Start-up postkolonialny

Coworking to nie hipsteriada

Bartosz Paszcza | 26-04-2016 19:47:58 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Coworking to nie hipsteriada
Federico/flickr.com

Modne sformułowanie „przestrzeń coworkingowa” nierozerwalnie złączone jest z kulturą start-upową, jak Plac Zbawiciela z hipsterstwem. Nie jest to tylko popularna w subkulturze przestrzeń. Jest czymś więcej: „biura współpracy” są symbolem gruntownie zmieniającej się filozofii pracy w nowoczesnej gospodarce, a poza tym pełnią kluczową rolę dla samozatrudnionych profesjonalistów i małych firm na bardzo wczesnym etapie rozwoju.

Przestrzenie coworkingowe to miejsca, w których każdy może wynająć biurko do pracy. Całe biuro gromadzi więc osoby samozatrudnione, szczególnie z tzw. wolnych profesji (od programistów po architektów i projektantów) oraz małe, raczkujące firmy. Efektem – bynajmniej nie ubocznym – jest sytuacja, w której w jednym pomieszczeniu pracują obok siebie ludzie z różnych firm i branż. Pracownicy mają do dyspozycji przestrzenie do wypoczynku, kuchnię oraz coraz częściej możliwość przejęcia przez organizatorów biura części obowiązków prowadzenia firmy takich jak księgowość, za dodatkową opłatą. Gospodarze bardzo często organizują także wydarzenia, skierowane zarówno do wynajmujących biurka, jak i do innych zainteresowanych.

Popularność takich „dzielonych biur” jest zresztą ściśle związana ze wzrostem mody na start-upy – faktycznie wiele z nich, zarówno w Dolinie Krzemowej, jak i w Polsce, zaczynało od wynajęcia paru biurek w jednym ze współdzielonych biur.

Pierwsze tego typu biuro powstało w 2005 roku w San Francisco. O modzie na nowy typ miejsca pracy świadczy fakt, że o ile w 2011 roku na świecie istniało 730 takich przestrzeni, o tyle trzy lata później było ich już 2498 (w tym 44 w Polsce). Takie „przestrzenie współpracy” (pozwolę sobie przetłumaczyć słowo „coworking”) to nie tylko metoda cięcia kosztów wynajmu, ale przede wszystkim centrum tworzenia społeczności o ogromnym znaczeniu dla wysoko wyspecjalizowanych osób pracujących w startupach (czy też szerzej – małych przedsiębiorstwach) lub samozatrudnionych, czyli tak zwanej miejskiej ‘klasy kreatywnej’.

Patrząc na rozmiar i ilość miejsc w biurach coworkingowych, ich wpływ na rzeczywistość można z łatwością bagatelizować. Sztandarowym przykładem może być Kraków, w którym społeczność start-upowa jest bardzo aktywna, ale równocześnie jak grzyby po deszczu rosną nowe biura dla tradycyjnych firm z sektora usług. Analiza powierzchni i liczby pracowników „przestrzeni współpracy” nie jest łatwa – dokładnych statystyk nie prowadzi nikt. Niemniej wszystkowiedzący Internet na zapytanie o takie biura zlokalizowane w Krakowie odpowiada około 15 adresami. Ich średnią powierzchnię – ze względu na brak dokładnych danych wymierzoną przy pomocy doskonałej metody „pi razy drzwi” – możemy oszacować na około 200 m2, choć najwięksi zajmują powierzchnie parę razy większe. Ostrożnie możemy więc przewidywać, że w Krakowie ten nowy rodzaj biur dysponuje pomiędzy 3 a 5 tysięcy m2. Dzieląc tę liczbę przez przykładową powierzchnię przypadającą na jedno stanowisko pracy, okazuje się, że pracuje w nich od 250 do 450 osób. Można kwestionować dokładność tych obliczeń, jednak wszelkie błędy w szacunku okazują się kompletnie bez znaczenia w porównaniu do całości przestrzeni biurowej w Krakowie.

