Czy możemy stać się podmiotowym narodem?

Jan Maciejewski | 09-03-2015 18:10:53 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Czy możemy stać się podmiotowym narodem?
Grafika Patriotyczna/Facebook.com

Polscy nacjonaliści byli pierwszymi, którzy rzucili otwarte wyzwanie polskiej tradycji politycznej, wrodzonej nam obojętności na nowoczesność. Jeżeli nacjonalizm był z góry skazany na porażkę, to my, współcześni Polacy, jesteśmy skazani na przyjmowanie modernizacji z zewnątrz. Jeżeli natomiast mogło mu się udać, to drzwi do politycznej podmiotowości - polskiego wariantu nowoczesności, wciąż mogą być otwarte.

Żeby stać się podmiotem historii, Polacy muszą wziąć odpowiedzialność za to, co zrobili w XX wieku, mówi w Prześnionej rewolucji Andrzej Leder. Przerwijmy sen, w którym jesteśmy dumnymi potomkami sarmatów i zobaczmy samych siebie, beneficjentów rewolucji lat 1939 - 1956, na jawie.

Czy największą zbrodnią Polaków w XX wieku był współudział w Holocauście, czy może jednak grzech zaniechania, który sprawił, że nie potrafiliśmy sami stać się nowoczesnym narodem i tym samym skazaliśmy się na bierność?

Tekst ten jest próbą opisu niezrealizowanej szansy na samodzielne przekroczenie progu nowoczesności przez Polaków. Jeżeli bowiem mamy stać się rzeczywistym podmiotem historii, to nie możemy zatrzymać się na współudziale w rewolucji, którą opisuje Leder. Sprawdźmy, czy potrafimy popełnić "zbrodnię" modernizacji samodzielnie.

Teza, którą Andrzej Leder postawił w Prześnionej rewolucji zdaje się uderzać we wszystko co drogie polskiemu konserwatyście. Jest to jednak kamień obrazy, którego przełknięcie może być źródłem przebudzenia, wyrwania się z lamentu nad zerwaną ciągłości historii polskiej wspólnoty politycznej. Atmosferę owego lamentu chyba najlepiej oddaje książka Ryszarda Legutki, Esej o duszy polskiej, z otwierającym ją zdaniem: "Polska jaką znam i w jakiej żyłem od urodzenia, to Polska zerwanej ciągłości". Dla porównania zobaczmy jak Andrzej Leder rozpoczyna Prześnioną rewolucję: "W Polsce w latach 1939 - 1956 dokonała się rewolucja społeczna. Okrutna, brutalna, narzucona z zewnątrz, ale jednak rewolucja". Te dwa cytaty oddają dystans, jaki mamy do przebycia. Towarzyszyć będzie nam w tej drodze fenomen polskiego nacjonalizmu.

Zdaje się, że to właśnie nacjonaliści byli najbliżej sformułowania projektu godzącego przednowoczesną tożsamość Polaków, z "dziejową koniecznością" przystosowania się do szalejącej wokół nowoczesności.

W odpowiedziach na pytania o to, gdzie tkwiło źródło ich porażki i czy mieli w ogóle jakieś szanse na powodzenie tkwi też rozstrzygnięcie wątpliwości co do tego na ile możemy zachować swoją tożsamość, stając się jednocześnie nowoczesnym narodem, podmiotem historii.

Do pewnego momentu z argumentacją Andrzeja Ledera po prostu nie można się nie zgodzić. W warstwie społecznej, prawnej, politycznej i pewnie wielu innych dokonała się na ziemiach polskich czasie II Wojny Światowej i w pierwszych latach po jej zakończeniu prawdziwa rewolucja. Dokonała się ona nie naszymi rękami, co więcej, w najgłębszym sensie tych słów, dokonała się ona przeciwko nam. Jak pisał Andrzej Leder: "Uświadomienie sobie swojego miejsca wymaga jednak uznania trudnej genealogii. Uznania, że prawie wszyscy jesteśmy dziećmi owej nieszczęsnej, przeprowadzonej cudzymi rękami, okrutnej rewolucji, przeorania polskiej tkanki społecznej. Oznacza to wzięcie odpowiedzialności za to, co się wówczas stało. Uświadomienie sobie, że to nasi ojcowie czy dziadowie brali, wchodzili, przymykali oczy, ba, zabijali, donosili, zdradzali. Ale też podejmowali decyzje i wyzwania, wędrowali myślami w przyszłość, budowali zręby nowego społeczeństwa. To jest współczesna, przyszłościowa - a nie tylko moralna - funkcja takich aktów jak wzięcie odpowiedzialności za Jedwabne. Moralna dotyczy oddania sprawiedliwości innym, przyszłościowa - wzięcia odpowiedzialności za siebie."

