Gra w państwo

Radziejewski: Jesteśmy gospodarczą kolonią

Bartłomiej Radziejewski, Paweł Grzegorczyk, Piotr Kaszczyszyn | 07-05-2015 12:53:10 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Radziejewski: Jesteśmy gospodarczą kolonią
flickr.com

Największe wyzwanie jakie stoi dziś przed Polską? Przezwyciężenie naszego neokolonialnego statusu. Po roku 1989 zostaliśmy pchnięci na ścieżkę rozwoju zależnego. Zależnego – w zbyt dużym stopniu, bo przeciwieństwem nie jest oczywiście autarkia, lecz nowocześnie rozumiana gospodarka narodowa - od zewnętrznego kapitału i gospodarczo-politycznych centrów, z których on pochodzi. Takich jak Berlin, Waszyngton czy Paryż. Tylko w samym 2013 r. zagraniczne podmioty wyprowadziły z Polski 82 mld zł. zysków. Piotr Kaszczyszyn i Paweł Grzegorczyk w rozmowie z redaktorem naczelnym Nowej Konfederacji, Bartłomiejem Radziejewskim.

Szukając wiodącej myśli czy wspólnego mianownika dla kolejnych numerów Nowej Konfederacji zwróciliśmy uwagę na postkolonializm- pojęcie wywodzące się z teorii literatury, silnie eksploatowanego przez środowiska lewicowe. I tutaj pojawiła się wątpliwość. Czy nie jest tak, że postkolonializm jest tak szerokim pojęciem, że można pod niego podłożyć dowolną diagnozę? Trochę jak wolny rynek czy socjalizm, wykorzystywane głównie jako „pałki” w ideologicznej wojnie. 

Muszę zacząć od uporządkowania pojęć. Postkolonializm i neokolonializm to dwie różne diagnozy. Pierwsza mówi, że kolonializm jest przeszłością, druga - że teraźniejszością. W Polsce obie mają zastosowanie, choć postkolonializm jest błędny, gdy mówi, że kolonizacja jest już za nami. Świetnie natomiast opisuje negatywny bagaż kulturowy wynikający z długotrwałego podporządkowania, nawykami niewolniczymi, których ciężko pozbyć się nawet w sytuacji, gdy kolonizatora już nie ma, a kraj odzyskał niezależność. W przypadku Polski diagnoza postkolonialna jest szczególnie wartościowa w kontekście analizy czasu zaborów, czy PRL-u, bo w obu tych przypadkach byliśmy ofiarami kolonizacji.

Natomiast pojęcie neokolonializmu pozwala znacznie lepiej zrozumieć, co się stało z Polską po 1989 r.: cichy podbój przez Zachód, pełen przyjacielskiej, filantropijnej wręcz retoryki. Przechwycenie najbardziej intratnych sektorów gospodarki i pchnięcie kraju na ścieżkę tzw. rozwoju zależnego. Zależnego – w zbyt dużym stopniu, bo przeciwieństwem nie jest oczywiście autarkia, lecz nowocześnie rozumiana gospodarka narodowa - od zewnętrznego kapitału i gospodarczo-politycznych centrów, z których on pochodzi. Takich jak Berlin, Waszyngton czy Paryż.

Do czego w praktyce sprowadza się różnica między tymi diagnozami? Postkolonializm mówi, że głównym problemem jest pochodząca z przeszłości mentalność. Wystarczy więc wyzwolić umysł, żeby się z tego wydobyć. Jednak dzięki diagnozie neokolonialnej wiemy, że to naiwność: na straży naszej zależności stoją bowiem wielomiliardowe interesy zachodnich firm i wspierających je rządów. Każda próba ich naruszenia spotka się więc z silną reakcją obronną.

Wracając teraz do waszej tezy: twierdzenie, że to ogólniki, pod które można podciągnąć cokolwiek, jest moim zdaniem absurdalne. Ta diagnoza jest w radykalnej kontrze do dominujących w naszym kraju od ćwierćwiecza narracji o „najlepszym okresie w historii Polski”, „wielkim reformatorze Balcerowiczu” i tak dalej. Ludzie głoszący tak rozumianą teorię neokolonialną, w tym część środowiska Nowej Konfederacji (a wśród nich ja), nieustannie obrywają z różnych stron.

