Polaku, skąd się wziąłeś?

Andrzej Leder, Nikodem Bończa-Tomaszewski, Jan Maciejewski | 21-11-2015 17:53:38 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Polaku, skąd się wziąłeś?
obrazy.org

Dyskusję o patchworkowej tożsamości współczesnych Polaków możemy „rozpiąć” między lekturą Eseju o duszy polskiej Ryszarda Legutki oraz Prześnionej rewolucji Andrzeja Ledera. Brakującym elementem tego sporu jest endecja oraz jej na wskroś nowoczesny program stworzenia „nowych Polaków” i „nowej polityki”. Stawka w tej ideowej grze jest naprawdę wysoka: czy możemy jako naród posiadający swoje państwo stać się prawdziwym podmiotem historii?

Nie prześnijmy szansy na podmiotowość

Maciejewski: Na początku powinniśmy się chyba wytłumaczyć, dlaczego w ogóle przyszedł nam do głowy pomysł, by zająć się na poważnie zjawiskiem polskiego nacjonalizmu. Ze względu na to, że pan profesor Leder jest psychoanalitykiem, spróbuję posłużyć się właśnie tym kluczem dla zrozumienia naszego postępowania. Prześledźmy więc strumień świadomości redaktorów „Pressji”, który doprowadził do powstania tego numeru. Na początku nie było pytania o nacjonalizm, tylko o podmiotowość narodu. Podmiotowość w sensie głębszym, bardziej pierwotnym niż tylko takim, o jakim pisała na przykład  „Teologia Polityczna”, czyli podmiotowości narodu na arenie międzynarodowej. Nam również chodziło o podmiotowość polityczną, ale w sensie źródłowym, czyli jako grupy osób, która jest zdolna do tego, żeby kształtować formę swojego istnienia, bytowania w historii.

Jak w każdej specjalistycznej psychoanalizie tak też i u nas musi pojawić się moment morderstwa ojca. Z pewnością w jakimś sensie naszym intelektualnym ojcem jest Ryszard Legutko.

Kilka lat temu napisał Esej o duszy polskiej, książkę co najmniej tak samo niebezpieczną, jak i prawdziwą. Zaczyna się ona od słów: „Polska, w której się urodziłem i Polska, w której żyję jest krajem zerwanej ciągłości”. Nastrój lamentu i rozgoryczenia, który jest obecny w tym zdaniu, przepełnia tak naprawdę cały Esej.... Z jednej strony to oczywiście prawda, bo przecież rzeczywistość, w której żyjemy jest wynikiem zerwania owej historycznej ciągłości, przez co nie narodziła się z naszej woli – nie my ją sobie „zrobiliśmy”. Co więcej, jest ona w pewnym sensie wynikiem gwałtu, jakiego dopuściły się na nas dwa totalitaryzmy, dwa sąsiednie narody. Ale jednocześnie takie tłumaczenie stanowi bardzo wygodne alibi i jednocześnie pretekst do zamknięcia się w swojej prywatności i zdjęcia ze swoich barków odpowiedzialności za ten fragment historii, w którym przyszło nam żyć. Legutko jest niezwykle blisko powiedzenia, że Polska, w której żyje, nie jest jego. I to jest jakieś fundamentalne niebezpieczeństwo, które jest obecne w tym stylu myślenia.

