Nie domagamy się żadnych kokosów. Rozmowa o polskiej służbie zdrowia

Jakub Kosikowski, Paweł Grzegorczyk | 23-09-2016 17:39:51 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Nie domagamy się żadnych kokosów. Rozmowa o polskiej służbie zdrowia
www.flickr.com/photos/chicagobart/

Już jutro możemy być świadkami największej manifestacji środowisk medycznych w historii III RP. Dlatego rozmawiamy z jednym z jej organizatorów, Jakubem Kosikowskim, członkiem Porozumienia Rezydentów OZZL. Główny postulat? Zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia do poziomu 6,8% PKB. Reakcja ministra? Bezradność, mimo że sam ten postulat sformułował.

Miarka się przebrała

Chyba jest Pan ostatnio mocno zabiegany.

W sobotniej manifestacji Porozumienia Zawodów Medycznych wezmą udział przedstawiciele wszystkich zawodów medycznych. Trudno powiedzieć, ile osób przyjedzie ostatecznie do Warszawy, bo znaczenie będzie miała pogoda, ale możemy zebrać nawet 50 tys. manifestujących. Jeżeli uda się przekroczyć liczbę 20 tys. uczestników, to już będziemy świadkami największej manifestacji środowisk medycznych w historii III RP. Organizacja tak dużego wydarzenia wymaga ustalenia kwestii logistycznych, przygotowania transparentów i ulotek, czy oplakatowania szpitali. To zajęcie dla sztabu ludzi zarówno w stolicy, jak i poszczególnych regionach.

Byłem lekko zdziwiony, dowiadując się, że manifestację wszystkich środowisk medycznych organizuje 20-latek, w dodatku student.

Muszę sprostować – jestem świeżo po studiach (śmiech). W Porozumieniu Rezydentów OZZL działa bardzo wielu moich rówieśników. W końcu to oczywiste, że łatwiej walczyć z problemami, które znamy z autopsji. Studenci medycyny chcą skończyć studia, pójść „na swoje”, ale widzą, że bez pomocy rodziców nie dadzą rady. To budzi w nas słuszny gniew. Sam oprócz tego, że jestem zaangażowany w działalność Porozumienia Rezydentów, to współtworzę portal „Będąc młodym lekarzem”. Z pensji stażowej w szpitalu nie jestem w stanie się utrzymać.

Dziewięć związków zawodowych, wszystkie zawody medyczne. Był problem z dogadaniem się?

W tym momencie związków jest już dwanaście. Kiedyś to było nie do pomyślenia. Każdy walczył o własny kawałeczek tortu. Minister przeznaczał jakąś niewielką kwotę na podwyżki w całym sektorze, a my gryźliśmy się między sobą. To nie prowadzi do niczego –  ani po stronie personelu, ani pacjenta. Więc stwierdziliśmy, że łatwiej będzie się dogadać i walczyć o wspólny tort, nie jego okruszki. W przeciwnym  wypadku osiągniemy tylko pozorne sukcesy – jak podwyżka 400 złotych brutto dla pielęgniarek w trakcie kadencji ministra Zembali, które ostatecznie trafiły tylko do tych, zatrudnionych na etacie przez NFZ, a na przykład te, pracujące w szkole, już ich nie dostały.

Manifestacja to jedyny dostępny i skuteczny środek nacisku na władze?

Jako ludzie wykształceni uważamy, że powinniśmy postawić na dialog, więc od ponad roku go prowadzimy. Niestety bezskutecznie. Jako rezydenci zaczęliśmy rozmawiać jeszcze z rządem Platformy Obywatelskiej. Była też Komisja Trójstronna, gdzie nasze postulaty reprezentowali przedstawiciele z ramienia OPZZ i komisja ds. kształcenia podyplomowego w Ministerstwie Zdrowia. Spotykaliśmy się z ministrami, marszałkami i posłami. Właściwie na każdym polu, gdzie możliwy jest dialog z władzą, podejmowaliśmy próby rozmowy. Ale wszystkie z nich zakończyły się fiaskiem.

