Polska małych miast

Matyja: Nie wszystko musi być w Warszawie

Rafał Matyja, Bartosz Brzyski | 12-09-2016 19:16:55 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Matyja: Nie wszystko musi być w Warszawie
www.flickr.com/photos/136450466@N03/

Marnujemy nasz potencjał. Z perspektywy kolejnych rządowych gabinetów Polska kończy się za Legionowem i Raszynem, a reszta to jakiś niemy interior. Poza Warszawą nie ma miast i miasteczek, jest tylko – jak w czasach Polski Ludowej – „teren”, magma przestrzenna, uporządkowana w 16 województw. „Słoiki”? Nie pamięta wół jak cielęciem był. Miasto nie jest własnością ludzi, którzy są w nim zameldowani. Ta upiorna, autarkiczno-segregacyjna doktryna kilkorga prezydentów miast powinna zostać wyrzucona do kosza jako wyjątkowy bubel intelektualny. Tym bardziej, że bez „słoików” takie miasta jak Warszawa czy Kraków szybko zamrą. Strategia rozwoju państwa powinna być oparta o 50–60 ośrodków, nie siedem największych metropolii. Z dr. Rafałem Matyją rozmawia Bartosz Brzyski.

Patrząc na dane o wewnętrznych migracjach Polaków, obserwujemy proces, który można by nazwać „zwijaniem się prowincji”. Z punktu widzenia państwa jest to zjawisko korzystne czy wręcz przeciwnie? Powinniśmy z nim walczyć?

Przyspieszanie tego procesu byłoby nieracjonalne. Jednocześnie państwo nie powinno na siłę skłaniać ludzi do mieszkania w mieście, na prowincji czy w miasteczku, bo nie to jest jego rolą. Państwo powinno natomiast zdefiniować swój interes i stanowisko w tej sprawie, ale nie opierając go jedynie na analizie trendów migracyjnych. Ten interes to – w wielkim skrócie – odpowiedź na pytanie, ile ośrodków miejskich ma mieć status ponadlokalny, grać w państwowej orkiestrze rozwojowej. Jeżeli powiemy, że kilka, to redukujemy nasze szanse na zachowanie europejskiej struktury przestrzennej, zadajemy cios procesom decentralizacji, marnujemy „kapitał społeczny” polskiej prowincji. Musimy spróbować tę liczbę znacząco powiększyć, wzmacniając duże i średnie miasta.

W Polsce problem polega na tym, że państwo nieświadomie przyspiesza te procesy, likwidując np. pewne instytucje do których przez lata byliśmy przyzwyczajeni, które określały funkcje miasta, miasteczka czy nawet siedziby władz gminnych. Czasami robi to mimochodem, w efekcie np. zmian podatkowych, jak stało się to z księgarniami, ale dotyczy także sieci szkolnej, poczty, dostępności transportu publicznego.

Pierwszym krokiem musi być nabycie przez państwo świadomości, które z jego działań nieintencjonalnie powoduje zwijanie się prowincji i uderza w instytucjonalne oraz ekonomiczne podstawy rozwoju miast. Państwo najpierw działa, a później próbuje na gwałt wymyślić politykę miejską, żeby zniwelować negatywne skutki swoich wcześniejszych poczynań.

Brakuje refleksji na temat konsekwencji konkretnych działań dla struktury przestrzennej kraju. Nie czytałem chociażby analizy, która pokazałaby, jak likwidacja gimnazjów wpłynie na sytuację tych miejscowości, w których w miejsce gimnazjum nie powstanie liceum. Nie stawiają sobie takich pytań ani inicjatorzy reform sądownictwa, ani szkolnictwa wyższego. Pomijają je często nawet twórcy polityki kulturalnej, projektujący nowe instytucje i nowe programy. To myślenie jest po prostu nieobecne w polskiej myśli państwowej i administracyjnej.

Pierwszym obowiązkiem państwa jest wiedzieć z wyprzedzeniem – stworzyć narzędzia, które pozwolą na przewidywanie skutków własnych działań przed ich podjęciem.

W jakich obszarach ten wpływ państwa jest najbardziej istotny?

