Żaden tam król

Alicja Wielgus | 24-11-2016 16:18:08 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Żaden tam król
www.flickr.com/photos/aberrocreative

Nowa książka Szczepana Twardocha to bestseller, po który sięgają czytelnicy, krytycy, a nawet filmowcy (Canal+ wykupił już prawa do nakręcenia serialu na podstawie Króla). Czym jest ostatnia powieść znanego autora, a czym mogłaby być, gdyby Twardoch bardziej niż do promocji przyłożył się do pracy nad swoim warsztatem pisarskim i tym, co chce czytelnikom przekazać?

Niepotrzebna „katastrofa”

Rozczarowanie. Mniej więcej takie uczucie towarzyszy lekturze najnowszej książki Szczepana Twardocha. Po świetnej Morfinie można było odnieść wrażenie, że mamy w polskiej literaturze pisarza, który będzie w stanie stworzyć arcydzieło. Pozwoli mu na to jego coraz doskonalszy warsztat pisarski, a z drugiej strony interesująca autora problematyka. Nie bez znaczenia są przecież poruszane przez twórców tematy, muszą one w jakiś sposób dotyczyć większości, dysponować walorem uniwersalności, a przede wszystkim być po prostu ważne, aby dla określonej wspólnoty stanowiły arcydzieła. Może dlatego Wojciech Szot na Facebooku bloga Kurzojady napisał ostatnio krótki list do Wita Szostaka (skądinąd przyjaciela Szczepana Twardocha) o treści: „Wicie Szostaku – co ty wyprawiasz? Zamiast korzystać z doświadczeń kolegów, którzy ćwiczą boks i boksują się o nagrody, którzy co powieść to próbują napisać dzieło będące biblią pokolenia, kamasutrą generacji, to ty piszesz sobie k**** o Odysie, Penelopie, Telemachu i mity sobie przekręcasz”.

Szczepan Twardoch istniał w literaturze przed pojawieniem się Morfiny. Jego opowiadanie Obłęd rotmistrza von Egern z tomu o tym samym tytule wydane przez Fabrykę Słów (sic!) zostało nominowane do Nagrody Nautilus (w wyniku plebiscytu na najlepszy polski utwór fantastyczny). Epifania Wikarego Trzaski (Wydawnictwo Dolnośląskie) to z kolei przykład literatury sensacyjnej i kryminalnej, za który Twardoch otrzymał Srebrne Wyróżnienie Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego. Później głośne były opowiadania Tak jest dobrze (wydane już przez Powergraph), za które Twardoch uzyskał nominację do Nagrody Literackiej Gdynia.

Jak widać, wszystkie te teksty mocno zakorzenione są w literaturze gatunkowej, popularnej. To z tej literatury narodził się Szczepan Twardoch i póki co na takiej poprzestaje. Ale może nic w tym dziwnego, w końcu jak pisał Robert Ziębiński na łamach Dzikiej Bandy: „Dla tych twórców [literatury popularnej] bliższe sercu (choć zapewne nigdy tego nie powiedzą głośno) była programowa bezprogramowość Skamandrytów. Pisanie dla pisania i pieniędzy. Pisanie popu, bo pop się sprzedaje i pop się czyta. Minęło dwadzieścia pięć lat wolnej Polski. Przez dwadzieścia pięć lat zdążyliśmy zachłysnąć się tandetą ze świata, przeżyć nalot chick-litu (babskiego pisania dla pań), oswoić się z nowymi klasykami, nienawidzić pop i nie zauważyć, że… dzisiejsze największe gwiazdy literatury to… gwiazdy wyrastające z popu. Łukasz Orbitowski – dziecko «Science Fiction» i «Nowej Fantastyki» – jego «Inna dusza» to współczesne arcydzieło. Wit Szostak – dziecko «Nowej Fantastyki» – wyrósł na jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy. «Wróżenie z wnętrzności» to tylko potwierdza. Szczepan Twardoch – dziecko «Science Fiction» i «Nowej Fantastyki» – dziś gwiazda, a jego «Morfina» uznawana słusznie jest za arcydzieło”. Choć zdecydowanie oszczędziłabym tutaj nadużywanego słowa „arcydzieło” (mimo wszystko żaden z tych pisarzy na takie określenie swoich książek nie zasługuje, choć z tych trzech najbliżej chyba Szostakowi), to nie da się zaprzeczyć, że rzeczywiście dzisiejsza bądź co bądź bardzo dobra literatura wymienionych autorów (nawet jeśli wciąż bardziej gatunkowa niż wysokoartystyczna) wyrasta z dziedziny pop. Dziedziny, która przynosi najwięcej korzyści, przynajmniej finansowych.

