Przekleństwo uległości

Jan Maciejewski | 21-05-2016 16:34:03 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Przekleństwo uległości
Ungry Young Man/flickr.com

Polityczność jest zjawiskiem organicznie i wyłącznie ludzkim; tylko człowiek ma do niej prawo i pociąg. Zdanie to nie wygląda odkrywczo. Przy bliższym spojrzeniu może się jednak okazać mniej banalne i mniej oczywiste niż na pierwszy rzut oka. Celem tego tekstu jest wychwycenie natury i dynamiki nowoczesnej polityczności przy użyciu narzędzi i z perspektywy psychologii. Pokażę, że wspólnoty polityczne podlegają takim samym, lub co najmniej podobnym, procesom jak pojedyncze jednostki. Będę się starał udowodnić, że rewolucja kulturowa jaką wywołały narodziny psychoanalizy na początku XX wieku, jest rewolucją permanentną, wciąż rozwijającą się i ewoluującą, rewolucją również w sensie politycznym; rewolucją, której skutkom wciąż podlegamy i z faktu istnienia której powinniśmy wreszcie wyciągnąć wnioski.

To wszystko nie tak. Stirlitz patrzy na postkolonializm 

Uległość. To wokół niej wszystko w tym tekście będzie się obracać. Będziemy szukać środków do jej przezwyciężenia, ale wcześniej pokażemy jak funkcjonuje ona w praktyce. Uległość jest stanem, który teoretycy postkolonializmu zwykli przypisywać społeczeństwom skolonizowanym; jest efektem „złożonego i wielopoziomowego oddziaływania struktur dominacji"”. I to właśnie postkolonializm jest pierwszym przystankiem na naszej drodze. A w zasadzie nie sam postkolonializm, co fałsz, czy, używając psychologicznego żargonu, przeniesienie jakie jest rdzeniem całej tej teorii. Wersja oficjalna głosi, że jej powstanie było efektem poczucia winy Zachodu, który w akcie skruchy za całe wieki kolonialnej agresji i podbojów, postanowił dopuścić skolonizowanych do głosu; przyjrzeć się ich kondycji i stanowi ducha, sprawdzić jakie są społeczne i kulturowe rezultaty utrzymywania się obcej dominacji; sprawdzić, czy możliwe jest po tym wszystkim odnalezienie autentycznego, pierwotnego sposobu istnienia postkolonialnych wspólnot. W wariancie literaturoznawczym przedmiotem postkolonializmu jest dyskurs kolonialny, czyli „«gwałt zadawany rzeczom» - (...) system praktyk nadawania znaczenia, który prowadzi do wytworzenia i oswojenia hierarchicznych struktur władzy sprawowanej (zainstalowanej) przez imperium”. Ma to być coś w rodzaju daru prezentowanego wyzwolonym, ale zdezorientowanym tubylcom, którzy za pomocą postkolonialnej teorii mają odzyskać siłę sprawczą i moc działania, czyli, mówiąc Mochnackim, uznać się w swoim jestestwie.

Żeby zrozumieć na czym polega fałszywa świadomość postkolonialnych teoretyków odwołajmy się do jednego z najlepszych seriali w historii telewizji, to jest do Siedemnastu mgnień wiosny w reżyserii Tatiany Lioznowej, z Wiaczesławem Tichonowem w roli pułkownika radzieckiego wywiadu, który dzięki wybitnej inteligencji i wszystkim innym możliwym zaletom przenika w szeregi SS w randze Standartenfurhera, Maxa Otto von Stirlitza. Ważniejsze od fabuły są jednak pewne szczegóły tworzenia tej produkcji. Głównym konsultantem Siedemnastu mgnień wiosny był ówczesny zastępca przewodniczącego KGB, Siemion Cwigun. Sposób funkcjonowania SS, którego zobrazowanie jest jedną z osi fabuły, został w całości oparty na doświadczeniach KGB. Co ciekawe, jedno z częściej występujących na ekranie wnętrz, siedziba RSHA (Reichssicherheitshauptamt, Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy) to tak naprawdę budynek KGB na Butyrkach. W ten sposób oglądamy więc tak naprawdę działanie radzieckich, a nie niemieckich służb; Stirlitz to rosyjski agent udający Niemca w podwójnym, fabularnym i rzeczywistym, sensie. Radziecki widz mógł poznać faktyczny sposób funkcjonowania KGB, jednak tylko dlatego, że był on cały czas przekonany, że ogląda w akcji SS.