Zróbmy w takim razie małe „sprawdzam”. Przerwa w zajęciach, stoimy z kolegą przy automacie z kawą i próbujemy mu wytłumaczyć w 30 sekund o co chodzi z tym neokolonializmem. Wstajesz rano i idziesz po bułki na śniadanie do Biedronki, która jest portugalska. Po południu wsiadasz do swojego amerykańskiego Opla i jedziesz do francuskiego Carrefoura zrobić zakupy, bo wieczorem spotykasz się ze znajomymi na domówce. Po północy pojawia się mały głód więc idziecie na hot doga. Po drodze okazuje się, że nie masz gotówki, więc wybierasz pieniądze z bankomatu swojego hiszpańskiego banku. Czy to dobra opowieść o współczesnym polskim neokolonializmie?

Trafiająca do wyobraźni, ale to wciąż tylko opis sytuacji, pozbawiony interpretacji. Nasz kolega mógłby wzruszyć ramionami i powiedzieć no i co z tego? Mamy globalną konkurencję, więc nie ma nic złego w smacznych hot dogach z Carrefoura. Tymczasem istotą neokolonializmu jest fakt, że kupując tę parówkę z sosem meksykańskim dokładamy swoją cegiełkę do procesu wielomiliardowego drenażu polskiej gospodarki.

Na potrzeby analizy tego zjawiska ukułem pojęcie renty neokolonialnej. Na czym ona polega? Istnieją dwie drogi drenażu polskiej gospodarki, a tym samym pobierania renty neokolonialnej przez zagraniczne firmy. Pierwsza, legalna to wyprowadzanie części zysków zgodnie z obowiązującymi w Polsce przepisami podatkowymi. W roku 2013 było to w sumie 82 mld złotych, czyli równowartość 5% polskiego PKB. Kwota większa niż łączny budżet Ministerstwa Zdrowia i NFZ oraz dwa i pół razy tyle, ile wynosi budżet MON. Dodatkowo należy zwrócić uwagę, że w ciągu ostatnich 10 lat drenaż wzrósł radykalnie: z 1,7 proc. ówczesnego PKB do 5 proc. dzisiejszego (prawie dwa razy wyższego).

Druga, nielegalna metoda opiera się na manipulacji tzw. „cenami transferowymi”. Nie mogąc wysłać legalnie do centrali tyle, ile by się chciało, sprzedaje się jej wytwarzane na miejscu produkty po zaniżonych cenach, a kupuje od niej po zawyżonych. Przykład: filia zachodniego banku w Polsce zleca stworzenie koncepcji logotypu. Na ile można wycenić taką usługę? Jeden zrobi to za tysiąc złotych, a drugi za milion. W ten sposób otwiera się szerokie pole do kreatywnych manipulacji.

Szukając śladów tych nielegalnych drenaży warto zwrócić uwagę na saldo błędów i opuszczeń w Bilansie Płatniczym RP. Jak wskazują teoretycy peryferyjności i neokolonializmu, tacy jak Immanuel Wallerstein, kryzysy są momentami, kiedy poziom drenażu peryferii przez centrum wzrasta. Po wybuchu kryzysu finansowego saldo błędów i opuszczeń skoczyło w Polsce o ok. 40 mld złotych. Szkoda tylko, że choćby w przeciwieństwie do Indii, jesteśmy pozbawieni instytucji wyspecjalizowanej w walce z takimi metodami twórczego wyprowadzania pieniędzy z naszej gospodarki. Zamiast tego mamy panią Krysię z Urzędu Kontroli Skarbowej, która wchodzi do siedziby zagranicznego holdingu na kontrolę. Wychodzi uradowana, że przyłapała firmę na nieprawidłowościach w CIT rzędu kilkunastu tysięcy złotych. Jednak jeszcze większą radość odczuwa po jej wyjściu zarząd holdingu, który, manipulując właśnie cenami transferowymi, wyprowadził z Polski kilkadziesiąt milionów złotych. Pani Krysia nie ma o tym rzecz jasna zielonego pojęcia, nie wie nawet jak się do tego zabrać.

