Jaka ważna katastrofa

Jan Maciejewski | 10-09-2016 18:20:17 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Jaka ważna katastrofa
instytutksiazki.pl

Czy tego chcemy, czy nie, twórczość Szczepana Twardocha jest jednym z najważniejszych aktualnie zjawisk polskiej kultury. Dzieje się tak, gdyż jako jednemu z naprawdę nielicznych polskich pisarzy udaje się odnajdywać własny, oryginalny język, o unikalnym brzmieniu i tempie, czego efektem stała się bardzo udana Morfina. Ale może jeszcze ważniejszy stał się, kiedy opublikował co najmniej słabe Wieloryby i ćmy. Porażka Twardocha jest ciekawsza od jego sukcesu.

Dzienniki Szczepana Twardocha obnażają wszystkie jego słabości, na czele z kabotynizmem i tanim, uwiędłym nihilizmem. Jednocześnie mogą one stać się dla tego pisarza momentem przełomowym, po którym mógłby przestać pisać jedynie dobre książki, a zacząć tworzyć literaturę. Musiałby jednak na chwilę zapomnieć, że jest dobrym pisarzem; przestać wsłuchiwać się w tembr swojego głosu i przeglądać się w napisanych zdaniach. Musiałby znaleźć sprawę, dla której i za którą będzie pisał. Właściwie to nie lubię czytać, ale w sumie czemu nie?

Ratzinger i Gombrowicz i Jan Paweł II

I wcale nie chodzi tu o jakąkolwiek formę politycznego zaangażowania. Słowo, literatura jest zawsze pochodną sensu i ładu. To fundacyjne doświadczenie naszej cywilizacji, które swój początek bierze z prologu Ewangelii św. Jana: „Na początku było Słowo”. Jan posługuje się w oryginale terminem logos,oznaczającym zarazem słowo, rozum jak i sens. Wcielenia Chrystusa, narodziny Boga jako człowieka były aktem nadającym sens całej ziemskiej rzeczywistości. Jak powie Benedykt XVI podczas wykładu wygłoszonego w Ratyzbonie: „wiara Kościoła opierała się zawsze na przekonaniu, że między Bogiem a nami, między Jego wiecznym Duchem Stworzycielem a naszym rozumem stworzonym istnieje prawdziwa analogia”.To dzięki istnieniu tej analogii jesteśmy w stanie się porozumieć – nasz język jest zakotwiczony, wyrasta z konkretnego porządku i ten porządek wyraża. Słowa są mocne, pewne, trwałe.

Doskonale rozumiał to Gombrowicz. Z jednej strony był świadkiem i kronikarzem destrukcji sensu. Dzieło Gombrowicza jest jednak przede wszystkim opowieścią o rozpaczliwej próbie przywrócenia znaczenia słowom i gestom. W dramacie Ślub główny bohater chce wziąć ślub z narzeczoną z młodości. Okazuje się jednak, że ślub jest czymś nieosiągalnym w świecie, w którym słowa straciły swój sens i funkcje – zamiast komunikować i łączyć, rozpływają się w bełkot. Słowa małżeńskiej przysięgi nie mogą stać się performatywem – nie są w stanie wytworzyć nowej rzeczywistości, bo są czymś z innego porządku – nie mają analogii w świecie. Nie można przysięgać wierności, kiedy słowo znaczy tak niewiele. Józef Tischner w komentarzu do Ślubu pisał: „Wydaje się, że gdyby ślub był możliwy, wszystko byłoby inne. Przede wszystkim zaistniałaby wierność. Gdyby była możliwa wierność, możliwa byłaby religia. Gdyby możliwa była religia, możliwe byłoby odbicie Boga w stworzeniu”.

Literatura powinna być więc przedsięwzięciem o charakterze religijnym: poszukiwaniem analogii między słowem a światem, zakorzenianiem słów, nadawaniem im rzeczywistych znaczeń.

Znaczeń tych nie da się przywrócić globalnie – można to robić jedynie punktowo, ad hoc. Michał Markowski nazywa te starania Gombrowicza intrygą sensu – chwilowym wyrywaniem się ponad powierzchnię chaosu, krótkotrwałymi zwycięstwami nad niezrozumiałością świata. To wygospodarowywanie przestrzeni, z której można będzie w końcu coś znacząco powiedzieć. Pisanie Gombrowicza to tworzenie enklaw dla sensu. To walka z samotnością, bo sens, jak i język powstaje ze spotkania. W tym sensie pisanie nie jest możliwe w samotności. Za słowem musi zawsze stać jakaś wspólnota, choćby nawet składała się ona tylko z dwóch osób. Pisarzom często zadaje się pytanie dla kogo piszą swoje książki. Tymczasem dużo ważniejsza byłaby odpowiedź na pytanie dzięki komu piszą, dzięki jakiemu spotkaniu, dzięki jakiemu odkrytemu, wyszarpanemu z chaosu sensowi.

Marai i Twardoch

W dzienniku Twardocha interesowała mnie wyłącznie odpowiedź na to właśnie pytanie. Odpowiedzią tą na pewno nie jest Śląsk - wedle pisarza jego ojczyzna właściwa. W pewnym momencie Twardoch pisze o sobie i swoich przodkach: „zawsze jesteśmy żołnierzami na nie swoich wojnach”. A chwilę wcześniej: „I nie układają się te użyźniające Śląsk trupy w żaden dekret, w żadne prawo, w żaden akt własności”.

Śląskość jest dla Twardocha ucieczką w samotność. Jest kryjówką, przestrzenią, która nie zobowiązuje, nie związuje naszego losu z wyższym ładem.