Leder jest bezbłędny na etapie diagnozy, kiedy zaczyna przepisywać kurację zaczynają się rodzić wątpliwości. Czy uznanie, że byliśmy pomocnikami w zbrodniach modernizacji uczyni nas podmiotowymi, zamiast jeszcze głębiej wtrącić w poczucie bierności? Jak ta współodpowiedzialność ma nam pomóc poczuć się u siebie?

Jeżeli mamy się usytuować we "wspólnej z innymi historii", to nie możemy abstrahować od faktu, że byliśmy jednak w (czysto statystycznej) mierze w większym stopniu ofiarami rewolucji lat 1939 - 1956, niż jej sprawcami czy beneficjentami.

Jeżeli mamy się obudzić na jawie, a nie w kolejnym śnie, to nie możemy pomijać faktu, że proces, który opisuje Leder był w dużej mierze zaplanowany jako ten, który miał doprowadzić do anihilacji polskości jako rzeczywistości kulturalnej i historycznej. Bliższy prawdy historycznej jest więc wspominany powyżej Legutko.

Co więcej, czy rzeczywiście rola pomocnika - tego, który tak właściwie nie bierze nawet udziału w przestępstwie, a jedynie ułatwia jego popełnienie komu innemu jest tą, której dostrzeżenie i zaakceptowanie pozwoli poczuć nam naszą wspólnotową sprawczość? Czy nie skończy się to raczej na podsyceniu pogardy i wstydu przed nami samymi i do nas samych? Pomimo to diagnoza Ledera wciąż pozostaje w mocy. Czy jako ofiary możemy więc wziąć odpowiedzialność za naszą współczesność? Możemy, jeżeli tylko właściwie określimy wymiar i charakter tej odpowiedzialności.

Największą winą Polaków w XX wieku nie była pomoc totalitarnym okupantom w przeprowadzanych przez nich zbrodniach, ale słabość, która doprowadziła do tego, że nasza wspólnota pozwoliła uczynić się przedmiotem ich agresji.

Innymi słowy, mówimy tu nie o winie polegającej na pomocnictwie, ale na zaniechaniu. Udowodnić, że zaniechanie to miało miejsce znaczy tyle, co dowieść, że Polacy byli w stanie samodzielnie, własnymi rękami przeprowadzić proces modernizacji. Winnym zaniechania można być bowiem wtedy, gdy podjęte przez nas działanie zapobiegłoby nastąpieniu skutku w postaci czynu przestępczego. Próbując udowodnić dalej idącą winę Polaków próbujemy jednocześnie budować nasze poczucie podmiotowości na dużo trwalszych fundamentach.

Nacjonaliści postanowili rozpocząć historię Polski od początku. Nikodem Bończa-Tomaszewski opisuje dynamikę tego procesu w pracy Demokratyczna geneza nacjonalizmu. Nieprzypadkowo Dmowski pisał o Polakach "naród dwudziestomilionowy świeży, młody - bo główna masa naszego ciała narodowego dopiero zaczyna swoją historię".

Pierwsze lata rozwoju myśli narodowej to poszukiwanie konkretnego, pierwotnego budulca, od której można by zacząć na nowo historię Polski.

Będziemy tylko niepotrzebnie błądzić, jeżeli zaczniemy poszukiwać konkretnej klasy społecznej, z którą były wiązane powyższe nadzieje. Owym pierwotnym budulcem byli bowiem po prostu "nowi ludzie": wykorzenieni szlachcice, radykalni inteligenci, a nade wszystko "półinteligenci", rzemieślnicy i chłopi wykształceni na tyle, by umieć czytać i pisać, ale jednocześnie na tyle słabo, by wciąż pozostawać jedynie "społeczną potencjalnością", warstwą nieukształtowaną. Wykorzenieni, zawieszeni w próżni społecznej i symbolicznej. Tym co ich wyróżniało nie były poglądy ani społeczny status, ale świadomość przełomu, zawieszenia między przeszłością a przyszłością.