Nadzieje związane z twórczością Twardocha nie były bezpodstawne, zwłaszcza jeśli prześledziło się pracę autora nad swoim warsztatem od jego wcześniejszych, mało znanych powieści, przez Wieczny Grunwald, aż do książki, za którą otrzymał Paszport Polityki (Morfina). Później jednak ukazał się bardzo średni Drach i zupełnie już jałowe Wieloryby i ćmy. Powieść o Śląsku miała ogromną wartość dla tamtejszych mieszkańców, ale nawet jeśli jest to najlepsza książka o Śląsku, jaka kiedykolwiek powstała, nie oznacza to, że automatycznie możemy mówić o dobrej literaturze. W innym wypadku za każdym razem, kiedy na łamach coraz to nowszych powieści ukazywałyby się nowatorskie tematy, musielibyśmy wciąż mówić o arcydziełach, nawet w przypadku bardzo złej literatury (przykład: Mięso Dominiki Dymińskiej jako pierwsza książka o seksualności napisana z perspektywy nastolatki, stanowiąca wyjątkowo trudną do przełknięcia powieść).

Najnowsza książka Szczepana Twardocha to ani żadne arcydzieło, ani nawet ambitna literatura. To po prostu wymieszane różne gatunki literatury popularnej i zarazem książka, którą dobrze się czyta, ale nic po niej nie zostaje.

Żadne długi, o których pisał Jan Maciejewski w tekście Jaka ważna katastrofa, nie zostają spłacone: „Pisarz nie może być żołnierzem na nie swojej wojnie. Pisanie musi być spłacaniem długu wobec tych, którzy sprawiają, że wypowiadanie słów ma sens. Przy wszystkich fatalnych wadach tej książki [Wieloryby i ćmy], dziennik Twardocha jest świadectwem jego świadomości istnienia własnych długów. Od tego, czy zacznie je spłacać, będzie zależeć, czy warto dłużej zawracać sobie tym pisarzem głowę”. Po ostatniej książce Twardocha można już śmiało powiedzieć: nie warto. Nie ma niczego ważnego w tej książce, jest za to medialny szum.

Liczy się sprzedaż

Nie można było nie zauważyć w ostatnim czasie Króla. Szczepan Twardoch wręcz „wyskakiwał z lodówki” (sam zainteresowany świadom tak wielkiej promocji udostępnił na Facebooku zdjęcie własnej lodówki z widoczną w środku Gazetą Wyborczą ze swoją okładką). Skala promocji zafundowana przez Wydawnictwo Literackie była więc ogromna. Trailer, audycje, wywiady, recenzje po prawej i lewej stronie, spotkania, słowem wszystko, co mogło sprawić, żeby książka była widoczna. I tak też się stało.

Kampania promocyjna przygotowana przez WL dawała jasny przekaz: nowa książka Szczepana Twardocha to jednocześnie literatura wysokoartystyczna i wciągający kryminał/sensacja/thriller. O tym pierwszym miała świadczyć okładka stworzona na wzór przedwojennych afiszy teatralnych, o tym drugim trailer przedstawiający dwóch bijących się bokserów, nagą kobietę i strzelającego z pistoletu Twardocha. Coś jednak nie wyszło.

