Mało rozumiemy

Redakcja | 09-11-2016 18:42:40 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Mało rozumiemy
www.flickr.com/photos/gageskidmore/

Słuchanie polskich komentarzy po zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA to doświadczenie żenujące. Dla jednych kandydat Republikanów to wcielenie populistycznego zła oraz człowiek, który podpali nasz uporządkowany liberalno-demokratyczny świat. Dla innych – rycerz na białym koniu, który rozprawi się z polityczną poprawnością, lewakami i gender, a także obroni przed najazdem barbarzyńców-uchodźców. Zarówno jedni, jak i drudzy nie mają racji.

Przysłuchując się dzisiejszym dyskusjom mamy wrażenie, że dla części polskich komentatorów postaci Donalda Trumpa i Jarosława Kaczyńskiego zlewają się w jedno. W konsekwencji otrzymujemy wielogłową polityczną hydrę, której, oprócz wspomnianych już twarzy nowego gospodarza Białego Domu i prezesa PiS-u, towarzyszą także głowy Viktora Orbana, Marie Le Pen, czy Nigela Farage’a.

Jednocześnie za tymi wszystkimi obawami i oskarżeniami wysuwanymi wobec Trumpa kryje się jedno fundamentalne poczucie – chęć zachowania stabilności świata.

Stabilności, dla której kandydat Republikanów stanowi realne zagrożenie. Zwolennicy Trumpa, Kaczyńskiego i Orbana zachowują się symetrycznie. Wszyscy oni pragną zachowania stabilności przestrzeni, w której żyją. Tyle, że odmiennie tę stabilność oraz pożądaną przestrzeń definiują. Dla nich uchodźcy stanowią zagrożenie – dla popierających Clinton jest nim zmiana globalistycznego paradygmatu, oparta między innymi na wolności przepływu osób. Co nie zmienia faktu, że podstawowy mechanizm, przekładający się później na konkretne decyzje polityczne jest identyczny – chodzi o wygodę, stabilność, bezpieczeństwo, przewidywalność otaczającego świata. Być może jedni i drudzy są w tym po prostu naiwni, a właściwej drogi należy szukać gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami.

Proste kalkowanie na zasadzie: pojedynek Trump vs. Clinton to amerykańska wersja naszego konfliktu PiS vs.PO, i jest to oczywiście mało poważne. Można jednak szukać pewnych analogii między naszą ostatnią kampanią prezydencką a tym, co wydarzyło się wczoraj w USA. Czarny koń, średnio lubiany medialnie, teoretycznie bez szans ostatecznie pokonuje pewną siebie, dosyć buńczuczną kandydatkę status quo. Trump amerykańskim Dudą? Do pewnego, ograniczonego stopnia jak najbardziej.

Innym ograniczeniem i słabością naszej debaty publicznej jest próba sprowadzenia zwycięstwa Trumpa do jego „medialnego napompowania” oraz prostackiego populizmu. Owszem, jego język był prosty i radykalny, ale skala odzewu postulatów Trumpa wśród amerykańskiego społeczeństwa nie wzięła się z powietrza. To, że my nie do końca potrafimy zidentyfikować źródło (frustracja sytuacją ekonomiczną, zanikająca klasa średnia, poczucie zagrożenia skalą imigracji) świadczy raczej o naszej ograniczonej wiedzy. I mówimy to także w imieniu własnym, redakcji J24. Przykładem złudności naszych hipotez mogą być wyborcze statystyki odnoszące się do poparcia obu kandydatów wśród ludzi z określonym dochodem. Okazało się, że wbrew popularnym tezom to Trump wygrał wśród osób bogatych, a Clinton wśród ludzi z niższymi dochodami.

