Łuczewski: Kłóćmy się o tę Polskę!

Michał Łuczewski, Jan Maciejewski | 22-05-2016 18:04:04 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Łuczewski: Kłóćmy się o tę Polskę!
gazetagazeta.com

Podmiotowość narodu jest czymś, co rodzi się w konflikcie. Spór nie jest czymś, co polskość niszczy. Przeciwnie, im spór jest szerszy, im więcej ludzi kłóci się o Polskę, tym jest ona silniejsza. Historycznym przykładem takiego twórczego konfliktu, o którym piszę w Odwiecznym narodzie,jest spór między Gomułką a Wyszyńskim, spór o to, czy naród jest zbudowany w oparciu o Kościół, czy o państwo. W tym sporze chwilami mógł tracić Kościół, chwilami państwo, ale zawsze wygrywała polskość. Boję się chwili, w której przestaniemy spierać się o polskość, o to, czym ona jest. Podstawową zasadą w tym sporze musi być jednak wykluczenie ze wspólnoty politycznej, a nie ludzkiej. Musimy się nauczyć wykluczać „po ludzku”, w debacie publicznej, na podstawie racjonalnych argumentów. Z dr Michałem Łuczewskim rozmawia Jan Maciejewski.

Postawmy na potrzeby tej rozmowy roboczą tezę, że syndrom postkolonialny pojawia się tylko tam, gdzie wcześniej wytworzyła się pewna próżnia. Próżnia, która występuje na poziomie tożsamości, tożsamości narodu. Czy w tym kontekście wydaje ci się, że Odwieczny naród, to praca właśnie o tym, o wytwarzaniu, produkowaniu tożsamości narodowej, jest dziś wciąż aktualna, inspirująca na poziomie praxis, czy jej wartość wynika raczej z walorów historycznych i naukowych?

Pisałem Odwieczny naród tak, żeby to zawsze była aktualna książka. Żeby nie było wiadomo, czy pisze ją socjolog-materialista, czy Polak-katolik. Miała to być po prostu książka prawdziwa, która w sposób integralny wyjaśnia i opisuje rozwój tożsamości narodowej od I do IV RP. Pokazuję w niej, że podmiotowość narodu jest czymś, co rodzi się w konflikcie. Spór nie jest czymś, co polskość niszczy. Przeciwnie, im spór jest szerszy, im więcej ludzi kłóci się o Polskę, tym jest ona silniejsza.

Próżnia pojawia się tam, gdzie o naród przestajemy się spierać. Na szczęście, o Polskę spieramy się przez ostatnie stulecia, co czyniło naszą tożsamość żywą – nawet pod zaborami polskość była atrakcyjnym projektem dla naszych sąsiadów: Niemców, Austriaków i Rosjan. Oni usiłowali nas skolonizować politycznie, a my ich kolonizowaliśmy kulturowo. Paradoksalnie, dziś polskość jest wciąż silna, może nawet silniejsza, mocniej ugruntowana niż jeszcze kilka lat temu. Najpierw narodowcy tak mocno wyartykułowali swoją wizję, że wszyscy musieli się wobec niej opowiedzieć. Widziałeś przemówienie ks. Jacka Międlara z ostatniego Marusz Niepodległości?

Chyba nie ma kogoś, kto tego nie widział. To było akurat dość okropne.

To była teologia polityczna w praktyce. „Nie islamska, nie laicka. Wielka Polska katolicka!” Całość zakończyła się modlitwą tysięcy kibiców do Matki Bożej, Królowej Polski. Na tak radykalną i mobilizującą wizję polskość odpowiadało Prawo i Sprawiedliwość własnymi marszami, Bronisław Komorowski – oficjalnym pochodem, a lewica – Kolorową Niepodległą itd. W ostatnich miesiącach swoją ideę polskości artykułuje Komitet Obrony Demokracji. Wielu członków KOD-u, którzy wcześniej byli polonosceptykami, podatnymi na kulturową kolonizację z Zachodu, naraz stało się polskimi patriotami. Mój dobry znajomy po którejś antyrządowej demonstracji umieścił arcypolski wpis: „Nie wiem jak na Was, ale na mnie ten moment, w którym zaczęliśmy śpiewać hymn i nagle cały ten radosny rozgardiasz w jedną sekundę zamienił się w coś uroczystego… na mnie zrobiło to olbrzymie wrażenie”. Tak samo działo się podczas strajku w Stoczni Gdańskiej, kiedy wspólne odśpiewanie hymnu pozwalało robotnikom tworzyć wspólnotę. Myślę, że dla kodowców musiało to być niesamowite przeżycie – ta wypierana polskość nagle, może nawet trochę wbrew nim, do nich wróciła. Taki proces powrotu wypartej tożsamości ciekawie przedstawiła ostatnio Natalia Korczakowska w Wyznawcy w Teatrze Studio.

