O deficycie bez populizmu

Mateusz Mazur | 22-08-2016 18:51:01 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
O deficycie bez populizmu
parlamentarny.pl

Blisko 60 mld zł ma wynieść dziura w przyszłorocznym budżecie – wynika z założeń, do których dotarł Puls Biznesu. To pierwsza ustawa budżetowa, za którą w pełni odpowiada rząd Prawa i Sprawiedliwości – w ubiegłym roku znowelizował on jedynie projekt przygotowany wcześniej przez PO.

Dominujący w mediach przekaz koncentruje się na rekordowym poziomie planowanego deficytu (ok. 59,3 mld zł). Tymczasem mało kto zwraca uwagę na fakt, że w świecie pieniądza posługiwanie się wartościami nominalnymi zazwyczaj bardziej zaciemnia obraz, niż cokolwiek wyjaśnia. Operowanie jakimikolwiek kwotami ma sens jedynie wtedy, gdy odnoszone jest do pewnych mierników wartości. Miernikiem realnej wartości wielomilionowych pensji Polaków na początku lat 90. był kosztujący 6-7 tys. zł chleb, w przypadku zaś deficytu budżetowego takim miernikiem jest poziom PKB.

Dopuszczalny przez unijne kryteria konwergencji poziom relacji do PKB deficytu sektora publicznego (który jest pojęciem znacznie szerszym niż deficyt samego tylko budżetu państwa) wynosi 3%, jego przekroczenie jest zaś, co do zasady, podstawą wszczęcia procedury nadmiernego deficytu. Założony w projekcie Ministerstwa Finansów deficyt ma wynieść 2,9% PKB. Deficyt jest, co prawda, wyższy niż w poprzednich latach – ale i wyższy jest poziom PKB. Dobrze pokazuje to spojrzenie na wysokość rekordowego dotąd deficytu budżetowego: w 2010 roku wyniósł on ok. 45 mld zł – teoretycznie był więc o 1/4 niższy niż deficyt projektowany obecnie przez PiS. W praktyce zaś był wyższy, gdyż sięgnął on 3,2% PKB – a deficyt całego sektora finansów publicznych (na który, poza saldem budżetu państwa składają się także salda m.in. sektora samorządowego i ubezpieczeń społecznych) wyniósł wtedy blisko 6% PKB.

Warto także zwrócić uwagę na fakt, że art. 220 Konstytucji zabrania Sejmowi uchwalenia wyższego deficytu od tego, który zapisany został przez rząd w projekcie ustawy. W praktyce prowadzi to do nieco zachowawczego ustalania go w projekcie na nieco wyższym poziomie, aby istniała rezerwa do sfinansowania poprawek zgłaszanych przez posłów w trakcie prac na budżetem. Ten margines pozwala także ministrom finansów odtrąbić sukces, gdy po opracowaniu sprawozdania z wykonania budżetu okazuje się, że faktyczny deficyt był niższy od tego zapisanego w ustawie budżetowej – a w ciągu ostatnich kilku lat było to regułą (w 2015 roku: 42,6 mld zł wobec zapisanych w projekcie 49 mld, w 2014: 29 mld wobec założonych 47 mld).

Tu dochodzimy jednak do kolejnego problemu z projektem budżetu – tak jak zazwyczaj przeszacowane okazują się kwoty dotyczące wysokości deficytu, tak przeszacowane mogą okazać się kwoty dotyczące dochodów. To, że szacunki rządu dotyczące wskaźników gospodarczych często nie są, łagodnie mówiąc, wzorami precyzji, pokazały choćby ostatnie tygodnie. Jasne, koniunktura w realnej gospodarce jest pochodną tak wielu czynników, że nie istnieją żadne narzędzia prognozowania jej ze stuprocentową dokładnością – jednak szacunki MF często sprawiają wrażenie bardziej pobożnych życzeń ich twórców niż analiz opartych o twardą rzeczywistość. Za przykład może posłużyć podatek bankowy – szacunkowe dane z wykonania budżetu w pierwszej połowie roku wskazują, że średnie miesięczne wpływy z jego tytułu wynoszą ok. 350 mln zł, czyli o blisko 200 mln zł mniej, niż to odważnie założono w ustawie budżetowej. Słabsze od spodziewanych szacunki PKB za dwa pierwsze kwartały zmusiły z kolei Ministerstwo Rozwoju do obniżenia prognozy tegorocznego wzrostu gospodarczego z 3,8 proc. do 3,5 proc PKB. W projekcie budżetu przewidziano dochody w wysokości 324,1 mld zł – za ich wzrost o 10 mld zł w stosunku do tegorocznej prognozy ma odpowiadać m.in. uchwalony niedawno podatek od sprzedaży detalicznej czy też mityczne, obiecywane od lat przez wszystkie rządy 'uszczelnienie' poboru podatku VAT.