Po pierwsze, połączenie danego ośrodka ze światem: infrastruktura transportowa i dostępność połączeń środkami komunikacji zbiorowej. Przecież to, którędy biegnie autostrada czy droga szybkiego ruchu pozostaje w gestii władz centralnych. Mają one też pośredni wpływ na realną sieć połączeń kolejowych.

Mogę posłużyć się tu przykładem Nowego Sącza, gdzie wszystkie działania władz centralnych w ostatnich dwóch dekadach osłabiały status tego miasta. Zlikwidowano nie tylko połączenie z Koszycami i Budapesztem, ale także z Warszawą. A decyzje podejmowali, powołując się na rachunek kosztów, zarządcy z partyjnego nadania. W sprawie przystanku we Włoszczowej ulegli politycznej presji, a w sprawie Nowego Sącza jej zabrakło. Dopuszczono do praktycznej likwidacji PKS, zaniedbano lobbing w sprawie drogi szybkiego ruchu. Nowy Sącz po dwudziestu kilku latach popadł w coś, co nazywa się nawet wykluczeniem komunikacyjnym. Pewnie jest kwestią kolejnych kilku lat, żeby ruch kolejowy wokół tego miasta całkowicie zamarł.

Drugi obszar to lokowanie w mieście instytucji publicznych. Jeżeli ktoś powie, że likwidacja województw i urzędów wojewódzkich w 1998 roku nie była najpoważniejszym czynnikiem polityki miejskiej III RP, to znaczy, że nie rozumie logiki, według której działa znacząca część kraju. To samo dotyczy powołania wówczas powiatów. Świetnie spuentował to Łukasz Zaborowski, ekspert od kwestii podziałów przestrzennych, określając status wojewódzki we współczesnej Polsce jako „koncesję na rozwój”. Podobnie określiłbym status powiatowy jako ubezpieczenie od marginalizacji i zapaści. Takie są realia systemu silnie scentralizowanego i zetatyzowanego. Realia, które kolejne rządy zdają się ignorować.

To samo można powiedzieć, trzymając się przykładu Nowego Sącza o likwidacji przez rząd PO Podkarpackiego Oddziału Straży Granicznej – dziś przywracanego. To są decyzje o niebagatelnym wpływie na sytuację miasta, a władze samorządowe pozostają w tych sprawach bezsilne. Bo co może zrobić prezydent miasta, kiedy władze centralne likwidują na jego terenie instytucję, która zapewnia kilkaset etatów? Nikt nie przyjechał do Sącza, aby rozmawiać o społecznych czy ekonomicznych skutkach takiej decyzji, bo administracja centralna w takich kategoriach nie myśli. Poza Warszawą nie ma miast i miasteczek, jest tylko – jak w czasach PRL – „teren”, magma przestrzenna, uporządkowana w 16 województw. A rząd jest jak dziecko, które nie zdaje sobie sprawy ze skutków swoich działań, odrzuca myślenie kategoriami niezamierzonych konsekwencji.

Ponadto nie pilnuje szczegółów. W ramach „rekompensaty” dla miast, które utraciły status wojewódzki, postanowiono ulokować na ich terenie Państwowe Wyższe Szkoły Zawodowe. Ale nikt nie pomyślał, co zrobić, by były one czynnikiem miastotwórczym. By ich kadra mieszkała na miejscu, a nie dojeżdżała z sąsiedniej metropolii. Takie myśli w ogóle nie przychodzą resortowym strukturom do głowy. Politykę miejską zaś pojmuje się jako przedmiot troski kilku departamentów w ministerstwie rozwoju, abstrahując od tego co robi rząd jako całość.

Gdzie więc miasto może szukać swojej samodzielności i podmiotowości?

Narzędzi rozwoju, które pozostają w zasięgu samorządu miejskiego, nie jest tak wiele, jak nam się wmawia. Pierwsze jest oczywiste – chodzi o samodzielną inicjatywę i pomysł na siebie, o politykę przyciągania inwestycji z sektora prywatnego, atrakcyjność danego ośrodka jako centrum usług, kultury, edukacji, choćby w wymiarze regionalnym.

Po drugie, władze miejskie mogą organizować lobbing na rzecz swojego ośrodka, pilnować posłów, radnych sejmikowych, oddziaływać na media, organizować presję ekspercką itp. Bardzo rzadko to robią.