Równolegle z poszukiwaniem społecznego budulca trwała praca nad wymyśleniem na nowo polskości. Przeprowadził ją Jan Ludwik Popławski w ciągu 10 lat, między rokiem 1896 a 1906. Tworzy on wizję narodu jako wspólnoty nie tyle politycznej, co metafizycznej - koniecznej dla każdego człowieka do realizacji swojej natury. Społeczna potencjalność "nowych ludzi" znalazła swą aktualizację w wizji narodowej. Ideologia została wpisana w konkretny społeczny kontekst. W ten sposób narodził się projekt nowego imaginarium.

Prześledźmy kształt powstającej ideologii narodowej. Kształtowały ją równolegle występujące elementy narodowe i demokratyczne. Wątki demokratyczne wiązały się z poszukiwaniem społecznego rezerwuaru "nowych ludzi" - warstw, na których można by oprzeć projekt kreacji nowego Polaka. Proces tej kreacji polegał na stopniowym nadawaniu treści warstwom dotąd nieokreślonym. Efektem miałoby być społeczeństwo masowe, "uśrednione" - stojące na wyższym poziomie niż pierwotny "budulec", ale niższym niż warstwy inteligenckie odpowiedzialne za powstanie tego tworu.

Idea kreacji narodu może się pojawić wyłącznie w ramach światopoglądu antropocentrycznego, gdzie wola człowieka jest najwyższym prawem; świat gotowy staje się światem stwarzanym. Planowany efekt tej kreacji to społeczeństwo bezklasowe, egalitarystyczne, radykalnie demokratyczne oraz, rzecz jasna, świadome narodowo.

To jednak nie wszystko. W dalszym toku swego rozwoju ideologia ta inkorporowała również ogromną część przednowoczesnej tradycji polskiej. Jeżeli ten krok nie uczyniłby nacjonalizmu niezdolnym do stworzenia nowego społeczeństwa, to okazałoby się, że Polacy byli w XX wieku zdolni do modernizacji podmiotowej nie tylko ze względu na to, kto ją przeprowadza, ale również tego, jaka jest jej treść. Wraz ze wzrastającą stawką wzrasta też zakres naszego zaniechania. Pamiętajmy jednak o "równaniu Ledera": im więcej winy, tym więcej podmiotowości.

W ciągu zaledwie trzech dekad nacjonalizm religijnie indyferentny stał się nacjonalizmem chrześcijańskim, postulującym stworzenie Katolickiego Państwa Narodu Polskiego. Zwrot w stronę chrześcijaństwa nie oznaczał wyrzeczenia się siły sprawczej, która trzydzieści lat wcześniej pozwoliła nacjonalistom wykreować naród nowych Polaków. Chrześcijaństwo może nawet okazać się nie wrogiem, ale gwarantem antropocentryzmu, w którym tkwi potencjał sprawczości, o którego zachowanie cały czas idzie. Dowodem na to będzie biografia intelektualna kolejnej ważnej dla pokolenia nacjonalistów chrześcijańskich postaci, jaką jest Stanisław Brzozowski. Jak twierdzi Leszek Kołakowski, dominującym motywem myślenia Brzozowskiego było "pragnienie ocalenia człowieczeństwa jako wartości absolutnej i nadanie mu absolutnego sensu". Rozwój jego myśli był więc naznaczony poszukiwaniem możliwie najpewniejszej gwarancji dla antropocentryzmu. Gwarancję tę miały początkowo stanowić kategorie "Czynu" i twórczości - służyły one bowiem do opisu niezależności twórczego ducha jednostkowego. Brzozowski odchodzi od tej koncepcji ze względu na to, że "twórczość, która nie jest związana poczuciem obowiązku względem zastanej tradycji i historycznie powstałych skupisk energii społecznej, zaprzecza samej sobie". Poszukiwania związku ze "skupiskiem energii społecznej" zaprowadziły Brzozowskiego do marksizmu i koncepcji człowieka - twórcy zbiorowego. Utwierdzeniem absolutnego sensu człowieczeństwa w tej wizji jest prometejska walka ze światem. Dostrzega jednak po pewnym czasie, że fakt skazania na walkę z naturą człowieka jest dowodem na niekonieczność i zależność jego istnienia. Zaczyna więc poszukiwać instancji, która pozwoli się uznać jego człowieczeństwu za absolut "w bycie samym", w sposób niezrelatywizowany do świata ani historii. Dostrzega jednak, że wartość absolutna człowieczeństwa może być zachowana tylko dzięki wsparciu o byt nieprzypadkowy, boski. "Radykalny antropocentryzm jest niemożliwością, gdyż zmusza do uznania, że istnienie ludzkie jest przypadkowe i absolutne zarazem, czyli prowadzi do sprzeczności". Nawrócenie Brzozowskiego było więc końcowym aktem poszukiwania gwarancji absolutnego sensu jego człowieczeństwa.

