Rewolucja podmiotowości

Krzysztof Mazur | 09-07-2015 18:30:26 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Rewolucja podmiotowości
uefa.com

Ostatnie wybory prezydenckie ujawniły głębszą zmianę zachodzącą w młodym pokoleniu. Jej sens da się wyrazić jednym słowem: podmiotowość. Dotychczas ten termin funkcjonował przede wszystkim jako opis sprawczości państwa na arenie międzynarodowej. Państwo podmiotowe to takie, które samo wyznacza sobie cele i posiada zasoby, by te cele osiągać. Tym samym słowem można opisać również sprawczość jednostek, grup społecznych, miast, instytucji, wreszcie państwa w aspekcie polityki wewnętrznej. Kluczowe dla tych wszystkich przypadków jest bowiem pytanie, czy dana jednostka lub instytucja ma zasoby, by określać i realizować ambitne cele. 

Łukasz Podolski w koszulce reprezentacji Polski

Dwa lata temu pisałem, że w szczególny sposób rosnące pragnienie większej podmiotowości widoczne jest wśród młodszego pokolenia. Osoby przed trzydziestką nazwałem wtedy „pokoleniem przyblokowanych szans”. Nie był to wynik jakichś wnikliwych analiz socjologicznych, ale raczej próba znalezienia wspólnego mianownika dla popularnych opinii, powszechnych zwłaszcza wśród osób pochodzących z mniejszych miejscowości.

Pierwszym impulsem do określenia takiego właśnie punktu wspólnego dla młodych ludzi było pytanie licealisty: Dlaczego już młodzi polscy piłkarze wyjeżdżają do zachodnich szkółek piłkarskich? Dlaczego nie jest na odwrót i żaden reprezentant Niemiec nie gra w polskim klubie? Zaskoczył mnie, bo jakoś przyzwyczaiłem się, że tak już musi być. Realizując projekt uczący młodzież nowoczesnego patriotyzmu odbywałem coraz więcej takich rozmów. Wybitny laureat olimpiady chemicznej tłumaczył mi, że złożył papiery na zachodni uniwersytet, bo w Polsce nikt nie ma szans na Nobla. Licealiści z Nowego Sącza pytali dlaczego kiedyś w ich rodzinnym mieście mógł powstać innowacyjny Optimus, a dziś wszyscy starsi koledzy z pomysłami wyjeżdżają.

To były głosy liderów. Ich mniej przebojowi koledzy brzmieli jeszcze bardziej pesymistycznie. Że nie warto już studiować, bo patrząc na starsze rodzeństwo i kolegów widać, że od tego nie zależy ciekawa praca. Że nawet stała praca może nie wystarczyć, by wziąć kredyt na własne mieszkanie, więc do czterdziestki czeka ich życie pod jednym dachem z rodzicami. Że nie warto o tym głośno mówić, bo od razu dostaje się łatkę frustrata i nieudacznika. Słuchając takich opinii miałem wrażenie, że kryzys podmiotowości dotyka już najbardziej podstawowego poziomu: poziomu ludzkiej egzystencji. Jakby młodzi ludzie przestali wierzyć, że w swoich miejscowościach znajdą warunki do realizacji jakichkolwiek celów. W ich głowach życie było gdzie indziej - w Krakowie, w Warszawie, w Londynie. 

Dyskutując, zwykle poszukiwaliśmy jednak alternatywnych scenariuszy. Wówczas okazywało się, że inny świat był przecież możliwy. Wystarczyło zaraz po 1989 roku dokonać gruntownych zmian w PZPN-ie i ustanowić zasady rzeczywistej konkurencji. Pewnie od razu nie dorównalibyśmy klubom niemieckim, ale stworzylibyśmy uczciwy system gwarantujący bezpieczeństwo na stadionach i transparentność dla sponsorów. Sport często przewijał się przez nasze rozmowy, bo w nim znakomicie odbijają się problemy życia społecznego jako całości.

Większość sukcesów ostatnich lat - Małysz, Kowalczyk, Kubica, Radwańska, Gortat, Bródka - wynikała raczej z uporu jednostek i ogromnego poświęcenia ich rodzin, niż była efektem sprawnie działającego systemu.

Polityk i działacz sportowy nie byli współautorami tych osiągnięć, ale przychodzili na gotowe, gdy można było spijać już śmietankę. 

Z utalentowanym młodym chemikiem snuliśmy wizję, jak należało uniezależnić uniwersytety od administracji uczelnianej i zastanych układów profesorskich, by zamiast konserwować feudalizm postawić na uczciwą konkurencję. Pewnie nie udałoby się nam przegonić Harvardu, ale patrząc na zagraniczne sukcesy polskich naukowców można zaryzykować scenariusz, w którym dzięki poważnym reformom wchodzilibyśmy dziś do pierwszej setki najlepszych światowych uczelni, zamiast tkwić w czwartej setce rankingu szanghajskiego.