Historycznym przykładem takiego twórczego konfliktu, o którym piszę w Odwiecznym narodzie,jest spór między Gomułką a Wyszyńskim, spór o to, czy naród jest zbudowany w oparciu o Kościół, czy o państwo. W tym sporze chwilami mógł tracić Kościół, chwilami państwo, ale zawsze wygrywała polskość. Boję się chwili, w której przestaniemy spierać się o polskość, o to, czym ona jest.

Praktycznym wnioskiem z lektury Odwiecznego narodu mogłaby być obserwacja, że skuteczna ideologia narodowa musi być integralna. Żeby zmobilizować wspólnotę, musi być związana zarówno z jej wartościami, jak i jej interesami. Nam nie zawsze udaje się łączyć te dwie przestrzenie, często skupiamy się tylko na jednej z nich. Tymczasem te najpiękniejsze, największe ideologie, jak Solidarność, miały właśnie tę cechę. Czasami mam wrażenie, że aby zrozumieć Polaków, trzeba być materialistą i mesjanistą zarazem, kimś w rodzaju Waltera Benjamina, Ludwika Królikowskiego, Stanisława Brzozowskiego czy Ryszarda Bendera. Trzeba rozumieć, że na bramie Stoczni im. Lenina wisiał portret Jana Pawła II, że chodzi nam o chleb i Boga, o „podniesienie wynagrodzenia zasadniczego każdego pracownika o 2000 zł na miesiąc jako rekompensaty dotychczasowego wzrostu cen” i o „jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełniajcie prawo Chrystusowe”. A może po prostu chodzi o chrześcijaństwo, w którym prosimy naszego Ojca, żeby dzisiaj dał nam chleba powszedniego.

Jednym z kluczowych pojęć, jakich używasz dla wytłumaczenia procesu narodzin tożsamości narodowej, jest kategoria „ideologów narodowych”, na czele z ks. Stanisławem Stojałowskim, który był ideologiem narodowym par excellence. Właśnie na jego przykładzie widzimy warunki, jakie musi spełniać projekt narodowy, „narodowotwórczy”. Z jednej strony musi on być modelem rzeczywistości, być zgodny z doświadczeniem grupy, do jakiej jest skierowany, ale z drugiej powinien też spełniać kryteria modelu dla rzeczywistości – być wizją, projektem opisującym świat, który dopiero może zaistnieć. Stojałowski przypomniał mi się w kontekście tego, co mówiłeś o tych wszystkich konkurencyjnych wizjach polskości – czy one naprawdę spełniają oba te warunki? Czy rzeczywiście z jednej strony dotykają jakiegoś istotnego doświadczenia Polaków, a z drugiej proponują wizję, która może porwać, szarpnąć polskością?

To jest w ogóle kluczowe pytanie. Polskość, w której się odnajduję, to polskość, która mnie porywa. A porywa mnie nie sam opis tego, jak wygląda Polska, ale przede wszystkim wizja jej zmiany. Taka wizja nie ma racji bytu bez wymiaru moralnego i wyraźnego rozróżniania dobra od zła. Zupełnie nie rozumiem, o co chodzi w stwierdzeniu „Nie wolno dzielić Polaków” albo „Prezydent wszystkich Polaków”. Dzielmy się! Wykluczajmy! Kłóćmy się o to, kto jest lepszym Polakiem. Na tym przecież polega istota mobilizacji społecznej, przejście od opisu rzeczywistości do opisu dla rzeczywistości. Nigdy nie dokonamy tego przejścia, jeżeli nie włączymy do naszego opisu kategorii moralnych, a te w sposób konieczny pociągają podział i wykluczenie, określenie kto jest bohaterem, a kto zdrajcą, co jest dobrem, a co złem. Od podziału, konfliktu nie ma ucieczki. Wykluczamy zawsze. Możemy jedynie udawać, że tego nie robimy, ale wtedy wykluczamy subtelniej, a przez to głębiej i skuteczniej. Takie subtelne wykluczanie pod pretekstem walki z wykluczaniem jest czymś w Polsce bardzo powszechnym. Najbardziej dzielą nas ci, którzy mówią, że nie wolno nas dzielić.

