Unia po Unii

Małżeństwo z rozsądku

Jędrzej Pyzik | 22-06-2016 20:07:07 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Małżeństwo z rozsądku
https://christopherfountain.com/2013/02/09/fog-in-channel-continent-cut-off-2/

Wielu Polaków ma problem ze zrozumieniem, skąd wziął się pomysł referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Często dziwi nas eurosceptyczne nastawienie Brytyjczyków, którzy przecież przystąpili do Wspólnoty Europejskiej już w 1973 roku i od zawsze stanowią dla nas jedno z ikonicznie europejskich państw, które odgrywa bardzo ważną rolę w UE. Mogłoby się wydawać, że Królestwo Brytyjskie powinno dążyć do zacieśniania związku z Europą kontynentalną, a tożsamość brytyjska powinna stać tam na równi z europejską. Jednak związek brytyjsko-europejski nie należy do najłatwiejszych i jest daleki od powyższych wyobrażeń. Relacje te mają bardzo długą historię i są równie skomplikowane. Z pewnością nigdy nie było to małżeństwo z miłości, ale raczej z rozsądku.

Mgła nad Kanałem, Europa w izolacji

Ponoć 22 października 1957 roku dziennik The Times opublikował nagłówek, który do dziś cytowany jest jako idealny obraz stosunku Brytyjczyków do Europy kontynentalnej. Gdy transport morski i lotniczy został uniemożliwiony, a pod kanałem La Manche nie istniał jeszcze tunel, to kontynent został odcięty od Wielkiej Brytanii, nie na odwrót. Kluczem do zrozumienia związku między Wielką Brytanią a dzisiejszą Unią Europejską jest szeroki kontekst historyczny. Tutaj w zasadzie należałoby zacząć około 8 tysięcy lat temu, kiedy to ówczesny półwysep został zalany i odseparowany od kontynentu. Brak lądowego połączenia z Europą miał, co nie powinno dziwić, znaczny wpływ na kształtowanie się tożsamości narodowej, jak i bardziej przyziemne kwestie geopolityczne.

Przyczynki do stworzenia Wspólnoty Europejskiej były z początku obce perspektywie brytyjskiej. Formowanie ponadnarodowej organizacji, opartej na ekonomicznej współpracy, której wypadkową miała być stabilizacja kontynentu, bezpieczeństwo i docelowo szeroka unia polityczna kompletnie nie mieściła się w paradygmacie funkcjonującym na Wyspach. Mimo że w 1946 roku Winston Churchill zdecydowanie wspierał tę ideę, mówiąc nawet o „[…] czymś w rodzaju Stanów Zjednoczonych Europy”, to w 1951 roku w czasie formowania Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali Wielka Brytania stała z boku. To samo można było zaobserwować, gdy rząd brytyjski odmówił zaproszenia do podpisania w 1957 roku Traktatów Rzymskich, nie chcąc przyłączyć się do sześciu krajów założycielskich Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej.

Było to głównie efektem trzech czynników. Pierwszy to niechęć Brytyjczyków do dołączenia do unii celnej. Chcieli oni strefy wolnego handlu, natomiast z zachowaniem autonomii w sprawie ustalania własnej polityki handlowej wobec państw trzecich. Kolejnym czynnikiem, który odciągał Wielką Brytanię od Wspólnoty Europejskiej była jej postimperialna spuścizna. Wówczas ich więzy polityczne i handlowe z koloniami oraz byłymi koloniami były bardzo silne. Proces dekolonizacji zaczęty po II Wojnie Światowej trwał aż do lat 80., także podświadoma mentalność imperium kolonialnego z pewnością do dziś nie zniknęła. Nie zniknęły również ścisły kontakt i gospodarcza współpraca. Stąd tzw. Commonwealth, międzynarodowa organizacja zrzeszająca 53 państwa – głównie byłe brytyjskie kolonie. To właśnie do tego tworu i tych rynków nieraz odnoszą się brytyjscy politycy mówiący o alternatywach dla rynku europejskiego. Finalnie być może największy wpływ na decyzje podejmowane przez Londyn miał fakt, że od samego początku Brytyjczycy byli przeciwni udziałowi w projekcie, którego długofalowym celem było poddanie suwerenności państw narodowych w imię ponadnarodowych instytucji europejskich. W pierwszych słowach Traktatów Rzymskich czytamy: „Przedstawiciele krajów założycielskich są zdecydowani stworzyć podstawy coraz ściślejszego związku między narodami Europy […]”. Zarówno wtedy, jak i teraz idea europejskiej unii politycznej jest bardzo daleka wielu Brytyjczykom.

