Nie zawsze byliśmy ofiarami

Mateusz Perowicz | 16-02-2017 10:26:19 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Nie zawsze byliśmy ofiarami
https://www.flickr.com/photos/kabanski/483567827/in/photolist-JJpSk-dqn48x-8xZJzX-adfNZv-oSEZKe-adfoe4-adiBYy-4Guh5Z-adfmf4-adiBCm-adiaX9-adiC7j-adfnbM-adiaFw-adfNrH-adfNyi-adfnqe-adfn4F-adib7L-adfon2-adic5E-adiceN-pxFmS2-cUUBbY-8zpjhN-JJeJJ-cUUrcQ-cUUkk7

Historia podobno lubi się powtarzać, często zatacza koło. Podatna na „twórcze” reinterpretacje, łatwo może stać się narzędziem soft power. Niemcy od lat forsują figurę „nazistów” stojącą w opozycji do  zwykłych „Niemców”. Za pośrednictwem takich filmów jak Valkiria z Tomem Cruisem w roli głównej, czy serialu Nasze matki, nasi ojcowie, starają się zwyczajnie manipulować historią III Rzeszy. Cel jest jeden – zerwanie ciągłości z latami 30. i okresem II wojny światowej oraz „podzielenie się” odpowiedzialnością za zbrodnie z innymi narodami. Podobnie czynią Rosjanie. W ich wizji historii nie ma zrozumienia dla naszych pretensji pod ich adresem. To przecież oni wyswobodzili nas spod nazistowskiej niewoli. Historia staje się tylko funkcją bieżącej polityki – w przeciwieństwie do naszej wizji przeszłości, która wolna jest od zakłamania. Tylko czy na pewno?

Bierzemy, co nasze

Upozorowana akcja wojskowa mająca na celu zajęcie danego terytorium, powołanie na opanowanych terenach władzy lokalnej, utworzenie quasi państwa i włącznie go w skład federacji. Nie jest to opis działań Federacji Rosyjskiej na Kremlu i w Donbasie, lecz instrukcje, jakie Józef Piłsudski wydał Lucjanowi Żeligowskiemu, powierzając mu zdanie przyłączenia Wilna do II Rzeczpospolitej. Kwestia Wilna wzbudzała wiele kontrowersji w Polsce, jak i za granicą. Litwa Środkowa była zamieszkiwana przez 1 240 000 mieszkańców, w tym 115 000 Litwinów, stanowiących tym samym ledwie 9% ogółu ludności. Polacy natomiast występowali w liczbie 810 000, co stanowiło ponad 60% mieszkańców.

Nic więc dziwnego, że najważniejsze środowiska polityczne (o radykalnie odmiennych poglądach) wysuwały koncepcję zajęcia Wilna. Jak pisał Kurier Poranny: „Należy stwierdzić w sposób kategoryczny, wbrew wszelkim odmiennym twierdzeniom, że nie było nikogo w Polsce, ktoby nie żywił pragnienia, aby Wilno mogło wejść organicznie w skład odrodzonego państwa polskiego”. Różnice dotyczyły tylko środków. Wśród lewicy wciąż tliła się wizja państwa federacyjnego, które miało obejmować obszar pomiędzy Morzem Bałtyckim, Adriatyckim a Czarnym. Koncepcja ta była ostro krytykowana przez endecję i środowiska prawicy, forsujące wizję inkorporacji i polonizacji mniejszości.

Wola była po obu stronach – Polska chciała mieć Wilno, a Wilno chciało być polskie. Inaczej sprawę widziała Litwa, uznając wszelkie przejawy zajęcia Wilna za agresję, a także państwa Ententy, oskarżające Polskę o tendencje imperialistyczne.

Nie mogło być więc mowy o jakiejkolwiek interwencji zbrojnej. Miałoby to katastrofalne skutki dla polskiej polityki zagranicznej. Powstał istny węzeł gordyjski, a Naczelnik II RP wiedział, jak go przeciąć. Potrzebował jedynie osoby godnej zaufania, kogoś kto przeprowadziłby akcję.