Kiedy Kaczyński wyklucza z polskości, kiedy mówi o gorszym sorcie Polaków (pomijając fakt, że ten cytat został wyjęty z kontekstu), to on tylko „depolonizuje” swoich przeciwników, ale nie odbiera im człowieczeństwa. Natomiast jego przeciwnicy idą o krok dalej i dehumanizują go. To podstawowa różnica. Nawet jeśli odmawia mi się prawa do bycia Polakiem prima sort, to przecież pozostaję jeszcze człowiekiem, który posiada swoją przyrodzoną godność i niezbywalne prawa. Jeśli natomiast odmawia mi się człowieczeństwa, to tracę podstawowe prawa i staję się homo sacer. Można mnie wyeliminować – najpierw w teorii, a potem w praktyce, jak pokazał to przypadek Ryszarda Cyby. Kiedy wykluczamy w sposób tak głęboki i tak subtelny, przestajemy wiedzieć, co czynimy. Taki konflikt przestaje być twórczy, przestaje nas unaradawiać, a zaczyna odczłowieczać. Tam, gdzie pojawia się dehumanizacja, nie ma miejsca na przykład na debatę o tym, jakie obowiązki nakłada na mnie przynależność narodowa – debatę, która jest jedną z najważniejszych dla ukonstytuowania wspólnoty. Podstawową zasadą w tym sporze musi być jednak wykluczenie ze wspólnoty politycznej, a nie ludzkiej. Musimy się nauczyć wykluczać „po ludzku”, w debacie publicznej, na podstawie racjonalnych argumentów.

Cały geniusz Stojałowskiego, o którym mówiłeś, polegał natomiast na wzajemnym uzupełnianiu i wzmacnianiu tożsamości chłopskiej, katolickiej i w końcu narodowej, a przede wszystkim na wywodzeniu z tych tożsamości konsekwencji, pokazywaniu, że każda z nich nakłada na nas obowiązki. Polskość, której nie lubię, to taka, która nie mówi mi, co mam robić, polskość ironiczna, lekka. Stojałowski pokazywał, że tylko przekraczanie naszych danych tożsamości może doprowadzić do zbudowania siły. Jeżeli jako Polacy nie dążymy do przekroczenia samych siebie, bardzo szybko staniemy się plemieniem podatnym na kolonizację.

Czy widzisz we współczesnym polskim katolicyzmie potencjał do przeprowadzenia pracy, jaką wykonał w przeszłości nie tylko Stojałowski, ale i przecież kard. Wyszyński? Czy w Kościele jest świadomość potrzeby mobilizowania społeczeństwa, mówienia mu o jego obowiązkach?

Musimy spojrzeć na tę sprawę w szerszej perspektywie. Pamiętajmy, że Kościół katolicki był instytucją odpowiedzialną za pierwsze i największe ruchy społeczne w Polsce: w wieku XVIII konfederację barską, najdłuższe i najbardziej masowe polskie powstanie, w XIX w. – ruch abstynencki, który objął swoim zasięgiem całe parafie. W XX w. nadeszła największa akcja mobilizacyjna polskiego Kościoła, czyli obchody tysiąclecia chrztu Polski. Niesamowity jest list Wyszyńskiego z 4 czerwca 1956 r. (dlatego można tę datę spokojnie świętować) do paulinów, pisany przez niego jeszcze w Komańczy, gdzie nakreśla plan działań Kościoła do 1966 r. Człowiek, który od trzech lat jest w odosobnieniu, który – wydawałoby się – poniósł absolutną klęskę, po prostu pisze: „Wyobrażam to sobie tak” i następnie opisuje krok po kroku działania na najbliższą dekadę, które po wyjściu realizuje z żelazną konsekwencją. Kiedy czytałem ten list, zastanawiałem się, skąd ten człowiek się wziął. To jest zupełnie jak w Dziadach, kiedy Duch mówi do Konrada: „Ludzie! każdy z was mógłby, samotny, więziony, / Myślą i wiarą zwalać i podźwigać trony”. Jaką ten człowiek musiał mieć siłę woli, bo on rzeczywiście tym listem z więzienia zwalał i podźwigał trony. I tak samo zresztą jest z Wojtyłą. W 1953 r., kiedy Wyszyński jest już w więzieniu, trwa proces kurii krakowskiej, zapadają wyroki śmierci i wieloletniego więzienia, Wojtyła spotyka znajomego i mówi do niego: „Śruba dociska się, a walka wchodzi w coraz ostrzejszą fazę. Jaki będzie jej rezultat, wiadomo z góry. Zwycięstwo może być tylko po naszej stronie”. Rozumiesz, on wypowiada takie zdanie w najgorszym miesiącu najgorszego roku w tysiącletniej historii polskiego Kościoła. A 25 lat później ten człowiek zostaje papieżem.

Jeżeli dzisiaj myślimy o polskim Kościele, to musimy przede wszystkim zadać sobie pytanie, czy jest w nim ktoś, kto byłby w stanie powiedzieć, że kolejną dekadę „wyobraża sobie tak” i „zwycięstwo może być tylko po naszej stronie”. To jest, innymi słowy, pytanie o to, czy Kościół jest w stanie tworzyć model dla rzeczywistości, czy pozostanie tylko na poziomie opisu, trwania, zachowania substancji – lekcji religii w szkołach i optymistycznych statystyk, według których 95% Polaków to katolicy. Ale też może ważniejsze pytanie jest skierowane do mnie i do ciebie: co my możemy zrobić, żeby pokazać, że Kościół daje najpełniejszy, najlepszy projekt na życie, na realizowanie naszego człowieczeństwa? Jak wyobrażamy sobie kolejną dekadę? Jak widzimy nasze zwycięstwo?