W tym momencie w naszej opowieści pojawia się Prześniona rewolucja Andrzeja Ledera. Poświęciliśmy tej książce kilka długich i zażartych dyskusji, których konkluzja była następująca: fundamentalnie nie zgadzając się z ostateczną wymową tej książki, uważamy, że jest to rzecz, którą absolutnie powinien przeczytać każdy konserwatysta. Prześniona rewolucja może pełnić rolę odtrutki na tę atmosferę lamentu i wycofania, którą prezentuje między innymi Ryszard Legutko. W tekście Nacjonalizm, nowoczesność, rewolucja porównuję pierwsze zdania z jednej strony Eseju o duszy polskiej, a z drugiej Prześnionej rewolucji. Podczas gdy Legutko zatrzymuje się na etapie rozpaczy i konstatacji klęski polskiej wspólnoty, Andrzej Leder idzie dalej i stwierdza, że w latach 1939 – 1956 dokonała się w Polsce rewolucja: okrutna, zła, krwawa, narzucona z zewnątrz, ale jednak rewolucja. I ta książka jest opowieścią o tym, że powinniśmy sobie zdać sprawę z obecności tej rewolucji w naszej historii i wyciągnąć z niej konsekwencje. XX wiek jest w naszej historii okresem nie tyle zerwania, jak chciałby Legutko, ale fundamentalnej zmiany. Polska, w której się urodziliśmy i w której żyjemy, jest zupełnie inną Polską, opartą na zupełnie innej, mówiąc językiem Prześnionej rewolucji, metafizyce, innym imaginarium, na zupełnie nowych wyobrażeniach społecznych. Największy dramat naszej historii polega jednak na tym, że to nie my dokonaliśmy tej zmiany. Ona została dokonana na nas, a właściwie przeciwko nam. W efekcie nie chcemy o niej pamiętać, spychamy jej istnienie w głąb naszej podświadomości. Chcemy prześnić tę rewolucję, ponieważ wolimy bierność, opisywaną i reprezentowaną jednocześnie przez Legutko, niż przyznanie się, że jednak w jakiś sposób braliśmy udział w tych wszystkich strasznych rzeczach, które się tutaj działy. Andrzej Leder mówi do nas: skończmy udawać niewinne dzieci. Może i nie byliśmy głównymi sprawcami tych wydarzeń, a nawet ich współsprawcami, ale kiedy Niemcy i Rosjanie robili naszą nowoczesność, to my staliśmy na czatach, pilnowaliśmy, czy nikt nie idzie. Prawo karne zna pojęcie pomocnictwa – to coś dużo mniej znaczącego od współudziału w przestępstwie, ale również może być podstawą orzeczenia winy. Pan profesor stosuje tu zabieg, który ja pozwoliłem sobie nazwać „równaniem Ledera”: im więcej winy przypisze się polskiej wspólnocie politycznej za to, co stało się w latach 1939 – 1956 oraz za kształt dzisiejszej Polski, tym więcej zdobędziemy podmiotowości. Tak długo, jak nie zdamy sobie sprawy, że braliśmy udział w tworzeniu Polski, w jakiej żyjemy, będziemy się czuli w niej obco. Do tego momentu w zasadzie zgadzam się z Andrzejem Lederem. Wydaje mi się jednak, że w duchu Prześnionej rewolucji można pójść znacznie dalej. Chodzi mi o to, że Polakom można przypisać znacznie więcej odpowiedzialności, a tym samym zdobyć jeszcze więcej podmiotowości – jeszcze mocniej utwierdzić się w swoim historycznym i politycznym istnieniu.

I tu wreszcie dochodzimy do tych Bogu ducha winnych nacjonalistów. Twierdzimy, że to właśnie oni udowodnili, że nie byliśmy skazani na rolę małych i chytrych pomocników wielkich sił historycznych, ale że sami mogliśmy się stać jedną z nich.

Oczywiście, pomimo że byliśmy do tego zdolni, tak się nie stało – i to jest właśnie nasza wina, wielka wina polskiej wspólnoty politycznej. Posługując się kategoriami prawniczymi, o ile profesor Leder próbuje przypisać Polakom winę wynikającą z pomocnictwa, z tego przysłowiowego stania na czatach, o tyle ja próbuję przypisać Polakom odpowiedzialność wynikającą z wielkiego historycznego zaniechania, polegającego na tym, że nie potrafiliśmy sami wkroczyć w nowoczesność, czym skazaliśmy się na bierność i doprowadziliśmy do sytuacji, w której to nasi wrogowie w tę nowoczesność nas wpychali – wbijali nam ją do głów kolbami.