Wybór padł na generała broni, Lucjana Żeligowskiego, urodzonego w Oszmianie na Wileńszczyźnie. 29 sierpnia 1920 roku otrzymał on rozkaz, nakazujący podzielenie oddziałów na „regularne” i „nieregularne” i przesunięcie ich w kierunku Suwalszczyzny. Warto zwrócić uwagę na fakt, że właśnie w Suwałkach zawiązano porozumienie pomiędzy władzami Polski i Litwy. Wyznaczono również linię demarkacyjną, której armie obu państw nie powinny przekraczać. Litwini interpretowali to jako gwarancję nienaruszalności Wilna. Żeligowski rozpoczął wykonywanie planu Józefa Piłsudskiego 7 października – właśnie wtedy ogłosił, iż zbuntował się przeciwko Marszałkowi. Następnego dnia podległe mu oddziały starły się z wojskami Litwy. Obrońcy, zdając sobie sprawę ze znacznej przewagi przeciwnika, zarządzili odwrót i ewakuację miasta. Na wieść o nadciągającym wojsku polskim, ludność cywilna chwyciła za broń. Polacy opanowali strategiczne części miasta, przyśpieszając wkroczenie do niego wojsk Żeligowskiego. Wywołało to nieprawdopodobną falę euforii w mieście, co podkreślano nawet w radiu „Echo Litwy”.

12 października proklamowano niezależność Litwy Środkowej, a jej naczelnym dowódcą został Lucjan Żeligowski. Sprawnie przeprowadzono wybory i powołano sejm, który 20 lutego przyjął uchwałę o przynależności ziemi wileńskiej do Polski. Władze Rzeczypospolitej zrealizowały plan zbrojnego powiększenia swego terytorium, utrzymując jednocześnie, że nie wysyłały w ten region żadnych wojsk. Brzmi znajomo.

Aneksja, wysiedlenia, polonizacja

Triumfalne okrzyki powitalne można było usłyszeć również w Cieszynie w 1938 roku, gdy wojska polskie wkroczyły na Zaolzie. Zdecydowanie mniejszym entuzjazmem wykazały się wtedy zachodnie mocarstwa, krytykując ultimatum, jakie rząd RP wystosował wobec Pragi, żądając przekazania Zaolzia. Oskarżano Polskę o współpracę z Hitlerem, ponieważ w tym samym czasie odbywała się konferencja monachijska, nazywana potocznie „Rozbiorem Czechosłowacji”. Zdecydowano wtedy o przekazaniu Kraju Sudetów Rzeszy Niemieckiej. Do aneksji doszło w październiku 1938 roku. Niemcy wkroczyły na terytorium Czechosłowacji i zajęły przekazane im ziemie. W tym samym czasie polskie wojska dotarły do Zaolzia, włączając je w terytorium RP. Jednocześnie anektowaliśmy leżącą na Słowacji ziemie czadecką (obecnie Słowacja) zamieszkiwaną w większości przez ludność polską.

Interwencja sił polskich miała charakter odwetowy. Próbowano przywrócić ład na granicy z Czechosłowacją z roku 1918, który został naruszony przez rząd Karela Kramářa. Tuż po I wojnie światowej polska i czeska Rada Narodowa Księstwa Cieszyńskiego ustaliły podział ziem ze względu na kryterium etniczne. Marszałek Piłsudski niezwłocznie wydał dekret o przeprowadzeniu wyborów parlamentarnych na pozyskanych terenach. Dekret ten nie został uznany przez rząd Czechosłowacji. Nasi południowi sąsiedzi chcieli wykorzystać skomplikowaną sytuację młodego państwa polskiego – dekret potraktowali jako pretekst do inwazji. Wszelkie wątpliwości rozwiał czeski pociąg pancerny, który wjechał na Śląsk Cieszyński w asyście kilkunastu tysięcy żołnierzy. Ofensywa czeska zmusiła polskie wojsko do wycofania się na linię Wisły. Kością niezgody stał się Bogumin, będący głównym węzłem kolejowym w tamtym rejonie. Roszczenia do niego wysuwali Polacy, Czesi, jak i Niemcy. To właśnie na linii Kolei Koszycko-Bogumińskiej oparto nową granicę dzielącą Śląsk Cieszyński. Decyzja ta zapadła na rokowaniach pokojowych, odbywających się 3 lutego 1919 roku. Czesi, pomimo wybitnie korzystnego dla nich obrotu spraw, zakończyli działania zbrojne dopiero 24 lutego pod naciskiem mocarstw zachodnich.

Same mocarstwa nie były Polsce przechylne w kwestii naszej południowej granicy. Na konferencji w Spa, pod naciskiem Czech, postanowiono zadecydować o losach spornych ziem, łamiąc wcześniejsze ustalenia o przeprowadzeniu plebiscytów. Polskę okrojono z resztek ziem pozostałych po wojnie z 1919, a całą strefę zdemilitaryzowaną oddano Czechom. Przyparty do muru przez bolszewików rząd polski zgodził się z decyzją Rady Ambasadorów pod jednym warunkiem – Czechosłowacja miała zobowiązać się do przepuszczania przez swoje terytorium transportów dla wojska polskiego. Warunek spełniono dopiero w obliczu bitwy warszawskiej. Ostatecznie pod jurysdykcję Bohemii trafiły tereny zamieszkiwane przez 139 tys. Polaków, 113 tys. Czechów i 22 tys. Niemców.