Dlatego pisanie Twardocha osuwa się tak często, zwłaszcza w niedawno wydanym, a opowiadającym właśnie o Śląsku, Drachu w estetyzowanie pustki i chaosu. W dzienniku zaś wyznaje on wprost: „Słuchałem Killing in the Name Rage Against the Machine i jest to oczywiście staroć, ale taka, że wolałoby się palić komitety, niż zakładać własne. I ten stary lewicowy klasyk z cudowną ścianą basu w połączeniu z rozgrzaniem ciała w biegu nagle uświadomił mi, że mógłbym przyłączyć się do każdej prawie rewolucji, byle była piękna wzorem ognia i barykad, ale w żadnej nie mógłbym się rozpuścić, w żadnej nie mógłbym się zatracić, w żadnej nie mógłbym siebie odnaleźć”.

W początkowych fragmentach Wielorybów... pisze Twardoch o lekturze Drogi  McCarthy'ego, opowieści o ojcowskiej miłości i synowskiej tej miłości potrzebie, i oddaje jej hołd w słowach: „Literatura powinna dotykać tego, co najważniejsze i McCarthy właśnie pisze o najważniejszym”. Zdanie później pisze: „Parę godzin wcześniej mój synek zasypiał mi na kolanach. Małe ciałko obleczone ubrankiem w kolorowe paski, główka w zgięciu mojego łokcia, mała rączka ściska moje palce. Leży spokojnie i tylko co jakiś czas szarpie się nagle, kiedy do jego raczkującej świadomości dociera ból z przerzynających wzrastającymi zębami dziąseł. Płacze wtedy przez chwilę, wypręża się i milknie. Ma duże stopy o wysokim podbiciu i krótkich palcach, jak moje”.

Twardoch jest pusty, kiedy pisze o Śląsku, miałki i nudny, kiedy opisuje swoje podróże, a już naprawdę irytujący, kiedy zanudza opisami potraw i trunków, które w ciągu tych podróży spożył. Ale zaczyna być prawdziwy i intrygujący, kiedy pisze o swoich synach.

Przestaje wtedy oglądać w swoim pisaniu siebie, a poprzez nich zaczyna widzieć świat. Zawiązuje się intryga sensu. Powstaje przestrzeń, z której Twardoch może powiedzieć coś znaczącego, zakorzenionego w świecie i wobec świata analogicznego. Związek ojca z synem, ten dziwny splot dumy, przeżywania swojego życia po raz drugi i lęku przed każdym błędem, który może być ostatnim, tym decydującym, o którym za kilkanaście lat będzie rozmawiał z wymoczkowatym psychoanalitykiem, daje Twardochowi możliwość wiążącego mówienia o świecie.

Poza ojcowską miłością kolejnym ważnym wątkiem w dzienniku Twardocha jest jego fascynacja Sandorem Marai'em. Marai był pisarzem samotnym. Jego samotność wynikała nie tyle z faktu opuszczenia rodzinnego kraju, czy bezpowrotnej utraty pierwotnej ojczyzny, Kassy (czy, jak chcieliby Słowacy, Koszyc), ale z języka. Marai pozostał wierny węgierskiemu. Co więcej kategorycznie zabronił publikowania swoich książek w okupowanych przez sowietów Węgrzech. Te dwie decyzje sprawiły, że był on pisarzem bez czytelników. Mimo tego Marai mógł pisać, bo miał przy sobie Lolę, kobietę, z którą przeżył całe życie. To ona była jego enklawą sensu. Czas jej umierania, który Marai opisuje w dzienniku, nie jest opisem odchodzenia osoby, ale rozpadu świata: „Argumentacja, że nadszedł czas, że przeżyliśmy pełne życie - nie pomaga. Była sensem Życia i ciągle nim jest. Jeśli odejdzie, już nic nie będzie miało sensu. (...) Życie, ludzie, praca, »literatura«, koniec wszystkiego. Odraza i wstyd, gdy myślę o "pisaniu". Pisałem dla niej, każdą linijkę. Dziś nie ma dla kogo pisać. (...)  Nocą próbuję czytać "Etykę" Spinozy, ale odkładam, czuję znudzenie. Wszystko to słowa, słowa. Rzeczywistość jest bezsłowna”.

Pisarz nie może być żołnierzem na nie swojej wojnie. Pisanie musi być spłacaniem długu wobec tych, którzy sprawiają, że wypowiadanie słów ma sens. Przy wszystkich fatalnych wadach tej książki, dziennik Twardocha jest świadectwem jego świadomości istnienia własnych długów. Od tego, czy zacznie je spłacać, będzie zależeć czy warto dłużej zawracać sobie tym pisarzem głowę.

Tekst powstał ze środków programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Promocja literatury i czytelnictwa”.

Podziel się artykułem:

Jan Maciejewski
Sekretarz redakcji czasopisma Pressje.

Napisaliśmy już 1836 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Być może globalny zachodni ancien régime i dziś mógłby się spotkać z aspirującymi potęgami światowymi, zwłaszcza tymi z grupy BRICS, w pół drogi.

Czy ład światowy można zreformować?

Czy ład światowy można zreformować?

Michał Kuź

Model, w którym jeden „czempion” ciągnie za sobą na zagraniczne rynki swoich podwykonawców czy dostawców to zjawisko powszechne wśród koncernów zagranicznych.

Sikorski: Bez zjednoczenia wielkie koncerny nas „zjedzą”

Sikorski: Bez zjednoczenia wielkie koncerny nas „zjedzą”

Maciej Dulak

Projekt Centralnego Portu Lotniczego, jeśli tylko właściwie oszacujemy liczbę obsługiwanych pasażerów, ma ekonomiczny sens.

To może się udać

To może się udać

Leszek Wiśniewski
Następny artykuł:

I Ty jesteś chłopem

I Ty jesteś chłopem