Wreszcie z licealistami z Nowego Sącza wyobrażaliśmy sobie zmianę, jaką dla ich miasta byłaby autostrada i szybka kolej skracające czas podróż do Krakowa z ponad dwóch godzin do trzech kwadransów. Takie wsparcie pozwoliłoby nowosądeckim firmom korzystać z wykwalifikowanej kadry oraz zasobów infrastrukturalnych stolicy Małopolski. Bez nich miasto zostało skazane na stopniową marginalizację, czego najlepszym przykładem jest historia nowosądeckiej szkoły WSB-NLU. W latach ‘90 była jedną z najlepszych prywatnych szkół biznesowych w kraju, z wybitną kadrą naukową i studentami z całej Polski. Dziś jej znaczenie ogranicza się wyłącznie do Sądecczyzny.  

Na tych prostych przykładach odkrywaliśmy oczywistą zależność między możliwością osiągania indywidualnych celów a sprawczością otaczających nas instytucji. Okazywało się, że nie ma indywidualnej podmiotowości bez podmiotowości państwa. Dla wielu moich rozmówców pozostawała tylko emigracja.

Odrzućcie utarte schematy

Wiele dychotomii mających porządkować nasze myślenie o sprawach publicznych okazuje się więc złudnych. Dyskusje z młodymi poddają w wątpliwość podział na indywidualistów i wspólnotowców. Miałem bowiem przed sobą genetycznych wręcz indywidualistów, którzy słowa „wolność”, „autentyczność”, „samorealizacja” odmieniali przez wszystkie przypadki. Jednocześnie owi indywidualiści rozumieli, że w pojedynkę niewiele mogą. Wystarczyła krótka rozmowa, by uznali, że realizacja ich marzeń zależy od kondycji otaczającego ich świata - szkoły, uniwersytetu, dróg, kolei, prawa, podatków, rynku mieszkaniowego, PZPN-u. Mało tego, przeważnie widzieli fałsz skrajnego liberalizmu głoszącego, że dobrej jakości usługi w dowolnym zakresie każdy z nas może sobie indywidualnie wykupić. Tak oto indywidualiści marzący o własnej podmiotowości, którzy nie chcieli wyjeżdżać za granicę, na moich oczach stawali się wspólnotowcami.

Podobnie fałszywy okazywał się podział na idealistów i materialistów. Nie jestem piewcą rządów młodych i za śmieszne uważam opinie głoszące wyższość intelektualną i moralną młodego pokolenia nad zdegenerowanymi „starymi”. W każdym pokoleniu liczba cyników, pragmatyków i idealistów jest mniej więcej stała.

Jednocześnie widzę, że osoby z mojego pokolenia i młodsze są bardziej otwarte na myślenie w kategoriach dobra wspólnego, sprawiedliwości czy po prostu uczciwych zasad gry.

Nie dzieje się tak wcale z uwagi na ich domniemany idealizm, ale właśnie pragmatyzm. Dostrzegając przyblokowane ścieżki awansu w różnych obszarach życia, „na własnej skórze” doświadczyli potrzebę przemyślenia na nowo zasad rządzących Polską.

Wreszcie rozmowa o podmiotowości ujawnia rytualność sporu wolnorynkowców z etatystami. W każdej grupie młodych znajdzie się przynajmniej jedna osoba sympatyzująca z Korwinem, broniąca skrajnych poglądów wolnorynkowych. Dla takiej osoby podmiotowość oznacza wolność gospodarczą nieskrępowaną ograniczeniami biurokracji. Bardziej doświadczeni przedsiębiorcy będą jednak zabiegać o aktywniejsze zaangażowanie państwa: nie z powodu etatystycznych przekonań, ale w wyniku doświadczeń z zagranicznymi konkurentami, którzy uzyskują dostęp do kolejnych rynków dzięki aktywnemu wsparciu swoich rządów. Wreszcie inny pogląd będą mieli pracownicy zatrudnieni na umowach śmieciowych, medialni „prekariusze”. Zgodnie z ich doświadczeniem to brak stabilności zatrudnienia uniemożliwia im dalszy rozwój: zdobycie własnego mieszkania (brak zdolności kredytowych) czy założenie rodziny. Na ich etapie życia podmiotowość nie ogranicza się bowiem wyłącznie do wolności gospodarczej, ale wymaga również minimum bezpieczeństwa, które jest niezbędne do założenia rodziny.

Rozmawiając o tych wszystkich aspektach dochodzimy do wniosku, że ideologiczny spór o wyższości wolnego rynku nad etatyzmem jest jałowy.

W niektórych aspektach działalności gospodarczej rozwiązania wolnorynkowe służą podmiotowości, podczas gdy ten sam model zastosowany w innym miejscu osłabia sprawczość jednostek. Tak oto wolnorynkowcy szukający podmiotowości odkrywają sens rozwiązań solidarystycznych. 