Nasz problem polega na tym, że przez ostatnie dwadzieścia kilka lat nie musieliśmy się mobilizować, a Polacy żeby istnieć jako podmiot potrzebują mobilizacji. W przeszłości Kościół bardzo często zastępował państwo w mobilizowaniu, stawianiu wymagań przed Polakami. Współcześnie, co widać najlepiej na przykładzie Europy Zachodniej, to państwo zaczyna sobie rościć pretensje do decydowania o moralności, o sposobie życia obywateli, wypychając Kościół z tej sfery. To proces sakralizowania państwa – w wielu wymiarach państwo staje się po prostu Kościołem i zaczyna decydować o tym, co jest dobre, a co złe. Zaczyna definiować kluczowe pojęcia z obszaru moralności, określa, czym jest małżeństwo i czym ma być religia.

Kluczowy w kontekście społecznej, wspólnototwórczej roli Kościoła jest problem języka. W Przesileniu Andrzeja Horubały jeden z głównych bohaterów przeżywa nawrócenie. I zaczyna on w tym momencie posługiwać się językiem, który jest kompletnie niezrozumiały dla ludzi „z drugiej strony”. To jest jakaś dziwna mieszanka ewangelicko-oazowo-egzaltowanej nowomowy; nowomowy, która jest zupełnie równoległa w stosunku do języka potocznego – nie ma z nim żadnych punktów wspólnych. Już mniejsza z tym, skąd ten język w ogóle się wziął, ale jak zbliżyć te dwie przestrzenie: wiary i codzienności. A może nie ma co ich zbliżać, tylko język wiary, tak jak np. w czasie karnawału Solidarności, musi skolonizować, zawładnąć językiem potocznym.

Nie wiem, czy Horubała w Przesileniu nie potrafił opisać nawrócenia, czy świadomie chciał oddać jakąś sztuczność tego aktu. Samo zjawisko nawrócenia jest fundamentalne dla naszego rozumienia rzeczywistości i tego, co się wokół nas dzieje. Czy umiemy jeszcze nawracać się i wierzyć w Ewangelię? Polska lewica umiała się nawrócić i uwierzyć, choć przyjmowała Ewangelię jako słowo Człowieka, a nie zawsze Boga. W czasie Solidarności przejęła język Kościoła, razem z jego kluczowymi pojęciami: sumienie, przebaczenie, etos, miłosierdzie. Dla Davida Osta to był błąd, dla mnie najlepsza – i jedyna – droga. Dziś w obliczu starcia z islamem nawrócenie znów znajduje się w centrum rzeczywistości. Michel Houellebecq pierwszą wersję swojej ostatniej książki chciał zatytułować NawrócenieConversion, a ostatecznie dał jej jednak tytuł SoumissionUległość. W pierwotnej wersji miała to być historia kogoś takiego jak Joris-Karl Huysmans, historia drogi od dekadentyzmu do katolicyzmu, w którym nota bene ma swój udział polski aktor, który recytował Słowackiego Janowi Pawłowi II. W pewnym momencie Houellebecq stwierdził jednak, że nie jest w stanie napisać czegoś takiego, że zamiast nawrócenia potrafi opisać jedynie konformizm.

Lekarstwem na zachodnią dekadencję nie jest nawrócenie na katolicyzm, ale poddanie się islamowi. Tę literacką diagnozę potraktowałbym bardzo serio, bo pokazuje, jak na placu boju pozostaje zachodnia dekadencja i wschodni islam. Te dwie formacje nawzajem się napędzają, systematycznie dokonując ekspulsji chrześcijaństwa. Z jednej strony, kultura dekadencka nie widzi różnicy pomiędzy (teologiczną) konwersją a (politycznym) podporządkowaniem, pomiędzy chrześcijaństwem a islamem, dla niej „nawracanie, tresowanie i oswajanie” to jedno i to samo. Z drugiej strony islam nie widzi różnicy między wolnością dekadentów i wolnością chrześcijan. Chrześcijaństwo jest nierozumiane i wykluczane przez obie strony, które obsadzają je w roli odpowiedzialnego za współczesny kryzys. Jedyną odpowiedzią na to może być nie opowiedzenie się po którejś ze stron, ale pokazanie, jak w czasach Solidarności, że jedyną drogą jest nawrócenie.