W 2014 roku ich powierzchnia wynosiła 700 tys. metrów kwadratowych, a kolejne 105 tys. znajdowało się w budowie. Co więcej, z roku na rok powierzchnia „w budowie” wzrasta, a po czterdziestu z okładem latach rozpoczęły się nawet realne prace zmierzające do ukończenia lokalnego wieżowca-straszydła, tak zwanego Szkieletora.

Kiedy więc zestawimy marnych parę tysięcy metrów kwadratowych z liczbą dobiegającą miliona, okazuje się, że powierzchnia przestrzeni coworkingowych stanowi promile całości powierzchni biurowej. Dodajmy do tego informację, że sam sektor usług BPO/SSC (Business Process Outsourcing and Shared Services Centres), w którym Kraków staje się jednym z liderów w tej części świata, zatrudnia na miejscu ponad 35 tysięcy pracowników – a więc około siedemdziesiąt razy więcej niż wynosi szacowana powyżej liczba pracowników „przestrzeni współpracy”. Patrząc pod kątem suchej ekonomicznej statystyki, przestrzenie coworkingowe są całkowicie bez znaczenia.

Nie tylko liczby, czyli społeczna rola biura

Sprawa wygląda jednak inaczej, jeśli spojrzymy na społeczną rolę takich miejsc, szczególnie w kontekście silnie rozwijających się gałęzi nowej gospodarki. Pokazują to badania wykonane na osobach pracujących w „przestrzeniach współpracy”.

W Mediolanie główne powody do przeprowadzki do nowego typu biura wcale nie wynikają z oszczędności, a przede wszystkim z chęci przełamania izolacji związanej z pracą w domu lub przy kawiarnianym stoliku oraz z potrzeby networkingu, czyli nawiązania znajomości wśród osób z podobnych branż.

Przestrzeń coworkingowa okazuje się być bardzo efektywnym miejscem do takich działań: zdecydowana większość respondentów zanotowała wzrost ilości klientów i współpracowników po przeprowadzce. Co więcej, podobny wywiad przeprowadzony w Austin w Teksasie wskazał, że pracownicy bardzo wysoko cenią sobie umiejscowienie biura w tkance miejskiej, a więc istotne okazuje się otoczenie. Wysoko oceniane jest sąsiedztwo kawiarń, sklepów, siłowni oraz innych miejsc rozrywki, a także oczywiście dostępność efektywnej komunikacji. Podobne podejście obserwować możemy w Krakowie – przestrzenie współpracy znajdują się w dzielnicach znanych z szerokiej oferty kulturalnej i rozrywkowej (jak Śródmieście czy Kazimierz) oraz w miejscach, które zaczynają żywej miejskości nabierać (Zabłocie).

Choć aspekt ekonomiczny zszedł na dalszy plan, wciąż ma znaczenie: wynajmowanie biurek jest po prostu opłacalne. Dodatkowo ze względu na postępującą w wielu miejscach na świecie gentryfikację centrów miast, małe firmy oraz jednoosobowe działalności nie stać na wynajem choćby niewielkich biur w tych okolicach. W wyborze między przestrzenią coworkingową w atrakcyjnej lokalizacji a „ciasnym, ale własnym” biurem na obrzeżach miasta, często wygrywa rozwiązanie pierwsze.

Duża waga przywiązywana do przełamywania izolacji związanej z samozatrudnieniem oraz potrzeba stworzenia sieci znajomości branżowych są esencją popularności „przestrzeni współpracy”.

Czym jest „klasa kreatywna”?