Nieuczciwie wobec pacjentów byłoby też, gdybyśmy władzy nie ostrzegli. Strajk generalny, bez wcześniejszego uświadomienia Polakom tego, dlaczego i po co protestujemy, nic nie da. Zresztą nie chcemy, żeby powtórzyła się historia z Centrum Zdrowia Dziecka, w którym pielęgniarki od lat miały zawiązane porozumienie strajkowe, ale opinia publiczna nie zdawała sobie sprawy ze skali problemów, a tym samym –  powodów odejścia personelu od łóżek pacjentów.

Ostatecznie pielęgniarki na strajku straciły.

Dlatego manifestujemy w sobotę, bo to dzień, w który na ulice mogą wyjść osoby niepracujące. W szpitalach mamy tryb dyżurowy, więc większość personelu ma wolne. Najpierw chcemy się dogadać bez uszczerbku na zdrowiu pacjenta. Strajk generalny to ostateczność, ale taką możliwość też dopuszczamy. 

Jak takie rozmowy powinny wyglądać modelowo?

W idealnym scenariuszu powinny trwać negocjacje, ale z naszego doświadczenia wynika, że minister zdrowia – bez aprobaty premier Szydło i ministra Szałamachy – nie ma nic do zaproponowania. Formuła Komisji Trójstronnej też się wyczerpuje. Jeśli mamy dalej rozmawiać w takim składzie, to z premierem i ministrem finansów po stronie rządu.

Czym ta sobotnia manifestacja różni się od poprzednich, cyklicznie organizowanych?

Manifestują wszystkie zawody medyczne, mające w dodatku jeden wspólny postulat –  wzrost nakładów na system ochrony zdrowia do 6,8% PKB.

Co było jej punktem zapalnym?

To był ciąg zdarzeń.

Po pierwsze, wskrzesiliśmy Porozumienie Rezydentów przy Ogólnopolskim Związku Zawodowym Lekarzy. Inne zawody medyczne, początkowo sceptycznie nastawione do młodej grupy, zobaczyły, że w krótkim czasie udało się nam przebić do świadomości społecznej z problemem niskich zarobków młodych lekarzy. W tym tygodniu nawet w Faktach TVN powstał duży materiał na temat emigrującego z Polski personelu medycznego. Pozostałe zawody medyczne uznały, że wreszcie czas się upomnieć o swoje. To stanowiło najmocniejszy impuls do powstania Porozumienia Zawodów Medycznych.

Po drugie, Prawo i Sprawiedliwość jeszcze w kampanii wyborczej obiecywało podniesienie wydatków na ochronę zdrowia. Jednak gdy powiedzieliśmy –  „sprawdzam”, okazało się, że owszem, planują zwiększyć wydatki na ten sektor, ale dopiero w 2025 roku. Proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby rząd zapowiedział, że program 500+ wejdzie w życie za dziewięć lat.

Minister Radziwiłł zapoznał się z Waszymi postulatami?

Minister zdrowia na jednym ze spotkań powiedział, że nie ma woli politycznej. Dlatego spotkaliśmy się z ponad setką posłów i sejmową komisją zdrowia, która poparła nasze postulaty. Wróciliśmy do ministra, który powiedział, że jako rezydenci jesteśmy niedofinansowani, ale jeszcze gorzej mają pielęgniarki, ratownicy medyczni i diagności, więc musimy się dogadać. Zrobiliśmy wszystko, co minister nakazał. Dogadaliśmy się, przebiliśmy się z problemem w mediach i w sobotę wychodzimy na ulicę.

6,8% PKB na zdrowie

Główny Wasz postulat to zwiększenie nakładów na służbę zdrowia do poziomu 6,8% PKB. Skąd ta liczba?

Tylko nie służba zdrowia. W Polsce mamy ochronę zdrowia. Nikt nikomu nie służy, pomimo że minister Radziwiłł bardzo by tego chciał.

Eksperci krajowi i zagraniczni ze Światowej Organizacji Zdrowia są zgodni. Nakłady na ten sektor powinny zostać zwiększone do 6,8% PKB w perspektywie natychmiastowej. Już raporty opublikowane w 2010 roku wskazywały na taką potrzebę, a minister zdrowia proponuje teraz 6% PKB w 2025 roku.

Mnie wyliczenia WHO nie przekonują. Jeśli chcemy mieć służbę zdrowia jak Niemcy, to musimy wydać procentowo więcej niż oni. 6,8% PKB zupełnie inaczej będzie wyglądało w przypadku Erytrei, inaczej Singapuru.