Tak samo jest z teorią postkolonialną. Inni, mieszkańcy byłych kolonii, są nam potrzebni do tego, by przyjrzeć się nam samym. Nasze współczucie wobec ich sytuacji jest de facto wynikiem troski o nas samych.

Teoria postkolonialna mówi więc więcej o badających, niż o badanych. Jej faktycznym przedmiotem jest zachodni lęk, a nie trauma byłych kolonii. Skąd wziął się lęk, który zrodził teorię postkolonialną i czego tak naprawdę możemy się dzięki niej dowiedzieć? Żeby odpowiedzieć na te pytania będzie musieli przenieść się do Wiednia początku XX wieku; miejsca i czasu narodzin psychoanalizy.

Kant prawodawca

Żeby jednak zrozumieć w pełni sens przełomu, który spowodowała myśl Freuda będziemy się musieli wcześniej chwilę pomęczyć i spojrzeć na architekturę budowli, którą zniszczył ojciec psychoanalizy. Żeby to zrobić cofniemy się jeszcze bardziej w czasie i przeniesiemy kilkaset kilometrów na północ, do Królewca drugiej połowy XVIII wieku; do wizji Oświecenia autorstwa Immanuela Kanta.

Definiując Oświecenie Kant stwierdził, że jest to autonomia, bądź też wyzwolenie się spod narzuconej samemu sobie niedojrzałości. Chodziło mu o to, by wydobyć człowieka spod władzy rządzących czy duchownych, a z drugiej wskazać mu drogę do wzniesienia się ponad swoje pragnienia i kierowania się normami moralnymi stworzonymi za pomocą rozumu; co ważne, normy te miałyby mieć uniwersalne, ogólnoludzkie zastosowanie. W ten sposób uzyskana autonomia moralna miałaby zapewnić człowiekowi zupełnie nową jakościowo relację z samym sobą. Autonomia ta, tak jak rozumiał ją Kant, oznaczała konieczność zdystansowania się zarówno od kontekstu społecznego, jak i od skłonności jakim podlegał konkretny człowiek. Wola musi być czysta - oczyszczona z wszystkich konkretnych intencji, pobudzana tylko przez szacunek dla siebie samej i dla formalnej zasady woli w ogólności, czyli szacunek dla prawa jako takiego. Chodziło przecież, zgodnie ze słynnym imperatywem kategorycznym, o to by kierować się tylko taką maksymą, co do której moglibyśmy jednocześnie chcieć, by stała się ona prawem powszechnym; człowiek ma działać tylko w oparciu o takie maksymy, jakie dają się zuniwersalizować.

Kant postanowił radykalnie rozdzielić sfery moralności i przyrody. „Świat fenomenalny jest tym, co może poznać nauka; świat noumenalny jest sferą, która odsłania się dopiero dzięki moralności. To właśnie w tej sferze rozum osiąga całkowitą wolność od warunkujących, a tym samym ograniczających go wpływów naturalnego świata  rzeczy. (...) Właśnie tu człowiek uzyskuje całkowitą autonomię - wolność do posłuszeństwa narzuconemu sobie prawu przez samo poszanowanie powszechności (lub bezstronności) prawa jako takiego.” Rozdzielenie przyrody, świata zewnętrznego, od sfery noumenalnej (w wizji kantowskiej jest to rdzeń rzeczywistości - sfera „rzeczy samych w sobie”) oznacza też rozdzielenie szczęścia i cnoty. Szczęście należy do porządku świata fenomenalnego, przyrodniczego - świata naturalnych skłonności. Cnota natomiast jest wynikiem posłuszeństwa prawu moralnemu, którego warunkiem jest wyzwolenie się od naturalnych, „przyrodniczych” skłonności. „Szczęście należy do porządku przyrody, cnota zaś - do porządku wolności.”

