rankingu najbardziej konkurencyjnych gospodarek świata wg World Economic Forum w 2016 r. zajęła 10 miejsce, a czwarte wśród krajów UE. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu, gdy Finowie byli dosyć zacofanym i słabo wykształconym społeczeństwem drwali, wydawało się to niemożliwe.

***

Z przypadków Izraela i Finlandii polscy decydenci powinni czerpać całymi garściami. Oba kraje leżą w równie nieciekawym położeniu geopolitycznym – albo w najbardziej zapalnym punkcie świata, albo w bezpośredniej bliskości ekspansywnego i agresywnego mocarstwa. Oba też musiały się zmagać z koniecznością dogonienia cywilizacyjnego najbardziej rozwiniętych krajów świata, w czym przeszkadzały im ich naturalne ograniczenia – nieprzyjazne warunki klimatyczne oraz nieduża powierzchnia kraju. Mimo to ich próby zostały zwieńczone sukcesem. Jakkolwiek powinniśmy doceniać nasze osiągnięcia z ostatnich 25 lat, to do sukcesów na miarę Izraela i Finlandii wciąż nam daleko.

Materiał pochodzi z 46. teki czasopisma Pressje pt. W poszukiwaniu straconej rzeczywistości. Zachęcamy do kupna numeru oraz prenumeraty pisma.

Podziel się artykułem:

Piotr Wójcik
Stały współpracownik jagielloński24. Współpracownik kwartalnika Nowy Obywatel, Fundacji Kaleckiego oraz publicysta ekonomiczny.

Napisaliśmy już 1926 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Łatwiej nam zorganizować tysięczną debatę o doktrynie Giedroycia niż zająć się prawdziwymi problemami polsko-ukraińskimi.

Przejścia graniczne to najważniejszy problem stosunków polsko-ukraińskich [ROZMOWA]

Przejścia graniczne to najważniejszy problem stosunków polsko-ukraińskich [ROZMOWA]

Adam Chmieleński

Trudno znaleźć lepszy sposób na odciągnięcie dzieciaków od smartfonów i zaszczepienie w nich sportowego ducha niż Uczniowskie Kluby Sportowe.

Przez sport do obywatelskiej wspólnoty. Sylwetka Uczniowskich Klubów Sportowych

Przez sport do obywatelskiej wspólnoty. Sylwetka Uczniowskich Klubów Sportowych

Dawid Kamiński

Celem polityki europejskiej Macrona będzie nowe integracyjne otwarcie. Niestety częściowo w mniejszym gronie.

„Make Europe great again”. Polityczne plany prezydenta Macrona

„Make Europe great again”. Polityczne plany prezydenta Macrona

Szymon Hennel
Następny artykuł:

Chrapowicz: Lidl nie lubi związków

Chrapowicz: Lidl nie lubi związków