Polska z wielkiej płyty

Polska z wielkiej płyty

Jan Maciejewski | 08-03-2016 18:04:22 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Polska z wielkiej płyty
www.laznia.pl

„Mam w dupie małe miasteczka,

mam w dupie małe miasteczka,

mam w dupie małe miasteczka”

informował w wierszu Sobota Andrzej Bursa. Pogarda dla małych i średnich ośrodków to zresztą dość powszechne w Polsce zjawisko. Małomiasteczkowość stała się synonimem bylejakości, przegranego życia i poczucia niespełnienia. Tymczasem, jeżeli chcemy zrozumieć współczesną polskość, skąd ona przychodzi i dokąd może zmierzać, odpowiedzi powinniśmy szukać na przygnębiających i paskudnych osiedlach bloków z wielkiej płyty.

To właśnie tam, a nie na Starym Mieście w Krakowie czy na Nowym Świecie w Warszawie, znajduje się klucz do nowego otwarcia w historii Polski. Kłamstwu tradycji, która stała się wyłącznie dekoracją, i fałszowi powierzchownej modernizacji przeciwstawiamy Polskę może i brzydką, ale za to prawdziwą.

Przez miasto do polityki

Polityczność narodziła się w mieście i bez miasta nie może istnieć. To właśnie tutaj jesteśmy stale wystawiani na kontakty i relacje z innymi ludźmi, tutaj doświadczamy wspólnoty nie jako czegoś wyobrażonego i dalekiego, lecz namacalnego i realnego. Place zabaw, kawiarnie, komunikacja publiczna są zjawiskami typowo miejskimi. Miasto to przestrzeń współzależności – odkrycia i zagospodarowania konieczności zdania się na innych.

Życie na wsi, które w polskiej kulturze otoczone jest aurą niewinności i sielskości, jest często ucieczką od tych powiązań, ucieczką przed politycznością nie jako ideą, ale podstawowym, egzystencjalnym doświadczeniem.

„Ucieczka za miasto” może być często ucieczką przed wspólnotą, ucieczką w fałszywą niezależność.

Miasto jest również tą przestrzenią, w której w sposób najbardziej bezpośredni możemy odczuć naszą sprawczość – wpływ na otaczający nas świat. Powstające w Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie i wielu innych polskich miastach ruchy miejskie zbudowane są na tym właśnie doświadczeniu. Zablokowanie wycinki drzew, przeforsowanie budowy chodnika czy wytyczenie ścieżek rowerowych to tylko pozornie banalne osiągnięcia. Wpływ na otaczającą nas przestrzeń jest poligonem polityczności, pierwszą szansą na zdobycie doświadczenia w zmienianiu rzeczywistości.

Z tak rozumianymi politykami miejskimi jest jednak pewien problem. Możemy relatywnie łatwo odczuć efekty naszego działania, dotknąć polityczności, ale czy zablokowanie postawienia szpecącej krajobraz reklamy jest wydarzeniem dziejowym? Musimy uważać, by nie zachłysnąć się miejską sprawczością, która jeżeli stanie się celem samym w sobie, ulegnie degeneracji, stanie się wsobna, sprowadzać się będzie do dbania o w miarę wygodne życie nasze i mieszkańców naszego osiedla, a pozwoli zapomnieć nam o odpowiedzialności za całą naszą polityczną wspólnotę.

Polska, jakiej nie widzimy

W legendarnym już wierszu Do Jarosława Kaczyńskiego Jarosław Marek Rymkiewicz pisze, że są:

„Dwie Polski – jedna chce się podobać na świecie

I ta druga – ta którą wiozą na lawecie

Ta w naszą krew jak w sztandar królewski ubrana

Naszych najświętszych przodków tajemnicza rana”

Nikt nie ma prawa rozliczać poety z trafności jego diagnoz. Wiersz ten jednak, a zwłaszcza przytoczony fragment, dawno już stał się czymś więcej niż tylko poezją, urastając do rangi społecznej diagnozy. A ta jest po prostu fałszywa. Istnieje bowiem również trzecia Polska, ubrana w krew polskich elit, ale i żydowskiego mieszczaństwa. To Polska, która powstała w wyniku modernizacji narzuconej nam siłą przez naszych wrogów. Polska, w której wszyscy żyjemy. Symbolem właśnie tej Polski jest blok z wielkiej płyty. Z jednej strony synonim brzydoty, architektonicznego bezguścia i komunistycznej propagandy, a z drugiej symbol awansu społecznego i modernizacji. O procesie tym pisał w Prześnionej rewolucji Andrzej Leder: „Miasta stanęły otworem i były gwałtownie zajmowane przez tych wszystkich, którzy podjęli trud «ruchu». Ci ludzie, a właściwie ich dzieci i wnuki, tworzą dzisiaj «kościec» struktury społecznej. […] Można to traktować z ubolewaniem, jak współcześni konserwatyści, rozpaczający nad «schamieniem» polskiego społeczeństwa, można też widzieć w tym optymistyczny moment tworzenia się nowej rzeczywistości, w czym dane nam jest brać udział”.

