Czas na patriotyzm językowy

Anna Kiljan | 07-02-2016 17:57:16 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Czas na patriotyzm językowy
flickr.com

W Szwecji do wszystkich poza królem mówi się na „ty”. Język jest równościowy i pozwala skrócić dystans – zachwyca się Katarzyna Molęda, była konsul RP w Sztokholmie, w listopadowym wywiadzie dla Newsweeka. A ja nie wiem, z czego tu się cieszyć. Mam poważne wątpliwości, czy na naszym politycznym podwórku coraz powszechniejsze przejście na „ty” rzeczywiście tworzy lepszy językowy obraz świata.

Język wpływa na postrzeganie rzeczywistości – ten frazes przypisujemy głównie postmodernistom i lewicującym aktywistom walczącym niestrudzenie o „językowe prawa kobiet”. Oczywiście jest on prawdziwy, nawet jeśli prawica wolałaby – ot tak, dla zasady – go nie używać.

Pierwszy z brzegu przykład – spór o legalność aborcji nazywany jest przez jednych „walką o prawo do życia dla najbardziej bezbronnych”, a przez drugich „walką o prawa reprodukcyjne kobiet”. Jak łatwo, za pomocą samego tylko języka, ośmieszyć każdą ideę pokazał sztab wyborczy Ryszarda Petru w swojej wewnętrznej korespondencji, pisząc, że Nowoczesna powinna jako pierwsza wejść w spór z Prawem i Sprawiedliwością o „prawa kobiet do wysokiej jakości potomstwa”.

Nie szukając już dalej, przyjmijmy, że słowo ma siłę, a język wpływa na to, jak postrzegamy rzeczywistość. Teraz będzie o tym, jak ten język nam się stopniowo kundli, nie dając przy tym nic w zamian, a nawet utrudniając rzetelną komunikację.

Wcale nie tacy swojscy

Od prawa do lewa, wszyscy zgodnym chórem ubolewamy nad tym, że władza jest wyalienowana i nie rozumie potrzeb zwykłych ludzi. Taka na przykład Barbara Nowacka, z charakterystyczną dla lewicy wrażliwością, w wywiadzie dla Dużego Formatu ubolewa nad tym, że tzw. pigułki „po” są strasznie drogie i nie każda dziewczyna w potrzebie jest w stanie sobie na nie pozwolić. Natomiast Radek Sikorski i Sławomir Nowak na Twitterze śmieją nam się w twarz pisząc o ośmiorniczkach i zegarkach w nowym Jamesie Bondzie. Po prawej stronie nie jest lepiej. Tam z kolei, wśród elit panuje przekonanie, że lud jest za głupi, żeby mu cokolwiek tłumaczyć. Intelektualną butę widać na przykład w rozmowach z premierem Glińskim, który wyraźnie pokazuje, że z plebsem nie ma po co rozmawiać.

To dobry moment, żeby zadać sobie pytanie, czy gdyby Jarosław Kaczyński albo Leszek Miller „skrócili dystans” i publicznie mówili sobie, dziennikarzom i innym politykom na „ty”, to znaczyłoby, że lepiej rozumieją nasze problemy. Czy to, że Przemysław Wipler, Krystian Legierski i Adrian Zandberg w programach telewizyjnych mówią i zachowują się jak „swoje chłopaki”, znaczy, że oni z kolei już dobrze znają bolączki przeciętnego Kowalskiego? Czy rozumieją je lepiej, niż politycy, którzy na „ty” sobie nie mówią?

Ktoś powie, że oczywiście nie, ale co z tego? Co za różnica? Otóż różnica jest taka, że zgodnie z tezą o wpływie języka na świadomość, takie zachowania tworzą fałszywy obraz. Przeciętny odbiorca kolejnych programów i wywiadów, w których elity we własnym towarzystwie pokazują, jak bardzo są „tacy jak my”, bezwolnie zaczyna myśleć, że oto właśnie skrócił się dystans pomiędzy nim, a światem polityki. Przecież skoro chłopaki tak normalnie mówią, to muszą być tacy, jak ja – normalny człowiek.

Otóż nie. W większości przypadków chłopaki nie pamiętają już nawet, kiedy ostatni raz korzystali z komunikacji miejskiej. A jeśli jeszcze pamiętają, to dlatego, że nie są posłami ani członkami rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa i nie mieli dotąd do czynienia z sytuacją, w której na nic im nie brakuje.