Krytyka elit spod znaku „nie da się”

Patrząc z perspektywy podmiotowości możemy lepiej zrozumieć bunt przeciwko sposobowi myślenia części elit współczesnej Polski. Socjolodzy opisując opozycję demokratyczną lat ‘70 i ‘80 wskazywali na jej antypaństwowy rys. Mobilizując społeczeństwo przeciwko władzy komunistycznej dysydenci posługiwali się dychotomią: dobre społeczeństwo vs złe państwo. Ten schemat działał w czasach Solidarności, ale stał się wielkim obciążeniem po odzyskaniu niepodległości. Lewica solidarnościowa, piórem Jacka Kuronia w głośnej książce Wiara i wina, głosiła, że jej duchowość jest antyformalistyczna. Dlatego wartość stanowiła wolność jednostki i społeczeństwa, podczas gdy państwo to zagrożenie symbolizujące wszelką opresję. Z kolei prawica solidarnościowa po transformacji swój antypaństwowy rys zamieniła w naiwną wiarę w pozytywną moc niewidzialnej ręki rynku. W jednym zdaniu streścił to Tadeusz Syryjczyk, minister przemysłu w rządzie Tadeusza Mazowieckiego: najlepszą polityką przemysłową jest brak takiej polityki

Jak taki sposób myślenia elit solidarnościowych ocenia po 26 latach „pokolenie przyblokowanych szans” pokazała twitterowa akcja #wygaszone. Internauci masowo wrzucali zdjęcia zlikwidowanych zakładów pracy, których upadek oznaczał degradację ich rodzinnych miast. Uczestnicy tej akcji lepiej od ikon Solidarności rozumieli, że nie ma wolności indywidualnej bez świadomej polityki państwa, aktywnie zabezpieczającej podmiotowość obywateli.

Mylił się zatem Kuroń naiwnie wierząc w siłę jednostki i społeczeństwa pozbawionych wsparcia ze strony silnych instytucji. Mylił się również Syryjczyk ufając, że rynek zapewni najlepszą politykę przemysłową, wystawiając w ten sposób polski przemysł na wykupienie przez zachodnie koncerny.

To właśnie przebijająca przez te opinie ucieczka od polityczności i swoista anty-państwowość stała za brakiem rewolucji w polskiej piłce, głębokich zmian na polskich uczelniach, degradacją Nowego Sącza, brakiem realnej polityki mieszkaniowej. Zamiast uznać świeżo odzyskane państwo za instrument wzmacniający podmiotowość społeczną, nasze elity potraktowały go jako zagrożenie, ciało obce. Woleli mówić o prawach człowieka i społeczeństwie obywatelskim, niż zbudować świadomą politykę propaństwową. Za Marcinem Królem, „pokolenie przyblokowanych szans” może powiedzieć pokoleniu ikon Solidarności tylko jedno: macie racje, byliście głupi

Oczywiście generacja Solidarności ma prawo się bronić. Przecież przez ostatnie 26 lat zrealizowała trzy cele, które chętnie zamyka w słowach: demokracja, kapitalizm, Unia Europejska. Łaknące podmiotowości młode pokolenie nie może jednak uznać tego za spektakularny sukces Polski.

Nasz ustrój demokratyczny jest raczej niespójną zbitką rozwiązań z innych krajów, niż autorskim modelem zasługującym na szacunek czy godnym naśladowania przez innych. Przeciwnie, fatalne w skutkach rozbicie władzy wykonawczej, systemowe przyblokowanie inicjatyw obywatelskich czy niedokończona reforma samorządowa są lekcją dla innych, jak nie projektować ustroju demokratycznego.

Sposób implementowania w Polsce kapitalizmu także pozostawia wiele do życzenia. Wolnorynkowe reformy realizowano bowiem u nas pod dyktando zachodniego kapitału, nie dbając o interes polskiej gospodarki. Przykład bydgoskiej PESY pokazuje, że inny model był możliwy.

Przypomnijmy: na początku lat 90-tych PESA została wydzielona ze struktur PKP i przekazana pod zarząd pracowniczy, by w 2001 stać się przedsiębiorstwem prywatnym. Firmę przejęli i rozwinęli zatrudnieni tam inżynierowie, przekształcając ją w globalnego potentata.

To właśnie nieźle wykształconym polskim inżynierom, a nie zachodniemu kapitałowi, trzeba było przekazać te tysiące państwowych zakładów pracy. Część z nich, jak choćby Zakłady Radiowe im. Kasprzaka, Zakłady Telewizyjne Elemis czy Zakłady Telefoniczne ZWUT, dziś mogłyby konkurować na globalnym rynku z Philipsem czy Siemensem. Tak się jednak nie stało, stąd trudno bezkrytycznie oceniać kształt polskich przemian gospodarczych.

Wreszcie wejście do Unii Europejskiej przez wielu przedstawicieli elit przedstawiane jest jak dar od losu. W rzeczywistości jednak UE to w najlepszym wypadku gwarantka pokojowej współpracy narodów, a nie bogata ciotka rozdająca prezenty. Automatyczne implementowanie dyrektyw unijnych i bezrefleksyjne pozyskiwanie środków może prowadzić raczej do uzależnienia, niż do wzmocnienia polskiej podmiotowości. Dlatego modernizacja zredukowana do hasła „wydawajmy granty unijne” jest tak krótkowzroczna (do 2020 r.), jak i pozbawiająca nas sprawczości (kluczowe zasady wydatkowania grantów są wyznaczane w Brukseli). Reasumując, „młodzi” może i są wdzięczni „starym”, że nie poszliśmy drogą Białorusi, ale istotniejszy jest jednak żal, że nie zrealizowaliśmy żadnej autorskiej wizji, tylko dostosowywaliśmy się do warunków zewnętrznych.