Nie musimy na to nawet patrzeć optymistycznie, musimy to po prostu zaakceptować. Płuca nas wszystkich, całej naszej wspólnoty, są przeżarte azbestem. Jeżeli sobie to uświadomimy, rozpoznamy miejsce, w którym jesteśmy i drogę, jaka nas w to miejsce zaprowadziła, będziemy mogli podjąć trud ruchu. Do tego czasu będziemy się czuli w naszych miastach obco, nie u siebie. Tymczasem miasto jest, a właściwie może dopiero stać się przestrzenią ruchu, społecznej i politycznej dynamiki. To coś, czego bardzo często nie dostrzegają nastawieni na kopiowanie zachodnioeuropejskich wzorców polscy działacze miejscy. Oczywiście, miasto ma być przestrzenią dobrego życia, ale ono nie wyczerpuje się w zapewnieniu wygody mnie i moim najbliższym sąsiadom. Doświadczenie sprawczości nabyte w mieście trzeba przenosić na wyższy poziom, dopiero wtedy stanie się ono polityczne w pełnym sensie tego słowa; dopiero wtedy będzie miało tak naprawdę sens.

Nowy kanon prawicy

Kompletnie z zagadnieniem miejskości nie radzi sobie polska prawica.

Jak ironicznie stwierdził kiedyś Rafał Matyja, jeżeli miasto występuje w jakikolwiek sposób w konserwatywnym imaginarium, to wyłącznie w kontekście powstania warszawskiego. Przepracowanie tego tematu jest dla polskich konserwatystów szansą na radykalną przebudowę własnego pola symbolicznego.

Obecnie kształtowane jest ono w trójkącie wyznaczonym przez Esej o duszy polskiej Ryszarda Legutki, Trylogię Henryka Sienkiewicza i Świadka nadziei George’a Weigela. Książka Legutki sankcjonuje poczucie wykorzenienia i obcości wobec świata. Polska, która nas otacza, nie jest pełnowartościowa, jest Polską zerwanej ciągłości. Naturalną reakcją na taką diagnozę jest ucieczka w świat wyobrażony: mit zastępuje fakt, symbole pożerają rzeczywistość. Sienkiewiczowska Trylogia występuje w tym wyliczeniu jako naturalny reprezentant całego nurtu nostalgii za czasami I Rzeczpospolitej, uzewnętrzniającego się m.in. w pozowaniu do zdjęć w husarskiej zbroi przez jednego z posłów. I nie chodzi tu wcale o dezawuowanie naszej tradycji politycznej, ale o fakt, że zbyt często pełni ona rolę mistyfikującą, unieruchamiającą, rozpamiętywanie bowiem minionej chwały nie przekłada się na budowanie aktualnej siły. Książka George’a Weigela jest z kolei przykładem naszej bezradności wobec jednego z największych fenomenów ostatniego wieku, jakim był św. Jan Paweł II. Dla świata, a co gorsze i dla nas samych, to nie my staliśmy się autorami opowieści o pontyfikacie papieża Polaka, a George Weigel i jego neokonserwatywni towarzysze. To oni tłumaczą nam ten okres historii Kościoła i świata. To opowieść o walce z imperium zła – ZSRS, walce o demokrację i wolny rynek. Daliśmy się uwieść tej historii, skuszeni rolą, jaka przypadła w niej „naszemu papieżowi”, a więc i po trochu nam samym. Tymczasem ta narracja jest jedną z przyczyn naszej bezradności wobec papieskiego nauczania: potraktowania go jako poważniej propozycji dla naszej wspólnoty. Ta historia, tak jak opowiada ją Weigel, kończy się bowiem w 1989 r., gdy imperium zła upadło dzięki harmonijnej współpracy Thatcher, Wojtyły i Reagana, a narody Europy Wschodniej mogły wreszcie doświadczyć dobrodziejstw demokracji liberalnej. Miejmy dla nich jednak sporo wyrozumiałości, wciąż muszą się wiele nauczyć; przez cały ten czas chcieli czegoś lepszego, nie wiedząc, że to coś, to my – Zachód. Dające łatwo się podburzać i dyletanckie społeczeństwo trzeba trzymać w ryzach, w przeciwnym razie transformacja może się nie powieść. Społeczeństwo, które jeszcze kilka lat wcześniej tworzyło najpotężniejszy ruch współczesnej Europy, musi się stać przedmiotem ściśle zaprogramowanego projektu wychowawczego. Fascynacja amerykańską wersją konserwatyzmu (dość rozpowszechniona na polskiej prawicy) i postkolonialny kompleks, który każe nam cieszyć się z aprobaty i sympatii, z jaką Weigel pisze o Polakach, nie pozwalają nam dostrzec idiotyzmu tej sytuacji.

Jeżeli jednak polska prawica mentalnie przeprowadzi się ze szlacheckiego dworku na osiedle bloków z wielkiej płyty, jeżeli zrozumie i zaakceptuje Polskę taką, jaka ona jest, uda jej się przebudować swoją wyobraźnię.