Nie czytali, a piszą

Dyskusję o alienacji władzy zostawmy już jednak na boku i skupmy się na języku i fałszywym obrazie swojskich polityków, którzy nawet jeśli czasem „haratają w gałę”, to nie są wcale blisko swoich pracodawców, czyli obywateli. Podsumowując, tworzenie iluzji braku dystansu jest o tyle szkodliwe społecznie, o ile złe jest publiczne kłamstwo i manipulacja.

Złudzenie niewyalienowania polityków to jedno, degeneracja języka i postępujący upadek debaty publicznej to rzecz odrębna, ale niemniej istotna. Razem z rozwojem technologii, nasze słownictwo wzbogaca się nieustannie o nowe anglicyzmy, szybkość wymiany informacji wymusza uproszczenia, a rozwój Internetu powoduje zanieczyszczenie języka kolejnymi, powtarzanymi przez rzesze wyrastających jak grzyby po deszczu publicystów, błędnymi wyrażeniami. Wydaje się, że ten proces jest nie do powstrzymania, intuicyjnie czujemy jednak, że przecież elity mogłyby nadawać ton sposobowi wyrażania myśli. Skoro Internet rządzi się własnymi prawami, to chociaż gazety papierowe mogłyby pilnować poprawności językowej i tym samym, być wzorem do naśladowania dla początkujących dziennikarzy. Niestety, o polszczyznę wydawcy prasy już nie dbają, a co szczególnie gorszące, nawet w tygodnikach i miesięcznikach pojawiają się rażące błędy gramatyczne, stylistyczne i interpunkcyjne. Wygląda po prostu na to, że do gazet też piszą ludzie, którzy nigdy nie czytali, a szkolnych lektur unikali jak ognia.

Podwórkowa polityka

Tak jak w prasie i Internecie nie dba się o poprawność językową, tak w mediach audiowizualnych zapomina się również o kulturze wyrażania myśli i kulturze politycznej. Te dwa procesy dokonują się równolegle. W pogoni za oglądalnością i słuchalnością w przypadku wydawców i za poparciem społecznym w przypadku polityków, wszyscy zgodnie sięgają po narzędzie wulgaryzacji przekazu. Od mówienia sobie na „ty”, przez wplatanie w wypowiedzi „miękkich” kolokwializmów i przekleństw, docieramy do publicznego obrażania oponenta w sposób godny w najlepszym wypadku dwóch pijanych kumpli, którzy posprzeczali się przy piwie. Cezary Gmyz na Twitterze nazywa Tomasza Lisa „szmaciarzem”, ten z kolei mówi o Pawle Kukizie jako o „biedaku, u którego ubytki są nieodwracalne”, a Janusz Palikot w reakcji na nominację Jacka Kurskiego na wiceministra kultury pisze po prostu „Ja pier****”.

Ta krótka prezentacja elokwencji osób, bądź co bądź, mających dostęp do mediów o ogromnym zasięgu, to niestety tylko malutki wycinek naszej upadającej debaty publicznej. Co gorsza, cała reszta polityków i publicystów podąża prosto w tym kierunku. Wydaje się, że bez wulgaryzacji nie da się już publicznie zaistnieć. Dziennikarze zapomnieli, że mają recenzować i sprawdzać działania polityków, a nie obrzucać ich obelgami, ci natomiast chyba po prostu nigdy nie pomyśleli, że mają służyć obywatelom, a nie podlizywać się im za pomocą wulgarnych odzywek. Warto chyba przypomnieć, że debata publiczna to nie szkolny korytarz, gdzie narzędziem imponowania kolegom i koleżankom są wyzwiska, najlepiej rzucane w kierunku autorytetów. Obrażanie możliwie najbardziej znanych i pełniących jak najważniejsze funkcje osób to nie sposób na dociekliwe dziennikarstwo, ale konsekwentne zaniżanie poziomu dyskusji.

Ster przejmą niepiśmienni?

Dobrze byłoby w tym miejscu przejść do remediów na postępujący upadek języka, ale to jeszcze nie koniec. Bez ostatniego wątku nie mielibyśmy pełnego obrazu tragicznej sytuacji, w której znajduje się polszczyzna i debata publiczna. Uniwersytet – miejsce, w którym nie uczy się ani dyskutować, ani pisać, ani nawet mówić. Publikacje uczelniane, które, podobnie jak czasopisma, nie trzymają poziomu elementarnej poprawności językowej i przejrzystości wywodu. Wreszcie prace dyplomowe, które równie dobrze można byłoby drukować białym tuszem na białych kartkach, bo nikt ich nie czyta, a w większości napisane są mieszanką niemowlęcego bełkotu z niepoprawnymi sformułowaniami przynależącymi do języka akademickiego.