Dziejową siłą, ruchem politycznym, który był w stanie nas wprowadzić do nowoczesności, byli nacjonaliści. To właśnie oni potrafili przeciwstawić się temu, co nazywam polską wrodzoną obojętnością na historię. Profesor Leder opisuje w swojej książce schemat powstawania rewolucji. My w numerze nazwaliśmy to „Rewolucja – instrukcja obsługi”. Instrukcja ta składa się z trzech części. Po pierwsze, żeby rozpocząć rewolucję, potrzebujemy nowej metafizyki, wielkiej idei, która byłaby w stanie zawładnąć wyobraźnią. Dwa kolejne elementy pozwalają tę nową metafizykę zrealizować, wcielić w „kościec imaginarium społecznego”, urzeczywistnić. Są to: radykalna, „klasowa” zmiana społeczna oraz zmiana w warstwie prawnej – na poziomie form, reguł rządzących funkcjonowaniem wspólnoty. Typiczną rewolucją jest oczywiście Rewolucja Francuska, a rolę wyznacznika wielkiej idei, która dyktować będzie rytm rewolucyjnych przemian, pełniła w czasie niej Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela. Ostateczny efekt tych wszystkich procesów jest taki, że w życiu codziennym, w sposobie, w jakim myślimy, w skrótach myślowych, jakimi się posługujemy, w bon motach, jakich używamy, przejawia się radykalna zmiana zasad „gry we wspólnotę polityczną”. Tutaj nie chodzi o jakieś pojedyncze, punktowe przesunięcie, ale o zmianę zasad i fundamentów.

Teza, którą stawiamy w tym numerze jest następująca: nacjonaliści mieli wszelkie warunki do tego, by taką rewolucję, zmianę zasad „gry w polskość”, przeprowadzić. Co więcej, oni nawet zaczęli to robić, ale z różnych względów ten projekt się zawalił.

Jak pokazuje dr Bończa-Tomaszewski w swojej książce Demokratyczna geneza nacjonalizmu, na przełomie XIX i XX wieku dosłownie kilkuosobowa grupa polskich narodowców, podjęła decyzję: polskość trzeba wymyślić zupełnie na nowo. Trzeba wymyślić na nowo polski naród, stworzyć go zupełnie od początku. Decyzja ta już w swoim brzmieniu, w swoich ambicjach i „pysze” była na wskroś nowoczesna. Jakikolwiek myśliciel o inspiracjach przednowoczesnych, a tacy w Polsce stanowili zawsze przygniatającą większość, nie byłby w stanie podjąć takiej decyzji. Nie wynika to z odwagi bądź jej braku, ale z granic wyznaczanych przez wyobraźnię. Trudno o wyraźniejszy przejaw pojawienia się „nowej metafizyki” jak rzucenie wyzwania dotychczasowemu porządkowi. Nacjonaliści zerwali też z innym elementem dotychczas panującej metafizyki, czyli z ideologią sarmacką. Byli wielkimi przeciwnikami „szlachetczyzny” a wraz z nią niemal wszystkiego, co wiąże się z I Rzeczpospolitą.

Na przełomie wieków nacjonaliści współpracowali też blisko z socjalistami. Roman Dmowski w deklaracji ideowej Nasz patriotyzm z 1901 roku stwierdza wprost, że socjalizm pełni pozytywną funkcję społeczną. Hasłem-kluczem dla zrozumienia tego wspólnego celu nacjonalistów i socjalistów jest sformułowanie „nowi ludzie”, którym to mianem określano pół czy wręcz ćwierć inteligentów – osoby potrafiące czytać, ale niespecjalnie oczytane. Otóż ci „nowi ludzie” byli dla twórców nowoczesnej koncepcji polskości esencją społecznej potencjalności; budulcem, z którego zbudowana zostanie przyszłość Polski. Dla „nowych ludzi” Roman Dmowski stworzył „nową politykę” – inny od dotychczasowego sposób myślenia o istocie polityczności. Myśli nowoczesnego Polaka mogły być równie dobrze zatytułowane Myśli nowego Polaka.

Polska rewolucja, krok w nowoczesność, dokonał się w ogromnej mierze właśnie dzięki nacjonalistom.

