Nie wyszli nam ci mieszczanie

Katarzyna Nowicka | 27-08-2016 14:40:06 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Nie wyszli nam ci mieszczanie
flickr.com

Od literatury polskiej mieszczanom nieustannie się obrywało. Kim są ci, których wyśmiewa Marcin Kołodziejczyk w Dysforii?

Warto zacząć od trudnych rozróżnień. Wydaje się problematyczne, by w polskich warunkach mówić zarówno o mieszczanach, jak i o polskiej klasie średniej. Historycznie mieszczanie związani byli z prowadzeniem interesów w mieście – handlem, produkcją; na małych przedsiębiorców, rzemieślników, sklepikarzy, przewoźników znalazło się jeszcze inne określenie: drobnomieszczaństwa. Wszyscy pamiętają wiersz Tuwima o strasznych mieszczanach, każdy kojarzy Bałuckiego z Domem otwartym, nikogo nie ominęło czytanie Pani Dulskiej. To właśnie przeciw drobnomieszczanom powstały te teksty, wszystkie w warunkach przedwojennego społeczeństwa, można powiedzieć – na starych zasadach.

Jeśli chodzi o klasę średnią- póki co kwestia jej istnienia w Polsce jest rozstrzygana na zasadzie wiary w duchy – można sobie przyjąć, że istnieje, ale też trudno zaprzeczyć, że jej nie ma. Kalka na polski grunt francuskiej teorii Pierre'a Bourdieu o trzech klasach – wyższej, średniej i niższej – można znaleźć w badaniu opracowanym przez Macieja Gdulę i Przemysława Sadurę. Style życia i porządek klasowy w Polsce to zbiór tekstów, które oparte są na klasyfikacjach wypracowanych w trakcie wieloletnich obserwacji społeczeństwa francuskiego. W dużym skrócie i uproszczeniu, Bourdieu w Dystynkcji przypisuje określoną grupę zawodową do właściwej klasy a różnice między nimi wiąże z prowadzeniem odpowiedniego stylu życia.

Gdula i Sadura, chcąc wyróżnić klasy w Polsce, przeanalizowali stosunek jednostek do zwierząt, stosunek do pracy oraz korzystanie z roweru, nie podając jednak przekonującej argumentacji dla wyboru tych trzech elementów życia społecznego. Tym samym, wizja klasy średniej, jaka stąd się wyłania, jest wycinkowa i arbitralna.

Andrzej Leder, dopasowując termin klasa średnia do polskich warunków, uznał w Prześnionej rewolucji klasę średnią za najsilniejszą obecnie klasę polskiego społeczeństwa, jednak pozbawioną samoświadomości. W tej interpretacji klasa średnia zapełniła lukę społeczną, jaką po wojnie pozostawili po sobie Żydzi. W związku z niedostatecznym opisem historycznych wydarzeń (w których to Polacy są współodpowiedzialni zbrodni dokonywanej na Żydach), klasa ta nie jest w stanie zbudować swojej tożsamości. Zdaniem Ledera możliwe jest jej zbudowanie dopiero wtedy, gdy Polacy wezmą na siebie ciężar win przodków – wtedy klasa średnia stanie się upodmiotowiona, co po części oznacza możliwość pozytywnego konstruowania tożsamości. Jednak czy te rozważania i tezy wystarczają, żeby bezsprzecznie stwierdzić, że jeśli na Zachodzie pewna klasa społeczna prowadzi jakiś styl życia, to niektóre grupy polskiego społeczeństwa temu będą odpowiadać? Czy można mechanicznie posługiwać się aparatem pojęciowym przystosowanym do innych warunków społecznych i mówić, że w Polsce klasa średnia i mieszczaństwo to jedno i to samo, i ma się nieźle?

Współczesna polska literatura bardzo często uderza w pewną część mieszkańców miast – Ślepnąc od świateł Jakuba Żulczyka czy Ości Ignacego Karpowicza opisują warszawski światek towarzyski, który najczęściej uznaje się za klasę średnią. To wąska grupa ludzi, której warunki życia są najczęściej wykorzystywane do tworzenia fikcji literackiej. Po części można powiedzieć, że klasa średnia mocno istnieje w społecznym imaginarium, ale średnio w rzeczywistości. Pierwsza z wymienionych pozycji to deliryczna historia dostawcy białego proszku z Warszawy. W mieście ludzi łączą nie przyjaźnie czy wspólne cele, lecz narkotyki i pieniądze. Elitarni mieszkańcy stolicy niczym nie różnią się tu od ludzi marginesu, pozbawionych poczucia sprawczości. Karpowicz inaczej widzi Warszawę – to już nie mroczne miasto, w którym można przetrwać tylko dzięki przemocy, ale miasto hipokrytów, dla których bronią jest obłuda. Ta obłuda chroni przed innymi ludźmi, będącymi pretekstem do hejtu i wyładowania nienawiści.

Tym samym tożsamość bohaterów klasy średniej znowu budowana jest na negatywnych cechach, a przedstawienie ich jest podszyte autorską ironią. Literatura wyszydza komiczne cechy tej domniemanej grupy mieszczan – śledzi nieudolnie naśladowane wzorce kulturowe, które mają podnosić ich status, takie jak nadawanie imion brzmiących z amerykańska czy kupowanie apartamentów (nie mieszkań) w podmiejskich dzielnicach.

