Europa na pontonie

Trzaskowski: Repatrianci nie uratują naszej demografii

Rafał Trzaskowski, Paweł Grzegorczyk, Piotr Kaszczyszyn | 13-04-2016 20:59:51 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Trzaskowski: Repatrianci nie uratują naszej demografii
www.flickr.com/photos/66944824@N05

Wynegocjowaliśmy naprawdę dobre warunki dla Polski. Wzmocnienie granic zewnętrznych UE, centra weryfikacyjne oddzielające uchodźców od imigrantów, odrzucenie odgórnego algorytmu. Ludzie, których przyjmiemy będą musieli wcześniej wyrazić chęć pozostania w naszym kraju. W praktyce oznacza to, że do Polski trafi w najbliższych miesiącach może 100, może 200 chrześcijańskich Syryjczyków i Erytrejczyków, których sami wcześniej zweryfikujemy. A nasza dotychczasowa polityka imigracyjna? Polska posiada odsetek akceptacji wniosków o azyl na poziomie 7-8%, średnia unijna to 40%. Nie histeryzujmy. Z Rafałem Trzaskowskim rozmawiają Paweł Grzegorczyk i Piotr Kaszczyszyn.

Po zamachach terrorystycznych w Brukseli premier Szydło stwierdziła, że „nie widzi możliwości, by w tej chwili migranci do Polski przyjechali”. Zastanawiamy się na ile to zagrywka pod publiczkę, a na ile przejaw niepowagi naszego państwa, którego premier deklaruje, że nie jesteśmy w stanie udzielić pomocy kilku tysiącom osób.

Otrzymaliśmy w tej sprawie od rządu sprzeczne komunikaty. Ostatecznie minister Waszczykowski i Szymański prostowali słowa premier Szydło, jasno wskazując, że Polska wypełni zobowiązania podjęte przez poprzedni rząd.

Rząd Ewy Kopacz skupił się na wynegocjowaniu jak najlepszych warunków. Na początku rozmów Unia Europejska powiedziała, że musimy poradzić sobie z problemem solidarnie. Komisja Europejska chciała narzucić nam konkretny algorytm, na podstawie którego państwa członkowskie miałyby dzielić się uchodźcami. Na takie rozwiązanie nie było naszej zgody.

Po pierwsze, zasugerowaliśmy, żeby zacząć od zabezpieczenia granic zewnętrznych UE i wzmocnienia odpowiedniej agencji, czyli Frontexu. Po drugie, należało oddzielić uchodźców od imigrantów ekonomicznych. Po trzecie - jeśli mamy kogokolwiek przyjąć - to nie na zasadzie automatycznego algorytmu. Na tych trzech założeniach skupiliśmy się podejmując negocjacje, i co najważniejsze, warunki te udało nam się uzyskać. Osoby, które trafią do Polski będą musiały zostać wcześniej zweryfikowane, a ich tożsamość zostanie potwierdzona. Trzeba jednocześnie zwrócić uwagę, że centrów weryfikacyjnych brakuje, stąd cały proces potwierdzania tożsamości, a w konsekwencji relokacji jest mocno opóźniony. Na 106 tys., na które zgodziła się UE, relokowanych zostało na razie niespełna tysiąc i nic nie zapowiada przyspieszenia tego procesu. Najważniejsze jest jednak to, że bez decyzji o skromnym podziale obciążeń nie byłoby szansy na wcielenie w życie całościowego planu walki ze zjawiskiem niekontrolowanej migracji.

Pod uwagę należy wziąć jeszcze jedną istotną kwestię. W ustalenia europejskie został wpisany polski wniosek, że relokowane osoby muszą wyrazić wolę faktycznego osiedlenia się w naszym kraju. W innym wypadku wypadają z procesu relokacji, a większość tych ludzi chce jechać jedynie do Niemiec. Biorąc pod uwagę niechęć uchodźców do zamieszkania w Polsce oraz problemy Unii z ustaleniem tożsamości tych osób, nie powinno nas dziwić, jeśli na razie przyjedzie do nas jedynie kilkaset osób z Bliskiego Wschodu, przede wszystkim z Syrii i Erytrei, co oznacza, w przypadku tego ostatniego kraju oznacza, że będą to chrześcijanie, bo to głównie oni uciekają przed prześladowaniami.