Po trzecie, w ich zasięgu są pewne działania elitotwórcze, dbałość o to, by zapewnić ciągłość pokoleniową w zarządzaniu instytucjami samorządowymi, wychowywać następców i dawać pracę dobrze zapowiadającym się absolwentom uczelni, którzy bez takiej oferty niechybnie wyjadą do większego ośrodka: Wrocławia, Krakowa czy Warszawy. Epoka Komitetów Obywatelskich to wejście do samorządu dwudziesto-, trzydziestolatków, to wielka rekonstrukcja miejskiej elity, ożywienie prasy lokalnej. Dziś niestety obserwujemy proces odwrotny.

Czasami jeszcze samorząd regionalny próbuje na to zareagować. W Małopolsce była np. bardzo dobra inicjatywa stworzenia subregionów, z naturalnymi stolicami, w dwóch przypadkach tylko – Nowego Sącza i Tarnowa – pokrywającymi z dawnymi siedzibami władz wojewódzkich. Ale to rozwiązanie to tylko kropla w morzu potrzeb. I, co więcej, kropla, której Warszawa nie potrafi zrozumieć, nie potrafi nadać jej charakteru rozwiązania systemowego.

Natomiast polityka miejska to nie polityka lokalnych samorządów, ale od najdawniejszych czasów polityka króla wobec miast, nie zaś polityka miast wobec samych siebie. Wszystko na start rozbija się o wiedzę, jaką dysponuje mózg polityczny i administracyjny państwa. Jeśli jest ona niewielka i ignoruje czynnik przestrzenny, to polityka miejska państwa opiera się w najlepszym wypadku o siedem największych aglomeracji. Jednak w świecie, który operuje technikami informatycznymi, analizuje Big Data, korzysta z ekspertów mieszkających tysiące kilometrów od usługobiorców, można się wysilić na politykę miejską z prawdziwego zdarzenia. Taką obliczoną na aktywne działanie wobec 60 miast i monitoring kilkuset kolejnych. Do tego wystarczy jedna, niewielka, ale inteligentna instytucja, zdolna do współpracy z samorządami lokalnymi i regionalnymi i nastawiona na długofalowe efekty. Ale słuchana przez rządzących państwem i zdolna do weryfikacji działań sektorowych, które wpływają w istotny sposób na rozwój miast.

Skąd liczba akurat 60 ośrodków?

Każde miasto spełnia jakieś funkcje. Jeżeli mamy Łańcut czy Cieszyn, to ograniczają się one do statusu miasta powiatowego, do oddziaływania na własną bliską okolicę. Później pojawiają się miasta, które spełniają funkcje ponadlokalne jak Przemyśl, Nowy Sącz, Bielsko-Biała czy Częstochowa, które ewidentnie nie są wyłącznie miastami powiatowymi, ale nie ma dla nich miejsca w obecnej strukturze zarządzania krajem. Nawet dokumenty strategiczne takie jak Krajowa Polityka Miejska postrzegają jako ośrodki rozwoju jedynie miasta wojewódzkie, gubiąc potencjał tych jednostek, które wyrastają ponad poziom powiatowy, a nie uzyskały statusu wojewódzkiego. Projekt strategii Morawieckiego stara się to naprawić, ale bez pomysłu o charakterze ustrojowym. Skończy się na słowach.

Nie chodzi przy tym o kolejną wielką reformę administracyjną, lecz o prowadzenie inteligentnej polityki w obecnie istniejącej strukturze. Politycy lubią tworzyć województwa, likwidować powiaty. Zwłaszcza ci, dla których są to tylko plamy na mapie. Ale tym razem trzeba po prostu zdefiniować nową politykę państwa i dać jej trwałe instytucjonalne oparcie.

Tymczasem od osiemnastu lat nasze państwo nie ma pomysłu, co zrobić z takimi miastami jak Częstochowa, Radom, Gdynia, czy Bielsko-Biała – ośrodkami dużymi, które z różnych powodów przestały być stolicami województw. Oferta państwa dla nich musi być zróżnicowana, bo inna jest sytuacja 60-tysięcznej Łomży, która w swoim rejonie jest jedynym większym ośrodkiem, a inna 180-tysięcznej Bielsko-Białej, położonej tuż obok Katowic, stosunkowo niedaleko Krakowa, z czeską Ostrawą blisko granicy. Do tego dochodzi przeciwdziałanie procesom degradacji miast śląskich, takich jak Bytom czy Zabrze, czy dostrzeżenie ośrodków, które mają znaczenie ponadlokalne, choć nigdy nie były stolicami województw – jak choćby Grudziądz czy Ostrów Wielkopolski. Sto siedem miast prezydenckich to pewnie trochę zbyt wiele, zwłaszcza, że część tych ośrodków nie ma nawet 50 tysięcy mieszkańców. Rozwój tych mniejszych ośrodków mógłby być przedmiotem troski samorządu regionalnego, ale rząd mógłby zdefiniować własną politykę wobec 50–60 największych.