Podjęli walkę z postfeudalnym ładem gospodarczym, uświadomili narodowo masy „nowych ludzi”, wprowadzili do myślenia o wspólnocie i polityce zupełnie nowe kategorie. Nie udało im się natomiast zrobić jednej podstawowej rzeczy: nie przekuli tego całego dorobku na kategorie państwowe.

Tu właśnie tkwi przyczyna ich porażki. Będąc najbardziej wpływową siłą polityczną w polskim społeczeństwie, mając w II RP rząd dusz, nie sprawowali jednocześnie nigdy realnych rządów.

Moja teza jest następująca: jeżeli chcemy się poczuć podmiotowym narodem, podmiotową wspólnotą, to dajmy sobie spokój z obciążaniem się winą za pomaganie innym w robieniu nowoczesności na polskich ziemiach. Podbijmy stawkę biorąc na siebie winę zaniechania: nie przeprowadzając rewolucji, której wymagała od nas historia doprowadziliśmy do tego, że musieli ją zrobić za nas nasi wrogowie. Pamiętajmy o „równaniu Ledera” – im więcej przypiszemy sobie winy, tym większe prawdopodobieństwo, że przebudzimy się z bierności do podmiotowości.

Pamięć i odpowiedzialność

Leder: Przede wszystkim chciałbym podziękować za bardzo uważną lekturę mojej książki, za to, że kiedy się pan ze mną nie zgadza to mówi o tym wprost, a nie zmienia sensu mojego wywodu. Przechodząc do dyskusji, trzeba chyba powiedzieć, że podstawową sprawą w naszej rozmowie jest kwestia winy. To bardzo złożony problem. Nie do końca zgodziłbym się z tezą o prostym równaniu – im więcej winy sobie przypiszemy, tym większą uzyskamy podmiotowość. Moim zdaniem wina nie jest czymś, co można sobie przypisać albo nie; jest ona pewnym doświadczeniem. Możemy oczywiście wejść głębiej i pytać, czy jest to doświadczenie egzystencjalne, jak na przykład uważał Martin Heidegger, czy po prostu doświadczenie związane z pewnymi historycznymi okolicznościami. W mojej książce zajmuje się raczej tym drugim rodzajem doświadczenia, konkretnymi historycznymi wydarzeniami i winą, która w związku z nimi nas obciąża. Problemem w Polsce nie jest to, jaka narracja na temat winy naszego narodu stanie się dominująca, czy w sprawie Holokaustu będziemy mówić więcej o szmalcownikach czy o Polakach ratujących Żydów. Problemem jest rozziew między takim czy innym dyskursem, dominującym w sferze publicznej, a doświadczeniem, które w mojej opinii było doświadczeniem powszechnym. Skala obecności Żydów przed wybuchem wojny w polskiej rzeczywistości, a następnie sposób, w jaki dokonała się Zagłada – praktycznie na oczach wszystkich, niezależnie od tego, kto tej Zagłady dokonał, spowodowały, że to doświadczenie wciąż tkwi w indywidualnej pamięci Polaków. Cała trudność polega na dysonansie pomiędzy pamięcią indywidualną a tym, na ile ten temat występuje w naszej opowieści o nas samych. Napięcie między pamięcią indywidualną i zbiorową ujawnia się nie tylko przy okazji Holokaustu, ale również doświadczenia reformy rolnej, która zmieniła przecież życie 70% polskiego społeczeństwa. Fakt niezwerbalizowania tych doświadczeń do dziś ciąży nad naszą podmiotowością. Moim zdaniem powinniśmy przyznać: „Rzeczywiście, robiliśmy złe rzeczy. Przyznajemy się do tego i idziemy dalej”. Tylko w ten sposób może nam się udać wyjść z paraliżu, w jakim tkwimy. Kiedy mówię o upodmiotowieniu, mam przede wszystkim na myśli wzięcie odpowiedzialności za samego siebie, a to oznacza przyjęcie odpowiedzialności za wszystko, co się zrobiło – zarówno dobrego jak i złego. Chodzi tu nie tyle o jakiś rodzaj polityki historycznej, co o próbę oddania pewnego doświadczenia. Doświadczenie natomiast nie jest tożsame z prawdą historyczną; często bardzo się od niej różni.