To rzeczywiście duży problem wielu raportów, ale w tym przypadku mówimy o wyliczeniach dedykowanych dla naszego kraju.

Autorytet z zewnątrz wyliczył nam procenty. To teraz spróbujmy samodzielnie rozdzielić te 6,8% PKB na konkretne wydatki.

Pierwsze pieniądze powinny pójść na dwa najbardziej palące problemy – braki kadrowe i wycenę świadczeń. Tak naprawdę to jest jedna pula pieniędzy.

Nie jestem ekspertem od finansów, więc nie czuję się osobą upoważnioną, aby mówić, skąd wziąć te pieniądze. Czy to będzie współpłacenie (które tak naprawdę ma już teraz miejsce), podniesienie składki zdrowotnej, czy środki z budżetu, to już wykracza poza moje kompetencje. Na pewno warto by zapytać Czechów, bo oni mają wzorowe nakłady na ochronę zdrowia. Skoro szpitale nie mają pieniędzy, zatrudniają tylko niezbędne do funkcjonowania minimum pracownicze, bo pensje to praktycznie jedyny bufor, którym można bilansować placówki.

Wycena świadczeń w tej chwili jest drastycznie zaniżona. Natomiast te, które były na światowym poziomie, czyli m.in. kardiologia, zostały zrównana z resztą. W konsekwencji zamykane są już pierwsze pracownie kardiologiczne, gdyż zwyczajnie nie będzie się opłacało leczyć ludzi, których dotknęły zawały.

Mamy bardzo chory system wyceny świadczeń. Szpital, w przypadku, gdy pacjenta będą czekały trzy poważne zabiegi, otrzymuje pieniądze tylko za najdroższy z nich. Załóżmy, że 10 tysięcy kosztuje operacja uda, 25 tysięcy – leczenie udaru mózgu, a 30 tysięcy – zawał. Szpital otrzyma więc od Narodowego Funduszu Zdrowia 30 tysięcy złotych, a resztę musi sam zbilansować. Z czego? Nie wiadomo. NFZ stara się jak najdłużej utrzymać system przy życiu, ale w tej chwili zaczyna się on kruszyć.

Niskie wydatki państwa na ochronę zdrowia to główny systemowy problem?

Narodowy Fundusz Zdrowia jest jedną z lepiej działających instytucji rozdzielających publiczne pieniędzy na ochronę zdrowia w Europie, bo przy niewielkich nakładach finansowych oferuje – na tle innych krajów – usługi na całkiem wysokim poziomie. Tę instytucję można dodatkowo przeorganizować, ale i tak główny problemem pozostaną pieniądze, bo – mówiąc wprost – NFZ nie ma czego rozdzielać, a do tego przecież został powołany.

Ile w tym modelu będą dopłacać sami Polacy? W zestawieniach nigdy nie uwzględnia się wydatków na prywatnych lekarzy, do których jesteśmy zmuszeni chodzić, ani leków, które musimy kupić.

Dobrze, że Pan o tym wspomina, bo Ministerstwo Zdrowia już w tej chwili zapiera się, że wydajemy 6% PKB na ochronę zdrowia. Bo przecież 4,38% PKB przeznaczamy z pieniędzy państwowych, a kolejne blisko 2% dorzucają Polacy ze swojej kieszeni, więc – zdaniem ministra Radziwiłła – nasz postulat już dziś jest spełniony. Mamy tego efekty. Prywatna ochrona zdrowia zaczyna się zapychać. Proszę sprawdzić terminy wizyt u specjalistów w Warszawie.

Trzeba pamiętać, że w 6,8% PKB, które postulujemy, wliczona jest refundacja leków, więc zakładamy, że one stanieją. Na tle Europy mamy bardzo tanie leki, ale niekoniecznie w stosunku do naszych zarobków. Więc leki wywozi się za granicę, bo tam bardziej opłaca się je sprzedać. Ten proceder trzeba ukrócić ustawowym zapisem o niewywożeniu leków za granicę, bo co z tego, że my zapiszemy pacjentowi tani lek ryczałtowy, skoro go nie ma, bo został wyeksportowany do Niemiec. Ale to już temat na osobną rozmowę. Zmiany wymaga cały system płacenia za świadczenia, NFZ potrzebuje konkurencji by się prawidłowo rozwijać.

