Historia nie kończy się na karabinach

Nie tylko Wyklęci i komuna

Bartosz Wójcik | 23-01-2016 18:25:07 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Nie tylko Wyklęci i komuna
www.1944.pl

Publicystyka historyczna cieszy się nad Wisłą dużą i, jak się wydaje, ciągle rosnącą popularnością. Jednak nieodzowną cechą podejmowanych ostatnimi laty na tej płaszczyźnie prób było skupienie się na sensacyjności. Proponowano nam zatem łatwe odpowiedzi, chwytliwe sądy, a niekiedy, opracowane z wykorzystaniem znajomości kolejnych kilku dekad, motywowane „bezkompromisowym antykomunizmem”, zwroty polskiej polityki, mające – w przekonaniu autora – odmienić tragiczne pasmo wydarzeń, jakie stało się udziałem społeczeństwa polskiego w minionym stuleciu. Tytuł najnowszej książki Piotra Semki nie uderzy nas „obłędem”, nie przyciągnie „samobójstwem”, nie zaintryguje makiawelicznym „paktem”. I dobrze.

Odmienna jest bowiem optyka autora, który nie stawia sobie za cel modnego poprawiania historii czy wytykania kolejnych błędnych posunięć, choć i takie akcenty niewątpliwie tu znajdziemy. Są jednak wątkami pobocznymi. Rdzeniem natomiast jest próba jak najdokładniejszego odwzorowania emocjonalnej sfery życia tych, którzy nie akceptowali „dziejowej konieczności” nadeszłej z Kraju Rad. Ich wyborów – nie zawsze równoznacznych z „pójściem do lasu” – i niejednokrotnie tragicznych doświadczeń, jakim poddawani byli od początków Polski Ludowej do przełomu październikowego.

Jest to wizja obejmująca szeroką panoramę spontanicznych form sprzeciwu od konspiracji zbrojnej, przez fenomen społecznej popularności prymasa Wyszyńskiego, po knucie w szkołach czy odwagę do „nieprzynależenia” na uczelniach.

W kontekście tych ostatnich dokonuje zbiorowego portretu grupy, która „mniej fotogeniczna od rówieśników ze szturmówkami ZMP”, w wielu przypadkach stanowiąc później – jak śpiewał Gintrowski – „ich wyrzut sumienia”, skazywana była latami na zapomnienie. To tylko przykład – podobnych znajdziemy w książce więcej.

Jednak Semka zdaje sobie sprawę, że obraz ograniczony tylko do nich, siłą rzeczy pozytywnych bohaterów opowieści, której pełny tytuł brzmi My reakcja. Historia emocji antykomunistów 1944-56”, byłby w tym przypadku niepełny i na swój sposób oderwany od rzeczywistości. Dlatego też idzie zdecydowanie dalej. Stara się zarysować, dające czytelnikowi pewien punkt odniesienia tło, uwzględniające charakterystyczne dla okresu utrwalania władzy ludowej mechanizmy. Równolegle kreśli dość szerokie spektrum postaw wynikające z wielokrotnie podnoszonej niejednoznaczności powojennej sytuacji, zwłaszcza na wstępnym jej etapie.

Poza przykładami bezkompromisowego sprzeciwu wobec instalowanego systemu, znajdziemy tu zatem postawę „pozytywistyczną”, prezentowaną przez całkiem liczną część przedwojennej jeszcze profesury, czy szerzej – inteligencji.