Jan Sowa w wywiadzie dotyczącym swojej nowej książki Inna Rzeczpospolita jest możliwa! postawił zdecydowaną tezę, twierdząc, że Polska jaką znamy dzisiaj zniknie w 2020r. Ma się to wiązać z wyczerpaniem obecnego modelu gospodarki opartej na taniej sile roboczej, końcem funduszy unijnych, dramatycznych wskaźnikach demograficznych. Co ciekawe, biorąc udział w dyskusji panelowej w czasie Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, po przywołaniu przez nas tych tez, przedstawiciel organizacji Młodzi Reformują Polskę stwierdził, że owszem mamy rację, ale jesteśmy nieprecyzyjni co do daty. Koniec Polski nastąpi bowiem w roku 2032 r. i oni to wyliczyli.

Nie znam tych wyliczeń i jestem mocno sceptyczny wobec prób tak szczegółowego przewidywania przyszłości. Ale kierunkowo uważam te prognozy za słuszne, niestety. Rzecz w tym, że coraz wyraźniej wyczerpuje się nasz neokolonialny model rozwoju. On może przynieść - i przyniósł Polsce – krótkofalowe zyski. Problem w tym, że z czasem cena za krótkowzroczną wyprzedaż sreber rodowych jest coraz wyższa. To trochę tak jak z zyskami z własnej firmy. Można ją napompować i sprzedać przy pierwszej okazji. Albo oprzeć się pokusie, zamiast spieniężać doinwestować, i po jakimś czasie mieć z tego źródło wysokich dochodów do końca życia. Długofalowy bilans będzie miażdżąco niekorzystny dla pierwszego z tych modeli.

Dominujące w Polsce od 1989 r. elity wybrały pierwszą drogę. I negatywne skutki ich decyzji są coraz bardziej widoczne. Dwucyfrowe bezrobocie pomimo dwumilionowej emigracji,  perspektywa utknięcia w tzw. pułapce średniego dochodu (czyli, mówiąc po ludzku, ugrzęźnięcia w miernocie), rosnąca renta neokolonialna. Do tego dochodzi postępująca korozja rdzeniowych części państwa, takich jak edukacja, centrum rządu czy wymiar sprawiedliwości. I jeszcze radykalnie zagęszcza się sytuacja międzynarodowa.

I co? Żaden polityk nie zgłasza wiarygodnych propozycji rozwiązania tych problemów, a media głównego nurtu – i lewicowe, i prawicowe – mielą w kółko jakieś pierdoły, które nasi politykierzy im podrzucają. Potrzebujemy na gwałt nowych elit, bo obecne po prostu nie mają kwalifikacji do kierowania krajem takim jak Polska.  

Zatrzymajmy się na moment przy funduszach unijnych, które są świetnym przykładem rozwoju zależnego. Sprawiają, że nasz rząd i administracja skupiają się na ściąganiu pieniędzy z kolejnych programów operacyjnych, przy okazji zaciągając często kredyty na pokrycie wkładu własnego. W konsekwencji zamiast tworzyć własną wizję rozwoju Polski, dostosowują się do wytycznych z Brukseli. Wymownym przykładem tej praktyki były spoty wyborcze PO o 300 mld złotych z UE.

Po pierwsze, myślę, że warto odczarować propagandę narosłą wokół funduszy unijnych, mówiącą o nieprawdopodobnym rozwoju związanym z ich pozyskiwaniem. W raporcie MSZ wydanym w związku z 10-leciem obecności Polski w UE - który trudno podejrzewać o zaniżanie wskaźników ze względu na jego wyraźnie propagandowy, euroentuzjastyczny charakter – stoi jak byk, że członkostwo w Unii zwiększyło nasz wzrost PKB o 0,7 pkt procentowego rocznie. Mówienie o cudzie czy choćby tylko dużym przyśpieszeniu to więc w świetle faktów zwykłe zaklinanie rzeczywistości.

Po drugie, w Polsce zapanowała kompletna głupawka jeśli chodzi o fundusze unijne. Poziom przestawienia kadry urzędniczej, ale też języka eksperckiego czy politycznego na kwestie współczynnika absorpcji środków unijnych jest absolutnie nieadekwatny tak do ich wielkości, jak i do skali problemów stojących przed naszym krajem. Funkcjonowanie polskiej dominującej elity urzędniczo-ekspercko-politycznej w oparciu o wdrażanie programów unijnych i pisanie unijnych grantów to jest droga donikąd; ćwierćśrodek, który nie zastąpi nam wizji długotrwałego rozwoju.

Zrobiło się naprawdę ponuro. Spróbujmy więc naszkicować plan upodmiotowienia Polski i wyjścia z tej neokolonialnej pułapki. Nasze portfele podpowiadają nam, że kluczowa będzie sfera finansowa. Krok pierwszy- repolonizacja banków?