Oczywiście, nie da się z człowieka wyrwać ostatecznie całej „przyrodniczej” strony jego osobowości. Pytanie brzmi jednak: co definiuje człowieczeństwo jako takie, kiedy człowiek jest autentyczny i wolny. Kant odpowiada: wtedy, kiedy jest on posłuszny prawu. Posłuszeństwo to jest jednak najwyższym stadium wolności: jak przecież pamiętamy, prawo to ma źródło w samym podmiocie. Racjonalność prawa przynależy do sfery noumenalnej, tej samej, w której funkcjonuje czysta wola. Człowiek jako istota moralna podlega więc nie tylko tak naprawdę sam sobie, ale wyzwala się również od naturalnych, pochodzących ze sfery fenomenalnej, skłonności.   

Zobaczmy teraz jak  kantowska antropologia działa w praktyce. Jej dwoma najwyraźniejszymi politycznymi konsekwencjami są idee praw człowieka oraz koncepcja wiecznego pokoju.

Prawa człowieka są oparte na tym, co w ludziach uniwersalne, w opozycji do tego co ich od siebie odróżnia. Godność człowieka wynika z jego moralności - ta z kolei opiera się na formalnej i powszechnej regule czystości woli. „Prawo jednostki do tego, by traktować ją jako równą, lub przynajmniej respektować określone aspekty jej godności, nie opiera się na tym, że jednostka ta faktycznie jest równa pozostałym lub godna szacunku, ale na obowiązku traktowania wszystkich ludzi jako równych i godnych szacunku. (...) Treść moralności jawi się jako wydedukowana (a priori) z uniwersalności będącej formą moralności.” Prawa człowieka są pomysłem w całości opartym na tym, co we wszystkich ludziach wspólne (czystej, niepodlegającej naturalnym skłonnościom woli), ignorując jednocześnie to wszystko, co ludzi od siebie odróżnia - różnice charakterów, doświadczenia, osobowości, kontekstu społecznego, w jakim dana osoba się wychowała. Cała ta wizja ma rację bytu o tyle, o ile rzeczywiście ta formalnie rozumiana moralność jest w stanie sprawować kontrolę nad pozostałą częścią naszej osobowości. No i oczywiście, jeżeli to właśnie wola i intelekt są tym, co sprawia, że jesteśmy ludźmi. Jak za chwilę zobaczymy, Freud obalił oba te twierdzenia.

Zanim jednak do tego przejdziemy przyjrzyjmy się drugiej wielkiej idei Kanta, jaką jest postulat wiecznego pokoju. Jest ona bezpośrednią konsekwencją wszystkiego, czemu od kilku chwil się przyglądamy. W idei tej napięcie między czystym, rozumowym pierwiastkiem w człowieku a szaleństwem „przyrody” (czyli całej reszty rzeczywistości) zostaje ostatecznie uśmierzone. Okazuje się bowiem, że w całym tym szaleństwie jest jednak jakaś metoda. Dostrzec to możemy jednak dopiero z perspektywy historii. Przyroda wykorzystuje samolubną skłonność ludzkiej natury, by osiągnąć kiedyś uświęcony stan wiecznego pokoju. „Egoizm sprzyja wojnom i żądzy posiadania, ale równocześnie wytwarza środki zaradcze przeciw agresji i chciwości, prowadzące do pokojowego i pomyślnego postępu. Zarówno w toku dziejów, jak i w jego przeróżnych punktach kulminacyjnych porządek powstaje z konfliktu, pokój z wojny, a korzyści publiczne z prywatnych przywar.” Nawet więc przyroda zostaje ostatecznie oswojona, zaczyna jawić się jako jakoś tam przewidywalna i nawet nieco moralna. Co prawda dopiero w perspektywie filozofii historii, ale jednak. „Luksus, nierówności oraz przemoc nie mogą być oddzielone od postępu moralnego. Oddalając człowieka od przyrody, muszą one prowadzić go ku społeczeństwu opartemu na «umowie społecznej», do punktu, w którym «sztuka, osiągając doskonałość, staje się znów przyrodą».”  Przyjrzyjmy się uważnie temu ostatniemu zdaniu. Jest ono kulminacją całej politycznej wizji Kanta. Sztuka, a więc to, co stworzone przez człowieka, może, choćby w najdalszej perspektywie, „skolonizować” przyrodę - czyli całość doświadczanej empirycznie rzeczywistości. Ujmując to bardziej wprost, człowiek jest w stanie ucywilizować, poddać moralnym nakazom rozumu, cały świat. Oczywiście, to tylko postulat. Kant był bardzo ostrożny w nakreśleniu perspektywy w jakiej miałoby do tego dojść, a nawet czy ostatecznie kiedykolwiek w ogóle do tego dojdzie. To jednak nie jest najważniejsze.