Amerykański urbanista Richard Florida w 2002 roku ukuł termin „klasy kreatywnej”. Według niego rozwój konkretnego miasta ma zależeć od posiadania ekonomicznych odpowiedników „wolnych elektronów”: dobrze wykształconych osób tworzących firmy lub pracujących na własny rachunek. Teoria klasy kreatywnej zrodzona została na fundamencie poprzedniej myśli nad „kreatywnymi miastami”, która z kolei wiązała sukces gospodarczy organizmu miejskiego z jego umiejętnością zapewnienia przestrzeni do pracy i wypoczynku, które pozwalają zmaksymalizować potencjał indywidualnych obywateli miasta.

Przynajmniej część branż przeżywa znaczącą zmianę charakteru pracy. Fordowskie megakorporacje, tak charakterystyczne dla dwudziestego wieku, zastępowane są startupami, lokalnymi firmami bądź po prostu indywidualnymi, niezależnymi pracownikami. Zmieniło się (do pewnego stopnia) podejście pracodawców do pracy zdalnej, a część firm wprowadza (czy też – eksperymentuje z wprowadzeniem) bardziej elastycznych godzin pracy.

Liczba branż, w których samozatrudnienie bądź praca w firmie zatrudniającej mniej niż dziesięć osób staje się popularną konkurencją dla pracy w ogromnej korporacji, stale wzrasta – klasa kreatywna zaczyna rosnąć w liczbach.

Jednak poza pewnymi zaletami samozatrudnienia bądź pracy w małym przedsiębiorstwie, niesie ona ze sobą także spore problemy, z których szczególnie istotny jest jeden: izolacja. Wielkie firmy posiadają fundusze, czas, a także ogromną liczbę pracowników, co zapewnia stworzenie odpowiedniej sieci klientów i współpracowników. Małe przedsiębiorstwa, a tym bardziej freelancerzy, takiego komfortu nie mają – stąd wywodzi się popularność spotkań i pracy w przestrzeniach coworkingowych, które poprzez organizację wydarzeń oraz zbieranie kilkudziesięciu osób w jednym pokoju w godzinach pracy umożliwiają nawiązywanie kontaktów.

Poza wymiarem biznesowym, izolacja ma też wymiar osobisty. Model pracy z domu jest często krytykowany właśnie z powodu samotności. Popularna w niektórych branżach „praca z kawiarni” wcale nie jest tutaj lepsza. Nie bez powodu słowo coworking przetłumaczyć chcę jako współpracę: ogromną zaletą nowego rodzaju biur jest fakt, że poprzez współdzielenie przestrzeni socjalnych (kuchni czy miejsc wypoczynku) przez dużą liczbę osób „jadących na tym samym wózku” (w sensie stylu oraz trybu pracy, czy tematyki wymagającej – szumne słowo – kreatywności) udaje się stworzyć realną społeczność. Badania przedstawione powyżej nie tylko potwierdzają ten społeczno-twórczy charakter, ale też wskazują, że wspólne przebywanie w jednej przestrzeni przez wiele godzin, codziennie, doprowadza do dwóch ciekawych efektów: bardziej świadomej współpracy oraz braku poczucia konkurencyjności. Przesiedzenie kilkuset godzin obok siebie, rozmowy i wzajemna obserwacja pozwalają się zwyczajnie lepiej poznać, co ułatwia dobranie współpracownika o odpowiadającym charakterze. Ponieważ dzielenie biura powoduje powstawanie nie tylko stosunków czysto biznesowych, ale przede wszystkim zwyczajnych znajomości, pracownicy z biur coworkingu rzadko uznają się nawzajem za rywali.

Biuro częścią miasta

Finalnie, takie biura są integralną częścią miasta. Czyli inaczej niż to bywa w przypadku wielkich kompleksów biur, korporacyjnych „Mordorów”, które stają się miastami wewnątrz miast. Przez swoją dużo mniejszą skalę i ulokowanie w centrach oraz dużą uwagę, którą zarówno gospodarze, jak i użytkownicy przestrzeni coworkingowych zwracają na otoczenie, takie biura stają się nie tylko ogniskową społeczności miejskiej klasy kreatywnej, ale także są integralnie włączone w miejską tkankę: podejmują aktywności na rzecz dzielnicy, zachęcając do odwiedzania lokalnych sklepów i punktów usługowych.