Pod koniec lat 30. sytuacja się odwróciła i to Czesi przeżywali kryzys zafundowany im przez Adolfa Hitlera. Odpłacając pięknym za nadobne, rząd RP wystosował wobec Czechosłowacji wspominane wcześniej ultimatum. Czeska ludność polskiego Zaolzia nie miała łatwego życia.

Przeprowadzono wysiedlenia ludności czeskiej bez możliwości powrotu do Polski. Deportowano nawet rodziny nieprzejawiające antypolskich zachowań, zamieszkujące te tereny od kilku pokoleń. Czeskiej ludności dawano od 6 do 12 godzin na opuszczenie domów. Jedną z akcji wysiedleńczych przeprowadzono w Wigilię. Zlikwidowano wszystkie czeskie szkoły, organizacje sportowe, społeczne i kulturowe. Zakazano odprawiania nabożeństw w języku czeskim.

Pokojowe, proczeskie manifestacje były siłowo rozpędzane przez wojsko i policję. Przymusowo spolszczono czeskie nazwiska, a za posługiwanie się językiem czeskim wystawiano mandaty. W efekcie polonizacji terytorium RP opuściło 30 tys. Czechów, blisko 70% zrobiło to pod przymusem.

Nie tak się umawialiśmy

Wysiłek Polaków podczas II wojny światowej nie został doceniony. Zasługi polskich żołnierzy na rzecz Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii przestały mieć znaczenie 4 lutego 1945 roku, na konferencji pokojowej w Jałcie. Zadecydowano wtedy o losach Polski, jednak bez żadnych konsultacji z Rządem Polskim na Uchodźstwie, którego istnienie przemilczano. Za przedstawicieli narodu polskiego uznano skonstruowany przez Związek Radziecki Rząd Jedności Narodowej. Bez wątpienia można mówić tu o zdradzie. Stało się tak samo, jak w przypadku konferencji pokojowej w Rydze z 1921 roku, gdzie doszło do porozumienia pomiędzy Polską, Rosją i Ukrainą. Jednak mieszkańcy Ukrainy z pewnością tak by tego nie nazwali.

Zarówno Polacy, jak i Ukraińcy upatrywali w Rosji olbrzymie zagrożenie dla swojej świeżo odzyskanej niepodległości. Sojusz obu państw był więc konieczny. Dlatego, pomimo początkowych konfliktów, w 1920 roku w Warszawie zawiązano porozumienie. Na jego mocy ustanowiono granicę polsko-ukraińską na rzece Zbrucz, która przecinała Wołyń. Strony umowy zobowiązały się do niezawiązywania umów międzynarodowych skierowanych przeciw sobie, a także gwarantowały prawa ludności ukraińskiej w Polsce i polskiej na Ukrainie. Pakt pokojowy zapisał się w historii jako Umowa Warszawska, a jej ustalenia utrzymywano w tajemnicy. Warto wspomnieć, że na mocy Traktatu Wersalskiego, Galicja Wschodnia nie była uznawana za terytorium Polski. Uzyskaliśmy jedynie mandat na zarządzanie tym terytorium, pod warunkiem nadania mu statusu autonomii. Zbiega się to z żywą dziś koncepcją Międzymorza, wylansowaną przez Józefa Piłsudskiego, która zakładała niepodległość państwa ukraińskiego. Co potwierdza się w manifeście do narodu ukraińskiego wydanym przez marszałka:

„Wojska Rzeczypospolitej Polskiej na rozkaz mój ruszyły naprzód, wstępując głęboko na ziemie Ukrainy. [..] Wojska polskie pozostaną na Ukrainie przez czas potrzebny po to, by władze na ziemiach tych mógł objąć prawy rząd ukraiński. [..] Wierzę, że naród ukraiński wytęży wszystkie siły, by z pomocą Rzeczypospolitej Polskiej wywalczyć wolność własną [..]. Wszystkim mieszkańcom Ukrainy bez różnicy stanu, pochodzenia i wyznania wojska Rzeczypospolitej Polskiej zapewniają obronę i opiekę.[..]

JÓZEF PIŁSUDSKI,

Wódz Naczelny Wojsk Polskich.

26 kwietnia 1920 r., Kwatera Główna”

Wojna polsko-bolszewicka okazała się przełomowym wydarzeniem w historii naszego kraju.

Bitwa warszawska uchodzi za jedną z bitew decydujących o losach świata. Zgodnie z Umową Warszawską, czynny udział wzięły w niej siły Ukraińskiej Republiki Ludowej pod przywództwem Symona Petlury. Wojna z sowietami zakończyła się Traktatem Ryskim. Już na początku rokowań polska delegacja za przedstawiciela narodu ukraińskiego uznała Ukraińską Socjalistyczną Republikę Radziecką (ustanowione przez sowietów państwo ukraińskie).