Najistotniejszy jest fakt, że postęp historyczny przygotowuje moralną odnowę rodzaju ludzkiego. Optymizm tej wizji wydawał się więcej niż kuszący. Samokontrola, porządek, prawo, postęp, wieczny  pokój. Dziedzictwem politycznym Kanta jest wszczepienie tego pojęciowego pięciokąta w wyobraźnię zachodniego świata. Figura ta przeżyła samo Oświecenie. Rozbić ją miał dopiero Zygmunt Freud.

Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna 

Psychoanaliza jest pełnoprawnym, narodzonym z prawego łoża, dzieckiem epoki modernizmu. O ile Oświecenie przyniosło wizję człowieka jako źródła rozumu, w sensie prawd koniecznych i uniwersalnych, o tyle w modernizmie człowiek jest już bytem dużo bardziej konkretnym - umiejscowionym w danym czasie i przestrzeni, kształtowanym przez historyczne uwarunkowania, a ponadto wyposażonym w niepowtarzalne życie wewnętrzne.

Tak jak symbolem Oświecenia stała się filozofia, tak symbolem modernizmu została psychoanaliza. To ona w najbardziej radykalny sposób opisała i wyzwoliła, nadała doniosłość, indywidualności i wyjątkowości poszczególnego człowieka.

Freud za fundament osobowości uznał nieświadomość indywidualną, przestrzeń nieuświadomionych pragnień i impulsów. Kluczowe dla narodzin tej wizji było wydanie w 1900 jego pracy Objaśnianie marzeń sennych. „Kwestia nieświadomości to (...) nie tyle jakaś tam kwestia psychologiczna, lecz właśnie ta, z którą powinna się zmierzyć psychologia.” Nieświadomość, która aż do tego momentu wydawała się czymś oswojonym - czymś, co albo mogło być kontrolowane przez moc intelektu, albo było spychane na margines jako wyraz obłędu, stawała się „celowym i dobrze uzasadnionym wyrazem istniejącego faktu.” „Nieświadomość (...) trzeba uznać za ogólną bazę życia psychicznego.” Sfera nieświadomości jest szersza i bogatsza od świadomości; ta pierwsza zawiera w sobie tą drugą. „Nieświadomość to właściwie realna psychiczność, podług swej natury wewnętrznej nieznana nam w równym stopniu, jak realność świata zewnętrznego, dana nam podług danych świadomości w sposób równie niepełny, jak świat zewnętrzny dany jest nam podług danych naszych narządów zmysłowych.” To właśnie nieświadome pragnienia mają stanowić „rdzeń naszego istnienia”; są one źródłem kreatywności i odpowiadają za intensywność wszelkich procesów psychicznych, sprawiając, że nasze codzienne życie jest tak niezwykłe i nieprzewidywalne. Tam, gdzie oświecenie widziało racjonalność i uniwersalność, tam modernizm, dzięki psychoanalizie, dostrzegł przypadkowość i jednostkowość. To właśnie marzenia senne doprowadziły Freuda do odkrycia potęgi nieświadomości, dzięki czemu mógł on stwierdzić, że „poważanie, jakim marzenia senne cieszyły się u ludów starożytnych, to ugruntowany na słusznym przeczuciu psychologicznym wyraz czci dla tego, co nieokiełznane i niezniszczalne w duszy ludzkiej, dla tego, co demoniczne, co rodzi życzenia senne, co zaś odnajdujemy w naszej nieświadomości.” Objaśnianie marzeń sennych to próba wstąpienia w głąb ludzkiej duszy. Otwierał je cytat z Wergiliusza: "Flectere si nequeo superos, Acheronta movebo" -  „Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna”. 

Znaczący był już sam przedmiot Objaśniania marzeń sennych. Człowiek pogrążony we śnie jest przecież dokładnym przeciwieństwem racjonalnego, poddanego wewnętrznej kontroli oświeceniowego podmiotu. Jeżeli mielibyśmy w trzech punktach zdefiniować sen jako taki, byłyby to kolejno: wycofanie się ze świata zewnętrznego, omnipotencja myśli oraz głęboko ukryte i zawiłe procesy spełniania pragnień.