Te wydarzenia do dziś opisywane są jako brytyjskie „spóźnienie się na autobus” do Europy. Miało to niemałe konsekwencje, gdyż ten brak zaangażowania w budowę projektu europejskiego od samego początku poskutkował marginalizacją Wielkiej Brytanii i znacznie utrudnił późniejsze przyłączenie się do EWG. Już w 1961 roku stanowisko Londynu diametralnie się zmieniło. Widząc szybką powojenną regenerację Francji i Niemiec, wysłano aplikację do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, która dwukrotnie, w 1963 i 1967 roku, została zawetowana przez prezydenta Francji Charles’a de Gaulle’a. Dopiero w 1973 roku premier Edward Heath doprowadził Wielką Brytanię do członkostwa w EWG, natomiast już w 1975 roku zarządzono pierwsze referendum w tej sprawie. Wynik referendum pokazał chęć uczestniczenia brytyjskiego społeczeństwa w projekcie europejskim, co z pewnością ucieszyło Margaret Thatcher, która wówczas prowadziła kampanię za uczestniczeniem we Wspólnocie. Idea Wspólnoty według Thatcher opierała się głównie na liberalizacji i deregulacji wspólnego, europejskiego rynku. Stanowczo nie zgadzała się ona na budowanie unii politycznej co można skrócić do jej sławnego „No, no, no!”. Jej polityka wobec Wspólnoty była bardzo stanowcza, ale również efektywna. Tu należy wspomnieć wywalczony przez nią sławny rabat brytyjski i jej równie sławne słowa: „Chcę moje pieniądze z powrotem”.

Wraz z rozwojem Wspólnot i jej dążeń do stworzenia unii politycznej, Żelazna Dama stała się jej zdecydowanym przeciwnikiem, krytykując kierunek, w którym zmierzał owy projekt. Nie zgadzała się z nią liczna grupa euroentuzjastów wewnątrz Partii Konserwatywnej. Konflikt ten uznawany jest za jeden z głównych powodów, który doprowadził do jej rezygnacji w 1990 roku. Natomiast już dwa lata później jej następca – John Major – podpisał Traktat z Maastricht, oficjalnie powołując do życia Unię Europejską.

Brytyjczyk, nie Europejczyk

Mimo że za początek współczesnej polityki brytyjskiej uznaje się rok 1945 i dziś obecne frakcje polityczne w Wielkiej Brytanii odnoszą swoją politykę głównie do spuścizny rządów formowanych od zakończenia II wojny światowej, nie oznacza to, że środek XX wieku stanowi rozpoczęcie zupełnie nowej gry.

Jedną z najważniejszych cech brytyjskiej historii determinującą jej obecną tożsamość narodową jest ciągłość. Ciągłość rozumiana jako bardzo silna więź między pokoleniami, bazująca na instytutach i elitach, które formowały się w Wielkiej Brytanii nieprzerwanie przez setki lat. Brytyjski parlament, mający swoje polityczne korzenie jeszcze w XIII wieku, jest europejskim ewenementem. Tak samo wiele uniwersytetów, jak te w Oxfordzie czy Cambridge, które jako najstarsze brytyjskie uczelnie były formowane już na przełomie XII i XIII wieku, miały i do dziś mają ogromny wpływ na formowanie się brytyjskiej państwowości i tożsamości narodowej. Od roku 1066 Wielka Brytania nie była okupowana, czego zdecydowanie nie można powiedzieć o państwach Europy kontynentalnej. Jak wspominają historycy z eurosceptycznej grupy Historians for Britain: Francja po rewolucji i erze napoleońskiej czy Niemcy i Włochy, będące kreacją XIX wieku, z rządami kompletnie zrekonstruowanymi po 1945 roku są najlepszym przykładem zdecydowanej różnicy między kontynentem a wyspiarskim Królestwem. Nie wspominając nawet o Polsce, która w czasie wstępowania Wielkiej Brytanii do EWG była głęboko zanurzona w Układzie Warszawskim.