W tym sensie nie zgodziłbym się z panem, że to równanie między winą a podmiotowością ma charakter liniowy. Powiedziałbym raczej, pozostając w metaforyce matematycznej, że jest to pewne maksimum. To maksimum zostaje osiągnięte w momencie, kiedy dotyka ono rzeczywistego doświadczenia jednostki.

Jednocześnie zgodzę się, że uznanie swojej odpowiedzialności za zło uwalnia podmiotowość. Uwalnia ją dużo bardziej niż wmawianie sobie, że wszystko w naszej historii było cudowne i nie mamy sobie nic do zarzucenia. W tym też sensie uważam, że przywołanie przez „Pressje” nacjonalizmu w tym kontekście jest bardzo interesujące. Nacjonalizm w naszej historii motywował do gotowości do radykalnych działań. Oczywiście często te działania były moralnie bardzo wątpliwe i odbywały się w imię specyficznie pojmowanego celu politycznego. Ale rzeczywiście, była to próba zdobycia się na polityczną podmiotowość.  

Czy rzeczywiście nasza wina polegała przede wszystkim na jakiegoś rodzaju historycznym zaniechaniu? Musimy pamiętać o realiach, o tym, że Polska była obiektywnie słaba w stosunku do III Rzeszy i Związku Radzieckiego. Trudno mi powiedzieć, czy celebracja zaniechania, tego, w jaki sposób polski nacjonalizm ostatecznie nie dał sobie rady z historycznymi realiami, może mieć charakter upodmiotowiający. Natomiast z pewnością należy przypominać o tym wielkim „ruchu upodmiotowienia”, jaki się wtedy dokonywał, zwłaszcza wśród warstwy chłopskiej.

Chłopi na arenie historii

Bończa-Tomaszewski: Muszę przyznać, że jako prosty historyk jestem onieśmielony tym, po jak szerokim polu tematów i zagadnień się poruszamy. Zacznę od tego, że cenię zarówno książkę profesora Ledera, jak i Esej o duszy polskiej. Obie te pozycje są ważne, ponieważ wprowadzają i rozwijają pojęcie zerwanej ciągłości historii Polski. My Polacy zasadniczo nie lubimy takich pojęć jak zmiana czy rewolucja. Kojarzą się nam one ze wszystkim, co najgorsze, dlatego wolimy mówić nie o „rewolucji”, ale o „transformacji”.

Szczerze mówiąc nie podzielam przekonania redaktorów „Pressji”, że upodmiotowienie polskiego narodu, oczywiście w tym głębszym sensie, o którym cały czas rozmawiamy, było w jakiś sposób ułomne w porównaniu do innych narodów Europy Zachodniej. Pan profesor wspominał o chłopach, jako o bardzo ważnej warstwie społecznej w historii Polski. Nacjonaliści byli z resztą w pełni świadomi tej „chłopskości” polskiego społeczeństwa. Chłopi w Polsce, którzy właściwie w XIX wieku jeszcze nie mają w pełni wykształconej świadomości narodowej, nie są żadnym fenomenem na tle Europy Zachodniej. We Francji jeszcze w połowie XIX wieku duża część ludności w ogóle nie mówi po francusku, tylko posługuje się językami, które z francuskim nie mają zbyt wiele wspólnego. Kiedy Eugen Weber w książce Peasants into Frenchmen opisał, jak wyglądał proces formowania się francuskiego narodu, wywołał histeryczne reakcję Francuzów – oni wręcz nie mogli się z tym pogodzić. Jeśli porównamy materiał zebrany przez Webera z tym, co działo się w Polsce, to okaże się, że strukturalnie to są niemal identyczne zjawiska. Są one oczywiście przesunięte w czasie, ponieważ państwo francuskie starało się przyspieszyć proces unarodowienia, ale ta różnica wynosi najwyżej 20 - 30 lat.