Jak w Szwajcarii

Państwa postulaty wydają się na pierwszy rzut oka mocno roszczeniowe i jednowymiarowe. Momentami mam wrażenie, że niewiele się Państwo różnią od górników. Ani słowa, co w zamian dostaną pacjenci.

Zmianie powinien ulec dostęp do diagnostyki. Wbrew pozorom największym problemem nie jest brak dostępu do lekarza, a fakt, że chcąc leczyć pacjenta, nie możemy w sprawny sposób przeprowadzić szerokiej diagnostyki. Proszę w tej chwili zadzwonić do szpitala i umówić się na rezonans magnetyczny. To miesiące oczekiwania. Nie chodzi o zakup dodatkowego sprzętu – to nie jest konieczne. Wykupmy u prywatnych przedsiębiorców możliwość korzystania z ich sprzętu, a czas oczekiwania skróci się w odczuwalny sposób. Przychodnie mają zysk, a szpitale są w stanie przyjąć znacznie szybciej większą liczbę pacjentów. Każdy zyska. Prywatna ochrona zdrowia ma dobrą bazę, tylko my nie mamy środków, by z niej w tym momencie skorzystać.

Mamy ciągle problem z lekarzami, gdyż kontrakt zakłada, że dziennie można przyjąć dwudziestu pacjentów. Gdyby w systemie pojawiły się dodatkowe środki, z pewnością znaleźliby się też chętni lekarze do przyjmowania „nadliczbowych” pacjentów w szpitalach, a nie prywatnych klinikach. Problem w tym, że szpitale nie mają na to pieniędzy.

Inny konkret. Powinniśmy mieć w Polsce pięćdziesiąt stacji Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, a mamy szesnaście, które nie pokrywają całej powierzchni kraju. Taki stan rzeczy skutkuje oczywiście wyższą śmiertelnością ofiar różnych wypadków, gdyż nie ma ich kto tym śmigłowcem dowieźć do centrum urazowego na czas.

Wszyscy śmieją się, że instytucje publiczne mają w naszym kraju więcej limuzyn niż ratownicy medyczni karetek. Na pogotowie ratunkowe powinniśmy czekać osiem minut w mieście, a piętnaście – poza miastami. To dziś nierealne, bo nie mamy pogotowia o takim zasięgu.

Nie leczymy tak, jak trzeba. Dziś, gdyby pacjenta z ostrym zapaleniem trzustki leczyć i monitorować tak, jak mówią podręczniki, to wycena ministerialna nigdy by na to nie wystarczyła. Co więcej, lekarz który by monitorował pacjenta w taki sposób, jak nakazuje sztuka lekarska, zostałby zwolniony, bo generuje dług dla placówki. Leczenie dziś to codzienny totolotek. Trzeba ważyć tak, żeby pacjent nie miał uszczerbku na zdrowiu, a szpital długu finansowego.

Ochrona zdrowia działa jak system naczyń powiązanych. Wzmacniając jedno ogniwo, wzmacniamy cały łańcuch.

Co z przerośniętą biurokracją i nieracjonalnością w wydawaniu środków publicznych? Samo dosypanie pieniędzy nie będzie lekiem na całe zło, jeśli nie będziemy potrafili wydawać ich z głową.

Biurokracja ochrony zdrowia stanowi problem, bo odbiera cenny czas pielęgniarkom i lekarzom. Proszę się wybrać na dowolny oddział specjalistyczny. Pacjenci mają kontakt z lekarzem rano przy obchodzie, a potem doktorzy cały dzień tłuką wypisy i inne dokumenty administracyjne przy komputerze.

Nad nieracjonalnością w wydawaniu środków publicznych też powinniśmy popracować. Dla przykładu – refundujemy prawie wszystkim usunięcie żylaków nóg. Tymczasem w 99% przypadków to nie ma żadnego przełożenie na stan zdrowia, ponieważ większość krwi jest odprowadzana przez żyły głębokie, które tych żylaków nie mają. Jednocześnie nie stać nas na refundację dobrej opieki onkologicznej młodej osobie z nowotworem. System wymaga usprawnienia, ale nie wyrzucenia do kosza.

Jeszcze raz powtórzę. Zdarzają się nieracjonalności w wydawaniu środków publicznych, ale nie jest to rażący problem. Mówimy tutaj raczej o takich pojedynczych, konkretnych przypadkach, jak sprawa żylaków, które można monitorować i eliminować na bieżąco. Trudno zresztą mówić o nieracjonalności finansowej, kiedy tych pieniędzy realnie brakuje.