We fragmencie Uległości, który opowiada o podróży głównego bohatera śladami Huysmansa, wyczuwamy z jednej strony jakąś bardzo wyraźną potrzebę konwersji, a z drugiej niezdolność jej dokonania. Tam właśnie widać, jak bardzo jego praca naukowa jest nieanalogiczna w stosunku do jego życia, widzimy, że on to wszystko wie, ale zupełnie nie potrafi tego doświadczyć. Bohater Houellebecqa snuje się po tym klasztorze, w którym nawrócił się Huysmans, i chciałby jak on doświadczyć jakiegoś przebłysku transcendencji, a jedynie doświadcza głodu nikotynowego.

Tutaj bohater Hoeullebecqa znajduje się na antypodach polskiej inteligencji, która nawrócenia doświadczała. Dla mnie historia Polski w ostatnich kilku wiekach jest nieustannym procesem nawracania się. Popatrz na Przybyszewskiego, który w swoim dekadentyzmie był takim polskim Huysmansem. Zresztą dla całego polskiego modernizmu Huysmans, ze swoim opisem wewnętrznego rozpadu, ale też rozpadu związków z ludźmi, z Bogiem i światem, był bardzo ważną postacią. Dziejowe znaczenie Przybyszewskiego, choć zupełnie dziś niedostrzegane, polega na tym, że bezpośrednio ukształtował całe pokolenie autorów, które z kolei stworzyło nowoczesną Polskę: Stanisława Brzozowskiego, Tadeusza Boya-Żeleńskiego, Adolfa Nowaczyńskiego czy Emila Zegadłowicza. Dla każdego z nich przeżyciem, które nadawało dynamikę ich myśli, było przezwyciężanie rozpadu nowoczesnego podmiotu, nawracanie się z dekadentyzmu, reprezentowanego przez ich mistrza. Brzozowski nawrócił się początkowo na ideę klasową, jego nawrócenie w tym okresie polegało na odkryciu, że istotą człowieczeństwa jest służenie wyklętemu ludowi ziemi; Nowaczyński nawrócił się na naród, Boy – na jednostkę, a Zegadłowicz na coś, co moglibyśmy nazwać lokalnością czy regionalizmem. W każdym z nich ujawnił się realny głód nawrócenia polegający na odbudowywaniu relacji. W ich życiu pojawiała się również łaska, która pozwala pojednać im się nie tylko z innymi ludźmi, ze wspólnotą wokół nich (klasową, narodową, lokalną), ale też z samymi sobą i Bogiem. Widzimy to w Pamiętniku Brzozowskiego, pisanym w ostatnim roku jego życia. Taki sam proces następuje u Nowaczyńskiego w jego ostatniej książce poświęconej Bratu Albertowi, której podtytuł brzmiał Najpiękniejszy człowiek naszego pokolenia. Oczywiście inny był punkt dojścia Boya i Zegadłowicza, którzy ostatecznie okazali się kontynuatorami polskiej dekadencji i wielbicielami idei komunizmu. Ich przypadek świadczy o tym, że nawrócenie jest darem, tzn. nie jest dane, ale – mówiąc klasykiem – jest nam zadane. W ten sam sposób powinniśmy myśleć również o polskości. Tylko wtedy, kiedy są to projekty, które wykraczają poza daną nam naturę, są w stanie zbudować prawdziwą wspólnotę, rzeczywistą jedność. Nie ma prawdziwej tożsamości bez nawrócenia, bez stałego ruchu przekraczania samego siebie. Na końcu jednak zawsze musimy modlić się o dar łaski, żeby zwieńczeniem procesu nawracania się był Kościół.

Dobrze, ale jak w takim razie mówić o nawróceniu? W jaki sposób uruchomić tę dynamikę przekraczania samego siebie tak, żeby z jednej strony nie powstał z tego produkt coachingopodobny, a z drugiej nie osunąć się w katolicką nowomowę, która nie odpowiada na doświadczenie tragiczności egzystencji, tylko zamyka w temat okrągłymi formułami?