Prawo i Sprawiedliwość gra cynicznie tematem uchodźców od czasu wystąpienia prezesa Kaczyńskiego w Sejmie. Tymczasem głosy łączące tak jednoznacznie przyjmowanie uchodźców z przyjmowaniem terrorystów są po prostu niepoważne. Umówmy się, jeśli, nie daj Boże,  ktoś będzie chciał nam zrobić w Polsce krzywdę, to nie będzie korzystał z procedury relokacji, a wsiądzie w samochód i wjedzie do Polski korzystając ze strefy Schengen. Przyjęcie niewielkiej liczby faktycznych uchodźców, których możemy samodzielnie wybrać nie stanowi zagrożenia dla naszego bezpieczeństwa narodowego. Jeśli ktoś będzie chciał zrobić nam krzywdę, to nie będzie korzystał z mechanizmów relokacji, kiedy musi dwa razy być prześwietlony, tylko po prostu z unijnym paszportem w kieszeni - bo pamiętajmy, że ogromna liczba terrorystów, którzy atakowali we Francji czy Belgii to unijni obywatele - po prostu wyląduje na Okęciu.

Jeśli aktualny rząd podtrzyma stanowisko pani premier, mówiąc, że umywamy ręce i nikogo nie przyjmujemy, to oczywiście podważy wiarygodność naszego państwa. Sądzę jednak, że rząd się zreflektuje i dopełni wszelkich zobowiązań. Natomiast trzeba być absolutnie pryncypialnym, jeśli chodzi o sprawdzenie tych ludzi pod kątem bezpieczeństwa.

Ostatecznie zgodziliśmy się na przyjęcie 7 tys. uchodźców. Skąd wzięła się ta liczba? Na ile był to wynik matematycznych przepychanek na poziomie unijnym, przyjmowanych ad hoc, a w jakim stopniu miała wcześniejsze oparcie w rządowych wyliczeniach, weryfikujących nasze możliwości?

Zacznijmy od punktu wyjścia całego kryzysu. Migranci trafiali na plaże Włoch i Grecji, i w momencie, w których ich liczba była zbyt duża jak na możliwości włoskich i greckich służb, oba te państwa zdecydowały się na wyłamanie z systemu dublińskiego, który już od dekad porządkuje europejską politykę azylową i migracyjną. Zgodnie z systemem migranci powinni rejestrować się w państwie, do którego przybyli i który jest odpowiedzialny za nich do chwili wydania decyzji. Tymczasem Włosi i Grecy powiedzieli „dosyć!”. W konsekwencji tysiące niezarejestrowanych i niezweryfikowanych migrantów rozpoczęło swoją podróż do Niemiec.

W tych okolicznościach sprawą zasadniczą było przerwanie tego procederu i powrót do procedur dublińskich: zabezpieczenie granic zewnętrznych UE, budowa nowych centrów weryfikacyjnych, przeszkolenie większej liczby kontrolerów. Ale w zamian Unia musi wykazać się jakąś solidarnością. Początkowo mowa była o relokacji 40 tys. osób, później liczba miała zwiększyć się do 160 tys., ale z puli unijnej wypadli uchodźców, którzy zdążyli już znaleźć się na Węgrzech i na których relokację nie zgodził się rząd Orbana. W konsekwencji stanęło na liczbie 106 tys. migrantów do podziału między państwa UE. W dwóch „transzach negocjacyjnych” Polska zgodziła się najpierw na 2 tys., później na 5 tys. osób. To naprawdę nie są wielkie liczby.

Czyli najpierw były matematyczne algorytmy i kwoty, na które się zgadzaliśmy, a później kalkulowaliśmy, jak i gdzie będziemy musieli umieścić tych ludzi.

Priorytetową rzeczą było niedopuszczenie do wprowadzenia algorytmu opartego o wielkość populacji czy zamożność państwa. Tym bardziej, że taki teoretycznie jednorazowy mechanizm mógł zadziałać jak precedens, który z czasem przekształciłby się w stałą zasadę, dla Polski niekorzystną.