Różnica między Polską a Europą Zachodnią, bierze się natomiast z tego, że polski naród w żadnej fazie swego nowoczesnego istnienia nie był w stanie wytworzyć państwa, które byłoby w pełni jego państwem – państwem narodu polskiego. Posługuje się tutaj oczywiście  językiem Hegla, który uważał, że to naród tworzy państwo, a nie na odwrót. Niemcy są dobrym przykładem narodu, którego duch, w rozumieniu heglowskim, materializuje się w instytucjach, w organizacjach społecznych czy w społecznych procesach. W Polsce ten proces cały czas nie może zajść.

Zmiana, jaka zaszła w Polsce w latach 1939 - 1956 nie polegała na powstaniu narodu polskiego, ale na zniknięciu dwóch, kluczowych warstw społecznych: Żydów i inteligencji. Zwłaszcza brak inteligencji, jako warstwy narodowotwórczej, jest szczególnie odczuwalny. Drugim elementem tej zmiany jest, jak już zauważył pan profesor, pojawienie się chłopów na arenie dziejów.

Gdzieś między rokiem 1966 a powstaniem Solidarności chłopi stają się narodem. Proces ich unarodowienia był napędzany przez rywalizację państwa z Kościołem. Dynamikę, jaka powstała w ten sposób, można idealnie prześledzić przy okazji obchodów 1000-lecia chrztu Polski.

Pamiętajmy też, że zarówno Kościół, jak i państwo komunistyczne nigdy nie negowało potrzeby unarodowienia i obie te siły wspierały proces upodmiotowiania Polaków jako narodu. Po stronie komunistów wynikało to z przyjętej strategii; twierdzili oni, że świat komunistyczny będzie najlepiej funkcjonował, będąc podzielonym na grupy etniczne czy narodowe.

Natomiast postawa prymasa Wyszyńskiego ma swe korzenie w latach 30., kiedy duża część duchowieństwa dostrzegła, że ideologia narodowa i katolicyzm mogą iść w parze, oraz że proces unarodowienia nie tylko nie osłabia ewangelizacji, ale jest z duszpasterskiego punktu widzenia wręcz pomocny.

Mieszczaństwo i nowoczesność

Leder: Myślę, że w każdym narodzie są różne siły, które dążą do upodmiotowienia na bardzo różne sposoby, w ramach jednej idei narodowej. Nie inaczej było w Polsce. Nie zgodzę się z panem doktorem, że w Polsce to inteligencja była przed II Wojną Światową warstwą wiodącą w polskim społeczeństwie. Rolę tę wypełniał raczej pewien konglomerat urzędniczo-inteligencko-wojskowy, który wywodził się ze świata ziemiańskiego; jego mentalność tkwiła głęboko w ziemiańskim imaginarium. Model unarodowienia, który reprezentowała ta grupa, był czymś kompletnie różnym od tego, co proponowała endecja. Każdy proces upodmiotowienia narodowego jest jednocześnie upodmiotowieniem pewnej klasy czy warstwy społecznej, która dominuje w danym społeczeństwie.

Jednym z największych problemów polskiego społeczeństwa był brak burżuazji, czy raczej mieszczaństwa, i tego modelu upodmiotowienia, który ono reprezentuje.

Burżuazja jeżeli już się w Polsce pojawiała to była pochodzenia żydowskiego albo niemieckiego, więc w oczywisty sposób nie mogła czuć się tutaj politycznym podmiotem. Tymczasem o sile Niemiec czy Francji, przynajmniej w XIX wieku, przesądzało istnienie potężnej warstwy burżuazji.

Myślę, że krytyka szlachetczyzny formułowana przez Romana Dmowskiego nie miała natury estetycznej czy moralnej, ale przede wszystkim polityczną. Dmowski rozumiał, że dopóki w polskiej mentalności dominuje konglomerat inteligencko-urzędniczo-wojskowo-poetycki, który w skrócie możemy nazwać szlachetczyzną, dopóty w Polsce nie będzie miejsca na silną, dynamiczną warstwę burżuazyjną, która będzie zdolna realizować wielkie modernizacyjne projekty. Na drodze do tego celu stała też burżuazja żydowska, co było jedną z przyczyn antysemityzmu endecji.