Ważną rolę ma tutaj również długa historia brytyjskiego szeroko pojętego konserwatyzmu, który przez wieki dominował politykę na Westminster. Korzenie Partii Konserwatywnej sięgają XVIII wieku i do dziś myśl konserwatywna mocno funkcjonuje w głębi brytyjskiego społeczeństwa. Dopiero po II wojnie światowej i współpracy gabinetu Churchilla z opozycją w ramach rządu wojennego, Partia Pracy po raz pierwszy objęła władzę w Zjednoczonym Królestwie. Mimo to, pojęcia takie jak patriotyzm i tożsamość narodowa jeszcze przez niemal pół wieku mocno kojarzone były z prawą stroną sceny politycznej. Dopiero na przełomie XX i XXI wieku, rząd Tony’ego Blaira fundamentalnie podkopał owy stereotyp, który w tamtych czasach wydawał się już dość nieaktualny.


W obecnym dyskursie wokół Brexitu bardzo ważnym czynnikiem stała się imigracja. Mogłoby się wydawać, że to nic nowego, szczególnie w tak multikulturalnych miastach jak Londyn, natomiast struktura demograficzna Wielkiej Brytanii zmieniła się radykalnie całkiem niedawno. Nie odnosząc się tutaj do argumentu ekonomicznego i wkładu imigrantów w brytyjską gospodarkę, trzeba zwrócić uwagę na bezprecedensowy szok jaki można zaobserwować w społeczeństwie Zjednoczonego Królestwa w ostatnich dekadach. Mimo że kraj ten był od wieków multikulturalny to jeszcze w latach 80. XX wieku saldo migracji było ujemne. Ilość ludzi napływająca do Wielkiej Brytanii w XXI wieku osiągnęła historyczny rekord. Ponad połowa (54%) wzrostu ludności między 1991 a 2012 rokiem była oparta na imigracji netto. Warto również wspomnieć, że imigracja między 1991 a 2014 rokiem wzrosła o 95% i zdecydowanie przerosła emigrację. Strach przed radykalną zmianą w społeczeństwie zdecydowanie współgra z historycznie konserwatywnym podejściem do zmiany i łagodnego, ewolucyjnego rozwoju Wielkiej Brytanii. Stąd też argument odnoszący się do imigracji. Jakiekolwiek próby odziania imigracji w szaty argumentu ekonomicznego za wyjściem (zasiłki pobierane przez imigrantów etc.) nie mogą zaprzeczyć faktowi, że jest to w gruncie rzeczy argument tożsamościowy, korespondujący do zachwiania „brytyjskością” Wielkiej Brytanii. Kwestia pozytywnego wpływu imigracji to temat na długi esej.

Za czy przeciw?