Co nie znaczy, że rząd nie przeprowadził wcześniej podobnych symulacji na wypadek eskalacji konfliktu na Ukrainie, z których wynika, że bylibyśmy w stanie przyjąć mniej więcej 10-15 tys. osób w wynajmowanych ośrodkach i zwiększyć ten pułap do 30 - 40 tys. osób w warunkach prawie polowych, w namiotach i kontenerach.

Problem jest taki, że Polska w tym momencie nie posiada takich ośrodków w puli rządowej, ale dzięki środkom z UE, władze mogą potrzebne miejsca po prostu podnajmować i to już się dzieje. W tym kontekście przyjęcie 7 tysięcy uchodźców naprawdę nie stanowi wielkiego wyzwania.

Przyjrzeliśmy się bliżej warunkom w tych ośrodkach wskazanych przez Urząd ds. Uchodźców i nie napawa to optymizmem. Szkoły oddalone kilka kilometrów od ośrodka, braki w liczbie psychologów, trudności z aktywizacją zawodową. Same pieniądze z Brukseli okazują się niewystarczające.

Nikt nie mówił, że nie będzie problemów. Ale znów – ich skala jest naprawdę do przezwyciężenia. Bądźmy poważnym państwem. Zgodnie z przywoływanymi przeze mnie wcześniej symulacjami MSW, Polska jest gotowa na przyjęcie tych 7 tys. osób i ja tym kalkulacjom zawierzam. Tym bardziej, jeśli przypomnimy sobie, że przyjmowaliśmy już kilkadziesiąt tysięcy Czeczenów.

Czy nie lepszym pomysłem, aby uniknąć problemów z asymilacją tych ludzi, byłoby lokowanie ich w parafiach lub korzystanie z pomocy organizacji społecznych, zamiast oparcia się wyłącznie na instytucjach państwa?

Znów – zachowajmy właściwe proporcje. Dyskutując o stworzeniu programu czy mechanizmów asymilacji, mówimy tak naprawdę o grupie 100, może 200 osób, które w Polsce będą chciały zostać na stałe. Reszta z tych kilku tysięcy będzie w Polsce tymczasowo do momentu, w którym sytuacja w ich kraju się nie poprawi. W Polsce prawdopodobnie pozostaną najlepiej wykształceni: lekarze, prawnicy, nauczyciele, osoby, które będą w stanie zapewnić sobie własną pracą odpowiedni standard życia, często i tak niższy niż mieli przed wojną w Syrii. Natomiast pracownicy manualni szybko wyjadą, gdyż w Polsce i to bez znajomości języka, na pewno nie będą w stanie się utrzymać.

Z tymi ogólnopolskimi wizjami to mamy jednak problem. Jedyny dokument, który jakoś by porządkował i programował polską politykę migracyjną, do którego udało nam się dotrzeć, pochodzi z 2012 roku i przypomina bardziej ekspercki raport niż rządową strategię.

Nie byłby w tej sprawie tak surowy, jak Panowie. Dotychczasowa polityka imigracyjna Polski opierała się na dwóch filarach. Po pierwsze, bardzo restrykcyjna weryfikacja wniosków o azyl. W przypadku Polski mówimy o akceptacji takich wniosków na poziomie 7-8%, unijna średnia wynosi 40%, są państwa, gdzie ten wskaźnik wynosi 90%. Po drugie, liberalne podejście w przypadku wydawania zgody na pobyt w kraju tych, którzy chcą u nas pracować. I takie dwutorowe podejście wydaje mi się rozsądne.

Tutaj dochodzimy oczywiście do Ukrainy i Ukraińców, którzy w najbliższych latach będą najbardziej liczną mniejszością w Polsce. Negocjowane przez nas warunki przyjęcia uchodźców stanowią jasno – w przypadku ponownej eskalacji konfliktu w Donbasie i konieczności przyjęcia przez Polskę uciekinierów zza wschodniej granicy, relokacja migrantów z Bliskiego Wschodu zostaje zatrzymana. Więcej, jeśli skala uchodźstwa z Ukrainy będzie wysoka, to mechanizmy unijne gwarantują nam pomoc ze strony państw Unii.

