Geopolityka wraca do Polski

Już nigdy nie będzie takiego lata

Marcin Kędzierski | 25-04-2016 16:21:35 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Już nigdy nie będzie takiego lata
pekingfinch.com

Skończył się czas PR i polityków w krótkich spodenkach, rozemocjonowanych problemami wizerunkowymi. Historia kontratakuje. Jeśli chcemy spokojnie spojrzeć w oczy naszym wnukom, musimy być przygotowani na najgorszy scenariusz i nie dać się mu zaskoczyć.

Choć stosunki międzynarodowe jako odrębna dyscyplina naukowa narodziły się po I wojnie światowej, namysł nad pozycją międzynarodową państwa, a co za tym idzie jego podmiotowością wobec zewnętrznych aktorów, towarzyszy nam od momentu powstania pierwszych miast-państw w starożytnej Grecji. W gruncie rzeczy główny sens rozważań stosunków międzynarodowych od tamtego czasu specjalnie nie ulegał zmianie, począwszy od Wojny peloponeskiej Tukidydesa aż po dwudziestowiecznych prekursorów teorii stosunków międzynarodowych: czy to idealistę Normana Angella, czy też realistów Edwarda Carra i Hansa Morgenthaua, podstawowym dylematem stojącym przed badaczami było pytanie: „Jak uniknąć wojny?”, albo w innych słowach: „Jak zagwarantować państwu możliwości bezpiecznego i pokojowego rozwoju?”

Żyjemy w ciekawych czasach

Aż nadeszło lato 1989 r. Związek Sowiecki właśnie wycofał się z Afganistanu, kończąc ostatni „konflikt zastępczy” zimnej wojny, a w Polsce odbywają się pierwsze półdemokratyczne wybory. Francis Fukuyama prezentuje w „The National Interest” swój esej o „końcu historii” i ostatecznym zwycięstwie demokracji liberalnej. Trzy lata później, wiosną 1992 r., na łamach „Foreign Affairs” Joseph Nye, jeden z twórców szkoły neoliberalizmu i autor pojęcia soft power, publikuje artykuł pod znamiennym tytułem What New World Order?. Analizuje w nim pięć scenariuszy rozwoju wypadków, spośród których za najbardziej prawdopodobny wskazuje tzw. wielopoziomową współzależność, którą przyrównuje do trzywarstwowego tortu. Pierwsza warstwa reprezentuje sferę militarną, gdzie hegemoniczną pozycją dysponują USA. Druga warstwa to przestrzeń gospodarcza – tu mamy do czynienia z rywalizacją pomiędzy trzema aktorami: USA, Europą i Japonią. Trzecią warstwę stanowi szeroko rozumiana kultura – ten poziom charakteryzuje się współzależnością wielu podmiotów, zarówno państwowych, jak i pozapaństwowych.

Opowieści Fukuyamy i Nye’a stają się dogmatami postzimnowojennych stosunków międzynarodowych, i to nie tylko w wymiarze akademickim, ale przede wszystkim społecznym.

W sferze kultury za prekursora tej nowej „teorii” można uznać Johna Lennona i jego słowa: War is over if you want it. Wojna staje się przedmiotem badań historycznych i psychologicznych, a tradycyjne stosunki międzynarodowe tracą rację bytu, dlatego naukowcy muszą szukać nowego uzasadnienia dla swojej dyscypliny. Badania nad bezpieczeństwem międzynarodowym ze studiów strategicznych szybko przekształcają się w analizy poświęcone zagadnieniom przestępczości zorganizowanej (w tym terroryzmu) oraz przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym. Wraz z tabuizacją realistycznego pojęcia wojny, nierozerwalnie związanej z podmiotami państwowymi, obserwujemy zmierzch idei państwa jako kluczowego aktora stosunków międzynarodowych.

Zamachy z 11 września, choć symbolicznie uznane przez wielu za początek XXI w., w rzeczywistości nie zmieniły nic w tej opowieści. Ot, nic więcej jak ostatnie podrygi fundamentalizmów, które utknęły w historii. Co prawda, szybką karierę robi Samuel Huntington i jego „zderzenie cywilizacji”, ale w gruncie rzeczy dowodzi on jedynie, że proces demokratyzacji musi trwać i wymaga działań dostosowawczych, w których kluczową rolę odgrywają religia i tradycja, a nie państwa. War is over. Co najwyżej można mówić o lokalnych konfliktach.