Co nas czeka? 

Paradoksalnie, choć „pokolenie przyblokowanych szans” lubi mówić o podmiotowości, samo nie jest jeszcze podmiotem historii. Nie przeszło z fazy buntu do fazy wyartykułowania całościowego programu zmian.

Trudno zatem mówić o jasnej wizji tego, czym miałaby być tytułowa rewolucja podmiotowości. Jej treść dopiero kształtuje się na naszych oczach. Można jednak wskazać kilkanaście wymiarów, które mogą złożyć się na tę zmianę.

Odkrycie na nowo polskiej kultury 

Podstawowy wymiar to odradzająca się podmiotowość polskiej kultury. Przez lata obowiązywał u nas paradygmat przyswajania i tłumaczenia na polskie realia zachodnich wzorców kulturowych. Dziś to podejście staje się coraz bardziej anachroniczne. Widać to w niezwykłym renesansie polskich wątków w muzyce, teatrze, sztukach plastycznych, sztuce użytkowej (np. ubraniach).

Potrzebę takiej zmiany odnotował nawet Paweł Pawlikowski, który po otrzymaniu Oskara ubolewał, że za mało u nas „rzeczy oryginalnych”, „obserwacji własnego mikrokosmosu”, a za dużo „udawactwa zachodniego”.

Przy czym „udawactwo zachodnie” może dotyczyć zarówno lewicy zachłystującej się francuskim postmodernizmem, jak i prawicy rozkochanej w amerykańskich neokonserwatystach. Tak odlegli od siebie nastoletni miłośnicy Żołnierzy Wyklętych i reżyser „Idy”, poszukując inspiracji w polskiej kulturze są przejawem zmiany całego paradygmatu. Jest to absolutnie kluczowe w kontekście podmiotowości, która zaczyna się od przyjęcia własnej tożsamości. I nie chodzi tu o naiwną apologię, bo podejście krytyczne jest niezbędne, by przyjąć ją w sposób dojrzały. Najważniejsza zmiana polega na tym, że w punkcie wyjścia nie traktujemy własnej kultury jako niższej, nieatrakcyjnej, wymagającej odrzucenia. 

Odzyskanie sterowności przez polskie uniwersytety

Newralgicznym elementem każdej kultury są uniwersytety. W ostatnich miesiącach doszło do pierwszego od 1981 roku protestu środowiska naukowego. Istotą kryzysu jest rozdarcie polskich uniwersytetów przez procesy o przeciwnych wektorach i sprzecznych logikach. Administracja uniwersytecka i kadra profesorska broni status quo, czyli masowego kształcenia; młoda kadra naukowa domaga się zniesienia habilitacji i uczciwych reguł konkurencji ze starszymi kolegami; studenci coraz głośniej krytykują studia masowe, gdyż ich ceną jest dewaluacja dyplomów; państwo coraz mocniej wymusza udział uczelni w projektach unijnych nastawionych na badania i rozwój, co wymaga otwarcia i elastyczności; rynek narzuca myślenie w kategoriach użyteczności dla gospodarki i zysku finansowego. Polskie uniwersytety nie są podmiotowe, gdyż ich kluczowi interesariusze oczekują od nich realizacji sprzecznych celów. Dlatego konieczna jest głęboka reforma sposobu ich zarządzania i określenie na nowo ich misji.

Rewolucja technologiczna w świecie mediów

Odradzająca się podmiotowość polskiej kultury ma ścisły związek z rewolucją technologiczną w świecie mediów. Dotąd część ważnych centrów medialnych miała krytyczny stosunek do polskiej tradycji, co skutkowało marginalizowaniem pewnych tematów. Do tego tradycyjne media funkcjonowały na zasadzie komunikacji jednokierunkowej: nadawca (podmiot) -> odbiorca (przedmiot). Web 2.0 rządzi się zupełnie innymi prawami. Świat scentralizowanych mediów zastąpiła zdecentralizowana sieć. Komunikację jednokierunkową zastąpiła dwukierunkowa, gdzie każdy odbiorca jest jednocześnie nadawcą treści, choćby poprzez komentarze, zarządzanie własnymi profilami w mediach społecznościowych czy generowanie memów. Każdy użytkownik Internetu odrzuca bycie biernym konsumentem debaty publicznej i chce być jej aktywnym podmiotem. Dlatego rewolucja technologiczna osłabiła siłę oddziaływania tradycyjnych mediów, zwiększając podmiotowość środowiskowych portali, blogerów i vlogerów, popularnych profili społecznościowych czy wręcz pojedynczych liderów opinii. Kiedyś kilku redaktorów mogło skazać rotmistrza Pileckiego na zapomnienie. Dziś poświęconych mu jest kilkadziesiąt popularnych profili na FB, a on sam stał się autentyczną ikoną dla wielu młodych.