Freudowska nieświadomość była dynamitem włożonym w sam środek wyobraźni Zachodu - wizji racjonalnego podmiotu, będącego w stanie w pełni kontrolować swoje zachowanie.

Po odkryciu Freuda nie dało się już dłużej utrzymywać mitu rozumu będącego w stanie poskromić szaleństwo w człowieku. Teraz chodzi o to, by odnaleźć „rozum wszaleństwie” - dzięki szaleństwie działający i z niego czerpiący.

Freud umiejscowił instancję mającą kierować naszym zachowaniem nie w zdystansowanym wobec samego siebie, formalnym instynkcie etycznym, ale w ego, które było nie tylko strukturą racjonalną, ale odpowiadało także za skłonności, popędy, wybór obiektu miłości czy identyfikacje. Projekt Freuda nie tylko kwestionował oświeceniowy ideał racjonalizacji, planowania i kontroli. Jego sednem jest alternatywna wobec oświeceniowej definicja dojrzałości. Człowiek dojrzały w perspektywie psychoanalizy nie musi już tylko kontrolować samego siebie, ale raczej wypracować stan równowagi między różnymi, bardzo często sprzecznymi i wzajemnie skonfliktowanymi wymaganiami. To wizja która wprowadziła „prymat podmiotu zamieszkanego przez świadomość własnej nieświadomości, a także przez świadomość własnego wywłaszczenia. Inaczej mówiąc, Freudowski podmiot jest możliwy jedynie dlatego, że jest w stanie przemyśleć istnienie swojej nieświadomości - to co najbardziej właściwe dla tej nieświadomości. W ten sam sposób jest wolny jedynie dlatego, że akceptuje podjęcie wyzwania tej krępującej wolności i odbudowuje jej znaczenie. Tym samym psychoanaliza (...) połączyła filozofię wolności z teorią psychiki.”

Autentyczny podmiot to już nie człowiek Kanta, zdystansowany wobec siebie i świata, kierujący się formalną etyką czystej woli, ale czerpiący ze swej natury, świadomy swej nieświadomości podmiot tragiczny, otwarty na to wszystko, co w nim ludzkiego, również - co w epoce Freuda było najbardziej przełomowe, na swą seksualność.

Teraz możemy wreszcie wrócić do agenta Stirlitza i fałszu zawartego w teorii postkolonialnej. Wydaje się ona być reakcją Zachodu na freudowską rewolucję. Przypomnijmy sobie konstrukcje „kantowskiego pięciokąta”: idea wiecznego pokoju mogła się pojawić jako perspektywa polityczna w wyobraźni Zachodu ponieważ poprzedzała ją antropologiczna wizja jednostki kontrolującej swe naturalne instynkty. W ten sposób wprowadzała ona porządek we własną egzystencję, a w dalszej kolejności, uporządkowany mógł być również świat zewnętrzny - przyroda mogła zostać „ucywilizowana”. Kamieniem węgielnym projektu politycznego, który Kant nazwał ideą wiecznego pokoju było więc przekonanie, że „rdzeniem istnienia” podmiotu jest jego zdolność do poddania represji swojej „naturalności” - tego wszystkiego, co w człowieku nieracjonalne, nieczyste (w takim sensie, w jakim czysta mogła być sama wola). Psychoanaliza zanegowała fundament projektu Kanta;  Freud pokazał, że rdzeniem człowieczeństwa jest, czyniąc długą historię krótką, to wszystko, czego w naszym człowieczeństwie nie jesteśmy w stanie pojąć. Z irracjonalnością ludzkiego istnienia trzeba współpracować, próbując odnaleźć „rozum w szaleństwie”, a nie poddawać jej restrykcyjnej kontroli. Ta ostatnia jest bowiem źródłem nerwic i psychoz.

Podważenie fundamentu oświeceniowej budowli spowodowało rozbicie w pył jej całej. Wiara w idee wiecznego pokoju jest po psychoanalizie tak samo możliwa jak przekonanie o prawdziwości teorii geocentrycznej po Koperniku. Nie przez przypadek erupcja popularności Freudowskiej teorii przypada na czas po I Wojnie Światowej.

Wyzwolenie „rdzenia człowieczeństwa” spod niejako zewnętrznej kontroli intelektu rodzi jednak naturalne pytanie o to, jak sobie radzić z tą wolnością?