W kwietniu 2011 roku, w trakcie debaty nad wotum nieufności dla Jacka Rostowskiego, ówczesnego ministra finansów, posłanka opozycji, Beata Szydło, zarzucała mu odpowiedzialność za rosnące zadłużenie sektora finansów publicznych i wzrastający koszt obsługi długu Skarbu Państwa. Ponad 5 lat później te same słowa brzmią niepokojąco aktualnie w stosunku do polityki, którą firmuje jej rząd. Należy bowiem pamiętać, że wyższy deficyt przekłada się na wyższy dług publiczny, wyższy dług zaś na wyższe koszty jego obsługi, a wyższe koszty jego obsługi wiążą ręce ministrowi finansów i często prowadzą do jeszcze wyższego deficytu w kolejnym roku, spychając kraj w kierunku swoistej spirali zadłużenia.

Trudno oceniać ogólne założenia budżetu bez konkretnej wiedzy o tym, na co przeznaczone mają być pochodzące z deficytu pieniądze. Czy na pewno będą to wielkie programy rozwojowe, mające nakręcić gospodarkę? Budżet państwa w ok. 80% tworzą tzw. wydatki sztywne, na które pieniądze znaleźć się muszą (subwencje dla JST i FUS, składki do budżetu UE, koszty obsługi długu), dość trudno więc w nim o dodatkowe oszczędności. Z drugiej strony – Polska znajduje się w niezłej sytuacji gospodarczej: PKB rośnie o ponad 3% rocznie, bezrobocie maleje, coraz więcej polskich marek dobrze radzi sobie na zagranicznych rynkach. Należy dobrze zastanowić się nad tworzeniem rekordowego deficytu w czasie, w którym krajowa gospodarka znajduje się w tak dobrej formie. Skoro bowiem budżet państwa potrzebuje 60 mld zł w roku, w którym wszystkie wskaźniki mają iść w górę – ile będzie ich potrzebował w czasie kryzysu, gdy wszystkie polecą w dół? Rzecz nie w tym, żeby państwa nie zadłużać – rzecz w tym, żeby zadłużać go odpowiedzialnie.

Podziel się artykułem:

Mateusz Mazur
Redaktor Jagielloński24.

Napisaliśmy już 1952 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Sądownictwo ma swoje problemy. Największym z nich jest nie widmo postkomunizmu, ale jego nadmierna biurokratyzacja.

Spóźniona wojna z postkomunizmem

Spóźniona wojna z postkomunizmem

Piotr Kaszczyszyn

Złożywszy do grobu III RP musimy być gotowi na powołanie IV RP: bez względu na to, kto będzie rządził w następnej kadencji.

Idzie nowe. Czas przejrzeć szuflady

Idzie nowe. Czas przejrzeć szuflady

Bartosz Brzyski

Dlaczego większość kwalifikowana może dać polskiej polityce rewolucyjny impuls ku prawdziwej „dobrej zmianie”?

Niech to będzie dopiero początek. Nie chodzi przecież o „Adriana”, ale o państwo

Niech to będzie dopiero początek. Nie chodzi przecież o „Adriana”, ale o państwo

Piotr Trudnowski
Następny artykuł:

Nie tylko do palenia z kolegami

Nie tylko do palenia z kolegami