Jednocześnie za tak formułowanymi argumentami kryje się naszym zdaniem dosyć specyficzne podejście – nazwijmy go „demokracją selektywną”. Demokracja i wybory są świętem, ale tylko wtedy, kiedy my wygrywamy. Takie ujęcie sprawy przypomina powrót do XIX wieku – czasu jeszcze ograniczonej demokracji, ze sporą ilością cenzusów, opartym na pewnym elitaryzmie liberalnego, burżuazyjnego mieszczaństwa. Demokracja – owszem, ale głównie dla swoich, połączona z pewnym protekcjonalizmem, wyższością, chęcią sprawowania „opieki” nad niewykształconym ludem.

Jednocześnie na tak rozumiany „powrót do przeszłości” nakłada się jeszcze jeden konflikt w rozumieniu tego, jak powinny funkcjonować demokratyczne mechanizmy. Dla zwolenników Trumpa czy Kaczyńskiego, polityka to przede wszystkim osoby, charyzma, polityczna wola, nieskrępowana niepotrzebnymi mechanizmami biurokratycznymi, proceduralnymi, bezpiecznikami instytucjonalnymi, takimi jak Trybunał Konstytucyjny. Raczej silna jednostka niż konsensus administracyjnych elit sprawujących władzę za pośrednictwem niezrozumiałych dla wyborców mechanizmów, wiążących się z brakiem odpowiedzialności za ostateczny kształt polityk publicznych, wpływających przecież na codzienne życie przeciętnego Kowalskiego i Smitha. I to jest poważny spór, w którym dobre argumenty mają obie strony, i którego nie można zredukować do prostackiego starcia sił demokratycznego światła i faszystowskiej ciemności.

W demokracji rewolucje przeprowadza się ewolucyjnymi środkami. Przedstawianie człowieka, który już od lat 70. jest częścią amerykańskich elit polityczno-biznesowych jako kandydata antysystemowego jest tak samo niepoważne, jak ubieranie go w faszystowski mundurek.

Radykalizm Donalda Trumpa jest radykalizmem koncesjonowanym, skrojonym na miarę potrzeb elektoratu, podobnie zresztą jak w przypadku Jarosława Kaczyńskiego. W pierwszej kolejności odnosi się on do nowego, świeżego języka oraz budowania za jego pośrednictwem nowej polityczno-społecznej tożsamości, skierowanej przeciwko dotychczasowemu status quo. Tyle, że w konsekwencji otrzymujemy rewolucję przede wszystkim estetyczną.

Co zrobi Trump? W pierwszym roku PiS-owskiej „rewolucji na ćwierć gwizdka” jedynym prawdziwym „wywróceniem stolika” był program 500 Plus. Jak będzie w przypadku nowego gospodarza Białego Domu? USA to zdecydowanie większy polityczno-państwowy tankowiec niż Polska. Sterowanie takim molochem to rzecz trudna i długofalowa. Coś wydarzy się na pewno, takie są prawa demokracji. Ale z tymi apokaliptycznymi i huraoptymistycznymi komentarzami to byśmy przystopowali.

Podziel się artykułem:

Redakcja
Bartosz Brzyski, Maciej Dulak, Paweł Grzegorczyk, Rafał Gawlikowski, Piotr Kaszczyszyn, Karolina Olejak.

Napisaliśmy już 1836 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Być może globalny zachodni ancien régime i dziś mógłby się spotkać z aspirującymi potęgami światowymi, zwłaszcza tymi z grupy BRICS, w pół drogi.

Czy ład światowy można zreformować?

Czy ład światowy można zreformować?

Michał Kuź

Model, w którym jeden „czempion” ciągnie za sobą na zagraniczne rynki swoich podwykonawców czy dostawców to zjawisko powszechne wśród koncernów zagranicznych.

Sikorski: Bez zjednoczenia wielkie koncerny nas „zjedzą”

Sikorski: Bez zjednoczenia wielkie koncerny nas „zjedzą”

Maciej Dulak

Projekt Centralnego Portu Lotniczego, jeśli tylko właściwie oszacujemy liczbę obsługiwanych pasażerów, ma ekonomiczny sens.

To może się udać

To może się udać

Leszek Wiśniewski
Następny artykuł:

To ostatnie takie wybory

To ostatnie takie wybory