O nawróceniu powinniśmy mniej mówić, mniej o nim myśleć, a bardziej go doświadczać. Żeby się nawracać, potrzebujemy kogoś, kto nam nie tyle powie, ale pokaże, jak to zrobić. Każdy z nas potrzebuje mistrza, kogoś wobec kogo będziemy się definiować, komu będziemy starali się dorównać. Myślę, że dla naszego pokolenia kimś takim mógłby być Karol Wojtyła. Jednak brązownicze podejście do niego sprawiło, że przestaliśmy rozumieć, jaką drogę on przeszedł. Przecież Wadowice, gdzie „wszystko się zaczęło”, obok swej pięknej strony, miały też ciemną. Były – jak przedstawiał je brutalnie Zegadłowicz – nędzną, prowincjonalną i chamską dziurą, po której snuł się kloaczny fetor, duszną mieściną urzędników i żołnierzy, burdeli i tawern, gdzie jedynie mundur mógł nadać człowiekowi godność. Nie musimy zresztą wierzyć Zegadłowiczowi na słowo, który w Zmorach chciał wyrównać ze swym miastem rachunki. Biograf o. Rafała Kalinowskiego, osiadłego pod koniec życia w Wadowicach, pisał, że „brakowało [tam] wielu rzeczy, nie brakowało jednak szynków. […] Karczmarze dla obsługi gości zatrudniali młode dziewczęta, które, nie mogąc znaleźć gdzie indziej pracy, oddawały się prostytucji”. Dopiero dziś Wadowice opisywane są jako „naturalne środowisko świętości”, jakby każdy mógł tam zostać takim Wojtyłą. Właśnie nie, Wojtyła potrafił zbudować siebie, swoje człowieczeństwo i świętość pomimo tego wszystkiego. On wiedział, jak się nawracać, bo sam wokół siebie miał świadków nawrócenia. Przede wszystkim swojego ojca, którego każdego dnia widział, jak klęczy na modlitwie. Wojtyła senior był zawodowym urzędnikiem i żołnierzem, który swój mundur – stanowiący o człowieczeństwie Galicjanina – w ciężkich latach przerabiał na ubrania dla swojego syna. Jest w tym coś z symbolu: oto ojciec ofiarowuje szatę, która kiedyś czyniła zeń człowieka, swojemu synowi. Kolejnym mistrzem dla Wojtyły był Brat Albert – nota bene Adolf Nowaczyński, który o nim pisał, uczęszczał do wadowickiego gimnazjum i bronił je przed atakami Zegadłowicza. Jednak najważniejszym mistrzem – tym, któremu świadectwo dawali i Brat Albert, i Wojtyła senior – był Chrystus, który „przeszedł w poprzek wszystkich nurtów mijania i zmienił kierunek pola, w którym przemija każdy”. To piękna definicja nawrócenia z Rozważań o śmierci: nawrócenie powoli zmienia kierunek naszego przemijania, a jego zwieńczeniem jest zmartwychwstanie. Chrystus w pełni pokazuje, czym jest nawrócenie i życie, bo sam jest nawróceniem i życiem.

Pytanie, czy we współczesnej Polsce najbardziej wpływowej grupy dekadentów nie stanowią rodzimi konserwatyści? W swoim czasie toczyłeś spór z Ryszardem Legutką, którego Esej o duszy polskiej może być spokojnie uznany za manifest historiozoficznej dekadencji polskiej prawicy.

Zgadzam się, ale pamiętaj, że dekadentyzm, również dekadentyzm prawicowy, jest, a w każdym razie może być bliski mesjanizmowi. Zawsze tam, gdzie jest najwięcej zła, gdzie pozornie najtrudniej o nawrócenie, a twoje życie się rozpada, tam też możesz być najbardziej podatny, „chłonny” na wizję dobra i zbawienia.

Dość apokaliptyczna optyka.

Tak, z jednej strony apokaliptyczna, ale też po prostu ludzka. To przecież nie jest tak, że będziemy odczuwali potrzebę nawrócenia, kiedy nasze życie będzie spokojnie upływało w trójkącie wyznaczanym przez rynek, rodzinę i rozsądek. Dopiero wtedy, kiedy świat wokół nas zaczyna się rozpadać, odczuwamy potrzebę nawrócenia. Niesamowite jak dużo w poezji Wojtyły jest śmierci, upadania i nicości. On cały czas mierzył się, żył w perspektywie upadku i lęku. Doświadczenie śmierci i rozkładu towarzyszyło mu od najwcześniejszego dzieciństwa, w którym nie było ani rynku, ani rozsądku, ani rodziny. Ale im bardziej doświadczał rozpadu świata, tym mocniej i bardziej radykalnie się nawracał. Przed jego oczami otworzyło się „teatrum zniszczenia”, które uświadamiało każdego dnia, że „ciało ludzkie w historii umiera częściej niż drzewo, umiera wcześniej”. Wojtyła nie bronił się przed tym negatywnym doświadczeniem, nie wypierał go, ale wychodził z niego do konwersji: „Coraz większej pożądam nicości / aby serce nakłonić do tchnienia”.