NFZ czy kasy chorych? Ani słowo z Waszej strony nie pada w kwestii modelu organizacyjnego, który powinniśmy przyjąć.

Żeby nasz system ochrony zdrowia był jak najbardziej wydajny, powinniśmy doprowadzić do konkurencji na rynku płatników jak w Holandii czy Szwajcarii, gdzie co miesiąc mamy obowiązek rozprowadzenia składki zdrowotnej. W konsekwencji możemy wybrać, do jakiego płatnika chcemy należeć a następnie – jaki będzie zakres koszyka świadczeń gwarantowanych. W tej chwili mamy tylko Narodowy Fundusz Zdrowia. Nie ma lepszego pomysłu na polepszenie usług zdrowotnych jak konkurencja na rynku. Państwo nakłada obowiązek odprowadzenia składki, my wybieramy do kogo ta składka idzie i jaki zakres procedur mamy w zamian. Dzięki takiej konkurencji płatnicy musieliby starać się poprawić jakość i dostępność usług w ramach składki, żeby to akurat do nich poszły pieniądze.

Być może każde województwo ma inną specyfikę, własny „katalog problemów”, które należy uwzględniać projektując rozwiązania systemowe. Nie trzeba daleko szukać. Jesteśmy w Krakowie, gdzie przez większość roku zmagamy się ze smogiem. Dobrym pomysłem byłoby przeniesienie decyzyjności na poziom wojewódzki?

Polska jest zbyt małym krajem, żeby aż tak się różnić. Zapotrzebowanie każdego regionu jest inne, ale Ministerstwo Zdrowia coś w tym zakresie robi, tworząc mapę potrzeb zdrowotnych. Prawda jest jednak taka, że im bardziej środki będą centralizowane, tym gorzej będą wydawane, bo nikt z Warszawy nie ma pojęcia jak wyglądają szpitale w Lublinie. Trzeba więc szukać złotego środka.

Lekarz specjalista powinien zarabiać 12 tys. brutto

Zatrzymanie lekarzy i pielęgniarek wyjeżdżających na Zachód jest aktualnie jednym z największych wyzwań, jakie stoi przed naszym państwem. Jak się w porę nie obudzimy, to nawet imigranci ze Wschodu nas nie uratują.

Luka pokoleniowa jest rzeczywiście kolejnym dużym problemem ochrony zdrowia. W tej chwili na specjalizacjach lekarskich średnia wieku dochodzi do 60 lat, natomiast wśród pielęgniarek to około 55 lat. Za parę lat może się okazać, że mamy dobrze wyposażone szpitale, tylko nie ma kto tego sprzętu używać. Już w tym momencie mamy tylko 75% potrzebnych lekarzy, 50% pielęgniarek i mniej niż 25% fizjoterapeutów.

Kształcimy za mało personelu medycznego i słabo im płacimy po studiach, dlatego wyjeżdżają. Co roku medycynę w naszym kraju kończy 3,5 tysiąca lekarzy. W tym roku nabór będzie rekordowy, ale oni skończą studia za sześć lat. Od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej wyjechało ponad 10 tysięcy lekarzy, trzy roczniki. Co roku około tysiąca absolwentów (czyli 1/3 każdego rocznika) pobiera zaświadczenie z izb lekarskich umożliwiające podjęcie pracy za granicą.

Sam minister Radziwiłł powiedział wprost, że potrzeba nam 7 mld złotych na to, by podnieść pensję personelowi medycznemu w związku z podniesieniem pensji minimalnej! Osoby odpowiadające za nasze życie zarabiają minimalną krajową.

Lepsze zarobki ich zatrzymają?

Z badań, które przeprowadziliśmy jako Porozumienie Rezydentów wynika, że 60% lekarzy rozważa możliwość emigracji, a ponad 10% jest już pewna wyjazdu. W tym samym sondażu zadaliśmy drugie pytanie: „Czy podniesienie tylko i wyłącznie pensji w trakcie specjalizacji do poziomu dwóch średnich krajowych, które zapowiadał minister Radziwiłł, będąc jeszcze w opozycji i pełniąc funkcję szefa Naczelnej Rady Lekarskiej, zmieniłoby Twoją decyzję?”. 98% ankietowanych, którzy dotychczas rozważali wyjazd, odpowiedziało, że zostaje w Polsce.