Zmiana relacji obywatel-państwo 

Jeśli w Internecie, na tej współczesnej agorze, młodzi czują się podmiotami mającymi pełne prawo uczestnictwa w debacie politycznej, to zmieniają się również ich aspiracje wobec państwa. Nie chcą być więcej petentami zależnymi od woli wyalienowanych polityków i biernych urzędników, ale mieć realny wpływ na jego kształt.

Możemy podzielać część krytycznych uwag na temat JOW-ów, ale nie ma wątpliwości, że stoi za nimi prosta emocja: odtąd posłowie będą słuchali nas, a nie swoich partyjnych szefów.

JOW-y to jednak tylko symbol pragnienia większej zmiany na linii obywatel-państwo, która domaga się zwiększenia wpływu jednostki na sprawy publiczne. Dlatego za JOW-ami idą postulaty wzmocnienia instytucji referendów czy wprowadzenia nowych elementów demokracji bezpośredniej. Obywatel chce być dziś podmiotowy względem państwa. 

Ruch zmiany w miastach 

Zmiana relacji obywatel-państwo dotyczy także samorządu. To mit, że centralizacja to wyłącznie problem „Warszawy”. Popularność ruchów miejskich pokazuje, że petentami czują się również mieszkańcy innych dużych miast wobec swoich lokalnych włodarzy. Dlatego rewolucja podmiotowości będzie wymuszała na władzy samorządowej konkretne zmiany, czego zapowiedzią jest rosnąca popularność budżetów obywatelskich. Nie rozwiązują one jednak zasadniczego problemu. Jest nim chęć realnego i regularnego wpływania obywatela na przestrzeń publiczną w mieście, bez konieczności wchodzenia w lokalną politykę, czyli aspirowania do bycia radnym czy burmistrzem. Dziś mieszkańcy mają bardzo ograniczony wpływ na remont chodnika przed blokiem, przebudowę lokalnego skweru czy zmianę w publicznej podstawówce, do której chodzą ich dzieci. Dlatego poszukiwane są nowe formy wpływu mieszkańców miast na przestrzeń publiczną

Odzyskanie praw przez rodziców 

Szczególną instytucją samorządową, na którą obywatele chcą mieć większy wpływ, jest szkoła. Symbolem rewolucji w tym obszarze był głośny medialnie spór o tzw. sześciolatki, który przerodził się następnie w ruch „Ratuj maluchy” i setki tysięcy zebranych podpisów pod inicjatywą ustawodawczą. Za tą akcją stało Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców, a nazwa tego stowarzyszenia ujawnia istotę sporu. Wśród wielu rodziców narasta świadomość, że nie mają oni żadnego wpływu na sposób funkcjonowania szkoły, do której chodzą ich dzieci. Choć w teorii to oni ponoszą odpowiedzialność za ich wychowanie i wykształcenie, to w praktyce szkołą zarządza triada: samorząd-MEN-ZNP. Dlatego rewolucja podmiotowości będzie narastać wokół kształtu systemu edukacji. Rodzice chcą mieć większy wpływ na szkoły publiczne lub mieć możliwość (np. za sprawą zniesienia rejonizacji i wprowadzenia bonu edukacyjnego) wysłać dzieci do takich szkół, gdzie ich zdanie będzie respektowane. 

Zrównoważony model rozwoju kraju  

Co ciekawe, do zwiększenia swojej podmiotowości aspirują nie tylko mieszkańcy miast, ale także ich włodarze. Z jednej strony zostali rozochoceni przez marzenia Benjamina Barbera, że będą kiedyś rządzili światem. Z drugiej, czują jak organy centralne państwa zrzucają na samorząd kolejne obowiązki, w zmian nie zostawiając w gminach większych środków z podatków.

Znamienne jest, że do sukcesu Kukiza przyczynił się prezydent Lubina Robert Raczyński, który wypowiedział wojnę „Warszawie”, gdy ta obłożyła KGHM specjalnym podatkiem miedziowym.

Ta największa w województwie dolnośląskim spółka została w ten sposób wydrenowana z kolejnych zysków przez centralę. Podobnych historii nasi burmistrzowie i prezydenci mają do opowiedzenia bardzo wiele. Rewolucja podmiotowości narasta zatem również ze strony polskich miast. Samorządy domagają się zmiany polityki rozwojowej na bardziej zrównoważoną, by mieć więcej instrumentów pozwalających im prowadzić podmiotową politykę.