I choć autor określa ją mianem „specyficznego melanżu konserwatyzmu z konformizmem”, równolegle przedstawia pewne racje i punkt widzenia środowiska, którego symbolami były figury takie jak Zygmunt Wojciechowski – intelektualista związany z ruchem narodowym, który po wojnie stworzył i wiele lat nadzorował Instytut Zachodni; Stanisław Kutrzeba – rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, po wojnie poseł komunistycznej Krajowej Rady Narodowej; czy stanowiący przykład najbardziej spektakularny – Eugeniusz Kwiatkowski, uchodzący za ojca największych sukcesów II Rzeczypospolitej: Centralnego Okręgu Przemysłowego oraz Gdyni, w nowej rzeczywistości pełniący funkcję Delegata Rządu do spraw Wybrzeża. Na łamach książki Semki znajdziemy też pierwiastki zawsze najbardziej problematycznego, rzeczywistego bądź domniemanego, „wallenrodyzmu”, a wreszcie – postawy wręcz neofickie. Ich symbolem są losy znanego konserwatysty Aleksandra Bocheńskiego czy przedwojennego wodza Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”, Bolesława Piaseckiego, posiadającego swój własny rozdział pod wiele mówiącym tytułem „Pierwszy endek PRL”.

Oczywiście, wszystkie te przykłady mają mniej lub bardziej kontrastować z wyborem kursu bezkompromisowo-niepodległościowego, którego wysoką cenę autor wielokrotnie podkreśla, i po którego stronie jednoznacznie umiejscawia swoją sympatię. Jednak, abstrahując od tej dość instrumentalnej funkcji, realnie wzbogacają one wymowę książki, szczególnie w przypadku czytelnika słabiej zorientowanego w zawiłościach tragicznego okresu powojennego.

Ten bowiem, stosunkowo często bywa ostatnio przedstawiany jako czas decyzji zero-jedynkowych, czas Wyklętych i zdrajców. Książka Semki, będąca – jak sam kilkukrotnie podkreśla – hołdem dla tych pierwszych, głosząca podziw dla ich uporu w zasadniczej kwestii niepodległości, unaocznia równocześnie jak niejednoznaczny był to okres, chociażby w porównaniu do okupacji niemieckiej, i jak różne były, niekiedy paradoksalne na tle życiorysów, ludzkie wybory.

Bardzo istotnym elementem omawianej pozycji jest także, wspomniane już wyżej, tło socjologiczne. W odwzorowywaniu go, Semka nie ogranicza się do autorskiej narracji i przytaczania konkretnych faktów. Stosuje natomiast bardzo ciekawy zabieg, polegający na sięganiu do dorobku powojennej kultury i uzupełnianiu swego opisu sytuacji za pomocą fikcyjnych, ale świetnie oddających społeczne realia utworów literackich i filmowych. Wykorzystuje tu zarówno dzieła powszechnie znane, że wspomnę znakomity serial w reżyserii Jana Łomnickiego – Dom, którego kolejne sceny przywoływane są w licznych rozdziałach, jak i te mniej popularne – choćby debiutancka, wydana na emigracji powieść Czesława Miłosza pt. Zdobycie władzy. Drugim czynnikiem, za pomocą którego Semka odmalowuje ów, będący mocnym punktem jego książki, kontekst społeczny lat powojennych są oczywiście liczne źródła historyczne: bardziej i mniej znane pamiętniki, niezliczone relacje, a także dokumenty Urzędu Bezpieczeństwa. Jednym z ciekawszych, przy tym zupełnie zapomnianym materiałem, który autor przywołuje, a na który warto zwrócić szczególną uwagę, jest etiuda filmowa Henryka KlubyOcalenie , stanowiąca pierwszą chyba w polskiej kinematografii, choć bardzo skromną, próbę rozliczenia  okresu stalinowskiego. Analogicznych „smaczków” znajdziemy w książce więcej.

Odwołania powyższe są oczywiście dość jednostronne, przedstawiając niemal wyłącznie krytyczny wobec nowego porządku punkt widzenia. W tym przypadku jest to jednak naturalne i wynika ze wskazanego przez autora celu – utrwalenia emocji tych, którzy nowemu porzadkowi byli przeciwni. Dzięki wspomnianym zabiegom, przywoływani przez Semkę bohaterowie-reakcjoniści nie funkcjonują w próżni. Tłem dla ich wyborów są jednym razem sterroryzowane i ponure, innym – pewne siebie i drwiące z władzy polskie ulice, dodające sobie animuszu dowcipami ośmieszającymi „obóz demokracji i pokoju”, skądinąd też licznie przytaczanymi w książce.