Rzeczywistość demograficzna jest bezlitosna. Musimy otworzyć się na wykształconych, bliskich nam kulturowo ludzi z innych państw. Tym bardziej że standard życia w naszym kraju sprawia, że tych chętnych nie będzie wielu. 

Wykształcenie, bliskość kulturowa. Wspomniany bez nas dokument wskazuje jeszcze takie czynniki jak wiek czy prowadzenie firmy. Niby rok 2012 i rządy PO, a brzmi jakby pisał go Robert Winnicki.

Podstawowa różnica dotyczy intencji: Platformie chodziło o poważną politykę, Winnickiemu chodzi o polityczną zadymę. Co nie zmienia faktu, że istniejące w tym dokumencie warunki są jak najbardziej zasadne. I co trzeba podkreślić, nie eliminują one z góry muzułmanów, co byłoby rzeczą absurdalną.

„Chcemy repatrianta zamiast imigranta”. W Sejmie trwają prace nad zmianami w Karcie Polaka.

To są dwie zupełnie inne sprawy i jedna nie wyklucza drugiej. Dodatkowo w przypadku repatriantów mamy do czynienia z koniecznością zapewnienia im przez samorządy zdecydowanie lepszych warunków materialnych niż uchodźcom. I samorządów często na to po prostu nie stać. Sama ścieżka repatriancka również stanowi dużą trudność, stąd wprowadzenie przez poprzedni rząd Karty Polaka, która zdecydowanie ułatwia zdobycie naszego obywatelstwa.

Tylko teraz dochodzimy do rzeczy kluczowej – teza narodowców mówiąca o 100 czy 200 tysiącach Polakach, którzy czekają tylko na polskie obywatelstwo jest nieprawdziwa. Na przestrzeni dekad, także w okresie PRL, stopniowo sprowadzaliśmy repatriantów i ich rodziny do Polski. Dzisiaj mówimy więc o grupie może 6 tysięcy osób, których, jak najbardziej słusznie, powinniśmy do Polski sprowadzić. Ale tworzenie absurdalnych zestawień „albo-albo”, przeciwstawianie uchodźców Polakom z Kazachstanu jest niepoważne. Tak samo niepoważne jest przekonanie, że repatriacja może zastąpić nam politykę imigracyjną i rozwiązać nasze problemy demograficzne.

Musimy otworzyć się na ludzi z innych państw. Najbliższym wyzwaniem są Ukraińcy, którzy w Polsce już pracują.

Rozmawiali Paweł Grzegorczyk i Piotr Kaszczyszyn.

Podziel się artykułem:

Rafał Trzaskowski
politolog, specjalista w zakresie spraw europejskich, poseł do Parlamentu Europejskiego VII kadencji. Od 2013 do 2014 minister administracji i cyfryzacji, od 2014 do 2015 sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, poseł na Sejm VIII kadencji.
Paweł Grzegorczyk
Założyciel i pierwszy redaktor naczelny portalu jagielloński24, członek Klubu Jagiellońskiego.
Piotr Kaszczyszyn
Zastępca redaktora naczelnego Jagielloński24. Redaktor czasopisma Pressje. Członek Klubu Jagiellońskiego.

Napisaliśmy już 2130 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Polacy myślą w kategoriach polityki mocarstwowej, głównie dlatego że innego rodzaju podmiotowości po prostu nie znamy.

Ani piastowska, ani jagiellońska. Sieciowa podmiotowość jest możliwa [POLEMIKA]

Ani piastowska, ani jagiellońska. Sieciowa podmiotowość jest możliwa [POLEMIKA]

Jacek Sokołowski

Zaledwie co dziesiąte referendum lokalne kończy się wiążącą decyzją, a nie marnotrawstwem pieniędzy podatników.

Uczyć demokracji w praktyce, a nie teorii. Progi referendalne do likwidacji

Uczyć demokracji w praktyce, a nie teorii. Progi referendalne do likwidacji

Tomasz Zakrzewski

Co z nową, liberalną eugeniką powinien zrobić współczesny konserwatysta?

Eugenika dla konserwatystów?

Eugenika dla konserwatystów?

Błażej Skrzypulec
Następny artykuł:

Polityka prorodzinna: Węgry

Polityka prorodzinna: Węgry