Język ma znaczenie

Michał Lubina | 25-11-2016 13:32:54 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Język ma znaczenie
www.flickr.com/photos/

Zmiana nazwy żadnego innego kraju na świecie nie wzbudza tyle kontrowersji  i nieporozumień co przemianowanie Birmy na Myanmar / Mjanmę. Minęło ponad 27 lat a nazwa państwa wciąż stanowi przedmiot politycznych sporów wokół tego kraju. W Polsce spór ten stał się za to kolejnym pretekstem do odgórnie narzuconej inżynierii językowej niezgodnej z naszą kulturą i językiem oraz wyrazem polskiej lingwistycznej ojkofobii.

Nowa nazwa, nowy naród

18 czerwca 1989 roku junta birmańska podjęła jedną z najbardziej zaskakujących, paradoksalnych i wydawałoby się – niezrozumiałych decyzji. Publikując Prawo 15/89, zmieniła angielską nazwę kraju z Birma na Mjanma (Myanmar). Większości Birmańczyków kwestia ta była (i wciąż jest) absolutnie obojętna: zarówno Birma (Bama), jak i Mjanma (Myanma) są rodzime, birmańskie, chociaż nie są to ściśle te same nazwy – Myanma jest dawną nazwą królewską i oznacza „kraj silnych jeźdźców”, zaś Bama jest określeniem potocznym i pochodzi od nazwy hinduistycznego boga Brahmy; obu używa się naprzemiennie – są de facto synonimami, tak jak dla Holendrów ich kraj to Niderlandy i Holandia, dla Brytyjczyków Zjednoczone Królestwo i Wielka Brytania, a dla Polaków Rzeczpospolita i Polska.

Nazwa Birma (Burma) była przez cały okres kolonialny oficjalną angielską nazwą kolonii. Birmańczycy mówili po birmańsku Myanma bądź Bama (oficjalnie – Myanma, potocznie Bama), i tak pozostało po odzyskaniu niepodległości w 1948 roku – Myanma po birmańsku, Burma po angielsku. Nikt nie miał z tym problemów i aż do 1989 roku kwestia ta po prostu nie istniała. Ale wtedy rządząca junta odkryła, że Birma to nazwa niewłaściwa, kolonialna i upokarzająca. I narzuciła nazwę Mjanma.

Oficjalnie stało się to w imię naprawiania kolonialnych krzywd oraz dla dobra mniejszości etnicznych. Chodziło rzekomo o znalezienie wspólnej nazwy na wszystkich mieszkańców Birmy – i Birmańczyków, i mniejszości. Obecnie nie ma w jakimkolwiek języku świata wspólnego określenia na Birmańczyków i mniejszości etnicznych Birmy (nie ma również czegoś takiego jak „Brytyjczyk”, który może oznaczać zarówno Anglika, Szkota, jak i Walijczyka). Mjanma  i „Mjanmańczyk”  miały to zmienić.

Tyle że mniejszości nigdy nie zabierały w tej sprawie głosu – nikt ich zresztą o to nie pytał. Argumentacja, iż zmieniając nazwę na Mjanma,czyni się to w ich imieniu, jest frapująca o tyle, że to właśnie junta od początku swoich rządów z mniejszościami walczyła, a ekipa, która zmieniła nazwę tylko zintensyfikowała ich prześladowania.

Wreszcie – co najważniejsze – Mjanma to nic innego jak Birma, a przymiarki do uczynienia państwowego „narodu mjanmańskiego” okazały się niczym innym jak inżynierią społeczną junty, próbą „mjanmafikacji”; stworzenia nowego państwowego narodu opartego jednak na birmańskiej etniczności. Innymi słowy – siłowej asymilacji mniejszości, ich birmanizacji („mjanmafikacji”).

Dlatego nazwa Mjanma nabrała w miejscowych warunkach nacjonalistycznego, wręcz szowinistycznego wydźwięku. Stała się czymś w rodzaju „Wielkiej Birmy” – miejscowego odpowiednika „Wszechpolski”.

Międzynarodowa wojna na symbole

Po zmianie nazwy przez juntę wojskową ruch ten oprotestowała Aung San Suu Kyi, legendarna birmańska opozycjonistka. W ramach walki z juntą Suu Kyi zaczęła nawoływać do bojkotu nowej nazwy i używania starej, argumentując to faktem braku legitymizacji junty do zmiany nazewnictwa. Kwestia nazwy stała się sprawą polityczną, gdyż tak naprawdę była to wewnątrz birmańska rozgrywka o symbole. Spór o poprawność nazwy Birma / Mjanma od początku miał więc charakter normatywny a nie lingwistyczny. Z tego ostatniego bowiem punktu widzenia, obie nazwy nawiązują do narodu birmańskiego, stanowiącego ok. 66% populacji Birmy, więc jest to w dużej mierze problem wtórny i stworzony w wyniku wewnętrznej rywalizacji o władzę.