Zniknięcie inteligencji wywodzącej się z ziemiaństwa, tego pogrobowca szlachetczyzny, sprawiło, że pojawiła się przestrzeń dla rewolucji burżuazyjnej w Polsce. I to jest właśnie to, co się zmieniło w okresie między II a III Rzeczpospolitą.

Maciejewski: Cytowaliście panowie przed chwilą Hegla. Otóż Roman Dmowski powiedział coś dokładnie odwrotnego niż Hegel: to państwo tworzy naród, a nie naród tworzy państwo. Jest to rzecz, która ustawia całą logikę procesu unarodowienia. W Polsce ten proces przebiegał od góry do dołu. Musimy też pamiętać, że podmiotowość nie jest nigdy sztuką dla sztuki – czymś „przezroczystym”, ale zawsze ma określoną treść i cel. Pan dr Bończa-Tomaszewski w swojej książce Demokratyczna geneza nacjonalizmu stwierdza, że aby móc stać się Polakiem, trzeba było wcześniej zostać demokratą. To stwierdzenie nakreśla nam pewien rytm, w jakim dochodziło do uzyskiwania podmiotowości. Najpierw było poczucie sprawczości politycznej, życiowej, a dopiero potem poczucie podmiotowości narodowej. Wewnątrz mechanizmu unarodowienie istnieje taki mechanizm, wewnętrzna dynamika wymuszająca trwały ruch „do przodu” i „w górę”.

Dlatego też dalszym etapem unarodowienia była ewangelizacja, a kolejnym dookreśleniem, treścią podmiotowości stało się chrześcijaństwo. Człowiekiem, który doskonale rozumiał istotę tego procesu był kardynał Wyszyński. Proponując projekt Wielkiej Nowenny prymas „przelicytował” Gomułkę, dał Polakom coś większego i szerszego. Jednocześnie „opakował” tę propozycję w formy ludowego katolicyzmu, przez co nie była ona obca czy nieprzystępna. Majstersztyk.  

Chciałbym też wskazać na pewną istotną różnicę między nami a profesorem Lederem w rozumieniu rewolucji, o jakiej cały czas rozmawiamy. Otóż Pan ogranicza ją do ściśle określonych ram czasowych, a my staramy się w tym numerze pokazać, że trwała ona dużo dłużej, a tym samym spojrzeć na nią z szerszego kontekstu i dostrzec, że nie zaczęła się ona w ‘39, ale na początku XX wieku albo może jeszcze pod koniec wieku XIX. Dzięki temu możemy opowiedzieć o niej w inny sposób niż pan to robi. Co więcej, wydaje mi się, że akurat opowiadany przez Pana w Prześnionej rewolucji fragment tej historii jest już od dłuższego czasu przez Polaków przepracowywany. Ta historia zasługuje na to, by opowiedzieć ją w całości; tylko wtedy będziemy mogli ją zrozumieć i wyciągnąć z niej wnioski.  

Leder: Oczywiście, wyznaczanie cezur czasowych jest zawsze sztucznym zabiegiem. Natomiast czymś niezwykle charakterystycznym dla II Rzeczpospolitej był „uwiąd” procesów, które zaczęły się jeszcze pod koniec XIX czy na początku XX wieku. Nie istniała siła polityczna zdolna do przeprowadzenia reformy rolnej albo stworzenia mieszczaństwa z prawdziwego zdarzenia. Z tego punktu widzenia początek II Wojny Światowej był jak spuszczenie historii z łańcucha. Wszystko to, co działo się już po 1956 r. było już raczej tylko dopełnieniem, domknięciem procesów, które zaczęły się dużo wcześniej.