Państwo powinno rozmawiać z lokalnymi elitami i próbować wypracować długoterminową strategię współdziałania w rozwoju miasta w oparciu o jego zasoby demograficzne, ekonomiczno-społeczne, edukacyjne, położenie geograficzne – całą masę czynników specyficznych dla danego miasta i warunkujących w dużej mierze dostępne ścieżki rozwoju. W tym także o sieć instytucji publicznych, dróg i połączeń kolejowych, czy szereg elementów obejmujących dziś nową politykę przemysłową czy wsparcie dla ośrodków akademickich, instytucji kultury itp. W ten sposób państwo pomagając się tym ośrodkom „sprofilować”, włącza ich w ogólnopolską strategię rozwoju. Dostrzega, że ich funkcja nie ogranicza się wyłącznie do statusu miasta powiatowego.

Tymczasem dzisiaj państwo najczęściej zamyka oczy i udaje, że problemy takich miast to problemy ich prezydentów, co najwyżej marszałków i sejmików. I umywa ręce.

Ryba psuje się od głowy. Już ponad roku temu proponowaliśmy na naszych łamach policentryzację Polski, poczynając od przeniesienia części instytucji centralnych z Warszawy do miast wojewódzkich. Może warto pójść w stronę takiej instytucjonalnej decentralizacji kraju jako narzędzia stopniowej zmiany filozofii państwa?

Trzeba uznać, że z tej perspektywy jesteśmy wciąż biednym społeczeństwem. Z tego powodu stabilne i relatywnie dobrze płatne miejsca pracy stanowią realny zasób i silny bodziec do rozwoju danego miasta. Tak więc kumulacja wszystkich instytucji w stolicy to z pewnością solidny handicap dla Warszawy. Oczywiście nie jako czarodziejska różdżka, która wszystko już załatwia, lecz kolejny element w rozwojowym portfolio.

Wydaje się więc, że taka decentralizacja byłaby posunięciem rozsądnym, wspierającym pozostałe ośrodki w kraju. Tym bardziej, że Warszawa dysponuje szerokim polem manewru oraz zdolności do finansowej i strukturalnej reakcji na pojawiające się trudności.

Dzisiaj żeby robić karierę w administracji państwowej, trzeba jechać do stolicy. Innego wyjścia nie ma. Tymczasem istnieje na pewno grupa młodych ludzi, ambitnych, utalentowanych, wykształconych, która z jednej strony marzy o karierze państwowej, z drugiej nie chce opuszczać swojego rodzinnego Krakowa, Wrocławia czy Poznania. W ten sposób marnujemy po prostu swoje zasoby. Nie tworzymy ścieżki pracy dla państwa, która wspierałaby przy okazji rozwój kilku ośrodków, które mogłyby udźwignąć zdecentralizowane funkcje stolicy.

W tym momencie pojawia się klasyczny już kontrargument podnoszący kwestię wygody obywatela, który nie musi jeździć po całej Polsce załatwiając swoje sprawy.

Nie przesadzajmy. Tym bardziej, że siła tego argumentu będzie spadać proporcjonalnie do rosnących stopniowo możliwości załatwiania spraw urzędowych przez Internet. Druga kwestia dotyczy tego, że w tej decentralizacji nie musimy – a nawet nie powinniśmy – być dogmatyczni. Nie chodzi więc o prosty matematyczny podział i przeniesienie instytucji do każdego z 18 miast wojewódzkich. Decentralizacja funkcji stołecznych to w pierwszym kroku przenoszenie ich do sześciu największych ośrodków (Krakowa, Łodzi, Wrocławia, Poznania, Trójmiasta i aglomeracji katowickiej). Nie chodzi też o nagłą wyprowadzkę z Warszawy wszystkich instytucji – przechodzenie ze skrajności w skrajność to też droga donikąd, ale, zwłaszcza budując całkiem nowe instytucje, też powinniśmy od razu mieć z tyłu głowy ich lokację poza Warszawą. Przykładem może być Narodowe Centrum Nauki w Krakowie.