Po zsumowaniu wszystkich wspomnianych powyżej wątków, można dojść do kuszącego prostotą wniosku, że niedługo całą sferę publiczną zdominują ludzie niepiśmienni, bo innych po prostu nie będzie.

Patriotyzm językowy

Na szczęście pojawia się malutkie światełko w tunelu. Oczywiście nie twierdzę, że wystarczy ono, żeby naprawić kulturę języka i całą debatę publiczną, jednak warto o nim wspomnieć. Rozwija się sektor działalności obywatelskiej, niezależny od wpływów zewnętrznych i niewrażliwy na aprobatę tudzież dezaprobatę większości. Właśnie trzeci sektor musi wziąć na swoje barki obudzenie reszty obywateli i przekazania jak najszerzej sygnału: „Polacy! Przetrzyjcie oczy, przestańcie oklaskiwać plujących jadem dziennikarzy i polityków. Zrozumcie, że ten cały wulgarny spektakl ma zaciemniać waszą świadomość, kazać Wam wierzyć, że wszyscy są równi i mogą sobie po partnersku porozmawiać przy blasku fleszy”. Równościowy język, od którego zaczęłam tekst, to w Polsce iluzja, która nie dość, że zakłamuje rzeczywistość, to prowadzi jeszcze do stałego zaniżania poziomu dyskusji.

Jeśli ani państwa, ani komercyjnych mediów nie stać na dbałość o język i kulturę, to znaczy, że I i II sektor w tej sferze zbankrutowały. Szczęśliwie został jeszcze jeden, który akurat w chwili obecnej ma szansę silniej niż dotychczas wpłynąć na poziom dyskusji w mediach. Jako przedstawiciele organizacji pozarządowych jesteśmy codziennymi gośćmi programów publicystycznych niemalże wszystkich telewizji i radiostacji. Powinniśmy uświadomić sobie, że z regularnej obecności w mediach można wyciągnąć znacznie więcej niż tylko zwiększenie rozpoznawalności organizacji i własnego nazwiska. Mamy dostęp do ogromnej liczby widzów i słuchaczy, ale żeby to dobrze wykorzystać nie wystarczy, abyśmy sami wypowiadali się w składny i kulturalny sposób. Trzeba czegoś więcej: poruszajmy, jak najczęściej, w krytyczny sposób temat wulgaryzacji debaty publicznej, dodajmy do tego szczególną wrażliwość na poprawność językową i nie pobłażajmy naszym rozmówcom ani samym sobie w tych dwóch aspektach.

Skoro błyskotliwą karierę może robić patriotyzm konsumencki, to czemu tego samego miałoby nie dać się zrobić z patriotyzmem językowym? Doceniajmy tych publicystów, pisarzy i polityków, którzy nie wsiedli na karuzelę pauperyzacji przekazu, a jednocześnie są w stanie i mają wolę do tego, by w przejrzysty sposób komunikować obywatelom złożone tematy. Przy organizacji spotkań dyskusyjnych, przywiązujmy wagę do tego, żeby goście spierali się w sposób kulturalny, a prowadzący z naszej strony używał poprawnej polszczyzny. Publikujmy teksty na wysokim poziomie językowym, bo bez źródła, z którego można czerpać, studnia dobrych przykładów wyschnie i zarośnie chwastami, a kolejne pokolenia dziennikarzy nie będą miały skąd się uczyć.

Podziel się artykułem:

Anna Kiljan
Sekretarz redakcji Nowej Konfederacji i pracownik Fundacji Pro - Prawo do życia. Zajmuje się fundraisingiem, komunikacją zewnętrzną i koordynacją projektów.

Napisaliśmy już 2074 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

„Postmaterialistyczny zwrot” może okazać się szczególnie wartościowy z perspektywy zbliżających się wyborów samorządowych.

PiS idzie po nowe mieszczaństwo

PiS idzie po nowe mieszczaństwo

Bartosz Brzyski

Wasz premier, nasz Sejm – zdaje się mówić Jarosław Kaczyński do „pozytywistów”, „reformatorów” czy „gołębi” z obozu rządzącego.

Wasz premier, nasz Sejm

Wasz premier, nasz Sejm

Krzysztof Mazur

Czas na nowe otwarcie w polityce historycznej: zbudujmy pozytywistyczne Muzeum Cywilizacji w Łodzi.

Inka i Łukasiewicz na jednym cokole

Inka i Łukasiewicz na jednym cokole

Piotr Kaszczyszyn
Następny artykuł:

Superbohaterowie społecznie zaangażowani

Superbohaterowie społecznie zaangażowani