W tym pojedynku na symbole długo wygrywała opozycja. Zachód w ramach poparcia dla opozycji konsekwentnie stosował dawną nazwę. Abstrahując od oczywistej konkluzji, iż Mjanma jest po prostu nazwą nacjonalistyczną i stąd lepiej w jej używaniu być ostrożnym, trzymanie się starej nazwy miało wyraźny wydźwięk aksjologiczny. Ten, kto używał nazwy Birma zamiast Mjanmy podkreślał swoje przywiązanie do wartości demokratycznych i wsparcie dla opozycji. Jednak wraz z politycznym dealem generałów birmańskich z Amerykanami po 2011 roku i wymuszoną zmianą polityki Suu Kyi (nie mając wyjścia porozumiała się ona z generałami i weszła do establishmentu wojskowo-oligarchicznego na warunkach generałów, co dało jej koncesjonowaną władzę w 2015 roku), Mjanma powoli wypiera Birmę z międzynarodowego nazewnictwa.

Spór ten pewnie skończy się tak jak z Tajlandią, która wyparła Syjam mimo faktu, że określenie Tajlandia w momencie wprowadzenia w latach 30. XX wieku przez współpracujący z Japonią rząd w Bangkoku również było nacjonalistyczne. Tym niemniej Birma pozostaje popularna jako nazwa potoczna w świecie. W języku angielskim doszło więc paradoksalnie do powtórzenia mechanizmu obecnego w samej Birmie przed nastaniem kontrowersji związanych z nazwami: Mjanmę używa się jako nazwę formalną, zaś Birmę jako potoczną. 

MSZ walczy z Birmą

W Polsce kwestię obcego nazewnictwa normuje Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych Poza Terytorium Rzeczypospolitej Polskiej (KSNGPTRP), zrzeszająca specjalistów z dziedziny geografii, historii, językoznawstwa i kartografii.

Stanowisko Komisji aż do 2012 roku w kwestii Birmy było jasne: trzymać się nazw zakorzenionych w języku polskim, czyli Birmy. Komisja pozostawiała Birmę jako nazwę krótką tego państwa, a jednocześnie zastrzegła, że MSZ w tekstach oficjalnych powinien stosować Myanmar.

Była to całkowicie zrozumiała, kompromisowa decyzja w duchu zdrowego rozsądku. U siebie stosujmy swoje nazwy, a na zewnętrz, w kontaktach dyplomatycznych – obce.

Niestety, kierowanemu przez ministra Radosława Sikorskiego MSZ-towi ten kompromis przeszkadzał. Ministerstwo w 2012 roku uznało za swoją misję wykorzenić z polszczyzny nazwę Birma. Uczyniło to w iście PRL-owskim stylu biurokratyczno-nakazowym. Rozpoczęła się prawdziwie urzędowa walka z Birmą: urzędnicy dostali nakaz stosowania Mjanmy i ci, będący na państwowych pensjach (jak np. w PISM) pokornie się władzy podporządkowali. Co ważniejsze jednak, zastosowano nacisk na Komisję Nazw w kwestii zmiany jej poprzedniej decyzji. Warto przeczytać sobie dostępny w Internecie protokół z posiedzenia Komisji z 21.03.2012, podczas którego widać manipulacje MSZ-tu (powoływanie się na fakt, że „birmańska opozycja zaczęła stosować „Mjanmę”, co było nieprawdą, gdyż prosiła ona o stosowanie Birmy; oraz na „wybory powszechne w 2010”, będące w oczywisty sposób sfałszowane przez reżim), a także zwrócić uwagę na silny opór Komisji przed tą zmianą – w pierwszym czytaniu odrzucono propozycję MSZ-tu. Niestety, Ministerstwo zastosowało nacisk (jak chwalił mi się prywatnie jeden z urzędników biorących udział w tej akcji: „kolanem ich przycisnęliśmy!”) i Komisja uległa, w drugim głosowaniu zmieniając nazwę z Birma na Mjanmę, a także, co już było kuriozum absolutnym, nazwy narodu birmańskiego na „mjanmański” (nie ma takiego narodu!). Co ciekawe jednak, urzędnicy MSZ-tu przeoczyli, że muszą wymusić jeszcze zmianę przymiotników i nazw miast (tak jak to zrobiła junta birmańska); w efekcie Komisja ich nie zmieniła i do dziś pozostały określenia „birmański, birmańska”, a MSZ musi stosować starą nazwę Rangun (zamiast Jangon) będącą z perspektywy nacjonalistów birmańskich równie obmierzłą i politycznie nieakceptowaną jak Birma

Pomimo ogromnego nacisku MSZ-tu Komisja trochę wybroniła Birmę, utrzymując ją jako nazwę wariantywną. Niestety dziś w urzędniczym pędzie mało kto zwraca uwagę na fakt, że decyzja o pozostawieniu Birmy jako nazwy wariantywnej oznacza , iż można stosować obie nazwy, i Mjanmę, i Birmę. Wielu nadgorliwców poprawia Birmę na Mjanmę gdzie się tylko da, nie znając kontekstu i nie wiedząc, że stosowanie Birmy jest wciąż całkowicie dozwolone.