Zresztą prawie cała pierwsza dekada XXI w. przekonuje nas, że zarówno w wymiarze politycznym, jak i gospodarczym epoka państw i wojen przeminęła. Studenci stosunków międzynarodowych dowiadują się o istnieniu geopolityki na etapie wprowadzenia historycznego, na czym ich przygoda z tym pojęciem się kończy. Później idą na kurs z międzynarodowych stosunków gospodarczych, gdzie zgłębiają problematykę integracji ekonomicznej. Zagadnienie wojen między państwami na tle gospodarczym odgrywa podobną rolę jak geopolityka – jego prezentacja ogranicza się do wspominek historycznych.

Zjawisko o nazwie „państwo” nie schodzi jednak całkiem do podziemia. Dla przykładu, jesienią 2003 r. Tomasz Lis wydaje Co z tą Polską?, gdzie zastanawia się nad przyczynami rozkładu rodzimej klasy politycznej, której słabości wyciągnęła na światło dzienne afera Rywina. Spojrzenie Lisa (w czym nie jest w tym odosobniony) ma charakter wewnętrzny, wręcz wsobny. Domyślną odpowiedzią na wszystko, co wykracza poza wymiar wewnętrzny, jest NATO i Unia Europejska. Udział w międzynarodowych koalicjach antyterrorystycznych w Afganistanie i Iraku pozostaje jedynie dla Polaków odległym folklorem, a pojęcie „wojny” – cepelią, zamkniętą w fajnych obrazkach i dźwiękach z Muzeum Powstania Warszawskiego. Nawet w dyskursie naukowym mówi się raczej o „operacjach militarnych out-of-area”.

Nadchodzi jednak dzień 10 lutego 2007 r. Prezydent Rosji, Władimir Putin, wchodzi na mównicę podczas corocznej Międzynarodowej Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium. W pierwszym rzędzie wszyscy święci tego świata.

Putin wygłasza przemówienie, w którym oskarża USA o dążenie do hegemonii, nadmierną ekspansję i nadużycie siły na świecie. Choć Putin nie był pierwszym, który głośno zakwestionował Pax Americana, (wcześniej byli to głównie lewicowi publicyści pokroju Noama Chomskiego), to właśnie jego słowa stanowiły wyraźną zapowiedź rzeczywistej zmiany globalnego ładu. Zmiany, która miała zapoczątkować XXI w.

Nad horyzontem błyska się i słychać szczęk żelaza

Mija 555 dni. W tym czasie (kwiecień 2007 r.) Polska zdobywa prawo do organizacji piłkarskich mistrzostw Europy. Idea Euro 2012 staje się w praktyce lejtmotywem polskiej myśli strategicznej na następne pięć lat. Jednocześnie rozpoczyna się nowa wieloletnia perspektywa finansowa 2007-2013, która ma zalać kraj nad Wisłą potopem europejskich pieniędzy. Skoncentrowane na sobie polskie elity mają poczucie, że wkraczamy w złotą epokę pokoju i rozwoju, jak Chiny za Deng Xiaopinga w latach osiemdziesiątych XX w.

Z tym, że nasze narodowe ambicje i marzenia sięgają wydania 70 mld euro, zbudowania czterech stadionów i kilkuset kilometrów autostrad. Nie robimy polityki, budujemy mosty. Jest sielankowo.

I zupełnie do tego obrazu nie pasują słowa „Już nigdy nie będzie takiego lata (…) nad horyzontem błyska się i słychać szczęk żelaza”, wyśpiewane proroczo (?) kilkanaście miesięcy wcześniej przez Bogusława Lindę w piosence Świetlików.