Zakorzenienie partii w życiu społecznym  

W samorządzie widać również kolejne pole rewolucji, którym jest zmiana dotychczasowego sposobu funkcjonowania partii. Wielu młodych polityków „ucieka w samorząd”, bo odrzuca dominujący w partiach mechanizm awansu uzależniony nie od pracy w terenie, ale od decyzji kierownictwa. Taki model prowadzi do wyjaławiania struktur z realnych liderów na rzecz „miernych, biernych, ale wiernych”. Dlatego w długim okresie musi doprowadzić do kryzysu tych struktur. Odpowiedzią na ten niszczący polskie partie mechanizm jest ich umasowienie, zakorzenienie w realnych organizacjach społecznych i wprowadzenie przejrzystych zasad awansu. Wtedy partie nie będą wyłącznie wąskimi kadrówkami, prywatnymi folwarkami swoich liderów, ale masowymi organizacjami publicznymi, gdzie odbywa się realna dyskusja programowa i jawnie podejmowane są decyzje personalne. Dodajmy, że najdalej od postulowanego modelu są nowe inicjatywy polityczne. Choć na sztandarach mają „walkę z partiokracją i kolesiostwem”, to tak naprawdę jeszcze mocniej odtwarzają krytykowany model. Nie dają bowiem żadnej podmiotowości swoim lokalnym działaczom, nie mówiąc już o klarownych kryteriach awansu. Liderzy tych inicjatyw oczywiście wiele mówią o „oddolnym ruchu społecznym”, by w rzeczywistości w swoim ręku zachować jednoosobową władzę decydowania o wszystkim. Budowane na odpodmiotowieniu swoich sympatyków, takie inicjatywy nie mogą być realnymi nośnikami rewolucji podmiotowości.

Przezwyciężenie „grantozy” w III sektorze  

Uzależnienie od centrali nie jest tylko problemem samorządowców i lokalnych polityków. Doskonale widać go również w codziennym funkcjonowaniu organizacji pozarządowych. Agnieszka Graff trafnie nazwała ten problem „grantozą” i "NGO-izacją”. Organizacje społeczne odchodzą od swojej misji, bo zajęte są̨ własnym przetrwaniem. Ubiegają̨ się̨ o granty, uczą się̨ biurokratycznej nowomowy, a realizując wymagania systemu, zatracają̨ własną antysystemową tożsamość. (…) Stopniowo dopasowują̨ swoje cele do celów źródeł finansowania. W ten sposób organizacje społeczne, w imię profesjonalizacji, tracą swoją podmiotowość. Jedyną realną odpowiedzią jest zdywersyfikowanie budżetów NGO-sów o dotacje od firm i osób prywatnych, czemu sprzyjać muszą impulsy ze strony państwa. Nasze organizacje muszą zastąpić odgórny model finansowania modelem oddolnym. Ich podmiotowość będzie rosła wtedy, gdy będą odpowiadały przed swoimi indywidualnymi darczyńcami, a nie przed urzędnikiem w Warszawie czy Brukseli.  

Wyrwanie z rozwojowego dryfu   

Społeczeństwo obywatelskie finansowane przez obywateli jest możliwe dopiero wtedy, gdy ci obywatele są wystarczająco zamożni. Stąd rewolucja podmiotowości musi odbyć się również w sferze gospodarczej. Chyba najważniejszy głos w tej sprawie to raport Jerzego Hausnera „Kurs na innowacje. Jak wyprowadzić Polskę z rozwojowego dryfu?”. Hausner pokazuje, że nasza gospodarka znalazła się w punkcie zwrotnym. Dotąd rozwijaliśmy się dzięki napływowi kapitału zagranicznego, co miało związek z niskimi kosztami pracy. Dziś ten model rozwoju zależnego osiągnął swój kres. Musimy wykonać zwrot w kierunku nowej polityki przemysłowej, zwiększenia innowacyjności rodzimych firm prywatnych oraz zaprogramowania ich na eksport. Hausner w ten sposób rozprawia się z wizją modernizacji „a la Syryjczyk” obowiązującą w Polsce po 1989 roku. Symbolem tej modernizacji były starania polskich instytucji o tworzenie Specjalnych Stref Ekonomicznych, które przyciągały zagraniczne inwestycje kosztem wieloletnich zwolnień podatkowych i likwidacji rodzimych przedsiębiorstw.

Po latach okazuje się, że prawdziwą podmiotowość gospodarczą zapewniają tylko polskie firmy, które z sukcesami podbijają globalne rynki, jak wspomniana PESA.

Obserwowana moda na nowoczesny patriotyzm gospodarczy, zwrot ku repolonizacji i rosnący patriotyzm konsumencki potwierdza, że coraz więcej osób zaczyna myśleć w ten sposób.