Wydaje się, że schemat biografii intelektualnej Brzozowskiego może być w pewnym sensie również ilustracją drogi rozwoju polskiego nacjonalizmu. Narodził się on z nowoczesnej fascynacji człowieka siłą własnej sprawczości. Następnie poszukiwał przestrzeni społecznej, w ramach której mógłby tę sprawczość zrealizować w dziele kreacji narodu. Potwierdzenia swej siły szukał w konflikcie z dotychczasowym kształtem świata, w którym tworzył. Ostatecznie zwrócił się w kierunku chrześcijaństwa, skąd wypatrywał ostatecznej gwarancji swego istnienia.

Nacjonalizm w swym historycznym kształcie był siłą zdolną do przeprowadzenia rewolucji, zmienienia obrazu fragmentu tego świata, który jest naszą ojczyzną. Zwrot w kierunku chrześcijaństwa jaki się w nim dokonał nie był przeszkodą dla tej rewolucji, natomiast mógł ją potencjalnie wzbogacić o treści obecne w polskiej tradycji politycznej.

Nie wiemy, dlaczego mu się to nie udało. Ale nie na pytanie o przyczyny porażki starał się odpowiedzieć ten tekst. Była to próba przypisania winy polskiej wspólnocie politycznej za dopuszczenie do rewolucji lat 1939 - 1956. Jeżeli byliśmy w stanie jej zapobiec, to znaczy przeprowadzić ją na własną rękę na warunkach przez nas podyktowanych, to ogromna część odpowiedzialności za to co stało się przez te kilkanaście lat spoczywa na nas. Nie szukajmy więc podmiotowości w obrazie małych, chytrych pomocników wielkich modernizatorów - jest ona tyleż historycznie wątpliwa, co społecznie mało skuteczna. Spójrzmy na tę historię od innej strony: wielkich postaci, zdolnych do wielkich czynów. A przede wszystkim, od strony ich wielkiej porażki. Pora uświadomić sobie tę zbrodnie zaniechanie, która była udziałem polskich modernizatorów początku XX wieku. Pora wziąć na siebie odpowiedzialność i stać się podmiotem historii. Pora się obudzić.

Pełna wersja artykułu do przeczytania w 38. tece Pressji pt. „Prześniony nacjonalizm”.

Zachęcamy również do wyboru jednej z trzech opcji prenumeraty pisma.

Podziel się artykułem:

Jan Maciejewski
Sekretarz redakcji czasopisma Pressje, dziennikarz Rzeczpospolitej.

Napisaliśmy już 2198 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Wszystkie idee zachodnie były wówczas przez nas bezkrytycznie przyjmowane, bo przyszły do nas z innego, lepszego świata. Stanowiły oczywistą przeciwwagę dla socjalizmu, więc musiały być dobre.

Giza-Poleszczuk: Jako socjologowie straciliśmy zdolność prawdziwej analizy [ROZMOWA]

Giza-Poleszczuk: Jako socjologowie straciliśmy zdolność prawdziwej analizy [ROZMOWA]

Krzysztof Mazur

Już dwa lata temu Federacja Farmaceutyczna Wenezueli szacowała, że niedostępnych jest 85% podstawowych medykamentów.

Upadły socjalistyczny raj. Wenezuela przed wyborami

Upadły socjalistyczny raj. Wenezuela przed wyborami

Andrzej Kohut

Na samym placu Republiki w centrum Erywania zebrało się około 250 000 osób, czyli ok. 8,5 procent wszystkich mieszkańców Armenii.

Niespodziewana rewolucja, oczekiwana zmiana. Nowe otwarcie w Armenii?

Niespodziewana rewolucja, oczekiwana zmiana. Nowe otwarcie w Armenii?

Michalina Bojanowska
Następny artykuł:

Historią w tył głowy

Historią w tył głowy