Przykład ostatnich lat pokazuje, że nawet przy tak nieudolnych rządach jak obecne możliwe jest częściowe odwojowanie sektora bankowego. Po przejęciu przez Bank PKO BP Nordei udział polskiego kapitału w sektorze bankowym skoczył do 40%, a ilościowo mówimy o wzroście rzędu 100 mld złotych w dłuższym czasie. To spory postęp. Natomiast moim zdaniem można było zdziałać dużo więcej, gdyby repolonizacja była strategicznie przemyślana i konsekwentnie realizowana przez dłuższy czas. Oczywiście nie chodzi mi o wywłaszczanie, lecz o korzystanie z nadarzających się okazji, takich jak ostatni kryzys finansowy, kiedy ceny wielu zachodnich banków poleciały na łeb na szyję, a polskich akurat nie.

Dyskutując na temat upodmiotowienia Polski warto zwrócić uwagę na ujęcie Rafała Matyi, który traktuje naszą peryferyjność nie jako fatum, lecz - szansę i wyzwanie. Pozytywnym przykładem takiej wykorzystanej szansy może być Korea Południowa. Kraj, w którym pierwsza huta powstała w latach 60. XX wieku (o dwa wieki później niż u nas), potrafił przejść drogę od zacofanego państwa rolniczo-rybołówczego do potentata w dziedzinie gier komputerowych, informatyki i wysokich technologii, prześcigając w niedługim czasie Polskę i wiele innych gospodarek. Jak oni to zrobili? Przekształcili słabość w siłę: wykorzystując niskie koszty pracy postawili na eksport i skutecznie konkurowała na światowym rynku niską ceną swoich niskiej jakości produktów. Następnie wykorzystali zakumulowany kapitał do inwestycji w technologie. Nie ma oczywiście prostej analogii do Polski: koreański cud gospodarczy odbywał się w szczególnej sytuacji geopolitycznej, pod mocnym parasolem Ameryki, bez ograniczeń związanych z członkostwem w UE, i tak dalej. Nie przyjmuje jednak do wiadomości, że kraj mający największe złoża węgla w UE nie może być eksporterem tego surowca, pomimo różnych przeciwności. Swoją drogą fakt, że polscy politycy zajmują się głównie tłumaczeniem nam, że rzeczywistości nie da się zmienić – dyskwalifikuje ich w moich oczach. Bo oni właśnie od tego są, żeby zmieniać rzeczywistość.

A wracając do mechanizmów, które mogą nas wyrwać z marazmu. Obok strategii proeksportowej, repolonizacji i ograniczania drenażu kapitału, mamy wciąż ogromny, niewykorzystany potencjał – tym razem pozytywnie rozumianej - wewnętrznej kolonizacji. Fakt, że z Wrocławia do Szczecina jedzie się szybciej przez Niemcy niż przez Polskę, a Warszawa jest tak słabo skomunikowana z każdym z tych dwóch miast pokazuje, że wciąż nie zagospodarowaliśmy należycie „ziem odzyskanych”. To tylko jeden przykład.

Nie lepiej wygląda sytuacja w Polsce lokalnej. Nowy Sącz, z którego pochodzę został odcięty od Krakowa; miasto rodzinne Piotrka- Mielec (60 tyś. mieszkańców) od dobrych kilku lat nie posiada żadnego osobowego połączenia kolejowego.

Polska prowadzi w tym względzie politykę niczym Węgry, gdzie około połowy mieszkańców kraju mieszka w stolicy. Tymczasem nasza, policentryczna (względnie nieduża stolica, spora ilość porównywalnie dużych miast oraz duża liczba miast średnich i małych) struktura osadnicza wymaga zupełnie innej strategii. Wzorowanej bardziej na przykład na Niemczech, podobnie zbudowanych. Samo stworzenie sensownych korytarzy transportowych jest przecież jak najbardziej w naszym zasięgu finansowym.

Mamy już drogi, za pomocą których będziemy świadczyli usługi i transportowali towary. Mamy polskie banki, udzielające kredytów na rozwój polskich firm. Teraz pojawia się pytanie o pożądany model polskiej gospodarki. Sektor MŚP czy budowa dużych narodowych korporacji o rozpoznawalnej marce, nastawionych na eksport i zagraniczną ekspansję?