Nie wyszło, ponieważ najnowszą prozę Twardocha trudno zaakceptować jako literaturę ambitną. Są wprawdzie jakieś przebitki mające podnosić walor artystyczny, ale po pierwsze, powtórzone z poprzednich książek pisarza, a po drugie, niczym nieuzasadnione. Po kolejnej stronie już naprawdę wiemy wszystko o śmierci Nauma Bernsztajna, niemniej i tak ciągle nam się powtarza, jak to został poćwiartowany i porozrzucany do rzeki. Te wszystkie powtarzalne zdania (jak w Drachu wypowiedzi w stylu „Nic nie ma znaczenia”, „W tym samym czasie i w tym samym momencie”) stają się nudne i budzą pytanie: po co? To samo tyczy się narracji: Litani pojawia się w powieści jak tajemnicza narratorka w Morfinie i ziemia (?) w Drachu. Kaszalot również istnieje gdzieś poza świadomością, ukazuje się nad miastem w sytuacjach dotyczących przemocy. Sam Szczepan Twardoch nie wie, po co go stworzył (co przyznał na spotkaniu podczas Festiwalu Conrada), zrzucając obowiązek odnalezienia sensu na krytyków.

Niestety, ale chyba nikt nie wie, po co w książce Twardocha powstał kaszalot. Może nawet byłby on ciekawym gestem w stronę czytelnika, gdyby nie fakt, że to gest powtarzalny, a dalej nie odpowiadający na podstawowe pytanie: do czego został on skonstruowany i co miałby nam powiedzieć.

Niemniej te dwa aspekty (powtarzalność konstrukcji składniowych oraz tajemniczy narrator-nadświadomość) mogłyby literacko odpowiadać prozie wysokoartystycznej, która nie stawia sobie za cel jedynie pobudzenie odbiorcy za pomocą wciągającej akcji. Jeśli jednak to są najmocniejsze warsztatowo cechy prozy laureata Paszportu Polityki i Nagrody Fundacji im. Kościelskich, to albo Twardoch musi jeszcze sporo popracować, albo mamy naprawdę słabych prozaików.

Nie da się jednak ukryć, że Twardoch potrafi stworzyć świetną literaturę gatunkową. Król to rzeczywiście powieść niezwykle wciągająca. Dla wszelkich fanów kryminałów, thrillerów czy sensacji to lektura obowiązkowa. To powieść bardzo męska (jeśli możemy tak określić pozycje odwrotne do tzw. „literatury kobiecej”, czyli uczuciowej, sentymentalnej, tkliwej). Dużo w niej przemocy, seksu, samochodów, broni. Wszelkie akty agresji czy zbliżeń cielesnych opisane są bardzo dokładnie, w przypadku Króla mowa nawet o tzw. pornografii przemocy. Erotyczne napięcia, najgorsze wynaturzenia, sadyzm, masochizm, deprawacja – to wszystko znajduje się w książce Twardocha.

Jest nawet historia, tak modna w ostatnim czasie, ale będąca tylko kostiumem dla pojawiającej się akcji. Niczym więcej, co próbuje się nam sugerować. Bowiem ani Warszawa lat 30. XX w. nie jest przedstawiona na tyle szeroko i wiarygodnie, aby uwierzyć w taki jej obraz przedwojenny, ani już na pewno tzw. „doły społeczne”, najbiedniejsza ludność stolicy.

Dwa walczące ze sobą ugrupowania – falangistów i socjalistów – to w powieści grupki złych i dobrych. Ci pierwsi próbują wygonić tych drugich z miasta i objąć całkowitą władzę. I to wszystko oczywiście jest jak najbardziej wiarygodne w powieści sensacyjno-przygodowej, w której oczekujemy łatwych podziałów i przyklejonych łatek, ale na pewno nie uwierzymy w taką historię w momencie zagłębiania się w poważne problemy społeczno-polityczne. Słowem, historia w tle dodaje akcji żywotności czy urozmaicenia, ale nic ponadto. Za mało została zgłębiona, rozbudowana o inne wątki, poszerzona o bardziej skomplikowane kwestie, aby stanowiła tutaj coś innego niż zwykły kostium historyczny jakich wiele w kryminałach retro.