U wierzchołków trójkąta, w którym ta wyobraźnia by się kształtowała, mogłyby się znaleźć Prześniona rewolucja Andrzeja Ledera, Ziemia obiecana Władysława Reymonta i Zapiski więzienne Stefana Wyszyńskiego.

Książka Ledera powinna zostać przepisana każdemu polskiemu konserwatyście jako remedium na chorobę lamentu i obrzydzenia wobec polskiej rzeczywistości. Każdy z nas zna tę wyliczankę: II wojna światowa, Katyń, powstanie warszawskie, 50 lat komunizmu, wymordowane elity, zerwana ciągłość. To wszystko prawda, lecz ta prawda wtrąciła nas w bierność i poczucie bezsilności. Bo jak tu robić państwo bez elit i ciągłości? W takiej sytuacji pozostaje tylko realizacja postulatu z tytułu jednej z książek Jacka Bartyzela: umierać, ale powoli. Leder pokazuje, że bez przyjęcia i przetrawienia niepudrowanej wersji naszej historii nigdy nie ruszymy do przodu.

Z bierności do ruchu wyrywa nas również Ziemia obiecana. Reymont opisuje świat brzydki, straszny i zepsuty, ale również fascynujący z jednego, zasadniczego powodu – to właśnie w Łodzi, a nie w spokojnym i sielskim Kurowie, dzieje się historia, tętni puls dziejów. Rezygnacja z Łodzi, schronienie się przed nią w bezpiecznym szlacheckim dworku, oznaczałaby ucieczkę przed rzeczywistością. Reymont mówi coś niezwykle ważnego dla polskiego konserwatyzmu: nasze idee i wartości nie mogą być bezpieczne, musimy je stale wystawiać na niebezpieczeństwo, konfrontować ze światem. W przeciwnym razie stracą nośność, staną się sztuką dla sztuki. Drugą lekcją z Reymonta powinno być odrzucenie estetyki jako kluczowego sposobu odbierania rzeczywistości. Husarskie zbroje i szlacheckie dworki na pewno są piękniejsze od współczesnych polskich miast. Tylko z rzeczywistością więcej wspólnego mają te drugie.

W przywołaniu Zapisków więziennych kard. Wyszyńskiego nie chodzi o przeciwstawianie prymasa papieżowi. Z pewnością w tym wyliczeniu mogłaby się pojawić któraś z książek Wojtyły. Jednak to właśnie w Zapiskach więziennych wychodzenie do przodu, narzucanie formy sobie i całej wspólnocie jest pokazane w tak wyraźny sposób. W towarzystwie dwojga współwięźniów i kilkudziesięciu pilnujących funkcjonariuszy kard. Wyszyński stworzył program „wychodzenia z siebie”, osiągania wielkości, nabierania stylu i charakteru. Program, którego trzymał się przez cały okres uwięzienia, a któremu po uwolnieniu poddał wszystkich Polaków. Zapiski więzienne są przykładem tego, że katolicyzm może dać wspólnocie dynamikę i formę. Są one też nieprzepracowaną lekcją polskiego Kościoła, który skupił się na defensywie i konserwowaniu obecnego stanu posiadania. W tym sensie wciąż aktualne są słowa kard. Wyszyńskiego z jednego z listów do polskich biskupów: „Staliśmy się «Kościołem siedzącym», zarośliśmy jak kamień w lesie, zatyło serce nasze, boimy się zmian. Więcej ruchu!

Miasto jest dla nas podwójną szansą na odkrycie polityczności. Z jednej strony chodzi o polityczność jako poczucie sprawczości i wpływu na najbliższą przestrzeń wokół nas, natomiast z drugiej o dziejowość, wyczuwanie pulsu historii, akceptowanie genealogii naszej wspólnoty. Jeżeli w pierwszym kroku będziemy potrafili przyjąć Polskę taką, jaka ona rzeczywiście jest, to w kolejnym będziemy w stanie ją zmienić.

Podziel się artykułem:

Jan Maciejewski
Sekretarz redakcji czasopisma Pressje, dziennikarz Rzeczpospolitej.

Napisaliśmy już 1952 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Sądownictwo ma swoje problemy. Największym z nich jest nie widmo postkomunizmu, ale jego nadmierna biurokratyzacja.

Spóźniona wojna z postkomunizmem

Spóźniona wojna z postkomunizmem

Piotr Kaszczyszyn

Złożywszy do grobu III RP musimy być gotowi na powołanie IV RP: bez względu na to, kto będzie rządził w następnej kadencji.

Idzie nowe. Czas przejrzeć szuflady

Idzie nowe. Czas przejrzeć szuflady

Bartosz Brzyski

Dlaczego większość kwalifikowana może dać polskiej polityce rewolucyjny impuls ku prawdziwej „dobrej zmianie”?

Niech to będzie dopiero początek. Nie chodzi przecież o „Adriana”, ale o państwo

Niech to będzie dopiero początek. Nie chodzi przecież o „Adriana”, ale o państwo

Piotr Trudnowski
Następny artykuł:

Brak kryterium płciowego to właśnie równość

Brak kryterium płciowego to właśnie równość