Logika drenażu mniejszych przez większych nie dotyczy tylko relacji Warszawa–reszta kraju. Tak jak stolica żeruje na miastach wojewódzkich, tak one drenują miasta średniego szczebla. Liczy się kolejność dziobania.

Decentralizacja to nie doraźne działanie raz na dwadzieścia lat, ale pewnego rodzaju filozofia zarządzania krajem, stanowiąca alternatywę dla tej logiki drenażu. Stąd jeśli mówimy o transferowaniu instytucji ze stolicy na poziom wojewódzki, to podobne procesy powinny się dziać również w województwach. Problem centralizacji i kumulacji instytucjonalnej dotyka przecież także miasta wojewódzkie. One również powinny poddać się procesowi decentralizacji. Idealnym przykładem beneficjenta statusu wojewódzkiego jest Rzeszów, który przed 1945 rokiem był ośrodkiem znacznie słabszym od Przemyśla, a dziś nie ma sobie równych na całym Podkarpaciu. Próba wyrównania szans rozwojowych to jednak temat – także na poziomie regionów – bardzo trudny.

Jednocześnie jest też naszą największą szansą. Za transferem elementów administracyjnych do miast średniego szczebla, tych 60 ośrodków, o których mówiłem wcześniej, pójdzie biznes i ośrodki akademickie. Wbrew temu, co mogą mówić rozmaici teoretycy, dziś w realiach polskich jest tak, że to państwo wyznacza kierunki, a reszta podąża za nim. Gorzej, że czyni to nieświadomie, że – jak to mówił Czesław Bielecki – jego polityka jest „wypadkową oportunizmów”.

Dzisiaj jest niestety inaczej i to reszta kraju musi podążać za Warszawą. Także w pewnego rodzaju sferze symbolicznej – przekonaniu, że to prawdziwe życie toczy się właśnie w stolicy. A prowincja? Litości.

Jakiś czas temu próbowałem zadać członkom różnych elit lokalnych niedyskretne pytania dotyczące tego, czy ich dzieci pójdą w ich ślady i również zostaną członkami lokalnej elity. Nic z tego. Dzieci lokalnej elity uciekają z miast, gdzie jeszcze ich rodzice mogli robić satysfakcjonujące ich kariery. W konsekwencji nie dojdzie więc do pożądanej z punktu widzenia stabilności i kumulacji doświadczenia reprodukcji elit.

Tę „centralizację życia” widać szczególnie w dwóch jeszcze innych – bardziej symbolicznych – obszarach. Po pierwsze, w przestrzeni debaty publicznej. Ona nie toczy się praktycznie poza Warszawą. Eksperci siedzą w stołecznych studiach telewizyjnych, przeglądy prasy pomijają tytuły krakowskie, wrocławskie czy śląskie, elity lokalne są z tej dyskusji wyłączone. Podajmy przykład ostatnich wyborów samorządowych. Rzecz z założenia lokalna, regionalnie zróżnicowana. A co w telewizji? Debata kandydatów na prezydenta Warszawy, ewentualnie krótkie przebitki z Wrocławia i Krakowa. Reszta to ciekawostka, egzotyka. Wyjątkiem był Słupsk i Robert Biedroń. Ale tylko dlatego, że Biedroń wcześniej był częścią tego warszawskiego świata. Jak często w telewizjach ogólnopolskich pojawiają się marszałkowie województw – bardzo silni politycy w dzisiejszych realiach? Kto pyta prezydentów miast i miasteczek o to, jak postrzegają reformy takie jak 500 Plus czy likwidacja gimnazjów? A przecież ich wiedza jest wielokrotnie większa niż okupujących programy publicystyczne posłów specjalizujących się w międzypartyjnych bijatykach.