Stworzenie nowoczesnej armii

Kurs na innowacje połączony ze zmieniającą się sytuacją międzynarodową może przekształcić podejście do rodzimej armii. Przez lata tematyka obronna funkcjonowała najpierw w kontekście znienawidzonego poboru przymusowego, następnie kolejnych miliardów wydawanych na niekończące się restrukturyzacje, wreszcie polityki ekspedycyjnej w Afganistanie i w Iraku. Dziś wyraźnie nadchodzi czas nowej polityki obronnej. Po wydarzeniach na Ukrainie coraz powszechniejszy jest pogląd, że w tej części świata nie możemy szczycić się wyłącznie jednostkami specjalnymi, pozostając jednocześnie zupełnie bezbronnym na własnym terytorium. Polska musi mieć armię zapewniającą jej bezpieczeństwo w przypadku ataku z zewnątrz. Droga do tego wiedzie przez innowacje. Przez wiele lat wojsko było synonimem zacofania, podczas gdy w innych krajach to właśnie ścisłe powiązanie armii, uczelni wyższych i rodzimego biznesu pozwoliło ze środków wydawanych na obronę uczynić koło zamachowe całej gospodarki. To, że Dolina Krzemowa powstała dzięki inwestycjom militarnym a Internet jest „produktem ubocznym” badań nad możliwością wojny nuklearnej, jest już dziś powszechnie znane. Ciągle wiedzą niszową pozostaje jednak fakt, że tą drogą nie idzie tylko USA, ale również państwa mniejsze niż Polska. Znakomita książka Naród start-upów. Historia cudu gospodarczego Izraela Dana Senora i Saula Singera opisuje, jak Izrael stał się jedną z najnowocześniejszych gospodarek świata dzięki powiązaniu inwestycji zbrojeniowych z rodzimymi innowacjami. Trzeba tylko przestać kupować przestarzały zagraniczny sprzęt, a zacząć odbudowywać własny przemysł zbrojeniowy. Wymaga tego zarówno podmiotowość polskiej gospodarki, jak i nasze bezpieczeństwo.  

Fundamentalna zmiana w myśleniu o wolności

Wszystkie opisane powyżej procesy są przejawem fundamentalnej zmiany, która dokonała się w naszym myśleniu o wolności. Powszechnie znane jest rozróżnienie na wolność negatywną („wolność od”) i wolność pozytywną („wolność do”). Wolność negatywna odnosi się do sytuacji, gdy nie jesteśmy przymuszani z zewnątrz do określonych działań; jednocześnie milczy na temat możliwości osiągania przez nas określonych celów. Wolność pozytywna, przeciwnie, kładzie nacisk na możliwość osiągania przez podmiot określonych celów, bez zajmowania się kwestią zewnętrznego przymusu.

Rewolucja podmiotowości nie jest zatem niczym innym, jak odkryciem przez młode pokolenie, że wolność negatywna nie wystarcza. Co z tego, że nikt nie zabrania im zdobyć Nobla, skoro nie mają zasobów instytucjonalnych, by to osiągnąć?

I to chyba najpełniej oddaje spór pokoleniowy toczący się dziś w Polsce. Dla elit solidarnościowych, które większość życia spędziły w systemie komunistycznym ingerującym w życie prywatne obywateli, ideałem było państwo oparte na wolności negatywnej. Wystarczyło uwolnić ludzi od ingerencji państwa, by wejść do krainy wiecznej szczęśliwości. Dlatego lansowana przez lata demokracja liberalna miała być szczytem naszych marzeń. Po 26 latach „pokolenie przyblokowanych szans” zrozumiało, że to nie wystarcza. Pełnię wolności osiągamy dopiero w ustroju republikańskim, który obok praw i wolności jednostki kładzie nacisk na dobro wspólne stanowiące instytucjonalne zabezpieczenie podmiotowości jednostek, grup społecznych, instytucji, miast, słowem - całej wspólnoty politycznej. Dopełnieniem opisanej tu rewolucji podmiotowości musi być zatem wzmocnienie pierwiastków republikańskich w ustroju Polski, by dobro wspólne nie było wyłącznie pustym hasłem.

Budowa podmiotowości państwa

I tak dotarliśmy do punktu zasadniczego. Musi istnieć jeden sprawny ośrodek koordynujący, który będzie synchronizował wszystkie opisane tu zmiany. Bez takiego ośrodka te oddolne procesy, zamiast wzmacniać podmiotowość wspólnoty, będą prowadziły do jej rozbicia. Taką rolę koordynującą może pełnić jedynie państwo. Tymczasem współczesna Polska w najbardziej podstawowym sensie nie jest krajem podmiotowym, gdyż nie jest w stanie realizować dalekosiężnych celów. I nie chodzi tu wyłącznie o znamienne słowa Ministra Spraw Wewnętrznych, że „państwo polskie istnieje tylko teoretycznie”. Chodzi o dużo poważniejsze analizy ujawniające niewydolność instytucjonalną naszego kraju, jak książka Artura Wołka Słabe państwo. Wołek diagnozuje nasze trzy kluczowe słabości: brak planowania strategicznego; niewydolność administracji uniemożliwiającą wygrywanie sporów z antypaństwowymi grupami wpływu; nieudolność w zjednywaniu sobie społecznego poparcia dla przyjętych celów. W jednym z wywiadów Wołek plastycznie podsumował: nasze państwo jest jak upędzony na sterydach osiłek: może wyglądać groźnie, jest w stanie pohałasować, ale gdy przychodzi do przebiegnięcia stu metrów, dostaje zadyszki. Opisana tu rewolucja będzie możliwa dopiero wtedy, gdy Polska odzyska podmiotowość. W tym celu państwo musi wycofać się z pewnych sfer, dając więcej autonomii jednostkom niższego rzędu. Skupiając się na mniejszej liczbie zadań powinniśmy wreszcie stworzyć sprawne państwo, sprintera zdolnego do biegu. I nieważne, czy chodzi o budowę elektrowni atomowych, stworzenie warunków, by powstała globalna polska marka czy zdobycie tytułu mistrza świata w piłkę nożną. Polska musi zacząć osiągać ambitne cele. Wielkość każdego z nas zależy bowiem od jej wielkości.