Bończa-Tomaszewski: Musimy zdać sobie sprawę, że nacjonalizm był na ziemiach polskich awangardą nowoczesności; sposób myślenia, który proponowali nacjonaliści całkowicie wpisywał się w nurt myślenia nacjonalistycznego czy narodowego w Europie. Nacjonaliści faktycznie chcieli obalić wszystkie zaszłości feudalizmu i stworzyć nowe społeczeństwo, akceptując koszty tego procesu takie jak umasowienie, obniżenie ogólnego poziomu intelektualnego i tak dalej. Natomiast jako ruch polityczny, a już nie społeczny, nacjonalizm był w Polsce w sumie dosyć impotentny.

W tym samym czasie, kiedy Dmowski pisał Myśli nowoczesnego Polaka, Konrad Prószyński wydał ponad milion dwieście tysięcy samouczków do uczenia się czytania i pisania dla chłopów.

Jeden człowiek, który miał skromne wydawnictwo i wielką ideę, żeby nauczyć polskich chłopów czytać po polsku, zaczynający z pozycji ubogiego studenta Uniwersytetu Warszawskiego, uczynił więcej dla unarodowienia chłopów i Królestwa Polskiego niż nacjonaliści czy narodowcy, którym poświęcamy dużo uwagi, rozmawiając o nich teraz oraz ucząc o nich dzieci w szkołach.

Później, jeżeli spojrzymy na II Rzeczpospolitą, to znowu mamy niezwykle silny ideowo ruch polityczny, który jednak nie jest w stanie funkcjonować politycznie i realnie wpływać na funkcjonowanie państwa. Współcześnie możemy zaobserwować podobny paradoks. Nacjonalizm jako ideologia polityczna radzi sobie bardzo słabo i chyba nie doczekamy się nigdy partii nacjonalistycznej, która byłaby w stanie zdobyć realny wpływ na funkcjonowanie państwa. Jednocześnie jednak świadomość polskiego społeczeństwa jest niezwykle „znacjonalizowana”, „unarodowiona”; idea narodowa stała się przejrzysta i wszechobecna jak  powietrze.

Dyskusja odbyła się 11 marca 2015 r. w Warszawie. Rozmowę prowadził Stanisław Starnawski a punktem wyjścia była 38. teka Pressji pt. „Prześniony nacjonalizm”.

Dyskusja pochodzi z najnowszej 40-41 teki Pressji pt. „Chcemy więcej”. Zachęcamy do wyboru jednej z trzech opcji prenumeraty pisma.

Podziel się artykułem:

Andrzej Leder
Filozof kultury, pracownik naukowy Polskiej Akademii Nauk. Autor „Prześnionej rewolucji. Ćwiczeń z logiki historycznej”.
Nikodem Bończa-Tomaszewski
Menedżer, ekspert IT, publicysta, historyk. W latach 1994-2007 redaktor kwartalnika Fronda, od 2007 jest członkiem redakcji kwartalnika „44 / Czterdzieści i Cztery”. Autor książek „Demokratyczna geneza nacjonalizmu” oraz „Źródła narodowości”. Od 2006 roku zaangażowany w cyfryzację sektora publicznego w Polsce.
Jan Maciejewski
Sekretarz redakcji czasopisma Pressje, dziennikarz Rzeczpospolitej.

Napisaliśmy już 2074 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

„Postmaterialistyczny zwrot” może okazać się szczególnie wartościowy z perspektywy zbliżających się wyborów samorządowych.

PiS idzie po nowe mieszczaństwo

PiS idzie po nowe mieszczaństwo

Bartosz Brzyski

Wasz premier, nasz Sejm – zdaje się mówić Jarosław Kaczyński do „pozytywistów”, „reformatorów” czy „gołębi” z obozu rządzącego.

Wasz premier, nasz Sejm

Wasz premier, nasz Sejm

Krzysztof Mazur

Czas na nowe otwarcie w polityce historycznej: zbudujmy pozytywistyczne Muzeum Cywilizacji w Łodzi.

Inka i Łukasiewicz na jednym cokole

Inka i Łukasiewicz na jednym cokole

Piotr Kaszczyszyn
Następny artykuł:

Expose na dwa głosy

Expose na dwa głosy