Oznaczało to kategoryczne złamanie Umowy Warszawskiej zawartej z URL. Łamanie umów międzynarodowych z czasem stawało się normą. Polska miała się o tym boleśnie przekonać między innymi w Jałcie. Na mocy Traktatu Ryskiego Warszawa i Moskwa podzieliły między siebie terytorium walczącej o niepodległość Ukrainy. Pobite wojska URL dostały w Polsce azyl, podobnie jak polscy żołnierze w Wielkiej Brytanii po zakończeniu II wojny światowej. Londyn oficjalnie wyrzekł się Polski, lecz nieoficjalnie nadal udzielał wsparcia oddziałom walczącym z sowietami, wspierając m.in. Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość, polską, cywilno-wojskową organizację antykomunistyczną. Tego typu działania przypominały politykę II RP, która pomimo zerwania sojuszu z URL, nadal dofinansowywała działania ukraińskich organizacji wojskowych i politycznych. Zresztą nie tylko ukraińskich.

Polska stała się jednym z głównych patronów ruchu prometejskiego. Nurt ten wymierzony był przeciwko ZSRR. Zakładał stopniowe unicestwienie bolszewickiego państwa, będącego zagrożeniem dla wolnych ludów Europy Środkowej i Wschodniej. W praktyce działania ruchu prometejskiego sprowadzały się do wspierania wszelkich ruchów narodowowyzwoleńczych na terenie ZSRR. Organizacją koordynującą i unifikującą działania prometeizmu był powołany w Warszawie klub „Prometeusz”. Jego pełna nazwa była nieco dłuższa i w pełni oddawała cele, zdania i zakres działania klubu. Brzmiała następująco: „Prometeusz – Liga zniewolonych przez Rosję narodów: Azerbejdżanu, Donu, Karelii, Gruzji, Idel-Uralu, Ingrii, Krymu, Komi, Kubania, Północnego Kaukazu, Turkiestanu i Ukrainy”.Z czasem podobne ośrodki powstały w Paryżu, Helsinkach, Stambule i Harbinie. Głównymi działaczami klubu byli ukraińscy emigranci ze środowiska Symona Petlury.

 ***

Moskwa, zarówno po pierwszej, jaki i po drugiej wojnie światowej, wymuszała na uczestnikach konferencji pokojowych zaniechanie wspierania działań antykomunistycznych. Powtórek z historii w wykonaniu Kremla jest więcej. Historia zatoczyła koło 11 lutego 1945 roku na konferencji pokojowej w Jałcie, gdy konkurujący ze sobą gracze postanowili zadecydować o losach walczącego o niepodległość narodu bez jego zgody.

W Jałcie Rosjanie wykorzystali sprawdzony i skuteczny scenariusz. Próba generalna odbyła się w Rydze w 1921 roku, gdzie Polska dostała angaż jako strona konfliktu. Pomogliśmy wyreżyserować spektakl, który odegrano ponownie po 24 latach.

Lecz tam przypadła nam rola ofiary.

Podziel się artykułem:

Mateusz Perowicz
Członek warszawskiej redakcji Jagielloński24. Współorganizator Akademii Dobrego Państwa Klubu Jagiellońskiego.

Napisaliśmy już 2029 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

To nie pierwszy raz, kiedy mające promować patriotyzm gospodarczy działania rządzących w praktyce przynoszą więcej szkody, niż pożytku.

Wydali 2 miliony, a aplikacja ledwo działa. Jak rządowa agencja promuje regionalne produkty

Wydali 2 miliony, a aplikacja ledwo działa. Jak rządowa agencja promuje regionalne produkty

Piotr Trudnowski

Nie ma jednego, uniwersalnego modelu kontroli konstytucyjności. Nawet wśród idealizowanych nieraz państw Zachodu.

A jak to rozwiązali na Zachodzie? Przegląd systemów kontroli konstytucyjności

A jak to rozwiązali na Zachodzie? Przegląd systemów kontroli konstytucyjności

Arkadiusz Fordoński

Inicjatorzy projektu opowiedzieli się za koncepcją antropologiczną, która zakłada, że człowiek spełnia się także (a może przede wszystkim) poza pracą zarobkową.

Nie wszystko da się zamienić w złotówki. Wokół handlu w niedzielę

Nie wszystko da się zamienić w złotówki. Wokół handlu w niedzielę

Piotr Kaszczyszyn
Następny artykuł:

Schulz to mniejsze zło

Schulz to mniejsze zło