Podmiotowość jako klucz w relacjach z Unią Europejską

Zwrot w kierunku podmiotowości musi pociągnąć za sobą też bardziej podmiotową politykę Polski w ramach Unii Europejskiej. Wbrew pozorom nie musi to oznaczać antyeuropejskiego zwrotu: choć kryzys gospodarczy Unii i problemy Grecji nasilają sceptycyzm wobec integracji, to jednak obecność w unijnych strukturach jest już dla młodego pokolenia czymś naturalnym. Dlatego powinniśmy wiązać polski interes narodowy ze skuteczniejszą polityką w ramach UE, co wymaga opowiedzenia się za silniejszą integracją w niektórych sferach. Tę ideę ostro postawił Marcin Kędzierski wykazując, że dziś podmiotowość jest istotniejsza od suwerenności. Patrząc z tej perspektywy powinniśmy przestać myśleć „defensywnie” o swoim miejscu w Europie i zaproponować autorską koncepcję rozwoju całej Unii. Celem, wobec rosnącego znaczenia państw grupy BRICS, powinno być uczynienie z Europy światowego lidera gospodarki opartej na wiedzy. Przy okazji tego procesu naszym obowiązkiem powinno być wyrwanie Polski z peryferiów Europy. Musimy przy tym pamiętać, że wyłącznie silne i sprawne państwa mogą  w ramach Unii podmiotowo realizować swoje długofalowe strategie, czego najlepszym przykładem są Niemcy. W tym kontekście dużym „sprawdzam” są prowadzone właśnie negocjacje ws. umowy TTIP. Umowy, której zapisy mogą mieć zasadnicze znaczenie dla konkurencyjności i warunków działania poszczególnych sektorów polskiej gospodarki, od rolnictwa po energetykę. Nasza podmiotowość w Unii jest funkcją podmiotowości wewnętrznej. Słabe państwa czeka los peryferii, los pastwiska eksploatowanego przez globalne koncerny.

Nie chodzi o odmłodzenie, lecz o Zmianę

Rafał Matyja w ważnym tekście Odmłodzenie to jeszcze nie Zmiana studzi entuzjazm tych, którzy w politycznym trzęsieniu ziemi ostatnich tygodni widzą nieuchronność głębszej zmiany. Nie będzie nią nagła kariera kilku młodych polityków, jeśli nie zaproponują oni nic nowego, działając według doktryny „stare idee minus doświadczenie”. Nie będzie nim także wejście do Sejmu „antysystemowców”, o ile swój ruch będą budowali na odpodmiotowieniu swoich sympatyków. Wyrwanie Polski z rozwojowego dryfu wymaga czegoś więcej, zmiany hierarchii ważności podejmowanych problemów, sposobów ich rozwiązywania, nowych idei, niekonwencjonalnych pomysłów. Taką perspektywę daje rewolucja podmiotowości. Środowisko, które nada jej kształt szczegółowego i całościowego programu politycznego, będzie dominowało w Polsce przez kolejne 25 lat.  


Artykuł jest rozbudowaną wersją wystąpienia wygłoszonego na konferencji „III RP-bunt młodych?” zorganizowanej przez Fundację Batorego (16 czerwca 2015) oraz na panelu „Anatomia buntu” na Kongresie „Myśląc Polska” Prawa i Sprawiedliwości i Zjednoczonej Prawicy (4 lipca 2015). Jest również zapowiedzią nowego numeru kwartalnika „Pressje” na temat rewolucji młodych pod roboczym tytułem „Chcemy więcej!”. Zachęcamy do włączenie się w pracę nad tym numerem (pressje@kj.org.pl). Chodźcie z nami! 

Podziel się artykułem:

Krzysztof Mazur
Doktor politologii, filozof, działacz społeczny; prezes Klubu Jagiellońskiego, członek redakcji Pressji; pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego; członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP. Stały współpracownik jagielloński24.

Napisaliśmy już 1836 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Być może globalny zachodni ancien régime i dziś mógłby się spotkać z aspirującymi potęgami światowymi, zwłaszcza tymi z grupy BRICS, w pół drogi.

Czy ład światowy można zreformować?

Czy ład światowy można zreformować?

Michał Kuź

Model, w którym jeden „czempion” ciągnie za sobą na zagraniczne rynki swoich podwykonawców czy dostawców to zjawisko powszechne wśród koncernów zagranicznych.

Sikorski: Bez zjednoczenia wielkie koncerny nas „zjedzą”

Sikorski: Bez zjednoczenia wielkie koncerny nas „zjedzą”

Maciej Dulak

Projekt Centralnego Portu Lotniczego, jeśli tylko właściwie oszacujemy liczbę obsługiwanych pasażerów, ma ekonomiczny sens.

To może się udać

To może się udać

Leszek Wiśniewski
Następny artykuł:

Umowy śmieciowe. Czy diabeł jest taki straszny jak go malują?

Umowy śmieciowe. Czy diabeł jest taki straszny jak go malują?