Podobnie rzecz się ma w Dysforii Marcina Kołodziejczyka. Choć dziennikarzowi „Polityki” nie można odmówić generalnego wyczucia dowcipu i rytmu zdania, przez co lektura jest po prostu przyjemna, to także jego książka wpisuje się w nurt lekko drwiący z tej domniemanej (fikcyjnej?) klasy średniej, której brakuje klasy w odnajdywaniu się w polskiej rzeczywistości. W nierównych niekiedy opowiadaniach Kołodziejczyk mówi o filozofii ze „smoltoków”, sąsiadach z grodzonych osiedli, psychoterapiach, na które powinni udawać się mężczyźni z powodu podłych kobiet. Bardziej więc niż opis konkretnej klasy społecznej, jest to delikatny atak na mieszkańców miast, których z braku lepszego określenia nazywa się mieszczanami.

W tym zbiorze wdzięcznie opowiedzianych, bo bez agresywnego sarkazmu, historii z wielko- i małomiejskich ośrodków, wyróżniają się dwa teksty. Pierwszy z nich, Czy rozmawiał Pan już z Modestem?, to reportaż utrzymany w manierze poczytnej gazety ogólnopolskiej. Kołodziejczyk pokazuje, w jak wyuczony sposób pisane są reportaże prasowe dla pewnego codziennika – dzięki uwypukleniu. W opowiadaniu reporter jedzie pociągiem do kopalni, żeby napisać o tekst o wybuchu metanu. Warto zacytować, jak mówi o swojej podróży narrator: Tymczasem pociąg pospieszny do B. beznamiętnie podążał swym żelaznym szlakiem, jakby przeszłość dla niego nie istniała. Pasażerowie stanowili przekrój społeczny, nie zachęcali do rozmowy (…) Bodaj po raz pierwszy pojąłem tak wyraziście, na czym polegają niebezpieczeństwa tego pięknego zawodu (sic!), który przyszło mi wykonywać. Łatwo tu o wypalenie.

Egzaltowanie się swoją reporterską misją, udramatycznianie wydarzeń (to nie w kopalni był wybuch metanu, ale w kopalni-moderczyni) i odkrywanie na nowo logiki są tu elegancko wyśmiane. Dostaje się nawet Zygmuntowi Baumanowi, którego reporter czyta dla podrasowania artykułu wtrętami socjologicznymi.

To opowiadanie to nie tylko karykaturalne przedstawienie cech samego dziennikarza usilnie starającego się stworzyć kawałek dobrej prozy, ale też uwypuklenie innego faktu – ulubionym gatunkiem literackim współczesnej domniemanej klasy średniej jest reportaż. Dążenie do maksymalnego trzymania się faktów jest związane z racjonalizacją życia, charakterystyczną dla tej grupy społecznej.

Drugi tekst jest mniej oczywisty. Gołębi żal to monolog emerytowanego polityka ze Stronnictwa, działającego od czasów PRL, który ze swojej perspektywy opowiada o transformacji ustrojowej. Oczywiście, jak sam mówi, nowe czasy są dla wszystkich jednakowo ciężkie, mimo to jemu w koleżeński sposób udało się spokojnie przetrwać tąpnięcia „u góry” – dzięki kontaktom zatrzymał się na właściwych stanowiskach. Polityk z pychą opowiada o swoim niezłomnym charakterze a także o relacjach z ważnymi osobistościami – byłymi majorami czy nowymi działaczami. W kontekście poustrojowych tekstów, które polscy autorzy piszą, coraz częściej skupiając się na tych, co przegrali 1989 rok, opowiadanie Kołodziejczyka podejmuje dość nowatorsko temat tych, którzy byli i nadal są beneficjentami systemu. W polskich warunkach to ich cenne kontakty umożliwiałyby usytuowanie ich w obrębie klasie średniej.

Dobrze jest poczytać teksty, które powoli odchodzą od maniery pisania „na Masłowską” albo „na Gombrowicza”. Jednak do tego, by wtrącić nowy wątek do dyskusji o polskiej klasie średniej to jeszcze trochę za mało.

Tytułowe opowiadanie zbioru Kołodziejczyka jest właściwie agresywnym podsumowaniem tematów medialnych dotyczących klasy średniej – warto je sobie przeczytać i z dystansu spojrzeć na miałkość poruszanych problemów i zagadnień dotyczących mniej lub bardziej polskiej „fantomowej” klasy średniej.

Tekst powstał ze środków programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Promocja literatury i czytelnictwa”.

Podziel się artykułem:

Katarzyna Nowicka
Członkini warszawskiego kolegium redakcyjnego jagielloński24 oraz warszawskiego oddziału Klubu Jagiellońskiego. Studentka MISH-u na Uniwersytecie Warszawskim: studiuje prawo i socjologię.

Napisaliśmy już 2028 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Nie ma jednego, uniwersalnego modelu kontroli konstytucyjności. Nawet wśród idealizowanych nieraz państw Zachodu.

A jak to rozwiązali na Zachodzie? Przegląd systemów kontroli konstytucyjności

A jak to rozwiązali na Zachodzie? Przegląd systemów kontroli konstytucyjności

Arkadiusz Fordoński

Inicjatorzy projektu opowiedzieli się za koncepcją antropologiczną, która zakłada, że człowiek spełnia się także (a może przede wszystkim) poza pracą zarobkową.

Nie wszystko da się zamienić w złotówki. Wokół handlu w niedzielę

Nie wszystko da się zamienić w złotówki. Wokół handlu w niedzielę

Piotr Kaszczyszyn

Gdybyście interesowali się czymś więcej niż mieleniem partyjnej propagandy, to realne problemy młodych lekarzy dostrzeglibyście już dawno.

Koledzy i koleżanki z TVP Info! Ten kawior stanie Wam w gardle

Koledzy i koleżanki z TVP Info! Ten kawior stanie Wam w gardle

Piotr Trudnowski
Następny artykuł:

To nie może się udać

To nie może się udać