Trzeba oddać Piotrowi Semce, że porusza w swojej pracy także szereg tematów dla polskiej prawicy niewygodnych. Wyraźnym tego przykładem może być podejście do kwestii wielkiego zaniechania II Rzeczypospolitej – reformy rolnej.

Choć często jest ona przedstawiana jako jedno z tragicznych następstw objęcia władzy przez komunistów, autor uczciwie przyznaje, że bardzo zbliżony model proponowało już wcześniej Polskie Państwo Podziemne, które w trakcie wojny – co również jest w książce kilkakrotnie wspomniane – wyraźnie ewoluowało w kierunku lewicowym. Oczywiście, dalej dokonuje ostrej krytyki sposobu, w jaki reforma była wprowadzana, lecz samo odnotowanie faktu, przez szeroko rozumianą prawą stronę raczej pomijanego, wydaje się dobrze świadczyć o intencjach autora.

Podobnym przykładem może być sposób w jaki odnosi się do głośnych, budzących do dziś kontrowersje porachunków wewnątrz podziemia, w wyniku których zamordowanych zostało kilku żołnierzy i oficerów AK o sympatiach lewicowych. Choć w środowisku prawicowo-narodowym popularną od pewnego czasu postawą stało się usprawiedliwiać owe mordy  antykomunistycznymi – nie inaczej – motywacjami wykonawców (niezależnie od rzeczywistej winy ofiar!), autor wyraźnie się od podobnych pomysłów dystansuje. Wspomniane zagadnienia nie stanowią kluczowych wątków tej pracy. W skali blisko 900 stron, a tyle liczy książka, są kwestiami wręcz marginalnymi, jednak uważam, że uwzględnienie tego typu, wcale nie oczywistych, szczegółów, godne jest podkreślenia. Tak samo jak wyważone ujęcie wyjątkowo trudnego zagadnienia relacji polsko-żydowskich u schyłku wojny i w trakcie „utrwalania władzy ludowej”. Zwracając uwagę na fakty niezaprzeczalne, jak choćby kluczowa rola Żydów szczególnie w najbardziej znienawidzonym, okrytym złą sławą resorcie bezpieczeństwa, nie zapomina wspomnieć o „żydokomunistycznej obsesji” jaką część podziemia żywiła jeszcze w okresie okupacji niemieckiej. Podchodzi do tego problemu w sposób obiektywny, uwzględniający różne racje i motywy.

Tym niemniej pewnych, istotnych w kontekście całości, problemów autor nie podejmuje. Wydaje się bowiem, że w tak przekrojowej publikacji, stawiającej sobie za cel przybliżenie czytelnikowi motywów postępowania istotnej części narodu, wkraczającej w okres powojenny z nastawieniem antykomunistycznym, nie powinno zabraknąć pewnej refleksji na temat tych epizodów z działalności powojennego podziemia, które chluby mu nie przynoszą. W prawdzie tu i ówdzie pojawiają się nawiązania do występującej w skutek permanentnego osaczenia demoralizacji, autor przywołuje gorzką i tragiczną w swej wymowie relację Zygmunta Klukowskiego, jednak ostatecznie nie decyduje się poświęcić choćby niewielkiego rozdziału temu konkretnemu zagadnieniu. Uzasadnia to zresztą w emocjonalnym zakończeniu, gdzie zdawkowo wspominając o zdarzających się aktach zemsty, ostatecznie marginalizuje je, podkreślając ich niewspółmierność dla poświęcenia, z jakim podziemie antykomunistyczne walczyło o cel nadrzędny – Niepdoległość. „[...] Pamiętać należy o tym, co w tej walce dobre i szlachetne”, stwierdza wreszcie, porównując Wyklętych do powstańców styczniowych. Z podobną selektywnością zgodzić się nie sposób. Krytyczna refleksja nad tragicznym w skutkach rajdem „Burego” czy zbrodnią w Wierzchowinach, choćby ze względu na skalę ofiar – wydarzeniami niebagatelnymi, niewątpliwie nie zmieniłaby budzącej szacunek dla szeroko rozumianej „reakcji” wymowy książki, realnie ją przy tym wzbogacając i podkreślając tragizm tamtego okresu. Tak się jednak, ze stratą dla pracy, nie stało.