Młodych adeptów medycyny odstrasza także status rezydentów. Dużo pracy, małe zarobki i bycie na garnuszku starszych specjalistów.

Człowiek, który cały czas pracuje na dwa etaty nie może normalnie funkcjonować System jest skonstruowany w taki sposób, że lekarze mają bardzo niewielkie zarobki na etacie, co skutkuje koniecznością dyżurowania dosłownie wszędzie. Tam stawki są lepsze, więc dyżurują wszyscy. Praca na etacie starcza wyłącznie na podatki.

Problemem też jest biurokracja, nierealne procedury, które musimy wypełniać oraz systemy feudalne, w których cały oddział pracuje na ordynatora, a młodzi – zwłaszcza ze specjalizacji zabiegowych – nie mogą się dopchać do stołu operacyjnego.

Mało jest też miejsc specjalizacyjnych. Możemy rekrutować się tylko na jedną specjalizację w jednym województwie. Nie dostaniesz się? Trudno, czekaj. Brak jednolitej umowy dyżurowej na rezydenturę również stanowi problem, ponieważ każdy szpital robi to po swojemu, szukając oszczędności.

Ostatecznie jednak największym problem jest wypłata miesięczna w wysokości 2200 zł za ratowanie ludzkiego zdrowia i życia. Trzeba walczyć zwłaszcza o rezydentów. Mamy świadomość, że potem nikt nie zaproponuje lekarzowi specjaliście mniejszej kwoty, bo on się na to nie zgodzi. A więc długofalowo przyniesie to poprawę sytuacji wszystkich lekarzy, a nie tylko rezydentów.

Ile powinien zarabiać lekarz? Rozmawiając z pracodawcą o podwyżce, prosimy o konkretną kwotę. Nie rozumiem, dlaczego w Państwa przypadku ma być inaczej. Pozostając na poziomie ogólności, do niczego nie dojdziemy.

Młody rezydent, bez specjalizacji, ale po skończeniu stażu podyplomowego, kiedy idzie do pracy z pełnym prawem wykonywania zawodu i odpowiedzialnością tego, co robi, powinien zarabiać dwie średnie krajowe brutto. W tym momencie to około 8 tys. zł.

W Lublinie był w ostatnich miesiącach spór zbiorowy jednego z największych szpitali wojewódzkich, ponieważ lekarz z dwoma specjalizacjami i dwudziestoletnim stażem pracy zarabiał 3,5 tys. złotych. Stawki lekarzy po specjalizacji nie rosną w sektorze publicznym, a tylko prywatnym, dlatego lekarze są w stanie sobie dorobić i żyć na godnym poziomie. Lekarze specjaliści powinni zarabiać nie mniej niż 12 tys. złotych brutto.

W ochronie zdrowia nie uwzględnia się, że wszystkie zawody mają ustawowy obowiązek kształcenia się. Medycyna, obok cyfryzacji i wojskowości, to najszybciej rozwijający się sektor gospodarki. Książki medyczne często są nieaktualne już w momencie ich drukowania. Lekarz rezydent za weekendowy kurs USG musi zapłacić 2,5 tys. złotych. Skąd wziąć na to pieniądze, skoro miesięcznie otrzymuje tylko 2200 zł? Tak samo wygląda to w innych zawodach medycznych.

Wrzucanie wszystkich zawodów medycznych do jednego worka to duży błąd. Rozumiem, że każdy chciałby dobrze zarabiać, ale sytuacja pielęgniarek jest zupełnie inna niż dietetyków czy psychologów. Z punktu widzenia szpitali – ich rola również nie jest tak samo istotna.

Nie do końca się zgodzę. Lekarz ma mentalnie najtrudniejszy zawód i największą odpowiedzialność, ale w tej chwili najłatwiej sparaliżować oddział, gdy zastrajkuje diagnostyka laboratoryjna czy elektroradiologowie. Sami nie umiemy tego robić. Pacjent widzi najczęściej lekarza, pielęgniarkę, czasem fizjoterapeutę i dlatego właśnie powstało Porozumienie Zawodów Medycznych, że nie możemy powiedzieć,  iż któryś z zawodów jest radykalnie istotniejszy.