Przychodzi lato 2008 r. 08.08.08. – prawdziwy początek nowego wieku. W Pekinie rozpoczynają się letnie Igrzyska Olimpijskie. Pomimo sprzeciwu organizacji walczących o prawa człowieka, globalni liderzy pojawiają się na ceremonii otwarcia w „Ptasim Gnieździe”, a Chińska Republika Ludowa symbolicznie wkracza do globalnej pierwszej ligi, choć, patrząc na tempo rozwoju jej gospodarki, jest już tam od co najmniej kilku lat. (Na marginesie, II Rzesza Niemiecka przegoniła gospodarczo Wielką Brytanię około 1900 r., a wojna o niemiecką hegemonię w Europie, albo otwarcie Niemcom nowych możliwości rozwoju w wydaniu bardziej liberalnym, rozpoczęła się dekadę później). Na ceremonii brakuje jednej ważnej osoby. Władimir Putin właśnie rozpoczyna wojnę z Gruzją. Nie jakiś konflikt, tylko prawdziwą wojnę z innym państwem.

Pod zasłoną pekińskich fajerwerków upada postzimnowojenny mit. Symboliczne domknięcie „złotej epoki” następuje po miesiącu wraz z upadkiem banku Lehman Brothers i początkiem wielkiego kryzysu, który uruchamia proces dezintegracji UE. (Znów na marginesie, dekadę po rozpoczęciu wielkiego kryzysu 1929 r. zaczęła się kolejna odsłona wojny światowej). Z dnia na dzień do łask wraca geopolityka, a wraz z nią jej najmłodsza siostra – geoekonomia (w Polsce na ten powrót przyjdzie nam jeszcze poczekać).

Nie wiem, czy wypowiedziane tamtego lata w Tbilisi przez Lecha Kaczyńskiego słowa o tym, że następnym „przystankiem” będzie Kijów, były w zamyśle racjonalną prognozą czy wyłącznie emocjonalną retoryką. Ale okazały się boleśnie prawdziwe, choć w tamtych dniach trąciły przesadą, bo wojna szybko się skończyła. Zanim Polska zdobyła pierwszy medal igrzysk, prezydent Francji Nicolas Sarkozy, reprezentujący UE, przyklepał na Kremlu porozumienie pokojowe, złożone z sześciu punktów.

Putin nie zrealizował żadnego. Co więcej, USA kilka tygodni później ogłoszą reset w relacjach z Rosją. Waszyngton nie będzie umierać za Gruzję, zresztą współpraca z Kremlem będzie nieodzowna, kiedy wybuchnie konflikt amerykańsko-chiński. Detronizacja USA w tabeli medalowej igrzysk w Pekinie jest jego pierwszą zapowiedzią. Nieśmiałą, bo wielka gra dopiero się zaczyna.

Aby zrozumieć rozmiar tej gry, wystarczy śledzić wydarzenia na Bliskim Wschodzie. Region ten jest papierkiem lakmusowym sytuacji międzynarodowej. Tak było przynajmniej przez cały wiek XX. Skala arabskiej wiosny z 2011 r., której echem są wojna w Syrii i powstanie Państwa Islamskiego, dowodzi, że mamy do czynienia z ogromną rewizją globalnego ładu. Nie da się tego ukryć. Dlatego w styczniu 2012 r. USA publikuje nową strategię obrony o wiele znaczącym tytule Sustaining U.S. Global Leadership, w której zapowiada konieczność dokonania piwotu w kierunku Azji i Pacyfiku, choć Amerykanie i tak od kilku lat systematycznie wycofują się z Europy. Mało kto jednak łączył ten fakt z niepowodzeniem szczytu Partnerstwa Wschodniego, zorganizowanego przez polską prezydencję w Radzie UE jesienią 2011 r.

Ale prezydencja się kończy. Zbieramy laurki. W Polsce trwają ostatnie gorączkowe przygotowania do Euro 2012, kolejnej wielkiej laurki leczącej nasze kompleksy. W polskiej debacie publicznej głośno mówi się o Chinach. Niestety, wyłącznie w kontekście firmy Covec, która ucieka z placu budowy autostrady A2, narażając nas na pośmiewisko całej Europy. W tym amoku łatwo umknąć mogą deklaracje Putina, który w maju ogłasza, że systemy rakietowe Iskander, rozlokowane m.in. w obwodzie królewieckim, są wycelowane w Polskę i inne europejskie kraje członkowskie NATO.