Podział na zwolenników i przeciwników Brexitu jest bardzo widoczny w Brytyjskim społeczeństwie. Natomiast nie przebiega on zgodnie z linią podziałów partii politycznych. Być może wpływ na to ma znacznie większa niezależność parlamentarzystów wewnątrz partii, wynikająca po części z większościowego systemu ordynacji wyborczej. Być może jest to głęboko zakorzeniona tożsamość narodowa, która rzutuje na niemal każdą z przestrzeni dotykanych przez politykę UE. Niegdyś szeroko pojęta lewica i Partia Pracy były uważane za źródło sceptycyzmu wobec projektu europejskiego, zwykle odnosząc się do neoliberalnego podejścia do kwestii ekonomicznych. Natomiast dziś w dużej mierze posłowie tej frakcji opowiadają się za pozostaniem w Unii. Z drugiej strony Partia Konserwatywna jest mocno podzielona. Dla brytyjskiej lewicy stanowi to spory problem, jak twierdzi wielu analityków, gdyż dyskusja na temat referendum często sprowadza się do rozłamu wewnątrz Partii Konserwatywnej. Efektem tego jest sytuacja, w której debata wokół Brexitu odbywa się między prawicą eurosceptyczną i prawicą proeuropejską. Często obawiając się błędnych afiliacji, eurosceptyczna lewica nie chce stawać w jednej linii z politykami takimi jak Nigel Farage (szef Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, UKIP), zaś po drugiej stronie doszło do tego, że współpracować ze sobą muszą premier David Cameron i szef partii opozycyjnej – Jeremy Corbyn.

Istotne jest tutaj również zaangażowanie walijskiej partii Plaid Cymru oraz Szkockiej Partii Narodowej, która po ostatnich wyborach parlamentarnych osiągnęła historyczny sukces, zdobywając 56 z 58 szkockich miejsc w Parlamencie Brytyjskim (w 2010 roku było to jedynie 6 miejsc). Obie z tych partii zdecydowanie opowiedziały się przeciwko Brexitowi. Większość społeczeństwa w Irlandii Północnej, Szkocji oraz Walii najprawdopodobniej zagłosuje za pozostaniem w UE. Ta postawa nie dziwi, gdyż te obszary otrzymują najwięcej dotacji z funduszy unijnych. Szczególnie Walia, której PKB wynosi poniżej 75% średniej unijnej jest największym beneficjentem europejskiego wsparcia. Natomiast w kontekście Szkocji, gdzie niecałe dwa lata temu odbyło się referendum w sprawie niepodległości wobec Zjednoczonego Królestwa, pojawiają się spekulacje o ponownej próbie odłączenia się w przypadku głosowania za Brexitem. Szkocja historycznie jest mocno związana z Europą. Od 1707 roku w ramach Aktu Unii Anglia dopłaca do tego porozumienia, aby nie dopuścić do oddalenia się Szkotów w kierunku państw Europy kontynentalnej.

Jak widać małżeństwo Wielkiej Brytanii z Europą ma dużo ukrytych historii i jest niesamowicie skomplikowane. Już w czwartek okaże się, czy, tak jak Daniel Hannan pisał w swojej książce A Doomed Marriage: Britain and Europe, to małżeństwo będzie musiało zakończyć się rozwodem.

Podziel się artykułem:

Jędrzej Pyzik
Członek londyńskiego oddziału Klubu Jagiellońskiego. Student Ekonomii Politycznej i Polityki Publicznej na Goldsmiths, University of London.

Napisaliśmy już 2054 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Pewną formą kompromisu jest postulowany na forum europejskim pomysł finansowania agencji w formie rozproszonych składek płaconych przez uczestników rynku.

Tyrani, bez których nie możemy się obejść. Czy Polska potrzebuje narodowej agencji ratingowej?

Tyrani, bez których nie możemy się obejść. Czy Polska potrzebuje narodowej agencji ratingowej?

Mateusz Mazur

Biorąc pod uwagę wnioski raportu, rozbudowę niemieckiej armii i presję dyplomatyczną ze strony Berlina uspokojenie Niemiec wydaje się być w interesie Polski.

Powrót mocarstwowych ambicji? Niemieckie wizje przyszłości Europy

Powrót mocarstwowych ambicji? Niemieckie wizje przyszłości Europy

Michał Kuź

Mieszkanie Plus może stać się projektem flagowym na drugą połowę rządów PiS, tak jak przez pierwsze dwa lata na sztandarach noszone było 500 Plus.

„Polska poniżej średniej” Nowa wspólnota polityczna według PiS

„Polska poniżej średniej” Nowa wspólnota polityczna według PiS

Piotr Kaszczyszyn
Następny artykuł:

Wiara czyni cuda

Wiara czyni cuda