Nie można też mówić w przypadku Króla o diagnozie społeczeństwa polskiego, stricte warszawskiego, ponieważ bohaterowie Twardocha ulegli zbyt wielkiej stereotypizacji. Przypisane im cechy są dość łatwe do odgadnięcia już po pierwszych stronach, na kolejnych, aż do ostatniej, nic się nie zmienia. Wiadomo od początku do końca, że Jakub Szapiro jest Żydem nie czującym się ani Żydem, ani Polakiem, co lubi powtarzać nieustannie. Z czego w takim razie wynika fakt, że mimo bogactwa chce żyć w biednej dzielnicy żydowskiej, że usiłuje „znieść” getto ławkowe na uczelni, nie wiadomo. To, że jego brat Moryc zupełnie inaczej podchodzi do swoich korzeni, ma rzekomo początki w szkole, w której się uczył i która kształciła syjonistów. Mniej więcej takie uwarunkowania psychologiczne stawia się czytelnikowi w przypadku wszystkich bohaterów. Albo nie wiemy nic o ich przeszłości, albo bardzo mało i to „mało” ma nam wyjaśnić wszystko. Niemniej takie uproszczenia psychologiczne, łatwe konstrukcje bohaterów pozwalają na stworzenie dobrej powieści sensacyjnej.

Szczepan Twardoch napisał Króla z cynizmu. Wyciągnął najlepiej sprzedające się chwyty literatury popularnej, aby stworzyć powieść „dla wszystkich”. I dla fanów kryminałów, sensacji, political fiction, i może dla bardziej wymagających czytelników jego poprzednich książek (Morfiny czy Dracha). Ale nie można upiec dwóch pieczeni na jednym ogniu, dlatego z tymi pierwszymi pewnie się udało, z drugimi niekoniecznie.

Na pewno już nie udało się z krytykami, którzy w mówieniu o Królu jako literaturze wysokoartystycznej raczej się sprzeciwiają. Powieść wylądowała na 3. miejscu w najlepiej sprzedających się książkach Empiku, więc pewnie cel został osiągnięty: nakład wyczerpany, rachunek podwyższony. Szkoda że mało w tym wszystkim naprawdę ważnej i dobrej literatury.

Czym książka Szczepana Twardocha mogłaby być, a nie jest

Sam autor, jak też Wydawnictwo Literackie próbowali nas jednak namówić, aby spojrzeć na Króla jak na coś więcej. Czym więc mogłaby być ta powieść?

I. Powieścią historyczną – nie jest z prostego powodu. Historia przedwojennej Polski stanowi tutaj wyłącznie kostium, który ubarwia akcję. Przecież ani wątki dotyczące I wojny światowej czy wojny polsko-bolszewickiej, ani te poruszające kwestię rewolucji 1905 roku, ani spory ówczesnych frakcji (PPS-u, ONR-owców i innych), ani nawet mówiące o sprawie Berezy Kartuskiej nie są w powieści dobrze nakreślone.

Bo też jak miałyby być, skoro poświęca się im stosunkowo mało miejsca, a do jednego „worka” wrzuca się zarazem wszystko, co mogło dotknąć polskie społeczeństwo: wszelkie możliwe problemy od początku do połowy XX wieku.

Nic dziwnego, że wychodzi jeden wielki „misz-masz” nie mówiący o historii tak naprawdę nic. Nie wiadomo też ostatecznie, czy historia, którą próbuje się tutaj wykorzystać, ma stanowić jakieś fatum czy jednak jest tylko tragicznym uzupełnieniem jednostkowych decyzji.

II. Opowieścią o przedwojennej Warszawie – o tym, dlaczego Król nie może stanowić wiarygodnego źródła informacji o stolicy w okresie międzywojennym, pisał Jacek Dehnel na swoim Facebookowym fanpage’u: „Przez parę ostatnich dni poczytywałem sobie «Króla» (spoilers will follow). Jest to na oko przyzwoita powieść gangsterska retro z tłem politycznym, w której co rusz ktoś komuś odcina genitalia i wsadza do ust, po czym przelatuje wieloryb, ale co kto lubi. Natomiast dziwię się, że jakiś warsawianista nie pomagał bądź co bądź Ślązakowi w kwerendzie, bo błędów jest sporo”. I dalej: „I to jest dla mnie najciekawsze: że książka, która z pozoru «ujmuje się za proletariuszem» całą tą knajacką legendą, w istocie go wywala; książka, która z pozoru staje przeciwko faszyzmowi, w istocie jest wielką apologią pięści i stania ponad prawem przez faceta z pistoletem w ręku, który «rządzi miastem» nie oglądając się na inteligencików”. Dehnel punkt po punkcie wytyka błędy Twardochowi i dzięki temu wiemy już z całą pewnością, że przedwojenna Warszawa w Królu to raczej wynik wyobraźni pisarza niż autentyczny opis stolicy lat 30. XX wieku.