I czy przypadkiem podmiot uległy jeszcze przed momentem rozumowi nie wpada teraz w nowy rodzaj zależności - bardziej złożonej i przez to trudniejszej do przezwyciężenia, uległości wobec własnego wnętrza. To właśnie zjawisko nazywamy „przekleństwem uległości”.

Spróbujmy uschematyzować dynamikę psychoanalitycznego przełomu. Dla zachowania przejrzystości posłużmy się znów figurą pięciokąta. Wyzwolenie, szaleństwo (nieracjonalność), konfuzja (wewnętrzne rozdarcie), równowaga w obrębie sprzecznych pragnień i nakazów, niepewność przyszłości. Skonfrontowane pary pojęć kantowskiego z jednej, a freudowskiego z drugiej strony wyglądałyby więc następująco: samokontrola - wyzwolenia, porządek - szaleństwo, prawo - konfuzja, postęp - równowaga, wieczny pokój - niepewność przyszłości.

Czy widać już jak to wszystko ma się do postkolonializmu? Nasza teza jest następująca: wyzwolenie spod kolonialnej opresji, a przede wszystkim jego następstwa: wewnętrzny nieład, nieumiejętność uporania się z wolnością, konieczność wyzwolenia się spod nowych struktur dominacji, co prawda już niewidocznych zewnętrznie, tylko raczej umiejscowionych wewnątrz, a nade wszystko szansa na zbudowanie autentycznej, czerpiącej z pełni swoich „zasobów” podmiotowości jest dla Zachodu pretekstem do przyjrzenia się samemu sobie. Syndrom postkolonialny jest jak nazistowski mundur Maxa Otto von Stirlitza: odsłania zasłaniając, stwarzając pozorny dystans pozwala tak naprawdę zobaczyć to, czemu za bardzo boimy się spojrzeć prosto w oczy. Zachód nie jest w stanie przyznać wprost, że perspektywa wiecznego pokoju została bezpowrotnie utracona, nie potrafi spojrzeć w oczy przestrzeni własnego szaleństwa. Posługuje się więc w tym celu politycznymi podmiotami z terytoriów zdekolonizowanych.

Całość eseju do przeczytania w 43. tece dwumiesięcznika Pressje pt. Przekleństwo uległości. Zachęcamy do zakupienia numeru przez Allegro lub wyboru jednej z trzech form prenumeraty pisma.

W drugiej części eseju nastąpi dekonspiracja agenta Stirlitza. Pokazujemy tam na dwóch przykładach jak Europa radzi sobie ze swoim szaleństwem, które uświadomiła jej psychoanaliza. Przyjglądamy się Francji w perspektywie lacanowskiej psychoanalizy oraz Rosji w kontekście psychologii indywidualnej Alfreda Adlera. Na koniec proponujemy trzecią wersję psychoterapii, logoterapię Viktora Frankla, która wydaje się najodpowiedniejsza dla polskiej wspólnoty politycznej. Przecież wiadomo, że w tym wszystkim chodzi tak naprawdę cały czas o Polskę.

Podziel się artykułem:

Jan Maciejewski
Sekretarz redakcji czasopisma Pressje, dziennikarz Rzeczpospolitej.

Napisaliśmy już 1900 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Postęp technologiczny nie jest wynalazkiem czasów nam współczesnych, a wypieranie pewnych zawodów przez technologię towarzyszy nam od wieków.

Przyjdzie robot i zabierze nam pracę. Czy naprawdę musimy się bać nowych technologii?

Przyjdzie robot i zabierze nam pracę. Czy naprawdę musimy się bać nowych technologii?

Karol Wałachowski

Polska potrzebuje demonopolizacji rynku przewozów kolejowych o charakterze użyteczności publicznej oraz zniesienia barier w dostępie do rynku połączeń komercyjnych.

Monopol PKP Intercity uderzy w polskie firmy

Monopol PKP Intercity uderzy w polskie firmy

Bartosz  Jakubowski

Istnieją trzy powody, dla których włodarze polskich miast zainwestowali w ostatnich latach miliony złotych w transport tramwajowy.

Polskie miasta stawiają na tramwaje

Polskie miasta stawiają na tramwaje

Maciej Dulak
Następny artykuł:

Leder: Rozpoznać się w jestestwie swoim

Leder: Rozpoznać się w jestestwie swoim