Nie ma sensu traktować tych strategii na zasadzie albo-albo: one się uzupełniają. Polska Nokia, jeśli powstanie, nie weźmie się z powietrza, tylko wyrośnie pewnie z jakiejś małej czy średniej firmy. Dlatego w pierwszej kolejności powinniśmy zadbać o jak najlepsze warunki rozwoju dla MŚP, one są solą kapitalistycznej ziemi. Od lat badania pokazują, że Polacy jednym z najbardziej przedsiębiorczych narodów świata. To samo w sobie mogłoby być kołem zamachowym rozwoju. Ale ten potencjał jest tłamszony przez zbyt głęboką i głęboko nieuczciwą polityzację gospodarki, opresyjność organów kontroli, fatalne sądownictwo, zmienność i mętność prawa podatkowego.

Lenin mówił, że kapitalizm zaczyna się na bazarze. Powiedziałbym, że podstawowy problem z naszą wersją kapitalizmu polega na tym, że on się zbyt często na bazarze kończy. Jeśli wyrośniesz ponad przeciętność i nie masz politycznych „chodów”, możesz bardzo łatwo zostać przycięty. Łatwość niszczenia przedsiębiorcy w Polsce, liczba instytucji władnych to robić w połączeniu z bezkarnością procederu – jest zatrważająca i zasadniczo blokuje nasz rozwój!

W książce Słabe państwo profesor Artur Wołek wskazywał, że jednym z kluczowych problemów polskiego państwa jest niesterowność rządu i niezdolność do formułowania a później efektywnego wdrażania w życie konkretnych projektów i reform. Co możemy z tym zrobić?

Zbudować państwo z prawdziwego zdarzenia. Istniejące praktycznie, a nie „tylko teoretycznie”, jak to w przypływie szczerości trafnie określił Bartłomiej Sienkiewicz. Pełna zgoda z Arturem Wołkiem, że to sprawa podstawowa, bez której większość powyższych uwag pozostanie w sferze pobożnych życzeń.

Dziś państwo polskie nie jest poważnie traktowane ani w kraju, ani za granicą. I trudno się temu dziwić, skoro nagminnie minister podejmuje decyzję, a wkrótce okazuje się, że jego podwładni albo jej nie w ogóle nie wdrożyli, albo wykonali ją tak, jakby miała zupełnie inną treść.

Sabotaż w celu zachowania wygodnego status quo i ochrony swoich własnych wewnętrznych biurokratycznych interesów?

III RP została przechwycona przez klasę drapieżczą, która pasożytuje na reszcie populacji dla własnej korzyści, używając państwa jako narzędzia tego pasożytowania. Ta klasa wywodzi się z komunistycznej nomenklatury, poszerzonej następnie przy Okrągłym Stole o dużą część elit „Solidarności”. Z czasem kooptuje kolejne opcje ideologiczne i partie, sama w sobie będąc aideologiczną „brudną wspólnotą”. Formalnym ustrojem Polski jest republika. Realnym - kleptokracja. Napisałem kiedyś długi, naukowy tekst praktycznie adaptujący teorię „państwa drapieżczego”/kleptokracji (predatory state) do naszych realiów. Musimy odzyskać nasze - dziś tylko teoretycznie nasze - państwo. Przejść drogę, którą przeszli Rzymianie, wygnawszy króla, czy Amerykanie, przepędziwszy Brytyjczyków. Wielkie republiki powstawały często poprzez tyranobójstwo, niekoniecznie dosłowne.

W teorii brzmi to łatwo. W praktyce - już niekoniecznie. Skoro ta „brudna wspólnota” powstaje przez kooptację kolejnych środowisk, to jak skutecznie zatrzymać ten proces?

Skoro gnębi nas zbiorowa tyrania klasy drapieżczej, to tyranobójstwo musi być pokonaniem tej klasy. Kleptokraci żerują na przerośniętym i niewydolnym sektorze publicznym. W liczbach względnych, mamy jeden z największych sektorów publicznych świata, pod względem proporcji zatrudnionych porównywalnym z francuskim czy szwedzkim. Jaki poziom usług publicznych za to dostajemy? Co więcej, wedle mojej wiedzy nikt w Polsce nie orientuje się dokładnie, kogo, po co, i za ile w tym sektorze się u nas zatrudnia.