III. Obrazem relacji damsko-męskich – postaci kobiet są ukazane tak jednostronnie, przedmiotowo i mizoginicznie, że naprawdę trudno byłoby uwierzyć w jakiekolwiek głębsze stosunki emocjonalne między bohaterami. Po pierwsze, żadnej kobiecie nie oddaje się głosu podczas trwania tej historii, co sprawia, że w przypadku żadnej nie można mówić o jakiejkolwiek podmiotowości. Po drugie, nie da się chyba wybrać gorszych figur kobiet w literaturze jak albo obraz kobiety dziwki-prostytutki (Ryfka i cały jej zastęp), albo kobiety-matki (Emilia, żony Kaplicy i Karpińskiego).

Te dwa miażdżąco stereotypowe typy płci żeńskiej pojawiają się nie od dziś w prozie Twardocha, niemniej nigdy z takim akcentem mizoginizmu.

Kobiety w Królu albo są pozbawione podmiotowości poprzez wycofanie z planu, akceptowany przez nie brak wiedzy o działalności mężczyzn (jak Emilia), kiedy to sprowadza się ich rolę wyłącznie do bycia gospodynią domową, albo na planie fabularnym poprzez sprowadzenie roli kobiet do  zaspokajania mężczyzn (i ich różnych zachcianek seksualnych). Rzeczywistość, dobra literatura również, pokazują jednak, że postaci kobiece mogą być o wiele bardziej skomplikowane, a powtarzające się u Twardocha klisze stają się coraz bardziej drażniące.

Skreślony „król” polskiej literatury

Szkoda, że z tak dobrze zapowiadającej się literatury nic nie zostało. Morfina wzbudziła napięcie i podniosła wiarę w to, że możemy otrzymać jeszcze powieść, która zapisze się w historii literatury jako arcydzieło. Po Drachu emocje się trochę ostudziły (jedynie na Śląsku wciąż pozostawały żywe). Wieloryby i ćmy miały być tą tytułową katastrofą, o której pisał Maciejewski, a po podniesieniu się z której Twardoch miał napisać książkę wybitną. Dostaliśmy tymczasem świetną, ale powieść kryminalno-sensacyjną. Dobrze się sprzeda, dobrze się na niej zarobi. Chociaż tyle. 

Sz. Twardoch, Król, Wydawnictwo Literackie 2016.

Materiał powstał ze środków programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Promocja literatury i czytelnictwa”.

Podziel się artykułem:

Alicja Wielgus
Członek redakcji jagielloński24. Współpracuje z portalami Kulturatka.pl i Teatr dla Was.

Napisaliśmy już 2007 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Odpowiedzią na rosnącą interdyscyplinarność nauki powinny stać się postulowane przez Klub Jagielloński kolegia naukowo-dydaktyczne.

Kolegia szansą na wydobycie potencjału polskich naukowców

Kolegia szansą na wydobycie potencjału polskich naukowców

Radosław Rybkowski

Powodzenie reformy będzie zależeć od zwiększenia publicznych wydatków na naukę i szerokiego wsparcia elit politycznych.

Polskie uczelnie potrzebują pozytywnego wstrząsu

Polskie uczelnie potrzebują pozytywnego wstrząsu

Radosław Rybkowski

Demokracja liberalna zaczyna się chwiać i widać to nawet w peryferyjnym świecie Twin Peaks.

Twin Peaks po końcu historii

Twin Peaks po końcu historii

Piotr Kaszczyszyn
Następny artykuł:

Stare demony wychodzą z szafy

Stare demony wychodzą z szafy