W końcu nadeszły długo oczekiwane mistrzostwa. 27 czerwca 2012 r. spotykamy się z naszym ukraińskim partnerem na konferencji w klasztorze benedyktynów w Tyńcu. Po burzliwych obradach zasiadamy, by wspólnie obejrzeć rozgrywany w Doniecku półfinałowy mecz pomiędzy Hiszpanią a Portugalią. Ogromne emocje, rozstrzygnięcie przynoszą dopiero rzuty karne. Nikt w najczarniejszych snach nie przypuszcza, że Donieck za dwa lata stanie się areną regularnych działań wojennych, a Kijów, gdzie rozegrano finał, będzie świadkiem majdańskiej masakry.

Problem w tym, że wojna na Ukrainie była logiczną konsekwencją biegu zdarzeń, którą powinniśmy byli przewidzieć. Czy było to łatwe? Pewnie nie. Mówić, że historia w ostatnich latach dynamicznie przyśpieszyła, to jakby nic nie powiedzieć. Nie zmienia to jednak faktu, że do nowej sytuacji jesteśmy mocno nieprzygotowani, zarówno materialnie (gospodarka, armia), jak i intelektualnie. Oczywiście, winą za taki stan najłatwiej obarczyć koalicję rządową PO−PSL. Rozpoczęła ona swoje rządy w momencie, kiedy znany nam ład zaczął się rozsypywać jak domek z kart. I choć Platforma Obywatelska dokonała pierwszej istotnej rewizji polityki zagranicznej po 1989 r. (tzw. zwrot „neopiastowski”, który przyjął m.in. formę współpracy w ramach Trójkąta Weimarskiego i Królewieckiego), zupełnie nie zauważyła jej nieadekwatności do zmieniającego się otoczenia geopolitycznego. Minister Radosław Sikorski zorientował się po pięciu latach, że coś tu nie gra, i próbował w 2013 r. wskrzeszać ideę współpracy wyszehradzkiej, która w poprzednich latach ograniczyła się do cennych, ale niezbyt politycznie znaczących inicjatyw. Zorganizował nawet z ułańską fantazją (lub, cytując dyplomatów odpowiedzialnych za to wydarzenie, „na wariata”) I Wyszehradzki Wyścig Kolarski. Niestety, na więcej brakło pomysłu. I czasu. Wraz z aneksją Krymu i rozszerzeniem konfliktu na Ukrainie o Rosję skończył się czas na konstrukcję. Została nam jedynie przestrzeń na uprzedmiotowioną reakcję.

Jednakże odpowiedzialność ponosimy my wszyscy. Co prawda, już w 2009 r. pisaliśmy w „Pressjach” o „nowym średniowieczu”, później wskazywaliśmy na zachodzącą zmianę paradygmatu w naukach społecznych, ba, realizowaliśmy nawet projekty międzynarodowe wzmacniające środkowoeuropejski wymiar polityki zagranicznej, takie jak Forum Młodej Europy, Visegrad Plus czy wreszcie Polsko-Rumuński Okrągły Stół. Jednak nie wypracowaliśmy nowej koncepcji polityki zagranicznej Rzeczpospolitej, adekwatnej do wyzwań czekających na nas w XXI w. Nie udało nam się też w debacie publicznej zrzucić kurtyny w postaci polskiej prezydencji w Radzie UE, Euro 2012 czy wreszcie „prezydenta Europy”, które skutecznie przysłoniły nam rzeczywistość.

Mówiąc wprost, jesteśmy co najmniej dekadę w plecy. Dlatego, przyjmując kilka założeń (na czele z takim, że Polska jest państwem średnim – ani mocarstwem, ani wasalem), musimy niezwłocznie udzielić sobie odpowiedzi na pięć fundamentalnych pytań, jedno ogólne i cztery kierunkowe. Odpowiedzi na te dylematy muszą uwzględniać perspektywę zarówno krótko- (2-3 lata do przodu – vide reforma UE i NATO), jak i długookresową (rok 2050). Powinny także starać się uniknąć luki pomiędzy oczekiwaniami (marzeniami) a możliwościami, przy czym należy pamiętać, że kontekst AD 2050 będzie diametralnie inny od dzisiejszego. Jakie to dylematy?

Odpowiedzmy sobie na kilka pytań

Po pierwsze i najważniejsze, jakie są możliwe scenariusze rozwoju sytuacji międzynarodowej w perspektywie 2050 r.? Rzetelna wizja polskiej polityki zagranicznej musi uwzględniać wiele wariantów i starać się dawać odpowiedzi adekwatne do poszczególnych scenariuszy. Odpowiedź dotycząca reformy UE i NATO bez takiego kontekstu nie będzie się różnić znacznie od tego, co obserwowaliśmy w ostatnich latach.