W teorii złożoności operuje się pojęciem „systemów nadmiernie złożonych”. Polski sektor publiczny – będący gigantycznym żerowiskiem niezliczonych sitw, klik i układów – w pełni podpada pod to pojęcie. Co czeka systemy nadmiernie złożone? Uproszczenie, podbój lub upadek. Zdecydowanie wybieram uproszczenie.

Wciąż brak tutaj konkretnego rozwiązania.

Opcja zerowa. W tym przypadku jestem radykałem, bo historia III RP uczy, że tylko z radykalnych reform coś zostaje po ich rozwodnieniu na kolejnych szczeblach. A ta napotkałaby może największy opór ze wszystkich. Zatem trzeba wymyślić sektor publiczny od nowa, podług potrzeb i zasobów. A następnie wszystkich zwolnić i zaraz potem zatrudnić, ale już tylko tych, których praca rzeczywiście jest podatnikom potrzebna. Może połowę obecnej kadry, może dwie trzecie – rzecz jest do policzenia. Zatrudnić ich z urealnionymi pensjami i zakresem obowiązków. Pozostałym zapewnić hojne odprawy i pomyśleć nad preferencyjnymi kredytami na działalność gospodarczą.

Brzmisz teraz jak Korwin. Nie wyobrażamy sobie partii, która mogłaby chociaż w części zrealizować Twoją wizję. To polityczne samobójstwo.

Bardzo mi daleko do Korwina. Uważam państwo za dobro wspólne, a nie za wroga, i jestem daleki od ślepej wiary w „niewidzialną rękę rynku”. Natomiast od teoretycznej republiki, która mamy zapisaną w konstytucji, oddziela nas właśnie klasa drapieżcza, która państwo przechwyciła i używa go sprzecznie z jego przeznaczeniem. I w tym miejscu jakoś zbliżam się do Korwina, ale tylko za sprawą nędzy obecnej polityki polskiej. On by mówił to, co mówi w każdej sytuacji, bo jest dogmatycznym liberałem, a ja mówię to, co mówię dlatego, że tak dyktuje konkretna sytuacja, w której się znaleźliśmy. Różnica jest może subtelna, ale zarazem zasadnicza.

Co do rzekomej nierealności politycznej mojego poglądu: w 2002 r. podobnie byście pewnie ocenili ludzi mówiących o wszechwładzy służb specjalnych i potrzebie budowy nowego państwa. Przypomnijmy, że w trzy lata później zdominowali oni przestrzeń publiczną. Później spieprzyli sprawę, ale w pierwszej fazie wygrali: przeszli drogę od marginesu do głównego nurtu.

Życzę zatem nam wszystkim, żeby w ciągu kilku lat powstała opcja polityczna, która jasno powie, że Polskę rozkłada klasa pasożytnicza, którą trzeba oderwać od państwa, bo je paraliżuje i wysysa z nas siły życiowe.

Gdzie w takim razie jej szukać? W Polsce nie ma siły zdolnej do forsowania zmian przedstawionych w tej rozmowie. Dzisiejszy 30-latek, z wielotysięcznym kredytem do spłacenia, płacący za mieszkanie w Warszawie tyle co w Berlinie, jest zbyt zajęty zapewnianiem rodzinie utrzymania żeby działać społecznie czy politycznie. Jakie środowiska i grupy społeczne miałaby realizować Twoje postulaty?

Jedna grupa to mali i średni przedsiębiorcy, których energia jest tłamszona. Druga to ta część kadry urzędniczej – i szerzej: pracowników sektora publicznego, a więc także naukowców, lekarzy itd. - która nie chce funkcjonować na obecnych, nieuczciwych zasadach. Trzecia – last but not least - grupa to młode pokolenie, ludzie poniżej czterdziestki, zablokowani na różnych polach: od administracji po uczelnie. Churchill powiedział kiedyś, że nawet szczur przyparty do muru staje się groźny. Beznadziejna polityka kolejnych rządów przypiera do muru całe pokolenie, a za chwilę – pokolenia. Pytanie tylko czy młodzi – i inne grupy zainteresowane zmianą reguł gry na uczciwe - będą w stanie się zorganizować na tyle, żeby skutecznie zawalczyć o swoje interesy.

O jakim rodzaju zorganizowania mówimy? Polityka ogólnokrajowa, wybory do rady dzielnic, trzeci sektor?