Po drugie, chodzi o naszą historię. Ta, której uczymy się w szkołach i którą propaguje się w mediach, to historia dwóch miast w Polsce – Warszawy i Krakowa, a na koniec dorzuca się do tego Stocznię Gdańską. Historia 38-milionowego kraju zostaje zredukowana i, co gorsza, kształtuje wyobraźnię polityczną w sposób, który utrudnia właściwą definicję interesu narodowego. W ten sposób fałszujemy sobie nieświadomie obraz kraju. Nagle okazuje się, że obowiązującą wizją historii politycznej, ekonomicznej czy społecznej Polski jest historia suflowana tylko z perspektywy Warszawy. Polska kończy się więc za Legionowem i Raszynem, a reszta to jakiś niemy interior.

Jak więc w praktyce powinien przebiegać ten proces decentralizacji państwa?

Najważniejsze jest ustanowienie polityki miejskiej jako podstawowej dyrektywy działań rządu. I to nie konkretnego gabinetu, ale wszystkich kolejnych. W warstwie politycznej powinna ona mieć charakter paktu między rządem a miastami, ale opartej o powszechne prawo do miasta. Rząd powinien zadeklarować pewną strukturę pomocy rozwojowej, ale po stronie zobowiązań miast zapisać respektowanie praw mieszkańców innych ośrodków do równoprawnego korzystania z ich usług i infrastruktury.

Decentralizacja powinna być elementem tej polityki. W rzeczach wielkich, o których mówiliśmy, ale i całkiem małych – jak stworzona przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych sieć Regionalnych Ośrodków Debaty Międzynarodowej. Znakomity pomysł. Teraz tę logikę przenośmy do innych obszarów działania instytucji państwowych.

Jednak najważniejszy krok to zdobycie przez rząd wiedzy o kondycji poszczególnych miast i możliwych skutkach jego polityk. Potrzebujemy nowej instytucji, a może tylko odpowiedniej komórki w ministerstwie, która na poważnie i na bieżąco będzie monitorować poziom rozwoju miast w Polsce. Za przykład może posłużyć przypadek likwidacji kopalni Brzeszcze. Nikt wówczas nie wziął pod uwagę konsekwencji takiej decyzji na życie mieszkańców. Tymczasem zamknięcie kopalni oznaczało powolną śmierć miasta i stworzenie dziury cywilizacyjnej na jego obszarze. Taka instytucja usytuowana poza logiką podziałów resortowych, może właśnie poza Warszawą miałaby więc za zadanie przygotowanie z odpowiednim wyprzedzeniem raportu dotyczącego społeczno-ekonomicznych skutków konkretnych działań rządu.

Spróbujmy więc „od dołu”. Jakie funkcje konkretnie mają mieć do spełnienia wskazane wcześniej przez Pana ośrodki średniego szczebla?

Pierwszą zasadniczą funkcją jest umożliwienie każdemu obywatelowi Polski (także temu mieszkającego na wsi czy w małym miasteczku) realizacji jego prawa do miasta – prawa do korzystania z przestrzeni miejskiej, urządzeń, infrastruktury publicznej, usług publicznych, którą miasto zapewnia. Tak, aby nie musieć do najbliższej takiej przestrzeni jechać godzinę czy dwie, lecz mieć ją w zasięgu 30-minutowej podróży. Podróży, dodajmy, którą można odbyć w różnych porach dnia środkami transportu publicznego.

To dzięki przyjęciu takiej perspektywy dyskusja o polityce miejskiej wygląda inaczej. Dla przykładu możemy rozmawiać o takiej reformie powiatów, która nie musi i nie powinna oznaczać jednoczesnej degradacji miast powiatowych. Jeżeli ktoś znajdzie lepsze niż powiaty rozwiązanie podtrzymujące obecną strukturę miast i gwarantujące mieszkańcom okolicy pełne prawo do oferowanych w nich usług, to nie trzeba się upierać przy obecnych metodach. Doświadczenia z PRL-u, doświadczenia takich miast jak Limanowa czy Nowy Targ pokazują, że może to być bardzo trudne. Wówczas istniały tylko gminy i województwa, a takie ośrodki średniego szczebla po prostu wegetowały. Prawo do miasta przestawało obowiązywać na części terytorium kraju, a jest ono jednym z wyznaczników europejskości i odróżnia nas od Wschodu, gdzie organizacja przestrzeni jest odmienna, a miejskość nie odgrywa tak istotnej roli.