Świetnym przykładem politycznej manifestacji bycia częścią prawdziwej miejskiej tkanki może być aktywność umiejscowionej na krakowskim Zabłociu „Wytwórni”, czyli włączenie się w protesty przeciw wyburzeniu pamiątki po industrialnej przeszłości dzielnicy – fabryki Miraculum – czy też zorganizowanie wiosennego sprzątania okolic.

Oczywiście, do fenomenu takich miejsc należy podochodzić z chłodną głową, pamiętając o liczbach – nie bez powodu stanowią one zaledwie promil całej przestrzeni biurowej w mieście. Przede wszystkim ilość branż pozwalających na tak elastyczną formę zatrudnienia, aby móc pracować z przestrzeni coworkingowej, jest bardzo niska. Klasa kreatywna, mimo znaczącego liczebnego wzrostu związanego z rozwojem informatyki i szeroko pojętej kultury start-upowej, nadal pozostaje małą, elitarną grupą społeczną. Chociaż należy zauważyć, że wraz z popularyzacją nowych metod organizacji pracy, podejmowane są próby wprowadzenia coworkingu do innych branż. Ponownie dobrym przykładem jest „Wytwórnia”, która udostępnia warsztaty, a nie biurka. Pracownicy mają do dyspozycji wszystko, od młotka po ciemnię fotograficzną i drukarkę 3D.

Rosnąca moda na przestrzenie coworkingowe ma więc swoje bardzo racjonalne podstawy. Takie miejsca niosą ze sobą ogromną wartość dodaną dla członków ich społeczności, pomagają im rozwinąć się profesjonalnie oraz zapewniają pewien społeczny komfort. Dają bardzo ciekawą opcję obok dotychczasowego wyboru pomiędzy klepaniem na laptopie samotnie w domu a koniecznością codziennej wycieczki do lokalnego korporacyjnego „Mordoru”. Wreszcie przestrzenie coworkingowe są kluczowym miejscem umożliwiającym wzrost start-upom i freelancerom, podstawowym komórkom nowej gospodarki. Niosą ze sobą sporą wartość urbanistyczną, aktywnie włączając się w miękką tkankę. A wszystko to robione jest przez entuzjastów, bo stworzenie takiego biura – według przedstawionych powyżej badań - jest praktycznie niedochodowe.

Podziel się artykułem:

Bartosz Paszcza
Członek redakcji jagielloński24. Doktorant studiów nad Siecią na Uniwersytecie Southampton w Wielkiej Brytanii. Zajmuje się badaniem wzajemnych relacji na linii Internet-społeczeństwo.

Napisaliśmy już 1900 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Postęp technologiczny nie jest wynalazkiem czasów nam współczesnych, a wypieranie pewnych zawodów przez technologię towarzyszy nam od wieków.

Przyjdzie robot i zabierze nam pracę. Czy naprawdę musimy się bać nowych technologii?

Przyjdzie robot i zabierze nam pracę. Czy naprawdę musimy się bać nowych technologii?

Karol Wałachowski

Polska potrzebuje demonopolizacji rynku przewozów kolejowych o charakterze użyteczności publicznej oraz zniesienia barier w dostępie do rynku połączeń komercyjnych.

Monopol PKP Intercity uderzy w polskie firmy

Monopol PKP Intercity uderzy w polskie firmy

Bartosz  Jakubowski

Istnieją trzy powody, dla których włodarze polskich miast zainwestowali w ostatnich latach miliony złotych w transport tramwajowy.

Polskie miasta stawiają na tramwaje

Polskie miasta stawiają na tramwaje

Maciej Dulak
Następny artykuł:

Grajmy tym, co mamy

Grajmy tym, co mamy