Autor nie ustrzega się też pewnych niekonsekwencji, wynikających, jak sie zdaje, z wyższości, z jaką traktuje opór zbrojny nad koncepcjami sprzeciwu politycznego, którego symbolem był Stanisław Mikołajczyk.

Trzeba przy tym oddać, że pomijany z różnych względów ostatnimi czasy, niezbyt wyrazisty na tle walki „leśnych”, PSL, znajduje w książce Semki swoje miejsce. Krytyczny wobec samego lidera autor przytacza szereg faktów i relacji świadczących o powszechnej wierze w jego zbawienną rolę i ogromnej nadziei, jaką dał milionom Polaków. Jednak w konkluzji, po postawionym przez siebie pytaniu o to, jak oceniać podjętą przez Mikołajczyka decyzję, „o grze w pozorowaną demokrację, odpowiada z wyraźnym krytycyzmem, że za eksperyment ten ogromną cenę życia i zdrowia płacili szeregowi działacze stronnictwa. Możnaby powiedzieć, że fakt to niepodważalny – w czym więc problem?

Otóż tego typu refleksja nie pojawia się przy omawianiu alternatywnej dla koncpecji Mikołajczyka, „gry na III wojnę”, stanowiącej główny argument za kontynuowaniem oporu zbrojnego. Wręcz przeciwnie, o ile w kontekście zasadności posunięć lidera ludowców wyczuwalne jest w narracji przeświadczenie o jego naiwności, o tyle w wątku dotyczącym ewentualnego konfliktu między demokracjami zachodnimi a ZSRR, autor przytacza szereg przesłanek mających świadczyć, że powszechne wówczas w części podziemia oraz – co zresztą pokazuje – niemałego odłamu społeczeństwa, przekonanie o jej nieodwracalności było uzasadnione.

Na potwierdzenie tego przywołuje nawet fakt zlecenia przez Churchilla opracowania tajnego planu na wypadek wojny z Sowietami. Nie dodaje, że kryptonim tegoż brzmiał bardzo wymownie – Operation Unthinkable (Operacja Nie Do Pomyślenia).

Pomija również, że po obu stronach żelaznej kurtyny postępowała wyraźna demobilizacja, na którą żadna ze stron w obliczu rzeczywistego zagrożenia wojną by się nie decydowała. Oczywiście – nie próbuję w ten sposób wykazać, że poważna część społeczeństwa wierząca w III wojnę, abstrahując od jej potencjalnych tragicznych skutków, była naiwna i irracjonalna. Byłoby to ahistoryczne i zbieżne z prądem, do którego krytycznie odniosłem się już we wstępie tego artykułu. Chodzi mi jednak o zwrócenie uwagi na niekonsekwencję autora w podejściu do dwóch zasadniczych koncepcji obecnych w „reakcyjnej” części społeczeństwa – stawki na wolne wybory i gry na III wojnę. Stawianie powyższych wątpliwości w kwestii działalności PSL-u, przy równoczesnym braku takowych w odniesieniu do aktywności podziemia, musi budzić zastrzeżenia. Tym bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę dwa lata stale okrajanego, ale jednak, pluralizmu i wynikającego z niego względnego wobec lat następnych spokoju, jaki dawała obecność ludowców w życiu publicznym.