Najłatwiej jest dywagować o nowych partiach, ale to w obecnej sytuacji jałowe. Mnie interesują realne zmiany systemowe, a nie to, żeby dla odmiany młodzi dopchali się do koryta. Jeśli więc za 5 czy 10 lat jakaś nowa siła polityczna ma móc naprawdę zmienić kraj, to musi się zmienić grunt. Musi mieć kim i czym robić politykę z prawdziwego zdarzenia. Czyli wracamy do kwestii kształcenia nowych elit i instytucji niepartyjnych, które w dzisiejszych czasach są sensownym politykom niezbędne. Na przykład think-tanków, których tak naprawdę moim zdaniem dziś w Polsce nie ma.  

Dziś szkoły ani uczelnie nie kształcą elit, jakich potrzebujemy. Trzeba więc szukać gdzie indziej. Prowadzona przez Klub Jagielloński Akademia Nowoczesnego Patriotyzmu jest moim zdaniem dobrą odpowiedzią na ten problem, choć na pewno niewyczerpującą. Robiąc z koleżankami i kolegami „Nową Konfederację” mamy poczucie trafiania do wartościowej części obecnej, i co równie ważne, do prawdopodobnej przyszłej elity. To wszystko dalece niewystarczające substytuty, to oczywiste, ale mogące być zaczynem większego procesu. Mam nadzieję, że tak będzie.

W niektórych swoich tekstach odwołujesz się do teorii lewicowego socjologa Pierre’a Bourdieu, wcześniej w rozmowie powołałeś się na Immanuela Wallersteina, teraz brzmisz trochę jak Marks: konflikt pokoleniowy zamiast klasowego, fałszywa świadomość klasy/pokolenia 20- i 30-latków. Niby prawica, a jednak wychodzi z Ciebie krypto-lewak. Czy operowanie takimi podziałami ma dzisiaj jeszcze sens?

Podział pozostaje sensowny, choć nie tak ostry jak dawniej. To temat na osobną rozmowę. Co nie znaczy, że nie można odwoływać się do myślicieli lewicowych jeśli mają coś ciekawego do powiedzenia i nie można ich koncepcji wykorzystać do własnego definiowania rzeczywistości. Kiedyś kosmicznym pomysłem wydawało się żenienie pogańskiego Arystotelesa z Jezusem Chrystusem, dziś arystotelizm jest mocno kojarzony z chrześcijańską prawicą. Jako arystotelik i republikanin chętnie sięgam po Bourdieu czy Wallersteina, żeby użyć ich najlepszych idei dla słusznej sprawy. Prawica intelektualna ma gigantyczne zaległości w ekonomii politycznej czy w socjologii. Trzeba je nadrabiać. Parafrazując passus Stanisława Okszyca Orzechowskiego o Chrystusie i Stagirycie, chodzi o to, żeby Arystotelesa na Wallersteina jak na osła wsadzić (śmiech).

Rozmawiali Paweł Grzegorczyk i Piotr Kaszczyszyn

Podziel się artykułem:

Bartłomiej Radziejewski
Politolog, członek zarządu Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, redaktor naczelny miesięcznika internetowego Nowa Konfederacja.
Paweł Grzegorczyk
Założyciel i redaktor naczelny portalu jagielloński24, członek Klubu Jagiellońskiego.
Piotr Kaszczyszyn
Zastępca redaktora naczelnego Jagielloński24. Sekretarz redakcji dwumiesięcznika Pressje. Członek Klubu Jagiellońskiego.

Napisaliśmy już 1627 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Odpowiedzialność za organizację ŚDM nie leży w gestii Pana Boga, ale konkretnych osób.

Mały przewodnik po ŚDM

Mały przewodnik po ŚDM

Kamil Sikora

Bez dziedzictwa żaden naród nie przetrwa.

Kuhnke: Wciąż nie wiemy ile nam zagrabiono

Kuhnke: Wciąż nie wiemy ile nam zagrabiono

Barbara Szewczyk

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że Instytut Książki nie ma mocy legislacyjnej.

Jaworski: Poziom czytelnictwa mają podnosić rodzice

Jaworski: Poziom czytelnictwa mają podnosić rodzice

Dariusz Jaworski
Następny artykuł:

Okraska: „Polska B” nie kończy się na Podkarpaciu

Okraska: „Polska B” nie kończy się na Podkarpaciu