To doświadczenie upadku Wojtyła odnajdywał też w ciemnym, bliskim mu romantyzmie i modernizmie: u Słowackiego, Huysmansa (bohatera swojego niedokończonego poematu) czy Zegadłowicza. Z tym ostatnim Wojtyła – jako swym pierwszym literackim mistrzem – był bardzo blisko związany. Zegadłowicz był najsławniejszym mieszkańcem Wadowic, poetą, który opiewał piękno Beskidu, religijności i sztuki ludowej, ale w połowie lat trzydziestych to wszystko przekreślił, publikując Zmory. Była to powieść z kluczem, być może pierwsza polska powieść queerowa, w której znalazły się werystyczne opisy rozchwianych tożsamości seksualnych i rozpadu życia rodzinnego, jakie znamy z Przybyszewskiego. Wywołała ona niewyobrażalny skandal, który rozlał się na całą Polskę. W Wadowicach odebrano Zegadłowiczowi honorowe obywatelstwo, ulicę jego imienia oraz salę w gimnazjum z jego popiersiem (dłuta Wincentego Bałysa, najlepszego przyjaciela Wojtyły). Wojtyła nie był Zmorami zanadto zgorszony, bo jeszcze po latach ku ogólnej wesołości z Mieczysławem Kotlarczykiem cytowali z niej smakowite passusy.

Napięcie między upadkiem a nawróceniem jest zresztą stałym motywem u praktycznie wszystkich polskich mesjanistów. Krasiński, Słowacki, Mickiewicz – przecież ich życie prywatne było bardzo dalekie od miłości i odpowiedzialności, nawet mierząc je naszymi dzisiejszymi standardami. A mimo to, a może właśnie dlatego, jest tak mocno w ich twórczości wyczuwalna dynamika nawrócenia, walki duchowej.

Czyli tam, gdzie największy grzech, tam i najobficiej rozlała się łaska. To gest jak z Fiodora Dostojewskiego albo Lwa Szestowa. Ale musisz przecież widzieć również niebezpieczeństwo, jakie się tu kryje. Po pierwsze, można, właśnie za Szestowem, zapytać, czy droga do prawdy musi wieść przez podziemie? Czy każda głębina jest podziemiem, tak jak je rozumiał Dostojewski? Ten balans jest w końcu bardzo kruchy i bynajmniej nie dany na zawsze. Kiedy to napięcie, o którym mówisz, zniknie, wraz z nim odejdzie nie tylko energia życiowa czy siły twórcze, lecz i szansa na świętość. Czy twoim zdaniem to nie jest właśnie przypadek współczesnych polskich konserwatystów?

Z nimi jest ten podstawowy kłopot, który złośliwie ujął Tomasz Merta: jesteśmy konserwatystami od pasa w górę i od 9 do 15. Ludzie, którzy bronią rodziny, sami żyją w jakichś patchworkowych związkach. A kiedy patrzymy na polskich lewicowców, to widzimy tę samą żonę od 30 lat. Wiesz, tu nie chodzi o obnażanie hipokryzji. Raczej o to, że nowoczesność jest tak ekspansywna w rozbijaniu nas na kawałki, że nawet ci ludzie, którzy chcą żyć wiarą, chcą prowadzić dobre życie, budować swoje człowieczeństwo, są zagrożeni tym rozbiciem. Powiedziałbym wręcz, że zwłaszcza konserwatyści są na to podatni. Natomiast co do Legutki, to mi zawsze przeszkadzało to pesymistyczne, zupełnie nie „janopawłowe” myślenie o rzeczywistości. Brak tego zawierzenia, które pozwoliło Wojtyle w 1953 r. być pewnym, że zwycięstwo może być tylko po naszej stronie. Legutko postrzega rzeczywistość wyłącznie z perspektywy państwa, granic, instytucji, elit. I w tej perspektywie rzeczywiście nie ma miejsca na nadzieję: obcięto nam granice, zabrano cały wschód, wymordowano inteligencję. Tylko że to jest bardzo materialistyczna optyka. Paradoksalnie Legutko myśli bardzo podobnie do Jana Sowy, który w Fantomowym ciele króla poszukiwał źródeł naszego skolonizowania i odnajdywał je w braku państwa i niedostatkach instytucjonalnych. Podobnie jak Sowa, Legutko nie napisał eseju o duszy polskiej, ale esej o polskim ciele, a raczej o polskich zwłokach.

Mimo że Legutko cytuje Platona, a Sowa Lacana, to ukryte źródło ich myśli jest – jak sądzę – jedno. To szkoła krakowska, która została skolonizowana przez niemiecką Staatslehre, skupiającą się na państwie i pomijającą naród. Ja zawsze starałem się patrzeć na Polskę z perspektywy narodu, ludu. Kiedy rozmawiasz z ludźmi ze Żmiącej, czy w ogóle z Polakami spoza Warszawy i Krakowa, to zaczynasz widzieć nie ciało polskie, ale duszę polską, której nam nie zabiorą. Polska kultura nie potrzebowała państwa, żeby pokazać swoją siłę i żywotność. To w I RP, która okazała się państwem nienowoczesnym, stworzyliśmy własny, republikański język. To podczas rozbiorów stworzyliśmy mesjanizm, to właśnie wtedy mówiliśmy własnym, nieskolonizowanym głosem. Hoene-Wroński, Mickiewicz i Cieszkowski wprowadzali własne pojęcia do światowego obiegu intelektualnego. Zwieńczeniem tej pracy był Wyszyński, Wojtyła i Solidarność, którzy w czasie, gdy państwo zostało przejęte przez komunistów, zglobalizowali i unieśmiertelnili polskość.