Wydaje się, że z tego samego względu wyraźnie krytyczne jest nastawienie autora do kwestii „rozładowywania lasów”, polegającego na demobilizowaniu oddziałów partyzanckich. Do celu takiego, szczególnie początkowo, dążyło kierownictwo podziemia poakowskiego. W kontekście pierwszego prezesa Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, płk. Jana Rzepeckiego, pisze: „bezrefleksyjna wiara w obowiązek wyciągnięcia chłopców z powojennego potrzasku zakończyła się tragicznie”. I znów – w wielu przypadkach jest to niewątpliwie prawda. Pytanie, czy rzeczywiście lepszym rozwiązaniem, biorąc pod uwagę finał obranej drogi, było konsekwentne stawianie na walkę zbrojną? W jednym z wątków, poruszając kwestię podziemia narodowego i takiej właśnie decyzji, autor pisze, że uratowała je ona przed staniem się ofiarą ujawnień, jakie zniszczyły struktury WiN-u.

Jednak, mimo wielu przypadków prześladowań, wyraźna większość tych, którzy z amnestii skorzystali – okres stalinizmu przeżyła. Los tych, którzy z lasu nie wyszli był z reguły bardziej tragiczny.

Podobnie jak w przypadku akapitu poprzedniego – nie oceniam, która z dróg była wtedy bardziej słuszna. Uważam zresztą, że był to dylemat wyjątkowo dramatyczny, do którego po latach odnieść się nie sposób. Wskazuję jednak na pewną niekonsekwencję w ocenie poszczególnych koncpecji, wynikającą z nieukrywanych zresztą – co w tym przypadku zupełnie naturalne – sympatii autora.

Nie jest łatwo polemizować z książką, która już z założenia ma charakter bardzo subiektywny.

Niezależnie jednak od zarysowanych tu wątpliwości, odnoszących się głównie do interpretacji proponowanych w kilku ważnych kwestiach przez autora, My reakcja. Historia emocji antykomunistów 1944-1956 to przekrojowa, wychodząca poza dominujące ostatnimi laty schematy, pozycja.

Przyjęło się mówić, że przestrzeń kultury została w Polsce opanowana przez środowiska lewicowo-liberalne. I niewątpliwie jest w tym wiele prawdy. Jednak w kwestii kształtowania narracji historycznej, obserwujemy krystalizowanie się sytuacji zgoła odwrotnej. Tutaj od pewnego czasu dominuje szeroko rozumiana strona prawa – to ona nadaje ton dyskusji, ona kształtuje „trendy”, wreszcie – to z jej perspektywą zbieżna jest w dużej mierze linia najważniejszej zajmującej się historią instytucji. Praca Semki niewątpliwie ma potencjał, by odegrać na tym polu rolę niezwykle istotną, różniąc się przy tym od innych głośnych ostatnimi laty pozycji, proponowanych przez prawicowych publicystów. Czy tak się stanie? Zobaczymy.

Podziel się artykułem:

Bartosz Wójcik
Członek redakcji jagielloński24. Członek zarządu warszawskiego oddziału Klubu Jagiellońskiego.

Napisaliśmy już 2029 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

To nie pierwszy raz, kiedy mające promować patriotyzm gospodarczy działania rządzących w praktyce przynoszą więcej szkody, niż pożytku.

Wydali 2 miliony, a aplikacja ledwo działa. Jak rządowa agencja promuje regionalne produkty

Wydali 2 miliony, a aplikacja ledwo działa. Jak rządowa agencja promuje regionalne produkty

Piotr Trudnowski

Nie ma jednego, uniwersalnego modelu kontroli konstytucyjności. Nawet wśród idealizowanych nieraz państw Zachodu.

A jak to rozwiązali na Zachodzie? Przegląd systemów kontroli konstytucyjności

A jak to rozwiązali na Zachodzie? Przegląd systemów kontroli konstytucyjności

Arkadiusz Fordoński

Inicjatorzy projektu opowiedzieli się za koncepcją antropologiczną, która zakłada, że człowiek spełnia się także (a może przede wszystkim) poza pracą zarobkową.

Nie wszystko da się zamienić w złotówki. Wokół handlu w niedzielę

Nie wszystko da się zamienić w złotówki. Wokół handlu w niedzielę

Piotr Kaszczyszyn
Następny artykuł:

Chiny - pomiędzy kryzysem a transformacją

Chiny - pomiędzy kryzysem a transformacją