Po drugie, jak zagwarantować Polsce bezpieczeństwo? Jak skoordynować samodzielne zdolności obronne ze współpracą sojuszniczą w ramach NATO? Jak utrzymać spójność Paktu Północnoatlantyckiego, pozostającego kluczowym gwarantem naszego bezpieczeństwa? Czy zbliżający się szczyt NATO w Warszawie (lipiec 2016 r.) jest szansą na nową definicję modus operandi Paktu? A co z doktryną lorda Hastingsa Ismaya, pierwszego sekretarza generalnego NATO, która sprowadzała rolę tej organizacji w czasie zimnej wojny do trzech zadań: to keep the Americans in, the Russians out, and the Germans down? Czy możliwe jest zatrzymanie (powrót?) Amerykanów w Europie? I jakie miejsce w tej układance odgrywają Chiny? Czy dla naszego bezpieczeństwa lepiej, żeby pozostały out?

Po trzecie, jak ma wyglądać UE po reformie? Mamy głębokie przekonanie, że wobec niewystarczającego globalnie potencjału Polski, to właśnie UE powinna być narzędziem realizacji polskiego interesu narodowego w świecie. Dlatego musimy wiedzieć, w jaki sposób przeciwdziałać procesom dezintegracyjnym na Starym Kontynencie i jak poprowadzić reformę UE, przed którą właśnie stoimy, w takim kierunku, który jednocześnie zwiększy potencjał Wspólnoty oraz Polski (co oczywiście niekoniecznie oznacza podążanie w kierunku unii politycznej).

Po czwarte, jak stworzyć efektywną i skuteczną politykę regionalną w Europie Środkowo-Wschodniej? Taką politykę, która, wykorzystując istniejące możliwości i zasoby, będzie zdolna do generowania nowych instrumentów działania, a tym samym będzie prowadzić do wzmocnienia potencjału Polski i innych państw regionu w UE. Czy idea Międzymorza (ABC), żywa w wielu kręgach, jest jeszcze aktualna?

Po piąte wreszcie, jak ułożyć relacje ze wschodzącymi potęgami? Mowa tu przede wszystkim o Chinach, ale nie można zapominać o innych potęgach Rimlandu, w tym przede wszystkim Iranie i Turcji.

Umówmy się − zadanie, które zadaliśmy naszym autorom, jest karkołomne i wymaga bardziej zdolności prorockich niż analitycznych, ale do ich przemyśleń podchodzimy śmiertelnie poważnie. Trudno inaczej, kiedy w tle pojawia się słowo „wojna”. Skończył się czas PR i polityków w krótkich spodenkach, rozemocjonowanych problemami wizerunkowymi. Historia kontratakuje. Jeśli chcemy spokojnie spojrzeć w oczy naszym wnukom, musimy być przygotowani na najgorszy scenariusz i nie dać się mu zaskoczyć.

Artykuł pochodzi z najnowszej teki dwumiesięcznika Pressje pt. Przekleństwo uległości. Zapraszamy do zakupu pisma oraz wyboru jednej z trzech form prenumeraty.

Podziel się artykułem:

Marcin Kędzierski
Ekonomista, członek zarządu Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, pracownik naukowy Katedry Studiów Europejskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Stały współpracownik jagielloński24.

Napisaliśmy już 1777 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

W cieniu ministerialnej wpadki kryje się poważna polityka.

Dajmy już spokój z tym San Escobar

Dajmy już spokój z tym San Escobar

Łukasz Kołtuniak

Dzisiejsi politycy i medialni komentatorzy pośrednio nawołują nas do wyrzucania i palenia słowników, bo sami już to zrobili.

Przekleństwo demokratycznej nudy

Przekleństwo demokratycznej nudy

Piotr Kaszczyszyn

Kaczyński zbudował partię, która podważa niemal całkowicie dotychczasowy porządek III RP.

Dudek: Są radykalniejsi od Kaczyńskiego

Dudek: Są radykalniejsi od Kaczyńskiego

Antoni Dudek
Następny artykuł:

Peryferie spoglądają na Zachód

Peryferie spoglądają na Zachód