Wstydzimy się własnego języka?

Wracając do narzuconej zmiany Birmy na Mjanmę, wydaje się, że tę politykę ówczesnego MSZ-tu nie można określić inaczej jak tylko odgórnie stosowaną inżynierię językową. Na dodatek nie sposób dostrzec motywacje inne niż walka z językiem polskim i jego tradycją, gdyż zmiana ta nie była potrzebna MSZ-towi w kontaktach dyplomatycznych w Birmie i na świecie, gdyż już poprzednia decyzja Komisji Nazw nakazywała ministerstwu stosowanie nazwy Mjanma / Myanmar. Była to więc decyzja odnosząca się do kontekstu polskiego. Wpisuje się ona w przykrą tendencję wśród dyplomatów, polityków oraz, niestety, części naukowców, by stosować na siłę w języku polskim nowo narzucone przez nacjonalistów azjatyckich nazwy, takie jak – na przykład – Mumbaj (zamiast zakorzenionego Bombaju), Chennai (zamiast tradycyjnego Madrasu), czy Ho Chi Minh (zamiast Sajgonu), chociaż nie ma powodu, aby do naszego języka je wprowadzać. Czy gdyby Niemcy zażądali od nas mówienia na ich kraj Deutschland, podporządkowalibyśmy się pod to? Czy wyraz ambicji, woli, a często kompleksów innych nacji ma zmuszać nas do zmian w naszym kraju?

Przyjmowanie tych nowych nazw wiąże się w moim odczuciu z czymś co nazwałbym polską „lingwistyczną ojkofobią” (ojkofobia to w psychologii nienawiść do tego, co własne).

Jest w polskości od dawna cecha, którą można określić „cudze chwalicie, swego nie znacie”, dawniej wyrażająca się w języku makaronizmami czy inwazją francuszczyzny (a dziś angielszczyzny).

Wielu osobom wydaje się, że gdy będą używać obcych / nowych nazw, wydadzą się bardziej „nowoczesne”, „światowe”, „idące z duchem czasu”, „niezaściankowe” i tak dalej. Tymczasem przyjmowanie obcych nazw wiąże się zawsze z ryzykiem. Przyjmując coś nowego należy pamiętać o mądrej maksymie Edmunda Burke’a, iż nim się to uczyni trzeba się dwa razy zastanowić, czy zmiana, którą to przyniesie, wyjdzie nam na korzyść, czy nie. Dlatego uważam, że narzucanie Mjanmy jest błędne i przedwczesne – pozostawienie przy Birmie jest obecnie najlepszym rozwiązaniem problemu, bo wtedy wszystko jest językowo spójne.

Ufam w to, że z Birmą będzie jak z Pekinem. Mimo ogromnego nacisku Chińczyków domagających się, aby ich stolicę nazywać z chińska Beijing, Polacy tej nazwy nie przyjęli i pozostali przy Pekinie. Czy podobnie będzie z Birmą? Czy raczej zwycięży Mjanma tak, jak ongiś równie nacjonalistyczna Tajlandia pokonała Syjam? Czas pokaże.

Podziel się artykułem:

Michał Lubina
Adiunkt w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor trzech książek o Birmie, m.in. pierwszej w języku polskim historii Birmy. Jego prace zostały nazwane „początkiem polskiej birmanistyki”.

Napisaliśmy już 1952 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Sądownictwo ma swoje problemy. Największym z nich jest nie widmo postkomunizmu, ale jego nadmierna biurokratyzacja.

Spóźniona wojna z postkomunizmem

Spóźniona wojna z postkomunizmem

Piotr Kaszczyszyn

Złożywszy do grobu III RP musimy być gotowi na powołanie IV RP: bez względu na to, kto będzie rządził w następnej kadencji.

Idzie nowe. Czas przejrzeć szuflady

Idzie nowe. Czas przejrzeć szuflady

Bartosz Brzyski

Dlaczego większość kwalifikowana może dać polskiej polityce rewolucyjny impuls ku prawdziwej „dobrej zmianie”?

Niech to będzie dopiero początek. Nie chodzi przecież o „Adriana”, ale o państwo

Niech to będzie dopiero początek. Nie chodzi przecież o „Adriana”, ale o państwo

Piotr Trudnowski
Następny artykuł:

Żaden tam król

Żaden tam król