Bierze się to z prostej kalkulacji. To lekarzy i pielęgniarek brakuje na rynku pracy, a nie fizjoterapeutów czy ratowników medycznych.

Nasze postulaty popiera Federacja Dyrektorów Szpitali, która zdaje sobie sprawę, że zatrudnia tylko tyle personelu, ile wymagają od nich ustawy, żeby utrzymać szpital przy życiu. My, jako lekarze, też możemy się domagać, aby zatrudniono nam jeszcze więcej pielęgniarek. Tylko z czego im zapłacimy? Dyrektorzy szpitali nie są rozliczani z wyników medycznych, a z tego, czy placówka nie popada w długi. W ten sposób dochodzimy do sytuacji paradoksalnej: z jednej strony zdajemy sobie sprawę z teoretycznej nadpodaży niektórych zawodów medycznych, z drugiej zaś – ze względów finansowych na szpitalnych korytarzach brakuje tych samych zawodów.

Minister Radziwiłł nie ma poparcia we własnym rządzie

Ten duży temat, jakim niewątpliwie od wielu lat pozostaje reforma systemu ochrony zdrowia, może udźwignąć tylko silny minister z poparciem rządu. Jak Pan w tym kontekście ocenia ministra Radziwiłła i gabinet PiS-u?

Minister Radziwiłł szedł do resortu jako człowiek lekarzy. Były szef Naczelnej Rady Lekarskiej, osoba z samorządu lekarskiego, która negatywnie wypowiadała się o zmianach w ochronie zdrowia i – co zabawniejsze – sformułowała większość naszych postulatów. To chichot losu, bo postulaty finansowe, które widnieją na naszych sztandarach, zostały podpisane przez ministra Radziwiłła zanim zaczął pełnić tę funkcję. My mu ten dokument podczas jednej z wizyt w Ministerstwie Zdrowia podstawiliśmy pod nos.

Resort zdrowia w każdym rządzie jest gorącym kartoflem, który się komuś podrzucało, lub ministrem zostawał ktoś za zasługi, a jedynym jego celem było utrzymanie ochrony zdrowia przy życiu do następnej kadencji. Ministra Radziwiłła wypada mi niestety ocenić bardziej negatywnie. Nie dlatego, że uważam go za złą osobę na tym miejscu, ale z tego powodu, że jest on pozbawiony szerszego zaplecza i poparcia w ramach środowiska PiS-u. Polityka rządu jest tak naprawdę sprzeczna z dotychczasowymi postulatami ministra Radziwiłła, więc obecnie jego zadanie polega na   utrzymaniu wizerunku tego ministerstwo.

Jak wypadali jego poprzednicy na tym tle?

Minister Radziwiłł przynajmniej zasiadł z nami do rozmów, a jego poprzednik, minister Zembala, na pytanie, czy może jakoś pomóc rezydentom, roześmiał się pytając jednocześnie- czego my chcemy, skoro dobrze zarabiamy.

Rozmawiał Paweł Grzegorczyk.

Podziel się artykułem:

Jakub Kosikowski
Młody lekarz, członek zarządu Porozumienia Młodych Rezydentów OZZL, członek Porozumienia Zawodów Medycznych, redaktor portalu „Będąc młodym lekarzem”.
Paweł Grzegorczyk
Założyciel i redaktor naczelny portalu jagielloński24, członek Klubu Jagiellońskiego.

Napisaliśmy już 1811 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Jedynym punktem, który powinien podlegać kontroli związków jest pensja i terminowość jej wypłat, zapisana w umowie o pracę.

Cztery propozycje dla związków zawodowych

Cztery propozycje dla związków zawodowych

Maciej Dulak

Sektor pozarządowy nigdy nie był odpowiedzialny za wywalczenie demokracji, jej rozwój, czy obronę.

Załęski: Nie potrzebujemy społeczeństwa obywatelskiego

Załęski: Nie potrzebujemy społeczeństwa obywatelskiego

Piotr Trudnowski

Niestety po latach medialnej nagonki związkowiec to dla przeciętnego Polaka nierób w kraciastej koszuli.

Pracownik musi być podmiotowy

Pracownik musi być podmiotowy

Piotr Wójcik
Następny artykuł:

Pokemon GO to dopiero początek

Pokemon GO to dopiero początek