 „Słoiki” też mają prawo do miasta?

Miasto nie jest własnością ludzi, którzy są w nim zameldowani. Ta upiorna doktryna kilkorga prezydentów miast powinna zostać wyrzucona do kosza jako wyjątkowy bubel intelektualny. Przykład Krakowa – setki tysięcy ludzi przyjeżdżają do niego studiować, tysiące z całej Małopolski załatwiać sprawy urzędowe, lekarza etc. Każdy z nich zostawia w Krakowie pieniądze. Proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby 1 października studenci postanowili do grodu Kraka nie przyjechać. Nie wynajęto by tysięcy mieszkań, nie sprzedano milionów obiadów, piw, kawy. Straciłyby tysiące Krakowian, którzy żyją z tych „słoików”. Miasto zamiera.

Tak jest w przypadku także innych wielkich ośrodków – one w dużej mierze żyją właśnie dzięki tym wyśmiewanym „słoikom”. A przecież – jak porównać powojenne i obecne statystyki – to „słoikami” w pierwszym lub drugim pokoleniu jest znakomita większość mieszkańców największych miast. W tym kontekście wszelkie autarkiczno-segregacyjne pomysły władz miejskich są absurdalne i szkodliwe, także dla zarządzanych przez nich miast.

Argumentem są podatki.

Proszę bardzo, tylko zacznijmy liczyć to na poważnie. Ile pieniędzy jest transferowanych w postaci podatków z prowincji do Warszawy w celu utrzymywania urzędów centralnych, jaka jest „renta stołeczności” wyrażająca się w liczbie central firm i banków, oddziałów światowych korporacji, jak wiele Warszawa zawdzięcza połączeniom komunikacyjnym wynikającym z jej stołeczności. Te wszystkie elementy nie są przecież konsekwencją określonych działań podejmowanych przez samorząd, ale jest prostą wypadkową funkcji pełnionej przez Warszawę w państwie. To samo Kraków i inne miasta o statusie regionalnych liderów. Koszty administracji regionalnej, urzędów, uczelni państwowych etc. Traktujemy się serio? To niech Kraków odda wszystkie swoje uniwersytety poza Jagiellońskim, a następnie rozłożymy je proporcjonalnie do liczby mieszkańców w reszcie województwa. Absurdalne, prawda?

Kraków, Warszawa – to ogromni beneficjenci swojego statusu, który wyraża się liczbą ważnych instytucji publicznych, zbudowanych przez wszystkich i dla wszystkich obywateli, a nie „zameldowanych mieszkańców” tych miast. A dziwnym trafem w debacie publicznej zapomina się o tych „ukrytych aktywach”. Tak więc to, że udostępniają przyjezdnym swoją infrastrukturę, nie jest żadną łaską, przeciwnie – źródłem ich znaczenia i całkiem istotnych zysków.

Jesteśmy obywatelami państwa polskiego. I już z tego faktu, a nie z meldunku, dysponujemy prawem do miasta. Każdego.

Rozmawiał Bartosz Brzyski.

Podziel się artykułem:

Rafał Matyja
doktor politologii, publicysta, twórca i wieloletni prodziekan Wydziału Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu – National Louis University w Nowym Sączu.
Bartosz Brzyski
Sekretarz redakcji jagielloński24. Członek Klubu Jagiellońskiego. Kontakt: brzyski@jagiellonski24.pl

Napisaliśmy już 1811 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Jedynym punktem, który powinien podlegać kontroli związków jest pensja i terminowość jej wypłat, zapisana w umowie o pracę.

Cztery propozycje dla związków zawodowych

Cztery propozycje dla związków zawodowych

Maciej Dulak

Sektor pozarządowy nigdy nie był odpowiedzialny za wywalczenie demokracji, jej rozwój, czy obronę.

Załęski: Nie potrzebujemy społeczeństwa obywatelskiego

Załęski: Nie potrzebujemy społeczeństwa obywatelskiego

Piotr Trudnowski

Niestety po latach medialnej nagonki związkowiec to dla przeciętnego Polaka nierób w kraciastej koszuli.

Pracownik musi być podmiotowy

Pracownik musi być podmiotowy

Piotr Wójcik
Następny artykuł:

Strategia z wątpliwościami

Strategia z wątpliwościami