Kluczem do ich wielkości było połączenie wizji realistycznej z metafizyczną, materialistycznej z mesjanistyczną, ciała z duszą. Pozwalało im to z jednej strony być znacznie bardziej krytycznymi wobec własnego narodu niż patrioci krytyczni, a z drugiej – bardziej afirmującymi naród niż narodowcy. Gdy np. Jan Józef Lipski ograniczał się do rytualnego ganienia polskiej ksenofobii i megalomanii narodowej, Wyszyński z Wojtyłą szli dalej i walczyli ze znacznie poważniejszymi wadami narodowymi: lenistwem, lekkomyślnością, marnotrawstwem, pijaństwem, rozwiązłością, łamaniem Dekalogu. Lipski w sposób przewidywalny ślizgał się po powierzchni, oni uderzali mocno i niespodziewanie. Robili to nie dla samej krytyki (wtedy krytyka jak u Lipskiego stałaby się kiczem), ale dla nawrócenia, żebyśmy „stali się nowymi ludźmi w Chrystusie”. To jest prawdziwa afirmacja narodu – pokazanie, że bierzemy udział nie tylko w ziemskich walkach, ale w ostatecznej rewolucji. Chodziło o to, żeby – wedle formuły Wojtyły – pusty, homogeniczny czas, automatycznie mijające „godziny przeszły w psalm nieustających nawróceń”.

To ważny motyw w jego poezji: świadomość upadku, zła i skończoności świata, a jednocześnie spokój i pewność, bo poza tym powszechnym rozkładem jest coś większego. Zdumiewający fragment z Pieśni o Bogu ukrytym: „Więc w takiej ciszy ukryty ja-liść, / oswobodzony od wiatru, / już się nie troskam o żaden z upadających dni, / gdy wiem, że wszystkie upadną”. Wojtyła nie martwi się upadkiem dnia, przeciwnie – w upadku wszystkich dni odnajduje ukojenie, wręcz pragnie tego upadku jak nicości, przyspiesza go. Bo ponad nami rozpościera się większa cisza i większa wolność. Wojtyła nie myśli w kategoriach granic państwa, tylko granic duszy. Wszystkie nasze klęski były obiektywnie tragedią, ale one mogą mieć też swój sens, wskazywać na coś, co jest poza i ponad tym wszystkim. Dlatego nie powinniśmy nad nimi lamentować. Istnieje jakiś większy projekt. Projekt, którego częścią jest nasze pojedyncze przemijające życie.

Rozmawiał Jan Maciejewski.

Rozmowa pochodzi z 43. teki dwumiesięcznika Pressje pt. Przekleństwo uległości. Zachęcamy do zakupienia numeru przez Allegro lub wyboru jednej z trzech form prenumeraty pisma.

Podziel się artykułem:

Michał Łuczewski
Socjolog i psycholog. Adiunkt Instytutu Socjologii UW. Redaktor pisma "44/Czterdzieści i cztery", zastępca dyrektora Centrum Myśli Jana Pawła II.
Jan Maciejewski
Sekretarz redakcji czasopisma Pressje, dziennikarz Rzeczpospolitej.

Napisaliśmy już 1954 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Doceniamy Pańskie zaangażowanie w promocję innowacyjnej gospodarki i pokładamy nadzieję w Panu, jako przyjacielu młodej polskiej społeczności przedsiębiorców startupowych.

List startupowców do Prezydenta. „Konsekwencje trybu procedowania reform są dla nas dotkliwe”

List startupowców do Prezydenta. „Konsekwencje trybu procedowania reform są dla nas dotkliwe”

Przedsiębiorcy i  liderzy ekosystemu startupów

Sprawdziliśmy, czy proponowane i realizowane przez Prawo i Sprawiedliwość reformy w wymiarze sprawiedliwości znajdują swoje odzwierciedlenie w programach i materiałach wyborczych partii sprzed wyborów.

Czy PiS w wymiarze sprawiedliwości realizuje wolę suwerena? Sprawdzamy wyborcze obietnice

Czy PiS w wymiarze sprawiedliwości realizuje wolę suwerena? Sprawdzamy wyborcze obietnice

Mateusz Mroczek

Sądownictwo ma swoje problemy. Największym z nich jest nie widmo postkomunizmu, ale jego nadmierna biurokratyzacja.

Spóźniona wojna z postkomunizmem

Spóźniona wojna z postkomunizmem

Piotr Kaszczyszyn
Następny artykuł:

Przekleństwo uległości

Przekleństwo uległości